Dużo się ostatnio mówi o badaniach lotniskowych na obecność świńskiej grypy, więc ten wątek jest właściwie o sposobie przenoszenia chorób różnych z naciskiem na zawodowe u ludzi pracujących na wysokości.
Pracowałem kiedyś (lata 70 ubiegłej starożytności) w jednej brygadzie z kumplem, Bogdanem, też raczej dekarzem, co poznawaliśmy po tym, że byliśmy na etatach w firmie dekarskiej i staraliśmy się remontować dachy.
Kolega miał kłopoty zdrowotne, wychodzące pryszczami na skórze pleców, choć tylko w zimie, latem kłopoty znikały, jak słońcem odjął. Niezbyt mu przeszkadzały, ale kolejna już żona zwracała uwagę na aspekty estetyczne problemu. Czepialska jakaś, bo przecie z przodu nie było ich widać.
Któregoś, wiosennego dnia postanowił z resztkami wyrzutów coś zrobić, więc po krótkiej debacie w pakamerze wybraliśmy mu lekarza, jako lepszą opcję na przednówku, bo tańszą niż rozwód. Chwilę się sprzeczaliśmy w wyborze specjalisty z dwóch wstępnie wyłonionych: skórny czy dermatolog, ale rzut monetą wskazał na drugiego.
Na drugi dzień po wizycie przylazł do roboty lekko skonsternowany, co natychmiast poznaliśmy po marynarskiej stylistyce stąpania. Diagnoza lekarza brzmiała: trądzik młodzieńczy. Po chwili zadumy nad niezbadanymi wyrokami lekarskimi wzięliśmy się za robotę, lecz sprawa nie dawała nam spokoju, ponieważ Bogdan cherubinkową urodą budowy nie szpecił, a i szankry jakoś na małoletnie nie wyglądały.
Po fajerancie zrobiliśmy naradę na temat: czy Bogdan młodzieńcem jest, czy nie, ale pracowaliśmy w 6 osobowej brygadzie więc nie dało rady przegłosować żadnego, sensownego wniosku, choć pomysłów godnych uwagi parę było, lecz większość niemożliwa do zaakceptowania z braku konsensusu w kwestii definicji "młodzież" oraz symetryczności koalicjantów sześciu. By nie mnożyć spraw spornych przyjęliśmy za granice młodzieńczości obowiązujące wytyczne Partii, a mianowicie przedział plus-minus 12-40 lat.
Następna trudność polegała na ustaleniu Bogdanowi wieku, ale akurat kończyły się nam argumenty. Postanowiliśmy sprawę przemyśleć na spokojnie, jako zadanie domowe i po dopiciu bezdyskusyjnie ostatniej, wspomnianej wyżej butelki, rozeszliśmy się w spokoju, choć zafrasowani problemem.
Aha, jako punkt bazowy do obliczeń Bogdan podał nam datę urodzenia wyczytaną w swoim dowodzie, co już rodziło niejasne podejrzenia, że pacholęctwo na pewno go nie ominęło, tylko o ile?
Na drugi dzień wszyscy pochwalili się swoimi wynikami - rozbieżności nie były na tyle duże, by przyjąć średnią, że Pacjent miał mniej więcej 45-49 lat, ale bliżej 52.
Komentarz Bogdana był tak krótki, jak długa historia jego pryszcza: konowały to są ch*je! I taką też diagnozę przyjęliśmy, jako stanowisko wspólne, poparte rozpitą bratersko i sprawiedliwie flaszką. Sprawiedliwie, czyli po flaszce na koalicję.
W dzisiejszych czasach sprawa byłaby o wiele prostsza, bo i objawy ( sezonowość wysypki, aeronautyka) wiele mówiące: kolega miał prototyp świńskiej grypy, bo, jak wszyscy wiedzą, ta zaraza przenosi się drogą lotniczą i ma apogeum wiosną.
Aha, Bogdan mieszkał koło peronu SKM "Gdańsk Lotnisko".
Później przechrzcili ten przystanek na "Gdańsk Zaspa" i również mam podejrzenia, że miało to bezpośredni związek z sezonowością Bogdanowego pryszcza.
Morałów z tej, podniebnej historii może być kilka, więc wysilę się tylko na dwa, resztę zostawiając wyobraźni czytających bazgroły, również: 1.Zgodę w koalicji gwarantują wspólne poglądy przy zachowaniu suwerenności flaszek . 2.Wystarczy byle pryszcz, żeby skonsolidować poglądy na służbę zdrowia. ***
|