Kot marnotrawny państwa Jasińskich miał jakieś inne imię, ale na co dzień nazywano go kotem marnotrawnym ponieważ otrzymali go jako małego kociaka a trzeciego dnia wymknął się z domu i zaginął. Powrócił po kolejnych trzech dobach, kiedy opłakano go już, w głębokim przekonaniu, iż zginął pod kołami samochodu lub w innych dramatycznych okolicznościach. Pani domu zabiła na jego cześć trzy białe myszki, czyli wyjęła przeznaczoną na obiad wołową polędwicę i odkroiła mu z niej kawał znacznie przekraczający możliwości małego kotka. Czego nie zjadł kot zjadła suka, a pan domu otworzył do obiadu butelkę świetnego wina. Uczta pozostała w pamięci na zawsze, a kot nazywany był odtąd kotem marnotrawnym i często można było usłyszeć pytanie: „czy kot marnotrawny dostał mleko” lub inne podobne. Suka też miała jakieś imię, ale ktoś z gości nazwał ją kiedyś Kunegundą i tak już zostało. Wniebowzięcie Kunegundy miało miejsce w kilka lat po powrocie kota marnotrawnego, w wigilię Bożego Narodzenia, gdy w domu państwa Jasińskich odbywało się wielkie przyjęcie, goście pili drinki przed kolacją, a pani domu wyszła z kuchni, aby pełnić honory domu. Jeden z gości poszedł do kuchni po popielniczkę, wrócił na palcach i tajemniczo szepnął, żeby wszyscy cicho poszli za nim. Scena w kuchni była rzeczywiście piękna – na brzegu kuchennego stołu stał równo pokrojony pieczony indyk, nad indykiem stał kot marnotrawny i wprawnie zrzucał łapką plasterek po plasterku prosto do pyska Kunegundy. Kunegunda była wniebowzięta i do rzeczywistości przywrócił ją dopiero przeraźliwy i niczym nie usprawiedliwiony wrzask pani domu. Przypomniałem sobie tę historię ostatniego piątku, kiedy to dzwony kościołów zapowiadały jakieś wniebowzięcie, powodując nieopatrznie gwałtowne wyładowania atmosferyczne.
|