Racjonalista - Strona głównaDo treści
Nawrócenie Woltera

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Filozofia i światopogląd
NapisanoAutorTytuł
05-11-2003 23:46MariaNawrócenie Woltera
Dnia 1.11.2003 podczas nawiedzania grobów moich przodków na cmentarzu w małym miasteczku odbywała sie msza św. W kazaniu ksiądz poinformował, ze Wolter przed śmiercią błagał o księdza tylko przyjaciele nie chcieli dopuścić świętobliwej osoby do umierającego. Zaciekawiła mnie ta informacja. I nie wiem czy klecha kłamał czy mówił prawdę.

Mariusz Agnosiewicz
Klecha kłamał i jest to kolejna sprawa, którą w życiu Woltera środowiska religijne ciągle wykorzystują celowo lub z ignorancji zniekształcając fakty. Fakt, że Wolter miał przed śmiercią mały "romans" z Kościołem, ale on się ani nie nawrócił, ani o księdza nie błagał. Sprawa jest dość trywialna, choć szczególnej chwały Wolterowi nie przynosi. On się po prostu przez całe życie panicznie bał, że po śmierci jego zwłoki będą znieważone i pochowane na "nieświęconej ziemi", "pod płotem". Bał się tego odkąd stał się publicznym bezbożnikiem, a najbardziej od sprawy pewnej znanej francuskiej aktorki, która z uwagi na jej zawód pochowano właśnie na nieświęconej ziemi. Wolter energicznie to potępiał, ale sam bał się, że spotka go to samo. To cała tajemnica jego dwuznacznych zachowań tuż przed śmiercią. Aby przedstawić to dokładniej przytoczę fragment ze świetnego źródła o Wolterze - osiemsetpiećdziesiątstronicowej jego biografii autorstwa J. Orieux: "Wolter czyli królewskość ducha". Rozdział "Romans z naszą Świętą Matką Kościołem.."
Mariusz AgnosiewiczCz.1
"20 lutego dostał list od pewnego duchownego, księdza Gautier, który prosił go o przyjęcie. List był poważny, skromny, ksiądz nie ukrywał, że pragnie pomóc bezbożnikowi w zbawieniu duszy, że się za niego modli i oczekuje odpowiedzi, nie chcąc jej wymuszać.
Ten list wzruszył Woltera. Zaprosił księdza, wspominając w swym liście o ceremonii, podczas której udzielił błogosławieństwa wnukowi Franklina. Nie było to zbyt prawowierne. Ale w końcu zostawiał drzwi otwarte.
Ów ksiądz był dawnym jezuitą. Nie ma wątpliwości, że zawsze na drodze Woltera znajdzie się jakiś syn świętego Ignacego. Tyle przypadków to już nie przypadki: kiedy jakieś istoty tak się nawzajem przyciągają, to na całe życie, a nawet na dłużej. Na dźwięk słowa "jezuita" drga w Wolterze czuła struna: dziecko, które nie znało matki, i które nie kochało ani ojca, ani brata, kochało swoich mistrzów i było zawsze przez nich kochane. Stał się krnąbrnym dzieckiem, niemniej był to ich syn najwrażliwszy, najbardziej nerwowy, a także najdumniejszy! Cóż mogli byli zrobić ci zacni nauczyciele, by go przy sobie zatrzymać? Rzecz niemożliwą. Powinni byli przyklasnąć jego wybrykom i bluźnierstwom. Uśmiechając się rozbrajająco, mrugnąłby okiem: "My się nie damy nabrać, my, ludzie wytworni i inteligentni, my się rozumiemy... co nas obchodzi kategoria durniów, rzymskie ramole, marionetki hierarchii... ach! śmiejmy się w towarzystwie kardynała takiego jak Babet la Bouquetiere!" Oto na co musieliby przystać jego mistrzowie, gdyby byli godni opinii, jaką miał o nich ich wychowanek.
Dobrzy ojcowie przywołali go do porządku. To go zirytowało. Tym bardziej, że w jego przekonaniu większość z nich podobnie jak on nie miała złudzeń co do Świętych Tajemnic.
Pierwsza rozmowa z księdzem Gautier była serdeczna. Wolter zapytał go od razu, kto go przysłał. Ksiądz zapewnił, że przyszedł z własnej woli, lecz nie ukrywał przed nim, że zda sprawę z wizyty swemu przełożonemu, księdzu de Fersac, proboszczowi Saint-Sulpice. Ta szczerość spodobała się Wolterowi. Trzy osoby przerwały ich rozmowę, a wśród nich pan de Villette, który dostał burę: "Ejże! Drogi panie, proszę mnie zostawić z moim przyjacielem księdzem, on mi nie schlebia." Pani Denis i Wagniere weszli, każde pod innym pretekstem. Wreszcie powiedzieli, że ta wizyta męczy Woltera, gdyż zaniepokoiła ich samych. Ksiądz Gautier jeszcze powróci, odnajdziemy go później. Tymczasem pojawił się inny duchowny, ksiądz Marthe, natchniony. Rzucił się ku Wolterowi i powiedział: "Musi się pan przede mną natychmiast wyspowiadać, i to bezwarunkowo, proszę się nie sprzeciwiać, po to tu jestem."
Namówiono go, by się oddalił. Wracał wielokrotnie popróbować szczęścia, a raczej wedrzeć się siłą. Wolter poczynił w związku z tym kilka spostrzeżeń. Uświadomił sobie, że w Paryżu będzie stawką w rozgrywkach stronnictw, które będą konkurować o jego duszę. Gdyby zmiękł, nie wiadomo, kto by ją zagarnął; postanowił zatrzymać ją dla siebie. Lecz w tym celu nie wolno było chorować. Otóż on był chory, i to bardziej, niż sądził. Lecz był także odurzony kadzidłem. Nie zważał już ani na swoje siły, ani na swoją słabość. (...)
25 lutego, gdy leżał w łóżku i dyktował listy Wagniere'owi, chwycił go gwałtowny kaszel i krew poszła mu z nosa i z ust. "Och! Och! - zawołał - pluję krwią."
Pani Denis wezwała Tronchina. Wolter dał Wagniere'owi bilecik z prośbą o sprowadzenie księdza Gautier. Wagniere wyrzucił bilecik. 26 lutego Wolter znów pytał o księdza. Kazał do niego napisać, mówiąc do osób wypełniających sypialnię: "Przynajmniej będziecie panowie świadkami, że miałem szczerą chęć wypełnić to, co się tutaj nazywa swymi obowiązkami." Dodał, że nie chce, aby jego ciało wyrzucono na śmietnisko.
Przydzielono mu młodą pielęgniarkę, która umiała wypraszać gości, i chirurga, który przychodził wieczorem, by pozostać na noc w jego sypialni. Wygląda na to, że jego otoczenie nareszcie pojęła niebezpieczeństwo.
Ksiądz Gautier przyszedł dopiero nazajutrz. Wchodząc natknął się na tego starego wygę marszałka de Richelieu, który właśnie wychodził i udzielił księdzu łagodnego napomnienia prosząc go, by zanadto nie przestraszył jego "małego kolegi od Ludwika Wielkiego".
Wolter przyjął księdza bardzo uprzejmie.
Mariusz AgnosiewiczCz.2
Przypomniał mu, że obiecał się wyspowiadać przed śmiercią. Jako że moment zdawał się odpowiedni, dorzucił: "Jeśli ksiądz chce, za chwilę uporamy się z tą drobnostką." Ksiądz powiedział, że proboszcz Saint-Sulpice upoważnił go do wyspowiadania Woltera, lecz zażądał uprzedniego odwołania bluźnierstw. Wolter zgodził się i poprosił świadków o opuszczenie sypialni. Wagniere, zgadnie ze swym zwyczajem, przyłożył ucho do drzwi, które tworzyła drewniana framuga z rozpiętym na niej płótnem i papieręm. Bardzo przyzwoity wynalazek dla przyzwoitego sekretarza. Wagniere powiada, że nie czułby się w porządku, gdyby usłuchał poleceń swego pana i zostawił go samego. Jego obowiązkiem było nigdy go nie opuszczać. W sumie, szpiegując go, skrupulatnie pełnił swoją funkcję. I oto przyzwoity sekretarz wpada w rozpacz, słysząc, czego ksiądz żąda od jego chlebodawcy. Wagniere tak się wiercił, że przeszkadzał słuchać innym, gdyż nie był sam za drzwiami, był tam też ksiądz Mignot i pan de Vieilleville. Ale ci wstydzili się swojej niedyskrecji. Wolter wezwał Wagniere'a i poprosił go o coś do pisania. Wagnićre był w nastroju do tłuczenia kałamarza. Przyniósł go z. drżeniem. Wolter bez drżenia napisał swoją retraktację. Weszli panowie Mignot i de la Vieilleville i złożyli pod nią podpisy.
Poproszono grzecznie Wagniere'a, by się również podpisał. Ale ten stanął okoniem. Zapytano go, skąd ten nagły sprzeciw. Odparł, że jest genewianinem i protestantem. Przeproszono go i niczego więcej odeń nie żądano. Kiedy Wagniere został sam na sam ze swym panem, poprosił, by tamten odsłonił mu sedno swojej myśli. Co powiedzą ludzie o tej retraktacji? Co będzie mógł powiedzieć wierny sekretarz w obronie jego pamięci? Wolter wziął kartkę papieru i napisał: "Umieram wielbiąc Boga, kochając przyjaciół, nie czując odrazy do wrogów i nienawidząc zabobonu." Zapalił Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek.
Wolter nie przyjął komunii. Według Wagniere'a wykręcił się mówiąc księdzu: "Niech ksiądz łaskawie zważy, że pluję krwią, i trzeba się wystrzegać zmieszania mojej krwi z krwią Pana Boga." D'Alembert napisał do Fryderyka II coś w tym stylu, ale znacznie bardziej pikantnego; Wolter powiedział jakoby, że ódmawia komunii "z tej przyczyny, że pluję krwią i mógłbym równie dobrze wypluć co innego". Fryderyk chciał wszystko wiedzieć w najdrobniejszych szczegółach. D'Alembert skreślił sympatyczny portret księdza Gautier; był to ksiądz poczciwina, który z czystej dobroci przyszedł zbawić duszę Woltera. To owa dobroć otworzyła mu serce Woltera. Kiedy jednak w dwa dni później ksiądz znów się stawił, kazano mu powiedzieć, że chory nie jest w stanie go przyjąć. Wydawało się, że zrozumiał. Pomyślał, że to paru "filozofów", których zauważył w salonie, między innymi d'Alembert, zmówiło się przeciw niemu. Biedaczek bardzo się mylił, to proboszcz Saint-Sulpice uknuł kabałę! Pan de Fersac uznał, że jego podwładny zbyt daleko się posunął i zbyt szybko; poskarżył się panu de Villette i panu `de Voltaire. To proboszczowi winna przypaść zasługa uratowania tej duszy równie bezbożnej co znakomitej. Wolter odgadł od razu, że sprawa się zaogni, i dla świętego spokoju odprawił księdza Gautier. Ten twierdził, że działał z upoważnienia swoich zwierzchników, ci natomiast zaprzeczali. Komu wierzyć? Proboszcz Saint-Sulpice przyszedł osobiście 13 kwietnia i nie ukrywał żalu o to, że ubiegł go jakiś pospolity ksiądz. Odźwiernemu pałacu Villette'a polecono nie wpuszczać żadnego księdza oprócz proboszcza Saint-Sulpice.
Ponieważ spowiednicy mniej męczyli pana de Voltaire niż błazny Parnasu, jego zdrowie się poprawiło. Dowiedział się, że ksiądz Gautier miał innego penitenta nazwiskiem 1'Attaignant, który w obliczu śmierci odwołał bluźnierstwa, wyspowiadał się i wyzdrowiał. Jako że ksiądz był kapelanem Szpitala Nieuleczalnie Chorych, skojarzono spowiedź obu libertynów z funkcjami księdza:
Podwójny tytuł proboszcza Nie darmo przypadł w udziale Kapelanowi tych Kalek.
Odkąd Wolter czuł się lepiej, żałował swej retraktacji. Ale nie mógł się wyzwolić od panicznego strachu, który go nie opuszczał strachu, że go pogrzebią jak psa. "Zresztą - powiadał - nie chcę, żeby moje ciało wyrzucono na śmietnisko; te klechy mnie zadręczają, lecz oto jestem w ich rękach, muszę się z nich wydostać. Jak tylko będzie można mnie przewieźć, wymknę się im. Mam nadzieję, że ich gorliwość nie sięgnie aż do Ferney. Gdybym tam był, nic takiego by mi się nie przydarzyło." .
Wszystko to nie jest zbyt godne. Wprawdzie jesteśmy przyzwyczajeni do jego kaprysów, jednakże tak bardzo zbliżamy się do finału, że słowo "komedia" już nie przystoi: każdy koniec jest tragiczny. Z sytuacji, w jakiej się wówczas znajdował, nie sposób wykręcić się zgrabnym powiedzonkiem: "Kiedy się umiera w Suracie, trzyma się krowę za ogon" - mówił. Kiedy się umiera w Paryżu, można by chociaż zamknąć drzwi i umrzeć w ciszy. Byłaby to, w braku innych uczuć, pewna forma godności. Ale cisza jest czymś, czego się po nim nie można spodziewać. Żył wśród zgiełku i tak też umrze. (..)
W niektóre dni kłótnie między lekarzami, panią Denis, Villette'em i różnymi gośćmi stawały się tak gwałtowne, że można było wziąć sypialnię Woltera za karczmę. Jakże miał wyzdrowieć w takie~ atmosferze? Czuł się lepiej, ale wciąż pluł krwią. Znów zaczęły się wizyty. La Harpe odczytał mu jeden akt tragedii, którą dopiero co napisał. Była to scena walki: La Harpe wrzeszczał, machał rękami, tupał. Przechodnie na ulicy zatrzymywali się, by posłuchać tej wrzawy. Chory zniósł ją do końca. Wreszcie rzekł: "Panowie, powinniście się wystarać dla mnie o Krzyż Świętego Ludwika." Myślano, że ma gorączkę. "Ależ skąd - powiedział - zasłużyłem nań znosząc z takim męstwem tę okrutną batalię."
Mariusz AgnosiewiczCz.3
Nadszedł czas, gdy do różnych uczuć, jakie budził w nas Wolter, dochodzi inne, całkowicie nowe: litość. Zasługuje na nią, nie ma bowiem istoty bardziej opuszczonej i okrutniej traktowanej w samotności cierpienia niż bożyszcze wydane na pastwę publiki.
Mimo że był umierający, marzył mu się jeszcze nowy sukces: chciał pojechać do Wersalu! Marzenie jego życia, ukoronowanie sławy! Byli w Europie królowie, cesarze, cesarzowe, lecz był nade wszystko jeden król, ten prawdziwy, jego król. I ten król się nań dąsał. Było to dla niego nie do zniesienia - prawie tak jak umrzeć bez chrześcijańskiego pochówku. Jeden uśmiech, jedno słowo od króla przed śmiercią... Wszyscy przyjaciele odwodzili go od tej zachcianki; ci, którzy w Wersalu czuli się jak u siebie, mówili mu, że jest to najbardziej nadęte miejsce na świecie, że król nie potrafiłby mu nic powiedzieć, że królowa... że Monsieur... że Madame... słowem, że wszyscy ci ludzie są puści. Możliwe. Ale jego sława była dlań tylko bękartem, ponieważ król Francji jej nie uznał. Postawa tego człowieka, który uchodzi, nie bez słuszności, za tego, kto zawsze podkopywał wszelkie autorytety, daje pojęcie o tym, czym była jeszcze wiara w monarchię niewiele lat przed Rewolucją.
Jedyne, co można uzyskać od Wersalu, to że król będzie nadal "ignorował" obecność Woltera. Żałujmy, że król kraju równie oświeconego dawał dowody takiej "ignorancji"."

Wróć do listy wątków działu Filozofia i światopogląd

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365