Racjonalista - Strona głównaDo treści
Wiara źródłem nieszczęścia

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Filozofia i światopogląd
NapisanoAutorTytuł
03-02-2004 11:44jeyes (2281 punktów)Wiara źródłem nieszczęścia
Na początek pragnę przeprosić, jeśli wątek podobny do mojego już jest gdzieś na forum - ja go nie znalazłem. Zaprzestałem poszukiwań dość szybko, gdyż budowa forum (sposób wyświetlania wątków) w zasadzie uniemożliwia odnalezienie czegokolwiek bez przeszukiwania całego forum, a na to nie mam ani chęci, ani czasu.
O co mi chodzi z tą wiarą jako źródłem nieszczęścia?
Otóż nie mam zamiaru udowadniać tezy, że wiara w Boga czyni każdego z wyznawców nieszczęśliwym / choć możnaby się o taki dowód pokusić przy założeniu, że nieszczęściem jest niepostrzeganie klapek, jakie wiara nakłada na oczy /, chcę się natomiast podzielić swoimi przemyśleniami w odniesieniu do konkretnego przypadku, kiedy wiara w Boga unieszczęśliwia, przysparza niepotrzebnych, bo sztucznie wywołanych problemów.
Mam oto proszę państwa dziewczynę, choć może właściwiej by było powiedzieć - kobietę, ale jakkolwiek wyrażenie "mieć dziewczynę" nie budzi negatywnych emocji, to "mieć kobietę" już nie brzmi elegancko i mogłoby zaalarmować feministki
No i ta moja dziewczyna jest katoliczką. Nigdy jakoś specjalnie mi to nie przeszkadzało, bo choć szkoda mi zawsze było, iż różnimy się definitywnie w postrzeganiu świata, to za obopólną zgodą nie poruszaliśmy tematów światopoglądowych, bo po co się wzajemnie denerwować.
Tak było do czasu, aż się dowiedziałem, z jakimi konfliktami natury psychicznej, duchowej i... rodzinno-towarzyskiej boryka się moja dziewczyna. Dla pełnego naświetlenia sytuacji muszę dodać, że ona jest panną, ja zaś rozwodnikiem wychowującym moje dziecko. Okazało się, że moja partnerka żyje w swoim mniemaniu "w grzechu", dlatego też odczuwa potrzebę spowiadania się z tego co niedzielę. Lekko mnie zatkało po usłyszeniu tej rewelacji, bo będąc ateistą ciągle nie mogę zrozumieć, dlaczego katolicy za nic mają słowa swego syna swego Boga - Jezusa, zachęcającego do miłości i nie stawiającego żadnych warunków odczuwaniu i szerzeniu miłości, w zamian za to próbują dostosować się do dziwacznych regulaminów stwarzanych i zmienianych na przestrzeni dziejów przez innych ludzi. Ale OK - skoro ona uważa, że żyje w grzechu, ale jeszcze nie zatraciła najistotniejszej z cech ludzkich, a więc pragnienia kochania i bycia kochaną, to jeszcze nie jest naprawdę źle. Niestety, okazuje się, że jest źle. Otóż moja pani nie otrzymywała rozgrzeszenia od spowiedników. Nie wiem co się działo w jej umyśle i sercu po każdej takiej nieudanej próbie pogodzenia boskiej bądź co bądź u źródła miłości z iście szatańskim odrzuceniem przez kapłanów własnej religii, nie chce ze mną o tym rozmawiać, natomiast wiem, jakie widzi rozwiązanie: unieważnienie mojego kościelnego ślubu. Zanim to jednak nastąpi (jeśli w ogóle kiedykolwiek nastąpi!), moja dziewczyna będzie ciągle pod presją. Co prawda udało jej się w końcu trafić na księdza, który nie widzi problemu z udzielaniem jej rozgrzeszenia, ale ponieważ w jej mniemaniu ciągle popełnia wykroczenia przeciw swemu Bogu, więc owe rozgrzeszenia nie zapewniają jej spokoju ducha. Poza tym jest jeszcze jeden problem: nawet po unieważnieniu małżeństwa, nasz związek będzie "grzeszny", przynajmniej dopóty, dopóki nie weźmiemy ślubu w kościele. Zatem unieważnienie małżeństwa nie rozwiązuje problemu "życia w grzechu", tylko zamienia jedną formę "grzechu" na inną.
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze stosunek katolickiej rodziny mojej dziewczyny do niej i do naszego związku. Nie muszę chyba wyjaśniać, że taką samą miłością i zrozumieniem, jaką obdarza ją Kościół, obdarza ją również rodzina. Dotąd nie szczędzili jej przytyków typu: "no to kiedy ty się w końcu ustatkujesz?", co należy rozumieć jako "kiedy wreszcie znajdziesz sobie chłopa i weźmiesz z nim ślub kościelny?!"; teraz zaś nie omijają żadnej okazji, aby oceniać postępowanie mojej pani jako niemoralne, niegodne katoliczki itp.
W ten oto sposób dokonuje się zaszczuwanie człowieka przez "miłosiernych", "tolerancyjnych", "dobrych" "pełnych miłości bliźniego"... Przepisy kościelne, oparte na dzieleniu ludzi na lepszych i gorszych li tylko ze względu na podporządkowanie się owym przepisom oraz ludzie pełni obłudy i gardzący uczuciami innych, czynią życie mojej dziewczyny coraz bardziej nieznośnym, sprawiają, że zamiast czerpać radość z obecności miłości w jej życiu czuje się winna, zła, gorsza i jest nieszczęśliwa.
Ja jej nie potrafię pomóc. Próbowałem używać argumentów w postaci "jeśli Twój Bóg jest taki, jak myślisz, to niemożliwe, aby ganił Cię za to, że kochasz". Próbowałem powoływać się na fakt, że skoro jeden ksiądz ma zupełnie przeciwstawne zdanie niż inny, to może nie należy w ogóle zajmować się rozpatrywaniem, który z nich ma rację? Próbowałem zasugerować, że skoro jej rodzina nie interesowała się dotąd w ogóle jej losem, to może nie ma prawa wypowiadać się na temat jej życia i oceniać jej postępków? Być może słusznym rozwiązaniem byłoby zostawić dziewczynę skoro nie potrafi czy nie chce uniezależnić się od innych i przejąć kontroli nad swoim życiem?
Nie wiem, wiem jedno: wiara w Boga, wiara katolicka jest powodem ogromnego dyskomfortu dla mej wybranki, jest dla niej źródłem niemalże schizofrenicznych odczuć, przyczyną poczucia małej wartości, nieustannym generatorem zmartwień i problemów.
Tak oto Kościół Katolicki jako instytucja i jako zgromadzenie wiernych traktuje swoich członków, których "winą" jest obdarzenie drugiego człowieka miłością.
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

avenarius
Czy Twój problem, to temat na forum: Filozofia i światopogląd?

Ponadto imho zdecydowanie dosypujesz sobie kilogram cukru do nauki Jezusa, tak by Ci nie psuła interesu. Przeczytaj sobie Ewangelie.
jeyes (2281 punktów)
Jeśli masz wątpliwości czy mój post pasuje do tematyki forum, to przeczytaj:

Opis: Można pofilozofować, albo porozmawiać o filozofii, a także o życiu i naszym postrzeganiu tego co nas otacza.

Teraz powinno ci już pasować, a jak nie, to nie moja wina.

Natomiast twoja wypowiedź niczego nie wnosi, nie jest ani radą, ani odpowiedzią na moje pytanie, więc po co ją umieściłeś? Lubisz oglądać swoje teksty na forum?

Laforge
Proponuje Twojej pannie poszerzenie horyzontow z zakresu wiary w Boga w przeciwienstwie do zewnetrznego egzoterycznego kodeksu semickiego .Podrzuc jej jakas ksiazke ktora uwzglednia ta ludzka glebie .
bockxer (1165 punktów)
Wygląda na to , że Twoja dziewczyna jest solidnie "zatruta" wiarą . Sam chyba nie dasz rady dokonać "detoksu". Rozważałeś fachową pomoc - psychologa ?
jeyes (2281 punktów)
Nie, nie myślałem o tym, dzieki za sugestię. Tylko czy psycholog będzie w stanie wyleczyć ją z opętania przez wiarę? Watpię. Jedyne co mogłoby się udać, to pomóc jej zachowywać się asertywnie w stosunku do jej rodziny, ale zasadniczej przyczyny problemu nie uda się pozbyć drogą opartą na rozsądku. W sprawach jej wiary może jej pomóc tylko ktoś, kogo ona będzie uważać za autorytet w tej dziedzinie, ale gdzie tu znaleźć księdza, który zaprzeczy kardynalnym zasadom Kościoła Katolickiego?!
bockxer (1165 punktów)
Wyraziłem się nieco nieprecyzyjnie. Chodziło mi głównie o Twoją rozmowę z fachowcem - psychologiem . Być może on znalazłby wyjście z tej " kwadratury koła ".
jeyes (2281 punktów)
Teraz to dopiero mam "nieprecyzyjny" obraz... w jaki sposób moja rozmowa z psychologiem mogłaby rozwiązać problemy mojej dziewczyny?
Molly
jeyes, rozpatrujac twój problem wydaje mi się, że jest to poważniejsze niż ci się wydaje. Na moje oko, nie wróżę wam rajskiej przyszłości, ani nwet wspólnego dozgonnego życia w warunkach w jakich je sobie obecnie układacie. Choć mogę się jednak mylić.
Zastanowiłabym się nad tym, czy chcesz zrozumieć swoją dziewczynę? Twoja rola jest tu znacząca, bo to zależy od tego co ty z tym dalej zrobisz.
Poniekąd, żeby z mety tego nie skreślić poradziłabym ci bardzo dogłębne rozpatrzenie za i przeciw. Musisz postawić sobie szereg pytań. Czy ją bardzo kochasz? Czy jest dla ciebie ważna? Czy chcesz ją zrozumieć, czy tylko tolerować jej życie w wierze? Czy zamierzasz żyć tak jak ona by tego chciała, czyli wg dogmatów ważnej w jej życiu wiary? itd.........
Musisz zdać sobie sprawę z tego, że tak została wychowana i nic tego nie zmieni. Aczkolwiek przyznam, że jest normalna i zdrowa umysłowo, i nie potrzebuje żadnego psychologa. Jest zwyczajnie MORALNA, ma twarde zasady godne pochwały, których przestrzega i widzę, że jest świetnym materiałem na żonę. W dzisiejszych czasach trudno o partnerów, którym można ufać do końca. A ktoś z tak mocnymi zasadami będzie wierny po grób i nie przyjdzie mu do głowy żadna pozamałżeńska zdrada.
Trafiłeś z pewnością na fantastyczną osobę, ale wasze poglądy po prostu się mijają i tworzą dysonans wprowadzając zamęt w życie.
Bóg dał nam przykazania i ona jest im wierna. Kocha i Boga i ciebie. Dlatego stara się to pogodzić latając od księdza do księdza i szukając "luki" w prawie kościelnym, która pozwoliłaby w zgodzie ze sobą kochać i Pana Boga i ciebie. Po prostu tak łatwo nie rezygnuje, mając nadzieję w końcu znależć kompromis pomiędzy tym co ziemskie i co Boskie. To nie wariactwo, to miłość i desperacja, i wybory jakie na pewno nią miotają.
Wie, że gdy sprzeciwi się Bogu nie będziecie nigdy szczęśliwi i to was zniszczy. Pomóż jej i powiedz co czujesz, co zamierzasz w przyszłości. Jak wyobrażasz sobie wasze wspólne codzienne życie. Ona z pewnością będzie co niedzielę chodziła do kościoła, do Komunii, która daje jej siły. Będzie się modliła i pielęgnowała święta kościelne w waszym domu. Musisz się w tym jakoś ustawić i odnaleźć, bo ona będzie cię namiawiała do uczestnictwa. I właśnie tu widzę ten największy problem. Bo ty ateista będziesz ją ignorował i opuścisz ją w tym aspekcie życia. Nie da się tego pogodzić, więc pozostaje ci ją tylko zrozumieć. Niech cię nie przeraża bycie poddanym Bogu, to żaden kierat. Znam ateistów, którzy w różnych okolicznościach stali się wierzącymi i są z tym dziś szczęśliwi. A nawet powiem szczęśliwsi niż dawniej. Więc może spróbujesz razem z nią uczestniczyć w uroczystościach bez żadnych zobowiązań, a stwierdzisz, że to nie takie straszne. Z pewnością lepiej ją wtedy zrozumiesz. Nabierzesz do niej szacunku i zaufania. Będziecie się lepiej rozumieć, nadawać na tych samych falach. Jeśli nie podejmiesz takich kroków, w twoich oczach pozostanie ona niewolnicą Boga, a ty poczujesz się zdradzony.
Żeby jej nie skrzywdzić odpowiedz sobie na pytanie, czy chcesz się związać z nią na całe życie, czy tylko na tym etapie dnia dzisiejszego? Bo jeżeli nie, to odpuść sobie i pożegnajcie się w zgodzie i miłości, ale zagraj w otwarte karty.
Jeżeli planujesz na poważnie, radzę ci zastanów się nad rozpatrzeniem ewentualności unieważnienia twojego poprzedniego małżeństwa i ponownego ślubu kościelnego ze swoją naprawdę wartościową dziewczyną. Dasz jej w ten sposób poczucie równowagi i szczęścia. Wtedy dopiero świat będzie należał do was.
W życiu jakie opisałeś mijacie się i to was poróżnia. Pozostaje mi tylko życzyć wam szczęścia. A tobie siły od Boga w podjęciu trafnej i mądrej decyzji, która da szczęście wam obojgu. Powodzenia !
Molly
Dodam jeszcze, że sugestia bockxera jest trafna. Psycholog pomoże Tobie określić się w tym związku i podpowie co dalej... Hej!
Mariusz Agnosiewicz
Molly...

Twoje złote rady są bardzo apodyktyczne i w streszczeniu sprowadzają się do tego: zastanów się czy jesteś dla niej gotów wyrzec się swoich poglądów, zapomnieć o nich, przyjąć wartości i obrzędy uznawane wcześniej za nonsens. Oczywiście nie pomyślałaś o tym, że z punktu widzenia ateisty, który ma taki problem spraw przedstawia się zgoła inaczej: jak przekonać moją ukochaną do tego, że żyje w urojeniach szkodliwych dla nas obojga.

Zupełnie opacznie przedstawiasz też kwestię moralności, którą identyfikujesz z kierowaniem się urojonymi normami, które pewne zachowania kwalifikują jako "grzeszne". Jednak to co "grzeszne" nie jest tym samym z tym co niemoralne. Jest to bowiem moralność jedynie urojona a nie ludzka, humanistyczna. Dla człowieka wolnego od przekonań religijnych przypuszczenie, iż związek będący wynikiem miłości do kogoś po rozwodzie miałby być niemoralny jest niczym innym jak zabobonem, albo pewnym upośledzeniem intelektualnym (wynikającym z błędnych przesłanek).

Oto twoje patologiczne podejście do moralności:
>Kocha i Boga i ciebie. Dlatego stara się to pogodzić latając od księdza do księdza i szukając "luki" w prawie kościelnym, która pozwoliłaby w zgodzie ze sobą kochać i Pana Boga i ciebie.
Jeśli dla ciebie możność kochania "Boga i człowieka" jest czasami możliwa dzięki luce w prawie kościelnym, to gratuluje zdrowego podejścia do życia!
>Jeżeli planujesz na poważnie, radzę ci zastanów się nad rozpatrzeniem ewentualności unieważnienia twojego poprzedniego małżeństwa i ponownego ślubu kościelnego
Czy zdajesz sobie sprawę z tego co piszesz? Nieważność ślubu jest teoretycznie możliwa jeśli zachodzą do tego obiektywne przesłanki, ty zaś piszesz o tym jako o pewnej niedogodności czysto formalnej. Oczywiście wiem, że ty mówisz po prostu o praktyce, bo w kościele stwierdzenie nieważności nie ma wiele wspólnego z przesłankami obiektywnymi a sprowadza się tylko do formalizmu. Pisałem o tym więcej tutaj:
Życzę powodzenia w tej żenującej czynności!

Rozbrajające jest też twierdzenie o kimś, że jest "świetnym materiałem na żonę" na podstawie tak nikłej wiedzy. Jedyne co wiesz o tej osobie, to że swoje decyzje konsultuje z bezżennymi mężczyznami wykonującymi zawód księdza. Niestety, to zdecydowanie za mało aby orzec czy osoba X będzie dobrą partnerką dla osoby Y tylko na podstawie jej posłuszeństwa wobec Kościoła. Bo z tego absolutnie nie wynika, iż osoba ta za 5 lat będzie godna zaufania w tej lub w innej sprawie. Życie jest brutalne, a dla związków zabójcze są głównie trzy rzeczy: brak porozumienia, nuda i ...czas Nie można więc mieć żadnej pewności, że np. za lat 5 naszej ultrapobożnej pani nie wpadnie w oko jakiś "zdrowy religijnie" Romeo z którym będzie miała tysiąc tematów, bo on będzie np. katechetą bez święceń, poznanym na poczekalni przed kancelarią księdza dobrodzieja, tudzież w czasie pielgrzymki na Jasną Górę w której nie weźmie udziału "niemoralny" ateista-mąż. Co do jej żelaznych zasad to nie przesadzajmy: już raz się "grzesznie" zakochała - w rozwodniku. Dlaczego nie miałaby zrobić tego ponownie? Poza tym jeśliby jeszcze ksiądz dobrodziej obojgu patronował duchowo udzielając rad życiowych, to zdrada zostałaby rychło uświęcona nawet i samym pastorałem.

Natomiast nie ma wątpliwości, że co do zasady masz rację: jest tutaj albo albo. Bo nie da się ułożyć sensownego związku w takim stanie w jakim on obecnie tkwi. Albo jeyes zrezygnujesz ze swoich przekonań, albo twoja ukochana ze swoich, albo związek potrwa najwyżej parę lat lub zamieni się pasmo nieszczęść. Bo to nie jest różnica jak np. w tym że mąż i żona mają różne poglądy na temat najlepszego koloru płytek w łazience. To są kwestie co do których musi zapaść jakaś zgoda: albo jesteśmy ateistami, albo wierzącymi, albo religia jest nam obojętna. Nie ma innych dróg (poza znamiennym wyjątkiem Heloizy i Abelarda )
Nie wiem czy jest możliwe uleczenie kogoś z tak głębokiej zapaści religijnej, na pewno nie przez argumentacyjne perswazje, co najwyżej przez jakiś wstrząs, np. groźba staropanieństwa Niestety, chyba pozostaje ci rozwiązać dylemat: czy kocham ją tak strasznie mocno i bezgranicznie, że jestem gotów do daleko idącej zmiany czyli zapoznania się tym Panem Bogiem i jego Kościołem. Być może dla szczęśliwej miłości z niezwykłą kobietą warto stać się gorliwym neofitą włącznie z leżeniem krzyżem i uzupełnieniem garderoby o włosiennicę choć ja osobiście muszę przyznać, że raczej nie byłbym do tego zdolny. Już to przerabiałem i dziś wyznaję zasadę niepakowania się w takie sprzeczności jakie przeżywasz. Z osobą uzależnioną od doktryn religijnych czułbym się pewnie jak z kimś specjalnej troski. Ale przecież życie jest różnorodne i to co jest dobre dla jednego nie musi takim być dla każdego.
jeyes (2281 punktów)
Powiem tak - człowiek czerpie energię życiową i widzi sens życia wyłącznie wtedy, gdy spotyka podobnie mu myślących. Inaczej gotów albo popaść w szaleństwo, albo z konieczności wyrzec się samego siebie.
Molly zaproponowała mi to drugie, dzięki tobie prawdopodobnie uniknę tego pierwszego, tym bardziej, że choćbym chciał, to nie mogłem momentami powstrzymać się od śmiechu

Nie chcę wartościować wypowiedzi żadnego z was, wdzięczny jestem za każde poświęcenie mi uwagi, przyjmuję za dobrą monetę starania was obojga w rozwiązaniu mojego(?) problemu - jakże to różne od autorytarnych jednozdaniowych wystąpień asvicariusza, bockxera czy jak im tam.

Dzieki, pora iść spać!
bockxer (1165 punktów)
Gdzie widzisz autorytaryzm w mojej sugestii odnośnie zwrócenia się o pomoc do fachowca ?

jeyes (2281 punktów)
autorytarny - władczy, nadużywający władzy; absolutystyczny, autorytatywny, pewny siebie, zarozumiały.


Jedno jedyne "rozwiązanie", do tego w ogóle bez odniesienia się problemu, a raczej sprowadzające go do zaburzeń moich relacji ze światem.

Jak ty byś to nazwał?
jeyes (2281 punktów)
Dziękuję za twoją wypowiedź, na którą pozwolę sobie odpowiedzieć w formie komentarzy.

>jeyes, rozpatrując twój problem wydaje mi się, że jest to poważniejsze niż ci się wydaje.
To chyba nie najlepszy pomysł zaczynać od dawania mi do zrozumienia, że lepiej wiesz, co ja czuję i jak odbieram całą tę sytuację. Ale dobrze, załóżmy, że ci się "wyrwało"

>Na moje oko, nie wróżę wam rajskiej przyszłości, ani nawet wspólnego dozgonnego życia w warunkach w jakich je sobie obecnie układacie. Choć mogę się jednak mylić.
To jest oczywiste. Gdybym myślał inaczej, gdybym nie widział problemu, to nie napisałbym na ten temat, prawda?

>Zastanowiłabym się nad tym, czy chcesz zrozumieć swoją dziewczynę? Twoja rola jest tu znacząca, bo to zależy od tego co ty z tym dalej zrobisz.
Nie mogę jej zrozumieć, to też jest oczywiste. Mogę co najwyżej przyjąć do wiadomości, że ma problem z pogodzeniem bezwzględnych zakazów i nakazów jej religii z tym, co czuje do mnie. Nie jestem w stanie pojąć (o czym pisałem), że ona nie widzi sprzeczności między bezwarunkowymi zaleceniami kochania pochodzącymi od Jezusa, a regulaminami wymyślonymi przez najzwyklejszych ludzi. Ba! Nie rozumiem, dlaczego nakazy ludzkie są dla niej ważniejsze od boskich. Gdybym ja wierzył w Boga, to chyba jednak Jemu bym ufał, a nie ludziom.

>Poniekąd, żeby z mety tego nie skreślić poradziłabym ci bardzo dogłębne rozpatrzenie za i przeciw. Musisz postawić sobie szereg pytań. Czy ją bardzo kochasz? Czy jest dla ciebie ważna? Czy chcesz ją zrozumieć, czy tylko tolerować jej życie w wierze? Czy zamierzasz żyć tak jak ona by tego chciała, czyli wg dogmatów ważnej w jej życiu wiary? itd.
Widzę sugestię przyjęcia wizji "drugiej strony", ale nie mogę się na to zgodzić. Nie mogę z dwóch powodów: Po pierwsze - zakładając nawet, że nie tylko będę "tolerował" jej życie w wierze, ale sam się nawrócę, nie dojdziemy do rozwiązania problemu. W jej postrzeganiu sytuacji nic się nie zmieni, natomiast ja przyswoję jej rozterki. Z jednej strony będę chciał z nią być, z drugiej będę ulegał presji zakazów kościelnych. Ten sposób już oboje będziemy się borykać z tymi samymi problemami, będziemy się kochać ze świadomością, że jest to coś złego. Jak długo?
Widzisz, problem nie polega na tym, że każde z nas ma inną wizję świata. Wiara w Boga i niewiara w Boga nie wykluczają miłości. Źródłem problemu jest sprzeczność między zachętą do i pochwałą miłości głoszoną przez Jezusa, a klasyfikacją grzechów przygotowaną przez ludzi Kościoła. Stąd się bierze dyskomfort mojej dziewczyny, wcale nie z faktu, że ona jest wierząca, a ja nie.
Dlaczego mnie stawiasz wymagania dostosowania się do mojej pani, a nie dopuszczasz odwrotnej sytuacji? Dlaczego niby moja miłość miałaby podlegać sprawdzianowi, a nie jej? Pytania chyba retoryczne - sama jesteś osobą wierzącą, prawda?

>Musisz zdać sobie sprawę z tego, że tak została wychowana i nic tego nie zmieni.
Hmmm... wielu ludzi wychowanych w wierze zmieniło swoje zapatrywania. Choćby ja. Wracając na chwilę do poprzedniego fragmentu twej wypowiedzi - dlaczego mojej dziewczynie nie sugerujesz zastanowienia się nad siłą jej miłości do mnie? Dlaczego ona nie musi zastanowić się czy nie chciałaby żyć dla mnie? Dlaczego jej darowane jest zastanowienie w jakim stopniu ja jestem dla niej ważny?

>Aczkolwiek przyznam, że jest normalna i zdrowa umysłowo, i nie potrzebuje żadnego psychologa. Jest zwyczajnie MORALNA, ma twarde zasady godne pochwały, których przestrzega i widzę, że jest świetnym materiałem na żonę.
Nie, mylisz się. Ona nie przestrzega zasad, ona je łamie. Łamie zasady swojego Kościoła. Ja mogę powiedzieć, że jest moralna, bo ją znam i wiem, jakim wartościom moralnym jest wierna, ale moja opinia się nie liczy, nie liczy się dla niej, gdyż ja jestem przeciwnikiem Kościoła. Zobacz co się dzieje: ona tak naprawdę szuka poparcia, potwierdzenia, że nie robi nic złego, ale to potwierdzenie ma przyjść ze strony Kościoła. Gdy ja mówię to, czego ona oczekuje od księdza, to jest to nieważne - wobec tego mam prawo myśleć, że w jej życiu nie ja jestem najważniejszy, nie nasza miłość jest najważniejsza, ale jej spokój sumienia, ale zadowolenie wyrażone przez innych ludzi! Ta miłość jest dla niej obciążeniem, nie chce tak naprawdę podążać drogą wyznaczaną przez to uczucie, ona chce mieć czyste sumienie.
Czy nadal sądzisz, że to ja mam się zastanawiać nad siłą swej miłości i ważnością obecności mej dziewczyny w moim życiu?

>W dzisiejszych czasach trudno o partnerów, którym można ufać do końca. A ktoś z tak mocnymi zasadami będzie wierny po grób i nie przyjdzie mu do głowy żadna pozamałżeńska zdrada.
No cóż... najróżniejsze wydarzenia w mym życiu nauczyły mnie jednej rzeczy - naiwnością jest sądzić, że ludzie się nie zmieniają, że nie zmienia się ich hierarchia wartości, albo że zawsze wiedzą z całą pewnością czego chcą. Mam za sobą zdradę kobiety, która kochała mnie do szaleństwa, przemierzała tysiące kilometrów, aby być ze mną, zmieniła swoje życie w każdym jego aspekcie kierując się miłością do mnie, znajdując oparcie we mnie i budując ze mną wspólną przyszłość. Wszystko do chwili, gdy poznała innego pana, od którego nie dzieliło jej morze, który nie stawiał jej na piedestale, nie całował śladów jej stóp, ale za to stanowił gwarancję szybkiej i pewnej stabilizacji i zabezpieczenia materialnego. Na koniec dostałem zapewnienie, że część jej serca zawsze będzie należała tylko do mnie. Jakie to miłe, prawda?
Tym razem nie ma aż tak gwałtownego uczucia, tym bardziej więc naiwnością by było przypuszczać, że nie ulegnie ono kiedyś jakiejś zmianie sytuacji życiowej. Ale to nie jest dla mnie problem tzn. nie zakładam dozgonnej miłości i wiecznej obecności mej dziewczyny w moim życiu. W razie czego nie stracę już dwóch lat na jako takie dojście do siebie. Z radością i wdzięcznością przyjmę od losu brak zdrady i brak postanowienia odejścia ode mnie, ale wiem, że może się zdarzyć i jedno i drugie - bo po prostu się zdarza, i tyle.

>Trafiłeś z pewnoś
jeyes (2281 punktów)
>Trafiłeś z pewnością na fantastyczną osobę, ale wasze poglądy po prostu się mijają i tworzą dysonans wprowadzając zamęt w życie.
Powtórzę jeszcze raz - źródłem dysonansu, źródłem dyskomfortu nie jest różnica naszych światopoglądów, bo żaden z nich nie zabrania dwojgu ludziom kochać się. To nakazy ludzi interpretujących po swojemu proste zalecenie miłości pochodzące od Boga jest źródłem problemu, przyczyną ambiwalentnych uczuć targających mą dziewczyną.

>Bóg dał nam przykazania i ona jest im wierna.
Nie chcę tu nawet zaczynać dyskusji na temat Przykazań, wszyscy wiemy, że Dekalog katolicki został spreparowany w imię zaspokojenia bardzo przyziemnych i niskich celów człowieka. Ważne jest moim zdaniem, że skoro ludzie pozwolili sobie na wygodną im manipulację Przykazaniami, skoro śmieli przeciwstawić się Bogu, to nie powinno się przedkładać ich interpretacji żadnego z Przykazań nad proste i jasne przesłanie Jezusa o miłości. Jezus mówił po prostu "kochajcie się", zaś Kościół pozwolił sobie wiedzieć lepiej "co autor miał na myśli" i głosi "kochajcie się, ALE...".
Moim zdaniem w życiu wierzącego w Boga ważniejsze powinny być Jego słowa, a nie interpretacje ludzkie.

>Kocha i Boga i ciebie. Dlatego stara się to pogodzić latając od księdza do księdza i szukając "luki" w prawie kościelnym, która pozwoliłaby w zgodzie ze sobą kochać i Pana Boga i ciebie.
Przeczytaj to co napisałaś. "Szukając luki w prawie kościelnym" - widzisz? Miłość do Boga i miłość do mnie nie wykluczają się, jedna nie zabrania drugiej. To "prawo kościelne" zabrania miłości do mnie, rozumianej jako bycie ze mną. W kółko i w kółko powtarzam to samo, ale widać muszę, bo trzeba zrozumieć różnicę między wiernością i miłością do Boga a wiernością "prawu kościelnemu". Trzeba się zdecydować, co w końcu jest ważniejsze - czy prawa boskie, czy kościelne. Czy wierzę w Boga, czy w Kościół? Czy nieobecność Kościoła, nieobecność wszystkich jego przepisów oznacza brak możliwości przestrzegania praw boskich? Czy - w końcu - brak Kościoła uniemożliwia wiarę w Boga i zaufanie Mu?

>Po prostu tak łatwo nie rezygnuje, mając nadzieję w końcu znaleźć kompromis pomiędzy tym co ziemskie i co Boskie. To nie wariactwo, to miłość i desperacja, i wybory jakie na pewno nią miotają.
Wiesz, ze względu na część pełnionych przeze mnie obowiązków w pracy, mam do czynienia z tematyką obecności wartości w życiu człowieka. Nie od dziś wiadomo, że istnieją sytuacje, w których ludzie stają przed wyborem - albo wierność wyznawanym wartością, albo uzyskanie korzyści. Nie są znane przypadki, żeby człowiek nie posiadał żadnych wartości, choć może je opacznie pojmować. Nawet złodziej ma swój zbiór wartości, którymi się kieruje - może nie jest to akurat uczciwość, ale dajmy na to - odpowiedzialność, rzetelność, solidarność itd. Człowiek szanujący sobie wartość, jaką jest uczciwość, bierze łapówki. Inny - ceniący sobie wierność - zdradza żonę. Dlaczego tak się dzieje, jak to możliwe? Otóż ceniąc sobie pewne wartości i uważając, że ich przestrzegamy w życiu, natrafiamy na sytuacje, w których stajemy przed wyborem - albo pozostać wiernym tym wartościom i nie wykorzystać szansy na uzyskanie jakiejś korzyści, albo uzyskać korzyść, ale kosztem sprzeniewierzenia się wartościom. Owo sprzeniewierzenie wywołuje w człowieku dyskomfort, który jednak może być zniesiony poprzez zapewnienie sobie usprawiedliwienia. Bezrobotny, który nigdy nie wyniósł dotąd za zakładu nawet najmniejszej śrubki, nagle kradnie w sklepie - bo przecież ma dzieci na utrzymaniu. Uczciwy i praworządny policjant nie wypisuje mandatu i bierze pieniądze od nietrzeźwego kierowcy przekraczającemu ograniczenie prędkości - jeśli tylko wykaże się on odrobiną znajomości technik manipulowania ludźmi i da owemu policjantowi wiarygodne usprawiedliwienie - rodząca żona jako powód, wręczone pieniądze jako kara wymierzona samemu sobie.
Tak wyglądają kompromisy między tym co ziemskie i tym co Boskie. W przypadku mojej dziewczyny chodzi o co innego - ona nie łamie wartości, ona jest im wierna, a atakują ją "panowie policjanci", którzy żądają tym razem, aby ona złamała "przepisy ruchu drogowego", bo oni mają swoją interpretację tych przepisów.

>Wie, że gdy sprzeciwi się Bogu nie będziecie nigdy szczęśliwi i to was zniszczy.
Ona wie, że przeciwstawia się nie Bogu, ale urzędnikom swego kościoła, tyle tylko, że Bóg nie wydaje ocen tu i teraz, a oni owszem.

>Pomóż jej i powiedz co czujesz, co zamierzasz w przyszłości. Jak wyobrażasz sobie wasze wspólne codzienne życie. Ona z pewnością będzie co niedzielę chodziła do kościoła, do Komunii, która daje jej siły. Będzie się modliła i pielęgnowała święta kościelne w waszym domu. Musisz się w tym jakoś ustawić i odnaleźć, bo ona będzie cię namawiała do uczestnictwa.
Dlaczego zakładasz, że mnie będzie przeszkadzać jej niedzielna, godzinna nieobecność w domu? Teraz mi nie przeszkadza. Nic mi do tego czy się modli czy nie - ja nie walczę z jej religijnością, wręcz przeciwnie - nie podoba mi się jej zwątpienie w Boga kosztem podporządkowania się ludziom przypisującym sobie monopol na wiedzę o zamiarach Boga! Nie będzie mnie namawiała do uczestnictwa - to nie jest głupia dziewczyna, ani naiwna, ani pozbawiona szacunku do niewierzących.

>I właśnie tu widzę ten największy problem. Bo ty ateista będziesz ją ignorował i opuścisz ją w tym aspekcie życia.
Hej, brak współuczestnictwa nie oznacza ignorowania, trochę się zapędziłaś. Tak mi się wydaje, że całkiem źle pojmujesz szacunek do drugiego człowieka. Nie polega on na przejęciu jego poglądów, ale na nie narzucaniu swoich. Aczkolwiek ja nie potrzebuję wierzyć w Boga, to jeszcze nie znaczy, że ktoś inny nie potrzebuje takiej wiary. Mogę podyskutować na ten temat przedstawiając swoje argumenty przeciw wierze w Boga, ale ustąpię, gdy ktoś ich nie przyjmie. Jedną z podstawowych różnic między ateistami a teistami jest to, że ci drudzy nie potrafią się często powstrzymać od przyjmowania postawy "rodzicielskiej" i z ignorując uczucia niewierzących mó
jeyes (2281 punktów)
mówią: "Och, to naprawdę nic nie szkodzi, że nie wierzysz w Boga, On i tak cię kocha". Rozumiesz, innymi słowy: "Och głuptasku, nie jesteś zbyt mądry, ale mamusia i tak cię kocha"

>Niech cię nie przeraża bycie poddanym Bogu, to żaden kierat. Znam ateistów, którzy w różnych okolicznościach stali się wierzącymi i są z tym dziś szczęśliwi. A nawet powiem szczęśliwsi niż dawniej.
Nie przeraża mnie bycie poddanym Bogu, tak jak nie przeraża mnie bycie poddanym krasnoludkom, Babie Jadze czy Yeti. Żadna z tych postaci dla mnie nie istnieje, więc czego mam się bać, komu poddawać?
Ja znam tylko jednego ateistę, który uwierzył w Boga, znam wielu wierzących, którzy stali się ateistami. Ten jeden jest alkoholikiem - to bardzo częsty przypadek "nawrócenia" wśród tych ludzi. Alkohol bowiem powoduje zmiany w mózgu podobne do zmian wywołanych przez pewne choroby psychiczne, którym towarzyszą omamy słuchowe i czasem wzrokowe. Ponieważ alkoholizm wiąże się z utratą szacunku do samego siebie, z niską samooceną, więc ci ludzie bardzo chętnie przyjmują wytłumaczenie zerwania z nałogiem związane z ingerencją Boga, Matki Boskiej, Jezusa czy jakiegoś świętego. Nie mając wiary w samych siebie nie są zdolni zaakceptować faktu, że tylko sobie zawdzięczają abstynencję, niezmiernie łatwo ulegają wpływowi przekonania, że z nałogu wyrwała ich nadnaturalna moc - tym bardziej jest to łatwe, że często znajdują pomoc w przykościelnych grupach AA.

>Więc może spróbujesz razem z nią uczestniczyć w uroczystościach bez żadnych zobowiązań, a stwierdzisz, że to nie takie straszne. Z pewnością lepiej ją wtedy zrozumiesz. Nabierzesz do niej szacunku i zaufania. Będziecie się lepiej rozumieć, nadawać na tych samych falach. Jeśli nie podejmiesz takich kroków, w twoich oczach pozostanie ona niewolnicą Boga, a ty poczujesz się zdradzony.
Nie, dziękuję, ale nie skorzystam. Nie mogę sobie pozwolić na wyparcie się samego siebie. Nikt tego ode mnie nie wymaga oprócz ciebie, nawet moja dziewczyna. Nie jestem zazdrosny o jej miłość do Boga, nie uważam jej za Jego niewolnicę. Uważam ją za niewolnicę Kościoła, a to są dwie różne rzeczy, żeby nie powiedzieć - sprzeczne!

>Żeby jej nie skrzywdzić odpowiedz sobie na pytanie, czy chcesz się związać z nią na całe życie, czy tylko na tym etapie dnia dzisiejszego?
Ponieważ chcę, abyśmy byli razem na zawsze (mimo świadomości, że niekoniecznie), i ponieważ ją kocham, więc nie wyobrażam sobie, że miałoby się to odbywać kosztem jej ciągłej walki wewnętrznej. Ponieważ chciałbym, aby ona mnie kochała, więc nie wyobrażam sobie, że decydujące zdanie będzie miał jakikolwiek inny człowiek - czy to inny mężczyzna, czy to ksiądz.

>Bo jeżeli nie, to odpuść sobie i pożegnajcie się w zgodzie i miłości, ale zagraj w otwarte karty.
Odpuszczę sobie, jeśli nie stanę się ważniejszy niż przepisy kościelne.

>Jeżeli planujesz na poważnie, radzę ci zastanów się nad rozpatrzeniem ewentualności unieważnienia twojego poprzedniego małżeństwa i ponownego ślubu kościelnego ze swoją naprawdę wartościową dziewczyną. Dasz jej w ten sposób poczucie równowagi i szczęścia. Wtedy dopiero świat będzie należał do was.
Już jestem trochę zmęczony tą twoją stronniczością, wiesz? Nie chcesz w ogóle uszanować mojej osoby, sugerujesz, że powinienem się nawrócić albo co najmniej poddać opinii Kościoła. Nie chcę, nie mogę, nie mam zamiaru.

>W życiu jakie opisałeś mijacie się i to was poróżnia. Pozostaje mi tylko życzyć wam szczęścia. A tobie siły od Boga w podjęciu trafnej i mądrej decyzji, która da szczęście wam obojgu. Powodzenia !
Zastanawia mnie trochę, że zupełnie pominęłaś wątek stosunku rodziny mej dziewczyny do niej i do całej sytuacji. Skupiłaś się na sugerowaniu mi zmiany światopoglądu, apelowałaś do moich uczuć względem mej pani - a co z jej uczuciami w związku z traktowaniem jej przez rodzinę? Co miałabyś do powiedzenia na temat ich miłości do niej? Gdzie jest Bóg w ich życiu i jaką pełni rolę? Hmmm?
avenarius
Jezus po prostu mówił "Kochajmy się!", jak Mickiewicz w ostatniej księdze "Pana Tadeusza"?
Ewangelia ma być zredukowana do czegoś w stylu "All we need is love" Lennona?

Twoje myśli są na łasce Twojej krwi, Jeyes! Wierzysz w to, w co chesz wierzyć. Twoja rzecz, chociaż burzy się we mnie wszystko, gdy słyszę idiotyczne zdania typu:
>Nie chcę tu nawet zaczynać dyskusji na temat Przykazań, wszyscy wiemy, że Dekalog katolicki został spreparowany w imię zaspokojenia bardzo przyziemnych i niskich celów człowieka.
Nie wszyscy to wiemy. Najważniejsze, ze ona tego nie wie.

Te pomysły są tragikomiczne.

Ale to, że w czasie gdy twoja dziweczyna przeżywa ewidentny konflikt moralny i światopoglądowy, Ty na forum internetowym jesteś gotów rozważać sugestię, żeby ją w związku z tym zaprowadzić do psychologa jest już tylko tragiczne. To nie jest kwestia psychologii. Ty ją niepoważnie traktujesz.

Nie wiem, czy pamiętasz taką scen w "Księciu przypływów" kiedy Barbara Streisand mówi do swego kochanka: "Kocham faceta, który nigdy nie zostawia żony i dzieci" po czym się rozstają.
Zapytaj siebie czy kochasz dziewczynę, która jest chrześcijanką, czy nie. Gdybym ja miał się pobrać z buddystką to nade wszystko zapytałbym się, ile faktycznie bedzie ją kosztować życie ze mną i czy oboje jestesmy na to gotowi.
jeyes (2281 punktów)
>Jezus po prostu mówił "Kochajmy się!", jak Mickiewicz w ostatniej księdze "Pana Tadeusza"? Ewangelia ma być zredukowana do czegoś w stylu "All we need is love" Lennona?
Ależ skądże znowu! Ewangelia nie może być redukowana, ba! Ewangelia w ogóle nic nie znaczy dopóki nie zostanie uzupełniona o "Service Pack'i", "patch'e" i "update'y" spreparowane przez kolejnych, wiedzących lepiej "co Jezus miał na myśli", katolickich specjalistów od interpretacji Jego słów.

>Twoje myśli są na łasce Twojej krwi, Jeyes!
To pewnie dlatego, że dawno już nie spożywałem krwi Jezusa. To w ogóle coś niewybaczalnego, żeby człowiek posiadał własne myśli i do tego bezczelnie się nimi kierował. Od myślenia są przecież Doktorzy Kościoła, czy jakoś tak.

>Wierzysz w to, w co chesz wierzyć.
Przynajmniej nie muszę się zastanawiać, czy przypadkiem nie podpadłem proboszczowi. A tak całkiem poważnie - ty wierzysz we wszystko, tak? Tzn. we wszystko, w co ci każą wierzyć katecheci.

>Twoja rzecz, chociaż burzy się we mnie wszystko, gdy słyszę idiotyczne zdania typu:
>>Nie chcę tu nawet zaczynać dyskusji na temat Przykazań, wszyscy wiemy, że Dekalog katolicki został spreparowany w imię zaspokojenia bardzo przyziemnych i niskich celów człowieka.
>Nie wszyscy to wiemy. Najważniejsze, ze ona tego nie wie.
Może gdybyś kiedykolwiek zajrzał do Biblii i porównał X Przykazań tam zamieszczonych (dwukrotnie zresztą) z tymi z twojego Katechizmu, to zrozumiałbyć, że wychodzisz na idiotę pisząc takie rzeczy jak powyżej.

Twoja radość z tego, że moja dziewczyna posiada wiedzę równie nikłą jak twoja jest przedwczesna. Poza tym - na twoim miejscu unikałbym wygłaszania opinii na temat wiedzy kogoś, kogo na oczy nie widziałeś, to dość ryzykowne, aczkolwiek rozumiem, że chwytasz się wszystkich sposobów, aby tylko zrobić ze mnie głupszego od ciebie. Próżny trud.

>Te pomysły są tragikomiczne.
Jakie pomysły? Chyba zapomniałeś z rozpędu napisać o czymś, co ci się głowie roiło. Albo nic tam się nie roiło, a tylko chciałeś umieścić kolejną inwektywę pod moim adresem.

>Ale to, że w czasie gdy twoja dziweczyna przeżywa ewidentny konflikt moralny i światopoglądowy, Ty na forum internetowym jesteś gotów rozważać sugestię, żeby ją w związku z tym zaprowadzić do psychologa jest już tylko tragiczne. To nie jest kwestia psychologii. Ty ją niepoważnie traktujesz.
Proponuję ci przeczytać posty tego wątku zanim coś napiszesz. Zwróć szczególnie uwagę kto i kogo wysyłał do psychologa.

A tak w ogóle to bardzo mi się podoba przedstawienie przez ciebie poglądu, że szukanie pomocy u psychologa świadczy o niepoważnym traktowaniu. Strzelasz sobie samobójcze gole, czego nie zauważasz w swym zacietrzewieniu.

>Nie wiem, czy pamiętasz taką scen w "Księciu przypływów" kiedy Barbara Streisand mówi do swego kochanka: "Kocham faceta, który nigdy nie zostawia żony i dzieci" po czym się rozstają.
Nie wiem co to miało oznaczać, spróbuję zgadnąć, OK?

1) Zostawiłem żonę i dzieci. - To znowu samobój. Nie pisz, jak nie masz o czymś bladego pojęcia.
2) Moja dziewczyna kocha jakiegoś innego faceta, który porzucił rodzinę, ale odeszła od niego. - Hmmm... z tego co wiem, to nic takiego nie miało miejsca, ale może ty wiesz lepiej, bo tak dużo zdajesz się wiedzieć lepiej.

Nie wiem, która interpretacja zgadza się z twoim tokiem myślenia, ale wiesz co? Guzik mnie obchodzi co miałeś na myśli. Cytuj sobie co tylko chcesz, rób analogie z czym i kim tylko chcesz - im więcej zmyślasz, im ciężej kombinujesz, tym więcej tych samobójczych goli. Normalnie nie cieszyłoby mnie to, bo wolę merytoryczną dyskusję, która prowadzi do znalezienia rozwiązania problemu, ale to nie ja zacząłem tę wojnę. To twój pomysł, aby rzecz całą sprowadzić do plucia na mnie, a unikać odniesienia się do meritum.

>Zapytaj siebie czy kochasz dziewczynę, która jest chrześcijanką, czy nie.
Moja dziewczyna jest katoliczką. Gdyby była chcrześcijanką, to nie musiałaby cierpieć z powodu sprzeczności między nauką jej Boga a regulaminami kościelnymi.

>Gdybym ja miał się pobrać z buddystką to nade wszystko zapytałbym się, ile faktycznie bedzie ją kosztować życie ze mną i czy oboje jestesmy na to gotowi.
No to się różnimy zasadniczo, bo dla mnie jest ważne zrobić wszystko, aby życie ze mną nie wiązało się z kosztami wynikającymi z życia pod ciągłą presją. Nie chcę też zostawiać mojej dziewczyny, bo to nie rozwiązałoby problemu niezgodności między Jezusem a Kościołem Katolickim. Nie ja jestem źródłem konfliktu, z jakim ona się boryka. Dajmy na to, że się rozstajemy - a co będzie jeśli za jakiś czas zakocha się znowu w facecie "niepoprawnym politycznie"?



Ciebie tak naprawdę nie obchodzi wcale ani cała ta sytuacja, ani uczucia moje czy mojej dziewczyny. Nie dajesz żadnych rad, nie szukasz żadnych rozwiązań. Zabierasz głos wyłącznie dlatego, że oto nadarzyła się świetna okazja "dowalić" antykatolikowi.

Wcale nie jestem zaskoczony twoim zachowaniem, spotykałem fanatyków o kilka rzędów wielkości przewyższających cię bezinteresowną, programową nienawiścią do każdego, kto myślał inaczej. Nigdy nie odważyli się podjąć dyskusji, zawsze za to z lubością rzucali epitetami. Jeśli byli jako tako inteligentni, to i tak nigdy nie przedstawiali żadnych argumentów na rzecz swoich poglądów, bo tak naprawdę to nie mieli swoich poglądów. Jedyne co mieli to pewien kanon wyrażeń, coś co specjaliści od Public Relations nazywają kjuzenejsami - od Questions&Answers, czyli gotowe zdania do użycia w mniej czy bardziej pasującym kontekście.

Podejrzewam, że część z was, katolików, przeżywa konflikty wewnętrzne podobne do konfliktów mojej dziewczyny, ale w przeciwieństwie do niej nie szuka rozwiązania. Pewnie dlatego, że brakuje silnej motywacji, bez której chowanie głowy w piasek i udawanie, że wszystko jest OK jest łatwiejsze z psychologicznego punktu widzenia.

Po twoim pierwszym wystąpieniu w tym watku napisałem ci, że nie masz nic do powiedzenia, ale skoro piszesz, to po prostu
jeyes (2281 punktów)
lubisz widzieć swój tekst opublikowany. Teraz wiem, że niesprawiedliwie cię oceniłem, ty po prostu reagujesz na teksty przeciwko Kościołowi Katolickiemu jak pies Pawłowa i tyle.

Szkoda że forum Racjonalisty służy sfrustrowanym fanatykom katolickim jako spluwaczka.
avenarius
Najpierw zobacz, ile miejsca na tym forum zajmują Twoje utyskiwania i lamenty, a ile odpowiedzi innych internautów. To niby ja lubię widzieć swoje teksty na forum? Buhaha...

Nie czujesz tego niesmaku jaki moga budzic Twoje posty? Ja Cię chyba w gruncie rzeczy wybawiłem z kłopotu - dałem Ci okazję do tego, zeby się znowu powywnętrzać, co raczej niewielu ma ochotę czytać.

>Ewangelia w ogóle nic nie znaczy dopóki nie zostanie uzupełniona o "Service Pack'i", "patch'e" i "update'y" spreparowane przez kolejnych, wiedzących lepiej "co Jezus miał na myśli", katolickich specjalistów od interpretacji Jego słów.
Czyżbyś miał zamiar podjąć poważną polemikę na temat oryginalnego tekstu Ewangelii? Przemyśl to sobie dobrze, syneczku!

>To w ogóle coś niewybaczalnego, żeby człowiek posiadał własne myśli i do tego bezczelnie się nimi kierował. Od myślenia są przecież Doktorzy Kościoła, czy jakoś tak.
Niewybaczalne są tylko głupie myśli.

>A tak całkiem poważnie - ty wierzysz we wszystko, tak? Tzn. we wszystko, w co ci każą wierzyć katecheci.
Całkiem poważnie - nie wierzę we wszystko. Ale gdy w coś nie wierzę, to mam na ogół lepsze argumenty niż garść antyklerykalnych wykrzykników.

>Może gdybyś kiedykolwiek zajrzał do Biblii i porównał X Przykazań tam zamieszczonych (dwukrotnie zresztą) z tymi z twojego Katechizmu, to zrozumiałbyć, że wychodzisz na idiotę pisząc takie rzeczy jak powyżej.
Zarówno Wj 20,14 jak i Pwp 5,17 są w kwestii cudzołostwa zgodne w zasadniczym brzmieniu z Katechizmem Kościoła Katolickiego.

>Proponuję ci przeczytać posty tego wątku zanim coś napiszesz. Zwróć szczególnie uwagę kto i kogo wysyłał do psychologa.
A ja proponuję popatrzeć uważnie na moje słowa. Napisałem bowiem (uważając na to, co piszę), że:
"Ty na forum internetowym jesteś gotów rozważać sugestię, żeby ją w związku z tym zaprowadzić do psychologa"

do czego pdstawę uzyskałem w Twojej wypowiedzi:
Nie, nie myślałem o tym, dzieki za sugestię. Tylko czy psycholog będzie w stanie wyleczyć ją z opętania przez wiarę?
Napisałeś tak, czy nie?

>Nie wiem co to miało oznaczać, spróbuję zgadnąć, OK?
Nie męcz się i nie zgaduj, bo Ci to wyraźnie nie idzie. Raczej przeczytaj sobie następne zdanie z mojego poprzedniego postu. Powinno pomóc.

>Gdyby była chcrześcijanką, to nie musiałaby cierpieć z powodu sprzeczności między nauką jej Boga a regulaminami kościelnymi.
Zeby cierpieć w tej sytuacji wystarczy znać (i poważnie traktować) Ewangelie. Nie potrzeba przepisów kościelnych.

>Nie chcę też zostawiać mojej dziewczyny, bo to nie rozwiązałoby problemu niezgodności między Jezusem a Kościołem Katolickim.
Hej, jestem facetem! Napisz, że jesteś w niej zakochany - ja to zrozumiem!
Ale jak mi piszesz pierdoły typu "rozwiązywanie problemów niezgodności między Jezusem a Kościołem Katolickim" to mi ręce opadają. Naprawdę dlatego jej nie rzucasz?? Ona o tym wie???

Twoje analizy moich motywów upewniają mnie co do jednego - nie jestes psychologiem. Z taką zdolnością wyczuwania o co naprawdę chodzi "drugiej stronie" umarłbyś z głodu w tym zawodzie.
Żeby cię znowu nie męczyło - podpowiem, o co mi chodzi.
Odpowiadam, bo myślę, że na tym forum mogą się pojawić czasami ludzi niezbyt dobrze znający chrześcijaństwo i podatni na Twoje dyletanckie sugestie. Chcę, żeby wiedzieli, że ktoś reaguje na to morze niedorzeczności.


Pokazałeś swojej dziewczynie ten wątek na forum?
jeyes (2281 punktów)
Twoje chamstwo przerosło moje przypuszczenia. Gratuluję.
avenarius
>Twoje chamstwo przerosło moje przypuszczenia. Gratuluję.
Wskaż mi przekonującą zasadę, która pozwala zakwalifikować moje wypowiedzi jako "chamstwo przekraczające oczekiwania", a Twoje wypowiedzi jako kulturalne, to Cię przeproszę.

Niemniej Jeyes, może się nie zorientowałeś, ale to nie jest forum Onet.pl.

Oprócz tego, że nie cierpisz kościoła katolickiego (skądinąd bardzo mile widziane zarówno tutaj jak i tam), to powinieneś mieć jeszcze jakieś racjonalne argumenty.
Mira
Pozdrawiam Cie serdecznie i z jednej strony podziwiam CIe a z drugiej zastanawiam czy Ty aby napewno szukasz rady u innych... przecież dość już napisałeś i na dodatek sam sobie odpowiedziałeś

Wróć do listy wątków działu Filozofia i światopogląd

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365