Wojna w Syrii, która trwa nieprzerwanie od 15 marca 2011 zmienia swoje oblicze. Z próby buntu przeciw dyktaturze z jednej strony i bezsensownego krwawego jego tłumienia przez drugą coraz bardziej zaczyna dążyć w kierunku stania się kolejną wojną zastępczą.
Na własnym lokalnym syryjskim podwórku są to nadal buntownicy i lojaliści, jednak długo trwający konflikt zaczął mieć już znaczenie regionalne, na którym to szczeblu wojnę w Syrii prowadzą między sobą oczywiście dwie najbardziej zwaśnione strony w świecie arabskim- konserwatywne reżimy sunnickie tj. Arabia Saudyjska, Katar, ZEA i Kuwejt popierające buntowników oraz szyicki Iran i jego wierni poplecznicy z Libanu, Strefy Gazy i Iraku, będący sojusznikami reżimu. Chodzi oczywiście o religię- sunnitom i ich bojówkom marzy się kolejny kalifat z szariatem i wylęgarnią bandziorów spod znaku al-Kaidy, mniej więcej taki jak Azawad; szyici zaś chcieliby powrotu status quo, czyli władzy alawitów (którzy są przez nich uznawani za muzułmanów i podobnie jak oni czczą Alego ibn Abu Taliba). Oczywiście wojny tej (szczególnie sunnici) nie prowadzą własnymi rękoma, tylko za pomocą różnej maści terrorystycznych bojówek. Szyici wykorzystują libański Hezbollah i Partię Pracujących Kurdystanu, zaś sunnici zatrudniają al-Kaidę i różnej maści mudżahedinów (Fatah al-Islam, Ansar al-Islam, Ahrar asz-Szam itp.). Prawdziwi, niemotywowani religijnie powstańcy praktycznie już nie istnieją, bo dowództwo nad ich organizacjami (Wolna Armia Syrii, Syryjska Armia Wyzwoleńcza itp.) po konferencji w Antalyi przejęło Bractwo Muzułmańskie i fanatycznie nastawieni slafici.
Na mniej widocznej, choć bardzo ważnej skali międzynarodowej- tak krwawa wojna toczy się między dążącymi do zachowania status quo Chinami i Rosją, a Stanami Zjednoczonymi, Turcją oraz niektórymi krajami Europy Zachodniej (Francja, Niemcy, Wielka Brytania), opowiadającymi się za zmianą władzy w Damaszku. Czyżby konflikt ten stał się pierwszym XXI-wiecznym pojedynkiem i pokazem siły z mocarstwami w roli sekundantów, kolejnym Afganistanem lub Wietnamem? Z resztą Afganistan (ten z lat 1979-89) trochę już przypomina- wówczas Rosjanie też wspierali sojuszniczy wobec nich reżim w walce przeciw rebeliantom, a Stany Zjednoczone oficjalnie dozbrajały buntowników. Co z tego wynikło dowiedzieliśmy się 11.09.2001...
Mimo tego Amerykanie nadal nie wyciągnęli wniosków z przeszłości i popierają obalanie wszystkich możliwych reżimów jakie tylko znajdą się w ich zasięgu , a właściwie to w zasięgu BGM-109 Tomahawk(oczywiście poza najgorszym ze wszystkich, jaki znajduje się w Arabii Saudyjskiej), nie zauważając, że reżimy trzymające za mordę islamistów, choć okrutne, są jednak tylko słabymi i skłóconymi ze wszystkimi w koło marionetkami, powstające na ich miejscu "kalifaty" stają się wylęgarniami terroryzmu. Przykładem może być tu chociażby Egipt, który niestety z turystycznej mekki szybko dryfuje w stronę islamskiego państwa wyznaniowego z szariatem.
Społeczeństwo międzynarodowe jest straszone al-Asadem i konsekwencjami jego wygranej, powszechnie mówi się o okrucieństwie armii tego człowieka przedstawianej na filmach kręconych przez powstańców (nie zauważając ich jawnie propagandowej formy). Tymczasem o wiele bardziej bezwzględni są islamiści. Ich czyny dały się już na tyle we znaki mieszkańcom Syrii, że wszyscy szyici, mniejszości religijne (w tym chrześcijanie), a nawet część umiarkowanych sunnitów na nowo poparła Bashara al-Asada, który szybko odtwarza swoje siły i przeprowadza kontrofensywę.
Tylko dlaczego ślepa na wszystko arena międzynarodowa wciąż jawnie popiera terrorystów? Boją się wzrostu wpływów Iranu? A może nadal straszą Rosją? |