I tak już parę osób uważa, ze mam nierówno pod sufitem, a teraz się w tym sądzie utwierdzą. Co inteligentniejsi moze się połapali, ze to taka poza. Koleżanka po fachu , zapytana, na jakiej podstawie wystawia świadectwo weterynaryjne dla robaków (eksportowanych jako przynęta na ryby) powiedziała, ze bierze robaczka, patrzy mu się głęboko w oczy, i pyta, jak się czuje. Ale do rzeczy. Jak już kiedyś pisałam, mam w domu jerzyka. Przyniosły go do lecznicy, w której pracuje moja siostra, dzieci. Pisklę. Początkowo była szansa, ze uda się go wypuścić. Ale kiedy opadły dutki z piór, okazało się, ze wszystkie lotki są w jednym miejscu niewykształcone. Efekt choroby lub niedożywienia, prawdopodobnie jedno i drugie. To było powodem, ze pisklę zostało wyrzucone z gniazda. Można w narkozie wyrwać lotki, i podobno odrosną. Ale ani ja, ani siostra nie mamy doświadczenia w usypianiu ptaków, szczególnie tego (naprawdę dziwnego) gatunku. Wiec sama narkoza była by dużym ryzykiem, a nie znalazłam nigdzie informacji, żeby jakiś ptak przeżył wyrwanie wszystkich lotek. Młode jerzyki wyskakują po prostu z gniazda, muszą skoczyć z pewnej wysokości. Zanim spadną, muszą nauczyć się latać, od razu są całkowicie samodzielne. Z ziemi same nie wystartują.( Podobno dorosły ptak to potrafi, choć z trudem) Pierwsze 2-4 lata spędzają w powietrzu, pierwszy kontakt z gruntem maja w czasie gniazdowania. W locie jedzą (owady) pija, łapiąc krople deszczu, lub uderzają o wodę i łapią krople. Tez kopulują. Śpią na dużych wysokościach, odcinając dopływ krwi do jednej półkuli,i dryfują w powietrzu. Latają z dużą szybkością, zaciągają owady jak odkurzacz. Gdy pada deszcz, dorosle ptaki lecą np, do Anglii. Mlode w tym czasie hibernują- do tygodnia. Lapki maja krótkie, wszystkie palce skierowane do przodu.Nie potrafią chodzić, ani siedzieć na gałęzi, mogą się wspinać po pionowych powierzchniach. Wiec jeżeli nie mogą latać, są w zasadzie unieruchomione-mogą tylko pełzać. A pióra zaczęły się ptaszkowi łamać, zanim doszedł do wieku opuszczenia gniazda. Wszystkie osoby, do których się zwracałyśmy z pytaniem, co robić, dawały jedna rade- uśpić. Ale z siostra stwierdziłyśmy, ze jego jakość życia jest lepsza niż niosek czy papug trzymanych w małych klatkach. Póki były szanse na wypuszczenie, kontakty z ptakiem były ograniczone do niezbędnego minimum. Nie wolno zresztą jerzyków dotykać goła ręka, żeby nie zniszczyć upierzenia. Potem, pod moja nieobecność ptaszek stal się ulubionym zwierzątkiem mojej Mamy. Sam pije wodę z spodeczka (podobno ewenement) nawet podpełza sam do niego. Próbuje jeść z talerzyka, ale bardzo śmieci- rozmoczone kocie chrupki trzeba mu podawać palcami. Rozpoznaje osoby, do znajomych sam się stara dostać, od obcych ucieka. Wspina się po meblach, i skacze z nich, niezdarnie szybując. Ciągle chce być trzymany na rekach i głaskany, sam podskubuje nas dziobkiem (palce, uszy, policzek) Jak teraz przyjechałam, zaczęłam go trzymać nad muszlą klozetową- do 30 sekund jest kupa. Siostra ciągle się pyta, czy już się nauczył spłukiwać. Najlepiej czuje się uczepiony czyjegoś ubrania, a trzyma się naprawdę mocno, i za nic nie da się od człowieka oderwać. W czwartek kręciłam się po domu, z ptakiem uczepionym ubrania, prawie o nim nie pamiętając. W pewnym momencie wyszłam na balkon, zeby wziąć mięso dla psów (kurze udka, hipokrytka ze mnie). A ptaszek skoczył, i radośnie krzycząc poleciał. Jasne było, ze jak spadnie, to już sam nie wystartuje. Ale nie udało mi się zobaczyć, gdzie spadł- zniknął za rogiem budynku, w końcu startował z piątego piętra. Zbiegłam tak jak stałam, w samych papuciach. Było kilka stopni mrozu. Po paru minutach brodzenia po kostki w śniegu poczułam ból w stopach, musiałam wrócić do mieszkania i ubrać buty. Jasne było, ze muszę się spieszyć, bo ptaszek niedługo zamarznie. Gdy go wreszcie znalazłam, minęło 25-30 min. Leżał w śniegu, sztywny, jak drewniana figurka. Nie mogłam wyczuć pracy serca ani oddechu. Pióra były szare i sztywne. Wsadziłam go pod sweter, w domu położyłam na kaloryferze, na kilkakrotnie złożonym swetrze, żeby podnosić temperaturę powoli. Nie zdecydowałam się na zanurzenie w wodzie, mogło to zniszczyć całkowicie pióra. Nie liczyłam na wiele. Ale jakoś ciągle myślałam o tych legendach o jerzykach, zimujących pod lodem jezior. No i jaskółka z "Calineczki". Po ok, 10 min zauważyłam ruch klatki piersiowej, kilkanaście sekund przerwy, następny. Pomału, ale zaczął oddychać. Był jeszcze ze dwie godziny w szoku, ale potem wrócił do normy. Nawet pióra przybrały normalny wygląd, jak się "uczesał". Wczoraj jeszcze jego dalszy los był niepewny- bałam się, ze odmroził łapki, i będę musiała go uśpić. Ale nie, łapki są całkiem normalne. Co o tym myślicie? Co prawda jerzyki hibernują, ale w lecie, gdy temperatury nie spadają niżej zera. Jako ptaki owadożerne muszą latać tam, gdzie są owady, wiec z Polski odlatują już w sierpniu. Ale latając wysoko, muszą być odporne na zmiany temperatur i na niedotlenienie. Ja nawet liczyłam się z uszkodzeniem mózgu, ale nic na to nie wskazuje. To było nie tyle wychłodzenie, co po prostu zamarzniecie. Mozna przywracać do życia zamarznięte płazy, ale ptaki? Czy nie było by sensowne badanie tych ptaków- zwłaszcza ich krwi? I jeszcze o tym, skąd ten tytuł. Pamiętacie "The Thing" Carpentera? Jak Obcy zamarznięty w bryle lodu wraca do życia? Potraktujcie to jako optymistyczną (mam nadzieje) i nie całkiem serio opowieść noworoczną. Do Siego!!
|