W jednym z pierwszych rozdziałów swojej książki ("Droga do Rzeczywistości") Roger Penrose próbuje rozwiązać zagadkę świata (światów) w którym żyjemy.
Znajduje się tam niesamowicie ciekawy schemat, mniej więcej przedstawia się on tak:
Świat idei matematycznych < świat fizyczny < świat mentalny < świat idei matematycznych...
Jednym słowem - zamknięte koło.
Wg. Penrose'a świat idei matematycznych (bytów platońskich) zawiera w sobie cały świat fizyczny (ten istniejący) "+ coś jeszcze", świat fizyczny zawiera świat mentalny (nasze myśli) "+ coś jeszcze", a świat mentalny zawiera w sobie świat idei "+ coś jeszcze".
Pomysł z przenikaniem się tych światów, a może raczej z ich współistnieniem w jednym Wszechświecie wydał mi się bardzo interesujący.
Faktycznie, nie da się zaprzeczyć że istnieją takie "rzeczy", które jednocześnie nie istnieją - na przykład liczby. Liczba w świecie fizycznym nie istnieje. I choć mogłoby się wydawać że liczby naturalne jednak się tu znajdują, to oczywisty fakt nieistnienia liczb pojawia się przy wielkościach ujemnych, niewymiernych (weźmy na przykład zadanie "W koszyku jest P jabłek, ile będzie w nim jabłek, kiedy dołożymy jeszcze pierwiastek z 3 jabłka?" - śmieszne? A jednak - pierwiastek z 3 i P "gdzieś" istnieją). Nie wspominam tu już nawet o liczbach urojonych jak liczba i = pierwiastek z minus 1 .
Tak więc czy chcemy tego czy nie, trzeba przyznać, że świat fizyczny, "to co istnieje", nie jest pełny, nasycony. Mam na myśli: to co istnieje ą to, co może istnieć.
Osobiście, do takiego schematu jednak nie włączałabym świata mentalnego. To w sumie nie jest odmienny byt, a jedynie sposób w jaki my oglądamy pozostałe 2 światy.
Tak więc - jeśli faktycznie istniałyby 2 światy, niektóre religie mogłyby się z tego bardzo ucieszyć. W świecie idei platońskich oczywiście znalazłoby się mnóstwo miejsca na duszę, Boga, szczęście, wieczność...
Penrose wysunął pogląd że wszystkie trzy światy istnieją. Ja jednak od siebie dodałabym, że niektóre "istnieją bardziej" inne zaś "istnieją mniej"
Np. świat idei matematycznych wydaje się mi być jedynie potencjalnym światem. Istnieje w momencie, kiedy jakaś jego część przechodzi do naszego świata, jednocześnie jednak przestając być bytem ze świata idei.
Dla przykładu weźmy koło. Jak wszystkim wiadomo, koło to płaszczyzna ograniczona zbiorem punktów leżących w równej odległości od danego punktu O. W rzeczywistości jednak sprawa ma się inaczej - konia z rzędem temu, kto znajdzie takie koło. Każde koło w odpowiednim powiększeniu okazuje się być niedokładne, nieidealne. Każde koło tak naprawdę nie jest kołem

Jednak sam zamysł, "idea" tej figury geometrycznej jest bez wątpienia idealna. Z tym że nie może istnieć. Istnieje tylko potencjalnie, przejawia się w mniej lub bardziej dokładnych kołach ze świata fizycznego.
Jeśli więc Bóg istniałby, jako byt nieograniczony, idealny i wszechmocny, musiałby istnieć w świecie idei. A więc niekoniecznie istnieć - istniałby na tyle, na ile jego ślady byłyby widoczne w świecie fizycznym.
W świecie idei nie ma też raczej nadziei na życie wieczne duszy. Idee są z definicji niezmienne, prawdziwe, wieczne. Dusza nie mogłaby po śmierci "przejść" ze świata fizycznego do świata idei. Droga świat idei ŕ nasz świat to "one way ticket".
Czy więc świat idei może istnieć, skoro z definicji "nie istnieje", a jednak zostawia widoczne ślady? Może "forma", czymkolwiek jest, faktycznie się tam znajduje, a poszczególni ludzie, jak twierdził Platon, są tylko odbiciem?
Po co jednak w takim razie istniałby świat fizyczny? I czy świat idei jest bytem globalnym, takim samym dla każdego możliwego Wszechświata, czy tylko zbiorem zasad dla Wszechświata, w którym żyjemy my?