Zastanawia mnie sens rekolekcji wielkopostnych jakie aktualnie trwają w kosciele katolickim, gdyż miałem mozliwość obserwacji co poniektórych parafian i za bardzo nie kapuję o co w tym wszystkich chodzi. Z jednej strony na siłę zmusza się do uczestnictwa w nich dzieci ze szkół - a jak wiadomo nic siłą człowiek nie wskóra - więc po co ta szopka. Ponadto tłumy ludzi poza obrębem koscioła w trakcie nauk (pomimo że w samym kosciele pusto) - po jakiego ciorta ci ludzie grzeją płytki poza terenem koscioła skoro i tak nic znie słyszą - a chodzenie dla samego chodzenia jest chyba jakimś nieporozumieniem. Po trzecie rekolekcje mają przybliżyć człowieka do boga, a z moich obserwacji wynika, że własnie po kursach rekolekcyjnych ludzie są nad wyraz poddenerwowani, złośliwi i chamscy - czyżby nauki odnosiły skutek odwrotny? Po czwarte jak mąż pił i bił żonę przed naukami tak po upływie tygodnia góra dwóch od rekolekcji bije ją nadal - czyżby więc słowo boże miało tak któtki okres działania? Nie rozumiem takiego tradycyjnego chodzenia na rekolekcje z powodu bo wypada, bo tak chodziła babka i prababka, bo co ludzie powiedzą itd.. skoro nie mają one żadnego pozytywnego wymiaru w normalnym życiu. Jakoś Polska i te 99% katolików po serii zastrzyków rekolekcyjnych nie miłuje bliźniego jak siebie samego i nadal słychać o kradzieżach, gwałtach, morderstwach i innych okropnościach. A może te rekolekcje sa potrzebne aby wydać nadmiar nagromadzonychw ciągu całego roku komunikantów? albo żeby nabic sobie kasy na tych 3-dniowych maratonach mszalnych? |