Odkąd nastały czasy wolnych wyborów, najczęściej powtarzaną mantrą przedwyborczą jest stwierdzenie, że trzeba głosować. Jeżeli nie będziesz głosował -nie masz później prawa krytykować tego, co się dzieje na scenie politycznej.
Należy sobie zadać pytanie: "a właściwie dlaczego nie będę miał prawa krytyki" ?
Czynne prawo wyborcze jest właśnie prawem -nie obowiązkiem. Moja świadoma rezygnacja z dokonania wyboru nie powoduje utraty prawa (w tym moralnego) do póżniejszego uczestniczenia w życiu politycznym i oceny jego przebiegu.
Podkreślam -świadoma rezygnacja.
Wyobraźmy sobie obiad w restauracji w gronie znajomych. Podchodzi kelner i przyjmuje zamówienia: jedni zamawiają steki, inni pierogi z serem, jeszcze inni -eskalopki. Część osób jednak rezygnuje z wyboru -dochodzi do wniosku, że nic z menu im nie odpowiada, macha ręką i mówi: wszystko mi jedno. Po kilku minutach kelner przynosi i podaje potrawy.
Jeżeli, w efekcie, ktoś dostanie: przypalony kotlet, rozgotowane ziemniaki i rozciapane buraczki -to ma pełne prawo, żeby powiedzieć: jedzenie jest do niczego.
Mimo tego, że nie dokonał wyboru -może krytykować breję podaną mu na talerzu i ma do tego takie samo prawo, jak ten, który świadomie zamówił schabowego z ziemniakami i buraczkami.
Podobnie jest z wyborem parlamentarzystów. Programy wyborcze, kampanie, PR to jedno -produkt końcowy (poseł, senator w sosie własnym) drugie.
Powyższa analogia nie ma na celu namawiania nikogo do rezygnacji z dokonywania wyboru -jest próbą "odczarowania" stwierdzenia: uczestniczysz w wyborach -możesz później krytykować. Nie uczestniczysz -siedź cicho.
Co sądzicie na ten temat ?
Pozdrawiam,
Piotr |