Zamiast odpowiedzi pozwalam sobie załączyć kopię mojego listu z 17 kwietnia 2001 wysłanego jako głos w dyskusji nt. "Tischner - wiara i wolność" ogłoszonej w zeszycie marcowym 2001 miesięcznika "Znak". O ile sobie przypominam, moje uwagi nie zostały zauważone. A oto zapowiedziany tekst:
Do udziału w dyskusji skłania mnie stwierdzenie pana Jarosława Gowina, iż "Wystąpienie filozofa stanowiło bowiem zapowiedź najgłębszej w dziejach polskiego Kościoła rewizji rozpowszechnionego u nas modelu chrześcijaństwa, najważniejszej krytyki płynącej z wnętrza Kościoła". Gdyby to była prawda, bardzo źle świadczyłoby to o naszej wierności Chrystusowi. Na szczęście nie jest tak tragicznie, a że wiadomości o bardziej istotnych wystąpieniach nie docierają do wiadomości ogółu, wynika to po prostu z bardzo skutecznego wyciszania krytycznych głosów.
O cóż jednak konkretnie chodzi? Otóż, o ile ksiądz Tischner wyczuwał, że w Kościele nie wszystko dzieje się zgodnie z wolą Boga, źródeł dopatrywał się się a to w filozofii, to znów w braku wolności, pominął natomiast zasadnicze pytanie, na które można odpowiedzieć bez skomplikowanych rozważań "na rozmaitych płaszczyznach: od pedagogiki po filozofię Boga" (zdanie w cudzysłowiu wyjąłem z artykułu pana Gowina). Chrześcijanie winni stale zadawać sobie jedno pytanie: czy działania nasze są zgodne z testamentem Chrystusa pozostawionym nam w postaci Ewangelii? To jest w Kościele kwestia fundamentalna, a na tak postawione pytanie można odpowiedzieć sobie po prostu znając Pismo Święte, skomplikowane rozważania wymagające specjalistycznego przygotowania potrzebne są jedynie jako uzupełnienie. U księdza Tischnera jest odwrotnie: gdzieś tam na marginesie można znaleźć wzmiankę, że powstała sytuacja nie zgadza się z nauczaniem Chrystusa, ale punktem wyjścia i sednem rozważań są twierdzenia z poza ewangelii. A przecież jeśli podstawa jest kiepska, to i cała budowla - czyli rezultat przemyśleń - powstaje - jeśli nie licha, to przynajmniej drugorzędnego znaczenia.
W tym momencie, choć to wykracza poza temat dyskusji, czuję się zobowiązany pokazać na przykładach te zagadnienia, które są najważniejsze, a przy tischnerowskiej perspektywie usuwają się z pola widzenia.
Najbardziej przeraża mnie w nauczaniu Kościoła pomijanie tego, co dla wygody nazwę "sprawą faryzeuszy" (pojęciem "faryzeusze" - idąc za Pismem św. - obejmuję również grupy takie jak "uczeni w piśmie", "arcykapłani i starsi ludu" itp). Wątek ten jest w ewangeliach eksponowany bardzo silnie, zaraz po miłości Boga i miłości bliźniego, a stanowczo przed kwestią bóstwa Chrystusa, czy przed różnego rodzaju grzechami. Tymczasem, o ile cztery z wymienionych tematów posiadają bardzo obfitą reprezentację w publicystyce czy homiletyce, o faryzeuszach wspomina się krótko sprawę traktując jako wyjaśnioną do końca, nie wymagającą postawienia pytania, czy i z jakich względów nasze czyny są powtórzeniami błędów owych nieszczęsnych gorliwych wyznawców jedynego Boga. Brak zupełnie rozważań nad tym, na czym zasadzał się grzech faryzeuszów i czy aby na pewno my tych fałszywych kroków nie powtarzamy? A przecież Chrystus w Ewangelii słowami "strzeżcie się jadu faryzeuszów" zobowiązuje nas do ustawicznego rachunku sumienia w tym właśnie względzie. Zarazem łatwo można wykazać wiele podobieństw między np. między "starszymi ludu" współczesnymi i z czasu, gdy Chrystus nauczał w Palestynie. To prawda, podobieństwo to nie tożsamość. Ale przeraża mnie ten brak postawionego sobie pytania: czy na pewno zachodzi tu jedynie podobieństwo?
Nie mogę tu pominąć dokonanych niedawno przez Jana Pawła II i podobnie przez księdza prymasa "przeprosin" za przewinienia Kościoła. Uderza w obu przypadkach brak refleksji nad tym, czy napewno obecnie nie powtarzamy starych błędów w formie dostosowanej do zmienionych warunków? Refleksji opartej głównie na wyżej objaśnionej postawie. Odnoszę wrażenie, że oba akty zostały dokonane w atmosferze przerażającego samozadowolenia: przepraszamy za przeszłe błędy, a teraz jest wszystko dobrze, więc nie ma się nad czym zastanawiać i wysilać nad pytaniem, jak doszło do popełnienia zła, bo po co? A np. rachunek sumienia zaprezentowany przez prymasa mimo woli nasuwa porównanie z "odcedzeniem komara i połknięciem wielbłąda", lub przywodzi na myśl faryzeusza, który błaga Boga o przebaczenie za to, że załatwiając interesy handlowe splamił się dotknąwszy "nieczystego" poganina.
Mając na celu jedynie uzupełnienie przykładami swoją tezę o drugorzędności problemów poruszonych przez księdza Tischnera i ponieważ nie pretenduję do ferowania wyroków, jedynie wskazuję na zaniedbanie rachunku sumienia, czyli pominięcia pytania o to, czy przestrzegamy poleceń wydanych przez Chrystusa, skracam opisy i upraszczam uzasadnienia podstaw do swoich mniemań w konkretnych sprawach. I oto drugi przykład:
Chrystus polecił nam miłować bliźnich, nawet jeżeli uważamy ich za swoich nieprzyjaciół. Jak praktycznie realizować to przykazanie wskazuje m. in. św. Paweł pisząc w 1-szym liście do Koryntian, że "miłość nie pamięta złego". Tymczasem nasz episkopat w większości swoich listów stosuje dokładne przeciwieństwo tych wskazań wypominając "postkomunistom" wszelkie przypisywane im przewiny z jednoczesnym całkowitym pominięciem pozytywnych osiągnięć. Może to ze wględów taktycznych jest dla Kościoła pożyteczne, ale czy jest zgodne z nauczaniem Chrystusa?!
Jak wspomniałem, celem moim jest nie skatalogowanie przewinień Kościoła, lecz zwrócenie uwagi na podstawowy jego grzech: zaniedbanie rachunku sumienia opartego, nie o racje wymyślone przez choćby najznakomitszych i świętobliwych uczonych, lecz o wskazania Chrystusa zawarte w Piśmie Świętym. Stąd też, jeszcze raz podkreślam, nie przywiązuję większej wagi do ew. zastrzeżeń dotyczących podanych przykładów. W moim przekonaniu nie tyle obraża Boga fakt tendencyjnego, z brakiem miłości traktowania wybranych polityków, ile to że działania członków Jego Kościoła i przedsiębrane w Jego Imieniu, nie są konfrontowane z ewangelią, ... [br
|