Przyszła wiosna. W całym Kraju Rad razcwietały jabłoni i gruszy, wychadziła na bierieg Katiusza, na wysokij bierieg, na krutoj, ale obradujący na Kremlu towarzysze nie wychodzili, obradując do późnej nocy.
- Nu, czto dziełat? - zagaił emisariusz Lew Dawidowicz Zylbersztajnow - poparcie dla Partii nie rośnie. Czas nam tawariszczi znaleźć nowego gieroja Sawietskowo Sajuza, by lud radziecki komunizm pokochał jeszcze mocniej. - Bojca, politruka? - Niet, wriacza. Lekarza, takiego, towarzysze, co lud pracujący miast i wsi leczył z takich chorób, jakich amerykańscy imperialiści wyleczyć nie potrafili. Jeden jest problem - wsie charoszy wriacze uże razstrielany. Ci, których zostawiliśmy, nic nie potrafią. - Wot, durak - wypijając duszkiem stakan Stolicznej mruknął prokurator Andriej Januariewicz Wyszynski - "dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie". Nie chorosziewo wriacza nam nada, lecz naszego czieławieka, z Politbiura. Budziet nasz czieławiek, świadków uleczeń znajdziemy.
Tu zebrani spojrzeli po sobie. Jakże to? Wybrać żywego, by sławę zyskiwał, a potem czystkę zrobił? - Nie możet być! - ryknęli chórem - musi być taki, co uleczał, będąc już w grobie. Zylbersztajnow uśmiechnął się, popił, zakąsił i zagaił: - Dlatego towarzysze proponuję zmarłego równo dwa lata temu Iwana Pawłowicza Wtarowo. - A uleczył kogo? - westchnęli zebrani. - Wot, problem - tylko towarzyszka Maria Szymowna Pierrowna skazała, że jej ruki się trzęsły (jak ją poraził kapitalistyczny szpion Parkinson), ale dzięki Iwanowi Pawłowiczowi Wtaromu już sie nie trzęsą. - Kołchoźnica? - zapytał Kaganowicz - Niet, mundurowa, członkini Partii... - Mundurowa? Mało wiarygodna... I tolko adna... - Nie ma co gadać - podsumował Zylbersztajnow - jest adna, budziet i druga. Nie najdziom, spreparujemy. Postanowione - Nasz gieroj Iwan Pawłowicz Wtaroj będzie wriaczem, który ludzi radzieckich leczył zza grobu. Łubianka świadków znajdzie, szykujcie już uroczyste akademie i masówki ku czci - za rodinu, za Iwanu Pawłowiczu i komunizm.
|