Aha! W rozpaczy zapomniałem, że nie wszyscy wiedzą o LHC i nie wszyscy po angielsku czytają, a po polsku jest mało. Otóż pod ziemią koło Genevy zaryli się ludzie, co - jak mniemam - podejmują kroki i majstrują drugą już maszynę, co będzie walić protonami o siebie. Będą walić tak mocno, że nie wiadomo, co może się wydarzyć. Chcą się zbliżyć temperaturą do wielkiego pif-pafa

o milisekundy, a w przyszłości może nawet wstrzelić się w sam moment wybuchu, a jeszcze w przyszłości - kto wie - może nawet przed! Pieniędzy mają mnóstwo, ale potrzeba im jeszcze więcej niż mnóstwo. Poparcie mają dośc duże, ale też dość dużo przeciwników. Przeciwnicy mówią, że mogą powstać różne teoretyczne twory: dziwadełka (strangelets), nanodziury, monopole i jeszcze cholera wie co.
(monopole, to magnesy z jednym biegunem

. Generalnie chodzi o to, że eksperyment jak będzie kontynuowany ma niezerową szansę rozwalić istniejący wszechświat, albo przynajmniej planetę, ale też o wiele większą - dowiedzieć się czegoś niewyobrażalnego (poza wyobrażalnym

. Reasumując, to już nie jest żadne pitu-pitu, ale pokazujemy pazury

I albo bóg nas powstrzyma, albo nas ochroni, albo go nie ma i mamy szczęście, to wtedy koniec. Albo go nie ma i mamy pecha, to wtedy odkrycie i następny większy kolider! Budowa takiej maszyny zajmuje dziesiątki lat! Jak ta druga, co ma ruszyć w maju 2008 nie wypali, to dużo z nas może nie doczekać następnej! Olbrzymie fundusze mogłyby przyspieszyć sprawę.