Wychodzę z Bystrzycy około południa. Zagadałam się, a chcę jeszcze dzisiaj dotrzeć do Jagodnej. Jest gorąco. Asfalt ugina się miękko pod butami. Mijani ludzie patrzą współczująco na mój wielki plecak. Uśmiecham się. Człowiek i tak niesie tylko tyle, ile jest w stanie. Nigdy więcej. Miasto żegna mnie figurą Chrystusa na krzyżu. Wymalowana na płaskiej blasze zdaje się rozpływać w gorącym powietrzu. Gorący, blaszany Jezus. Rozłożone bezradnie, wychudłe ręce. Nienaturalnie wątłe w stosunku do tułowia. Tułowia z zapadniętą klatką piersiową i rozdętym brzuchem. Taki brzuch mają umierające z głodu dzieci. Bóg bezsilny, bezradny w swojej kiczowatej formie, a jednocześnie bezwstydnie trwający w trupim rozkładzie. Nawet kolor blachy jest spójny z tym wrażeniem. Blado-brudno-niebiesko-różowa. Jak sine ciało w długoletnim konwulsyjnym wysiłku umierania. Kiedy podnosisz oczy wyżej - trafiasz na twarz, na której jest samo cierpienie. Bez początku i końca. Bez możliwości ulgi. Ta figura wielkości człowieka zawieszona na czarnym krzyżu nad chodnikiem budzi myśli o morderstwie z litości. Niemożliwe. Nikt z wyznawców tego nie zrobi. Będą oglądać nadal tę nieporadnie naiwną wersję odpoczątkoludzkościowego dylematu śmierci. Będą ją mijać chodząc, biegnąc, gadając. Aż przestaną widzieć. Aż stanie się dla każdego tym, czym była na początku, jest teraz i będzie zawsze... kawałkiem sinej blachy. Patrzę na blaszanego boga po raz ostatni i ruszam w drogę. |