"Po pierwsze: "numerus clausus na wyższych uczelniach oraz w wolnych zawodach". Po drugie: "nieprzyjmowanie Żydów na posady publiczne, specjalnie zaś na żadne kierownicze stanowiska". Po trzecie: "oddawanie dostaw rządowych firmom chrześcijańskim". Po piąte (skracam ? ciekawych pełnego tekstu zapraszam do "Myśli Polskiej", względnie, jeśli nie mogą przemóc obrzydzenia do neoendecji, do Biblioteki Narodowej): "zakazu anonimowych firm ukrywających żydowskich właścicieli; zakazu zmiany nazwisk itp.". I wreszcie "obsadzenia wszystkich stanowisk politycznych i gospodarczych o decydującym znaczeniu dla państwa wyłącznie przez rdzennych Polaków". Czytając poniższe postulaty odnosi się nieodparte wrażenie, że sformułował je zdeterminowany ideologicznie ONR-owiec. Tymczasem były one elementem - bardzo istotnym - programu środowiska młodych Piłsudczyków/sanatorów, skupionych wokół...Jerzego Giedroycia, późniejszego twórcy paryskiej "Kultury" i niekwestionowanego do dzisiaj autorytetu moralno - intelektualnego w środowisku lewicowo - liberalnym. Czy Giedroyć był zafajdanym polskim rasistą/antysemitą??? Oczywiście, że nie. Widział natomiast powagę problemu (bardzo liczna mniejszość, obca kulturowa stronie polskiej i nie utożsamiająca się - eufemistycznie rzecz ujmując - z jej interesem) i proponował rozwiązania. Rozwiązania niczym nie różniące się od propozycji endeckich. Fakt ów ma krytyczne znaczenie - dowodzi bowiem istnienia zasadniczego problemu w II RP, dostrzeganego przez ludzi z różnych środowisk politycznych i proponujących podobne środki zaradcze. Zainteresowanych problemem - odsyłam do podlinkowanego materiału.
"Jeśli przyjąć za Sartrem iż antysemityzm jest "namiętnością", to ponad wszelką wątpliwość ani Giedroyc, ani Bocheńscy, ani inni ludzie z tego kręgu nie byli antysemitami. Trudno podejrzewać, by Redaktor, u którego antyklerykalizm miał charakter wręcz pogłębiającej się z wiekiem obsesji (podobnie skądinąd, jak u Dmowskiego antysemityzm ? niesamowita sprawa, jak umysły do bólu ścisłe, racjonalne i logiczne potrafią zarazem w pewnym obszarze fiksować!) firmował swym nazwiskiem postulat dyskryminacji obywateli polskich pochodzenia żydowskiego dlatego, że Żydzi zamordowali Jezusa. Otóż nie, Giedroyc firmował ów postulat z przyczyn czysto politycznych, racjonalnych, których w autobiografii nie kryje ? jego środowisko domagało się dyskryminacji Żydów, by zmusić ich do emigracji."
"W międzywojennej Polsce naprawdę istniał poważny "problem żydowski" ? problem niezasymilowanej i odmawiającej asymilacji ludności obcej, w dodatku całkowicie monopolizującej pewne sfery życia gospodarczego, zwłaszcza handel i pośrednictwo w sprzedaży produktów rolnych, z wymierną szkodą dla ludności rdzennej. Ten problem przyczyniał się do rozgrzewania antysemickich namiętności, ale dostrzegali go także ludzie niewątpliwie światli i od antysemityzmu jak najdalsi. Nie tylko wspomniany tu krąg Giedroycia. Także tacy liderzy "liberalnej" opinii międzywojnia, jak Tuwim czy Słonimski, których niechęć i pogarda dla "Żydów kapotowych", siedliska ciemnoty i zabobonu, znajdowała wyraz nie tylko w antysemickich facecjach ("świętym parchom z Góry Kalwarii" kazał się przecież Tuwim w uparcie w tym punkcie cenzurowanym wierszu całować w d...) ale i w ostrych pamfletach na granicy politycznej nagonki. Po marcu 1968 prominentni PZPR-owcy dla skompromitowania Antoniego Słonimskiego domagali się od Mieczysława Rakowskiego, by jego przedwojenne teksty o takim charakterze opublikował w "Polityce" ? Rakowski, oddajmy mu tę zasługę, miał śmiałość odmówić, ale wspomnianych antyżydowskich pamfletów nikt przecież nie zmyślił.
/www.rp.pl/artykul/316282-Jerzy-Giedroyc--endek-i-antysemita.html
|