Wróciłem trochę wcześniej z pracy i włączyłem tv.
Z ekranu patrzyła na mnie zadowolona twarz Wałęsy (zachwalającego swą, nowo wydaną, autobiografię*), która równie zadowolonym głosem mówiła coś, co- pewnie niedokładnie- zrozumiałem więc i niedokładnie powtórzę:
Mojżesz to
tylko prowadzał Izraelitów po pustyni, by doprowadzić do wymarcia starego pokolenia...
natomiast ja... i tu następowała skromna opowieść o tym, jak to osobiście wymyślił sposób by uratować świat (z Polską, przy okazji), więc (chcąc, nie chcąc?) musiał to zrobić.
Przebiegłem myślami niektórych (co se przypomniałem) poprawionych, obnażonych, przewidzianych, upomnianych, zaskoczonych czy też dobrotliwie naprowadzonych na dobrą drogę, że o zdystansowanych nie wspomnę... przez Wałęsę.
Wyszło mi całkiem sporo różnych "Mojżeszów" z Jelcynem, Jaruzelskim, Mazowieckim, Geremkiem, Gwiazdami, Lisem, Kwaśniewskim, Kohlem...itd, etc...
Zacząłem się zastanawiać: kto następny, po Mojżeszu, Wałęsie do pięt nie dorósł?...
...i żal mi mięśnie pośladkowe ścisnął...czemu nie skończyłem tej zawodówki...?

*- " Wałęsa. Droga do prawdy. Autobiografia "