 |
Ile kosztuje "bezpłatna" szkoła? Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » Społeczeństwo i kraj
| Napisano | Autor | Tytuł | | 13-09-2007 00:38 | Taiken (1148 punktów) | Ile kosztuje "bezpłatna" szkoła? | Zebrałam się w sobie i postanowiłam podliczyć, ile w ciągu ostatnich tygodni wydałam na dwoje dzieci, z których jedno poszło do zerówki, a drugie rozpoczęło przedszkole. Otóż, w zerówce poniosłam następujące koszty: - komplet podręczników (3 książeczki + teczka z materiałami do pracy) - 62,00 zł - mundurek (kamizelka) - 25,00 zł (ufff! ale zapowiadało się, że będzie 70,00, ponieważ początkowo Rada Rodziców poszła na całość i chciała zamawiać zestawy) - artykuły piśmiennicze: zeszyty, bloki, papier kolorowy duży i mały, kredki ołówkowe, farby (w słoiczkach!), pędzelki, kredki świecowe, plastelina, bibuła, ołówki, długopisy, mazaki, patyczki do liczenia, książeczki do kolorowania, tornister, worek na kapcie, kubek do jadalni, chlebaczek na kanapki, termosik itd. - ok. 300 zł (ale ciągle coś trzeba dokupić) - dodam, że rzeczy kupowane były głównie w Tesco, a zatem dość tanio; oczywiście, musiałam niektóre rzeczy kupić w kilku egzemplarzach, np. zeszyty, bloki, papier, bibuła, plastelina, kredki, ołówki itd. - kapcie na białym spodzie - 20 zł - wpłata na TPD - 10,00 zł - dopłata do mleka w szkole - 4,83 zł - herbata w szkole - 7,20 zł - ubezpieczenie - 31,00 zł - wpłata (podobno dobrowolna) na Radę Rodziców - 55,00 zł (gdy w szkole jest jedno dziecko), po 45,00 zł, gdy dwoje (trzecie i kolejne chodzą "gratis" ;p) - wpłatę tę przerzuciłam na przyszły rok ---------- ok. 515,00 zł (minus 55 zł, płatne później)Nie doliczyłam ubrań do szkoły (czarne, granatowe spodnie, białe, niebieskie, granatowe bluzki/koszule - wymagania statutowe) i stroju gimnastycznego, bo to kompletowane było od dłuższego czasu "na wyrost", bo nie miałam pojęcia, ile syn urośnie. Potem jest co prawda o wiele mniej wydatków, ale dzisiaj wychowawczyni na zebraniu już zapowiedziała wyjścia do Małpiego Gaju, filharmonii, teatru, kina itd. - co najmniej raz w miesiącu. I na pewno coś jeszcze trzeba będzie, bo zbliżają się różne uroczystości: Dzień Nauczyciela, Andrzejki, Mikołaj, potem święta itd. Przedszkole (prowadzone przez urząd miasta): - czesne - 60,00 zł - posiłki - 112,00 zł (5,60 zł dziennie śniadanie-obiad-podwieczorek) - ubezpieczenie - 26,00 zł - wyprawka (przedszkole kupuje samo potrzebne rzeczy) - 100,00 zł (można płacić co miesiąc po 10 zł i ja tak zrobiłam) - bajka (cyklicznie przychodzą aktorzy z naszego teatru)- 4,00 zł - kapcie - 16,00 zł --------------- 318,00 zł (realnie 228 zł - 10 zł wyprawka)Potem co miesiąc: czesne + posiłki + wyprawka + jakaś bajka lub coś podobnego + rytmika (ok. 10 zł) + język angielski (ok. 20 zł, ale nieobowiązkowo) + gimnastyka korekcyjna (jeśli zaleci lekarz opiekujący się przedszkolem - ok. 20 zł), czyli jakieś 200 zł. Do tego wyjścia i wycieczki (ostatnia kosztowała 35 zł) i inne atrakcje typu planetarium (ok. 10 zł), zdjęcia z wycieczki - ostatnio 20 zł. Czyli 200-260 zł łącznie. Łącznie: jakieś 750-840 zł.Jak to teraz podliczyłam, to normalnie jestem w szoku. Gdybym miała to opłacić teraz, z jednej pensji, nie dałabym rady albo zawaliłabym jakieś rachunki. Udało mi się to jednak kupować partiami i rozbić na dwie wypłaty. Dobrze, że obie placówki mam "rzut beretem" od domu, ponieważ musiałabym doliczyć jeszcze jakiś dojazd. I szczęście, że to tylko zerówka i przedszkole, bo zastanawiam się, jak radzą sobie inni z dziećmi "w wieku szkolnym" (podobno podręcznik dla I klasy podstawówki kosztuje 150 zł!). Na przykład mój znajomy, który ma szóstkę (!) dzieci i każde w innej szkole (od starszaka w przedszkolu aż po maturzystę). No, ale on ma żonę katechetkę, to pewnie spada im ta manna z nieba... hihihi Zrobiłam to podsumowanie właściwie dla siebie, żeby zobaczyć, ile tak naprawdę wydałam w ostatnim czasie na to, żeby moi synowie mieli lepszy start w życiu. W przedszkole inwestować warto. Zwłaszcza w takie przedszkole Montessori jak to, do którego chodzą moje dzieci. Syn sam się nauczył czytać i pisać, a czyta już płynnie, nie duka i rzadko mu się zdarza literować, chyba że długie i trudne wyrazy (w swojej klasie jest jednym z nielicznych, którzy opanowali te umiejętności), ma już sporą wiedzę o otaczającym świecie (w przedszkolu mieli zajęcia o Polsce, o Układzie Słonecznym, o organizmie człowieka itd.), świetnie rysuje (zwłaszcza samochody - może będzie projektantem?  ). Ponadto dużo czytamy razem, rozwiązujemy zagadki typu CSI, oglądamy filmy popularno-naukowe. Kiedy miał jakieś 4,5 roku zaczęłam go wdrażać "w komputer", no i teraz sam go obsługuje, nawet umie instalować programy. Na szczęście jeszcze nie odkrył Internetu, bo musiałabym włączyć kontrolę rodzicielską. Poza tym mój syn dużo pyta. Jeśli umiem, odpowiadam od razu, albo razem szukamy odpowiedzi (również w Internecie). Drżę w duchu, żeby "proces pedagogiczny" nie zabił w nim tej pasji badawczej i naukowego podejścia do życia. A koszty? Jakoś będę musiała przełknąć. Jak większość rodziców. W końcu kto płaci, ten wymaga. Podobno. Tylko jak to się ma do Art. 70 Konstytucji RP: > 1. Każdy ma prawo do nauki. Nauka do 18 roku życia jest obowiązkowa. Sposób wykonywania obowiązku szkolnego określa ustawa. 2. Nauka w szkołach publicznych jest bezpłatna.???? | Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
| J.Szulc (5723 punktów) |
Wybacz, że odniosę się tylko do ułamka Twojego wątku - chodzi mi o przedszkole Montessori. Owszem, podoba mi sie rozwijanie u dzieci umiejętności myślenia, tworzenia... ale czy to nie czasem "wolna amerykanka"? "Mądre" zabawki, owszem, ale gdzie miejsce na rozwijanie uczuć? Wrażliwość, współczucie. Co kierowało Tobą w momencie wybierania takiej właśnie, wczesnej edukacji? Przepraszam, ale mnie sie wydaje, że trzeba rozwijać wszystkie cechy przypisane rodzajowi ludzkiemu na równi. Styl wychowania Montessori jakoś kojarzy mi sie z "wyścigiem szczurów". Może to i dobre na te czasy... Czy jednak to my musimy sie przystosowywać, czy kształtować czasu na miarę siebie?
Co do kosztów - mało kogo stać na taką szkołę, jaka nam sie proponuje, i (niestety) daje. Pozazdrościć tylko systemowi skandynawskiemu.
Pozdrawiam.
"Prawdę swą głoś spokojnie i jasno, słuchając też tego, co mówią inni: nawet głupcy i ignoranci (takoż blondynki), oni też mają swoją opowieść" - parafraza Desideraty
|
|
 | | Taiken (1148 punktów) | > Wybacz, że odniosę się tylko do ułamka Twojego wątku - chodzi mi o przedszkole Montessori.> Owszem, podoba mi sie rozwijanie u dzieci umiejętności myślenia, tworzenia... ale czy to nie czasem "wolna amerykanka"?> Co kierowało Tobą w momencie wybierania takiej właśnie, wczesnej edukacji?Kiedy zapisywałam tam pierwszego syna, nie miałam nawet bladego pojęcia o metodach Marii Montessori. Kierowałam się opinią znajomych, ale i tak decydujące było to, że przedszkole znajduje się 300 m od mojego domu. > "Mądre" zabawki, owszem, ale gdzie miejsce na rozwijanie uczuć?> Wrażliwość, współczucie.Spodobało mi się to, że dzieci korzystają z innych, nietypowych pomocy naukowych i że grupy są mieszane wiekowo. Starsze dzieci uczą się zajmować, opiekować młodszymi, a młodsze uczą się od starszych poprzez naśladownictwo. To chyba jest nauka wrażliwości i empatii. Widzę, jak syn traktuje młodszego brata i inne maluchy, np. takie spotkane na spacerze. Stara się być delikatny i grzeczny. Owszem, przyznaję, bracia czasami "dają sobie po razie", ale potem pięknie się przepraszają.  ) W przedszkolu obejrzałam sobie wszystkie sale, mogłam przyjść z dzieckiem na Dzień Otwarty, zanim zastało zapisane do przedszkola. Przypadła mi do gustu domowa atmosfera, przytulność, której brakowało w przedszkolu, do którego ja sama chodziłam. O zasadach Montessori poczytałam znacznie później. Dzieci uczą się samodzielności, radzenia sobie w życiu. Główną zasadą Montessori jest przecież: Zrobię to sam, ale daj mi na to czas. Uważam, że takie przedszkole to nie jest typowa przechowalnia. Dziecko nie jest układane na siłę do spania i to w piżamce(w innych przedszkolach taka jest praktyka). Tutaj dziecko samo o tym decyduje. Jeśli dziecko chce się położyć albo zaśnie np. na dywanie podczas zabawy, jest przenoszone na leżaczek. Podkreślana jest indywidualność dziecka: dziecko pracuje z tym, z czym chce, gdzie chce, kiedy i jak długo chce. Może bawić się w grupie lub samo. Jeśli nie chce towarzystwa, wystarczy, że weźmie dywanik i na nim usiądzie. Jest to znak dla innych, żeby nie przeszkadzali. Dziecko uczy się sprzątać po sobie i faktycznie tak jest. Nie wyjdzie do rodzica, który po nie przyszedł, jeśli nie posprząta zabawek, którymi się bawił, albo kredek, którymi rysował. Uważam, że dobrą zasadą jest również to, że zabawki i przyrządy są w pojedynczych egzemplarzach. Dzieci uczą się dzielić zabawkami, a także szanować fakt, że nie mogą czymś się bawić, bo bawi się inne dziecko, czyli nauka cierpliwości. Dzieci uczą się podstawowych czynności domowych: nalewania napojów, krojenia potraw (sztućcami dla dzieci oczywiście). Jeśli przy okazji coś rozleją lub rozsypią, uczą się sprzątać po sobie. Poza tym nauka składania ubranek czy wiązania butów. Oczywiście wszystko przekazywane w atrakcyjnej formie. Poza tym porównywanie informacji otrzymanych w przedszkolu z tymi, które otrzymują przy pomocy innych nośników lub bezpośrednich obserwacji. Na przykład dzieci miały zajęcia dotyczące Układu Słonecznego, a potem informacje mogły skonfrontować z pokazem w naszym planetarium. I najważniejsze. Dziecko uczy się odnajdywać własne błędy i je naprawiać. > Styl wychowania Montessori jakoś kojarzy mi sie z "wyścigiem szczurów".> Może to i dobre na te czasy...> Czy jednak to my musimy sie przystosowywać, czy kształtować czasu na miarę siebie?Nie zauważyłam żadnej rywalizacji między dziećmi, w ogóle symptomów "wyścigu szczurów". Nic z tego, o czym napisał Robert Kyosaki. Natomiast symptomy takie widzę teraz, w zerówce, na co zostałam uwrażliwiona przez koleżankę, której dzieci przeszły już cały proces edukacji. Przyjrzałam się więc uważniej, ale symptomy "wyścigu szczurów" zauważyłam u... rodziców. Wystarczy wspomnieć "mundurkowe szaleństwo", kiedy rodzice prześcigali się na pomysły, ogólnie mówiąc, mało racjonalne, a nieżyciowe to na pewno. Pewnie jest to jednak nieświadoma rywalizacja "na modę", żeby dziecko miało modne rzeczy (niekoniecznie odpowiednie do wieku czy rozwoju emocjonalnego). Jeśli ma modne rzeczy, to znaczy, że będzie uznawane w środowisku. Podobno. Kupowane są więc na przykład plecaki ze Spider-manem, takież przybory szkolne. A ja postawiłam na indywidualność. Moje dzieci mają świadomość, że nie kupię im jakichś rzeczy, tylko dlatego, że mają je koledzy albo widzieli w TV. Uczę ich sztuki wybierania ("wybierasz to czy to? Ale jeśli to drugie i droższe, to nie weźmiemy czegoś tam innego"; a potem: "wybrałeś to, to teraz miej pretensje do siebie. Następnym razem wybierzesz mądrze."). Uczę ich ponadto, że nie musimy naśladować innych, że każdy człowiek jest równie ważny. Mój syn wie, że ważniejsze jest życie i bycie wrażliwym człowiekiem, kierującym się empatią, niż jakieś "modne" przedmioty. > Przepraszam, ale mnie sie wydaje, że trzeba rozwijać wszystkie cechy przypisane rodzajowi ludzkiemu na równi.Nie zauważyłam, żeby jakaś cecha natury ludzkiej  była szczególnie uwypuklana lub specjalnie pomijana w procesie przedszkolnym. Dzieci poznają świat wszystkimi zmysłami, ale nie zauważyłam, żeby mój syn był przeciążony nauką, ponieważ uczył się poprzez zabawę. Chętnie chodził do przedszkola przez trzy lata. Czytać i pisać nauczył się sam, na komiksach i grach edukacyjnych, także komputerowych. Teraz, kiedy jest w zerówce w szkole obok, dobrze wspomina przedszkole, a nawet za nim tęskni. Poza tym czy naprawdę możliwe jest równoczesne i równoległe rozwijanie WSZYSTKICH cech przypisanych rodzajowi ludzkiemu? Daj mi przykład, która wg Ciebie jest pomijana, bo być może ja też ją jakoś pominęłam... 
Motłoch zawsze stanowił większość. Wybitne są jednostki.
|
|
|  | | J.Szulc (5723 punktów) |
Muszę przyznać, że post napisany wspaniale. Jestem pod wrażeniem wszystkich "za" dla metod Montessori. Swego czasu poczytałam o najpopularniejszych metodach wychowawczych. Tak z ciekawości. Nie ujmuję stylowi wychowania, jaki propaguje przedszkole Twojego syna. Jak najbardziej jestem za wprowadzaniem małych odkrywców w świat za pomocą ich własnej, odpowiednio kształtowanej ciekawości. Przecież nam wszystkim, rodzicom, właśnie o to chodzi, prawda? A czy zwróciłaś uwagę na zbytnie oderwanie od środowiska, w którym dziecko żyje? Poza tym, moim zdaniem, zbyt dużą wagę nadaje się rozwojowi poznawczemu. To zabawa jest naturalnym etapem w poznawaniu świata przez dziecko. Nie przeczę, że trzeba uczyć myślenia, skąd! Tylko każdy wiek ma swoje prawa. Dzieciństwo również. Metoda Montessori jest dobra właśnie w młodszym wieku szkolnym. Uważam, że wtedy właśnie trzeba zacząć kształtować umiejętność wyboru, szukanie nowych rozwiązań. To czas na eksperyment poznawczy. Ale to tylko moje zdanie.
- ale to nie odpowiedź na zadany przez Ciebie temat, przepraszam. Nazwisko skłoniło mnie do "wrzucenia kamyka".
Pozdrawiam.
"Prawdę swą głoś spokojnie i jasno, słuchając też tego, co mówią inni: nawet głupcy i ignoranci (takoż blondynki), oni też mają swoją opowieść" - parafraza Desideraty
|
|
| |  | | Taiken (1148 punktów) | > A czy zwróciłaś uwagę na zbytnie oderwanie od środowiska, w którym dziecko żyje?Środowisko, czyli dom i otoczenie? Nie znam zasad, którymi kierują się inne przedszkola. Mogę wypowiadać się tylko na podstawie osobistych doświadczeń. "Moje" przedszkole zwraca baczną uwagę na pracę z dzieckiem i ścisły kontakt z jego rodziną. Często organizowane są spotkania i różne imprezy, kiedy to rodzice uczestniczą w życiu dziecka w przedszkolu. Jest wspólna zabawa, wspólne poznawanie nowych rzeczy, wspólne prace. Zresztą ja w domu również tak robię. Gdy dzieci malują, ja też maluję. Jeździmy razem na rowerze, gramy w piłkę nożną lub siatkówkę, uczę ich grać w tenisa, łapać piłkę, bawimy się z naszymi kotami albo po prostu siedzimy na ławeczce w ogrodzie i rozmawiamy o wszystkim. A jeśli chodzi o środowisko naturalne i ekologię, to w przedszkolu podejmowanych jest wiele działań m.in. proekologicznych, mających na celu uświadomienie dziecku, co dzieje się w najbliższym mu otoczeniu oraz na wyrobieniu wrażliwości względem fauny i flory. Przedszkolaki również wspierają lokalne schronisko dla bezdomnych zwierząt. Przedszkole ma, wg mnie, tylko jeden mankament (z punktu widzenia mojego syna). Jedyna placówka w mieście otwarta od 5.30 do 20.00, więc uczęszczają do niej dzieci z całego miasta. Syn nawiązał przyjaźnie z kilkoma chłopcami, jeden z nich mieszka jednak na drugim końcu miasta. Co więcej, był to chłopiec starszy od mojego syna, więc przedszkole opuścił ponad rok temu. Z tego powodu kontakt siłą rzeczy został zerwany. Na szczęście teraz jest w klasie z trzema chłopcami, którzy również należeli do grona przedszkolnych przyjaciół i jakoś przebolał stratę jednego z nich. Może się spotkają ponownie na wyższych szczeblach edukacji? > Poza tym, moim zdaniem, zbyt dużą wagę nadaje się rozwojowi poznawczemu.Hm, nie za bardzo wiem, jak to ugryźć. Nie jestem specjalistą wychowania przedszkolnego, dlatego opiszę, co wynika z moich obserwacji. Dziecko podczas okresu przedszkolnego przechodzi wiele etapów rozwoju (od bobaska do "dorosłego" przedszkolaka). Jest doskonałym obserwatorem i chłonie świat całym sobą, jeśli ma tylko ku temu warunki. Zabawa jest podstawową formą działania dziecka, więc musi być atrakcyjna i mieć jakiś sens, żeby dziecko chciał w niej uczestniczyć. Różne z pozoru niewinne zabawy, choćby gniecenie ciasta, mają na celu wyrobienie ręki, przygotowanie do pisania. To nie tak, że przedszkole daje zabawki, pomoce naukowe, mówi: "a teraz się baw" i zostawia samemu sobie. Dziecko jest przecież odpowiednio kierowane, pilnowane, obserwowane. Tutaj jest silna współpraca z rodzicami, wyznaczającymi kolejne granice (przesuwane wraz z rozwojem dziecka), których dziecko nie może przekroczyć, choć przecież cały czas próbuje, na ile może sobie pozwolić. Uczy się więc dziecko podejmowania odpowiedzialności za swoje postępowanie. Tolerowanie czy uznawanie określonych zachowań dziecka również jest uzależnione od wieku dziecka i jego rozwoju psychicznego. Określone zachowania trzylatka nie są dopuszczalne u sześciolatka, chociaż nikt nie stawia niegrzecznych dzieci w kącie albo nie karze klękaniem na woreczkach z grochem.  Kładzie się duży nacisk na indywidualne potrzeby dziecka. Dziecko jest traktowane jak równorzędny partner, który także ma prawo okazywać uczucia i emocje, również te negatywne. Nikt go nie zbywa tekstami: "jak będziesz starszy, to zrozumiesz". Tłumaczy się, że określone reakcje są normalne, że ból, strach, niepewność można wyrzucić z siebie, że to nieprawda, że "chłopaki nie płaczą". Mój syn jest kinestetykiem*, cechę tę odziedziczył po mnie. Ma również pewne problemy z emocjami, spowodowane stratą taty, kiedy syn miał pięć lat. Przeżywa to na swój sposób, czasami jest nadwrażliwy, boi się, że również mnie straci, ale umie o tym rozmawiać i okazać, co czuje, że tęskni. Wtedy czasami płacze. Bardzo mu są potrzebne deklaracje, że świat się nie zawali do końca. Czasami to dorośli są nieco zszokowani, gdy syn głośno i otwarcie mówi, że jego tata nie żyje i że zabiły go papierosy. Przedszkolanki zachowały się wtedy wzorowo. Nie było tekstów typu: "No, już nie płacz. Wszystko będzie dobrze". Jak może być dobrze, gdy pięciolatek stracił tatę, z którym łączyły go już jakieś wspomnienia? Było zrozumienie dla sytuacji, delikatne, nienachalne wsparcie, przytulenie, przyzwolenie na emocje. Niedawno otrzymałam od syna taką deklarację: "Chcę żyć bardzo długo i żebyś ty też długo żyła, bo chcę żyć z tobą i Tomkiem jak najdłużej. I obiecuję, że nie będę palił papierosów i pił napojów dla prawdziwych mężczyzn, czyli piwa". Dodam, że sam doszedł do takich wniosków. * Tu dobrze scharakteryzowano kinestetyka (w innych opracowaniach można spotkać się z określeniem "sensualista"). www.wizaz.pl/forum/showthread.php?t=136330> Kinestetyk rzuca się w oczy nawet "niewzrokowcom", ponieważ charakteryzuje go nadmierna gestykulacja i duża ruchliwość całego ciała. Kinestetyk posiada silną intuicję, ma silny głos; jest lakoniczny, pamięta to, czego doświadczył. Na słowa reaguje spontanicznie, całym ciałem i uczuciem. Kinestetycy cenią sobie wygodę, komfort, przestrzeń i lubią być w bliskim kontakcie z ludźmi, na przykład z osobą, z którą rozmawiają. Lubią na powitanie się przywitać (dotknąć dłoni, poklepać Cię po ramieniu lub wręcz się objąć Cię ramieniem). Lubią być w bliskim kontakcie fizycznym.Mój syn lubi być przytulany, głaskany, ma wrażliwą na dotyk skórę. > Mówią używając języka emocji, często egzaltując się słowami. Ich potrzeba wygody demonstruje się wszędzie. Wygodne buty, miękka, koszula, niezbyt ciasna w kołnierzyku, spodnie niezbyt obcisłe, przyjemne w dotyku, miękka, delikatna pościel... Ważne aby nic nie uwierało, bo zaczynają wyłącznie o tym myśleć. Mają bardzo wyczulony zmysł dotyku, smaku i węchu. Czują to, czego wzrokowiec nigdy by nie wyczuł: np. śmietanę, która stoi drugi dzień w lodówce. Ciągle coś trzymają w ręku, np. na przyjęciu rolują w palcach kawałek obrusu albo serwetkę.Przedszk
|
|
| | |  | | J.Szulc (5723 punktów) |
Cóż mi pozostaje? Tylko chylić czoła. Poważnie. Zaznaczam, że w swoim tekście tylko teoretyzowałam, ponieważ nie jestem specjalistką, jeśli chodzi o metody wychowawcze. W wychowaniu swoich dzieci kierowałam się jedynie intuicją i wiedzą "wyczytaną" z książek, które w tamtym (  ) czasie nie były szczególnie łatwo dostępne. Mogę Ci jedynie pogratulować zadowolenia, które daje Ci tak wybrana instytucja, jak i wspaniałych dzieci. Życzę również wiele radości z patrzenia na ich osiągnięcia. Szczerze pozdrawiam. P.S. Odnosząc się do zasadniczej treści założonego przez Ciebie wątku, mogę jedynie zgodzić się z Tobą, że zapis o bezpłatnym dostępie do wiedzy, nauki, szkoły, w obecnych czasach jest truizmem i niczym więcej.
"Prawdę swą głoś spokojnie i jasno, słuchając też tego, co mówią inni: nawet głupcy i ignoranci (takoż blondynki), oni też mają swoją opowieść" - parafraza Desideraty
|
|
| | |  | | Taiken (1148 punktów) | Miało być jeszcze krótki tekst, ale zeżarło. hihihi
> Ciągle coś trzymają w ręku, np. na przyjęciu rolują w palcach kawałek obrusu albo serwetkę.
Przedszkolanki same zwróciły mi uwagę, że syn lepiej się koncentruje, jeśli w dłoni trzyma autko czy na przykład kredkę albo długopis. Wcześniej nie zwracałam uwagi na to, sądząc, że to naturalne u chłopca-pasjonata motoryzacji. Potem potwierdziła to pani neurolog.
PS. Co do syna i jego emocji - chcę, żeby był szczęśliwym, spełnionym dzieckiem, nieobciążonym jakimś życiowym balastem czy piętnem osieroconego dziecka (młodszy syn nie odczuwa tego balastu, bo teraz ma 3,5 roku). Stąd postanowiłam, że skorzystam z pomocy poradni psychologiczno-pedagogicznej i porozmawiam z psychologiem. Może to na wyrost, ale kiedy syn miał 4 lata, byłam z nim u logopedy. Tak bez powodu, właściwie kontrolnie. Logopedka stwierdziła, że wszystko jest w porządku, a nawet zakres słownictwa syna jest szerszy niż u czterolatka. Powiedziała mi również, na co powinnam zwracać uwagę podczas dalszego rozwoju dziecka.
Motłoch zawsze stanowił większość. Wybitne są jednostki.
|
|
| | |  | | Basia (364 punktów) | >Niedawno otrzymałam od syna taką deklarację: "Chcę żyć bardzo długo i żebyś ty też długo żyła, bo chcę żyć z tobą i Tomkiem jak najdłużej. I obiecuję, że nie będę palił papierosów i pił napojów dla prawdziwych mężczyzn, czyli piwa". >Dodam, że sam doszedł do takich wniosków.
Taiken! Co do wrażliwości Twojego syna nie mam wątpliwości, po tym co napisałaś. Na pewno jesteś z niego bardzo dumna. Jednak wg mnie przytoczone zdanie może być niepokojącym symptomem. Bardzo łatwo papaść w skrajność, a dotrzymanie takich obietnic nie zawsze jest łatwe i może w przyszłości spowodować wewnętrzene rozdarcie i zagubienie. Picie piwa nie jest źródłem wszelkiego zła i to chyba niezbyt dobrze, że Twój syn postrzega to, jako coś niemorlanego. To piszę ja - przeciwniczka alkoholu. Wiem, że się nie znam, ale tak mi jakoś nie wszystko tu pasuje.
|
|
| | | |  | | Taiken (1148 punktów) | >Bardzo łatwo papaść w skrajność, a dotrzymanie takich obietnic nie zawsze jest łatwe i może w przyszłości spowodować wewnętrzene rozdarcie i zagubienie. Picie piwa nie jest źródłem wszelkiego zła i to chyba niezbyt dobrze, że Twój syn postrzega to, jako coś niemorlanego.
Ja nie jestem abstynentką czy przeciwniczką alkoholu, uznaję go w racjonalnych dawkach, chociaż sama praktykuję najczęściej w postaci kawowego Karmi czy domowej nalewki. Nie wiem, co wywołało taką deklarację mojego syna. Nie nastawiam go na NIE, chociaż gdy akurat widzi gdzieś reklamy piwa czy innego alkoholu i zadaje pytania z tym związane, to tłumaczę, że alkohol jest dla dorosłych i dojrzałych ludzi. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie okoliczności, w jakich padła ta deklaracja. Może wyniknęła z jakichś obserwacji na którymś z licznych spacerów albo wyłapał w rozmowie dorosłych jakiś tekst i resztę sobie dośpiewał. W moim domu nie ma problemu z alkoholem lub jego brakiem. Może słowa mojego syna podyktowała podświadoma obawa o mnie? Nie wiem. Co do papierosów - zgadza się. Byłam i jestem wrogiem palenia wyrobów tytoniowych, uważam, że palenie przy osobach niepalących i dzieciach to skrajny egoizm. Znajomi wiedzą, że w moim domu się nie pali. Jeśli ktoś musi, zapraszam do ogrodu, a jeśli pada - użyczam parasolkę. Ale dziękuję, że zasugerowałaś mi taką wątpliwość. Przyjrzę się temu baczniej.
Motłoch zawsze stanowił większość. Wybitne są jednostki.
|
|
| | | | |  | Satanisław (1358 punktów) (zablokowany) | Taiken, wybacz, że włażę z buciorami w Twoje życie prywatne, ale skoro zaczęłaś sama...
Dzieci wychowywane przez samotne matki, mają jednego poważnego wroga - nadopiekuńczość tych mam. Starają się te mamy zrekompensować dziecku brak ojca - pobłażając mu, roztaczając ochronny parasol, usuwajac wszystkie przeszkody, by "było szczęśliwe".
A ono szczęśliwe nie jest - wychowują się nadwrażliwcy, neurotycy, niedostosowani społecznie, ofermy, pedałkowaci lub łobuzerscy chłopcy, puszczalskie, bezczelne lub zakompleksione dziewczynki. Bo żyjąc dotąd w sztucznym, sterylnym świecie stworzonym przez mamy, nie mając żadnych problemów - dziecko przeżywa szok, gdy jednak mimo ochrony mamusi ma wreszcie kontakt z realnym światem, który jest inny, niż ten sztuczny, stworzony przez mamy. Jest niedostosowane do społeczeństwa.
Ojcowie przez całą historię ludzkości ginęli na wojnach, na polowaniach, w podróżach, w niebezpiecznej pracy, od zakażeń po urazach, na gruźlicę itp. Przez większość czasu trwania ludzkiej cywilizacji półsieroctwo było normą - lecz większych problemów z psychiką półsierot nie było. Bo się ich nie rozpieszczało. Musiały walczyć, pokonywać przeciwności, stawać się twarde, zdobywać. Żyły realnym, brutalnym życiem. Największy twardziel wszechczasów - Czyngis Chan - był półsierotą bez ojca.
Brutalna, lecz szczera rada - przestań rozpamiętywać z dziećmi śmierć ich taty. Nie chodź z małymi dziećmi na cmentarz. Nie płacz przy nich. Przestań wyszukiwać dla nich sterylnych super szkół, super przedszkoli, wydelikaconych, grzeczniutkich kolegów i koleżanek. Psychologów chcących majstrować przy psychice twoich dzieci szczuj bulterierami. Lej małolatów po dupie za większe przewinienia, lecz nie krzycz na nie. Pozwól im psocić. Wymagaj posłuszeństwa, sumienności, lecz pozwól im rywalizować, walczyć - nawet w bójkach (chłopcom). Nie rozwijaj w nich nadwrażliwości. Ucz śmiechu, psikusów. Traktuj dzieci tak, jakby nic się nie stało. Był ojciec - nie ma ojca - normalka. Życie toczy się dalej, dalej jest czas na zabawę, radość, kłótnie, rywalizację, walkę. Jak będziesz w stanie - znajdź im następnego mężczyznę, ale tu musisz być bardzo ostrożna, bo faceci nieszczególnie tolerują cudze dzieci kobiet, z którymi chcą się połączyć. Wiem, bo sam jestem facetem.
|
|
| | | | | |  | | Taiken (1148 punktów) | > Taiken, wybacz, że włażę z buciorami w Twoje życie prywatneOczywiście, gdybym nie chciała, nie zaczynałabym tematu. Czuję się tu jak u siebie, stąd pewnie lekki ekshibicjonizm.  > Dzieci wychowywane przez samotne matki, mają jednego poważnego wroga - nadopiekuńczość tych mam.Poprawka. Nie jestem nadopiekuńczą matką, nie chucham i dmucham, nie latam z byle czym do lekarza, radzę sobie w większości spraw sama, co więcej, pamiętam o sobie. To ja strofuję mojego tatę, gdy ten mówi do wnuków: "nie wchodź tam, bo spadniesz" albo "bo się uderzysz" itd. Tłumaczę, że muszą sami nauczyć się określonych zachowań, ostrożności, że muszą się sami przekonać, że włażenie pod biurko grozi guzem, że jak się walną, to drugi raz będą uważać. > przestań rozpamiętywać z dziećmi śmierć ich taty.Wierz mi, nie robię tego. Nie ma zdjęć ojca na ścianach czy półkach. Nie sadzam chłopców na kolanach i nie opowiadam legend rodzinnych. Nigdy nie chciałam obciążać ich balastem dzieci bez ojca. Nie afiszowałam się z żałobą, także ze względu na dzieci, mimo pretensji ze strony rodziny i kolegów. Ucinałam krótko: "Żałobę ma się w sercu, a nie dla znajomych". Poza tym ja nie umiem być smutna na siłę. Dla mnie to przeszłość, nie wnikając, jaka była. Równocześnie czuję się wolna i silna, bo rozwiązałam takie problemy i "węzełki", których nie udało się rozwiązać wcześniej. Nie mam zamiaru rozpamiętywać przeszłości i żyć nią. Naprawdę nie jestem zwolenniczką PiS. ;> > Nie chodź z małymi dziećmi na cmentarz.Byłam tam z dziećmi tylko raz. Rodzina męża wybrała mu miejsce za miastem, przy rodzicach, więc poniekąd zrobiliśmy sobie majówkę. Na pogrzeb ich nie wzięłam, uznając, że to nie jest miejsce dla dzieci - pełne obcych ludzi i niezrozumiałych rytuałów. Pretensje i karcące pytania rodziny mojego męża zbyłam wzruszeniem ramion i tekstem: "są za mali". Ludzie, którzy nie uczestniczyli w moim życiu, a tak było z większością (bliskiej!) rodziny mojego męża, nie otrzymują ode mnie prawa do oceniania mnie. Ja sama unikam cmentarzy, bo są dla mnie miejscem nagromadzenia negatywnej energii, a że często są przy kościołach, więc tym bardziej. Naprawdę mam do pogrzebów, cmentarzy, wieńców czy kościołów (i wesel  ) stosunek bardziej niż niechętny. > Przestań wyszukiwać dla nich sterylnych super szkół, super przedszkoli (...) grzeczniutkich kolegów i koleżanek.Przepraszam, ale tego nie robię.  Szkoły i przedszkola nie wybierałam. Są po prostu w pobliżu domu. Nie jestem wariatką czy maniaczką, która przegania potencjalne zagrożenie i wyciera kurz na drodze. Moje dzieci są normalnymi dziećmi. Kolegów wybierają sobie sami, ja w to nie ingeruję. W przedszkolne miłości również.  > Psychologów chcących majstrować przy psychice twoich dzieci szczuj bulterierami.Z Twoich słów można by wywnioskować, że psychologowie to szarlatani, ale trudno mi stwierdzić, bo nie miałam z nimi kontaktu. Poza tym z bulterierami może być problem. Dysponuję jedynie parą kotów. Jutro naostrzę im pazurki. hehehe > Lej małolatów po dupie za większe przewinienia, lecz nie krzycz na nie.Przykro mi, ale ja nie biję dzieci, natomiast zdarza mi się podnieść głos, w ostateczności. Wg mnie, bicie jest objawem bezsilności rodzica. Po "burzy" staram się rozmawiać o tym z dziećmi. Nie praktykuję obrażania się czy cichych dni. Zresztą wszyscy jesteśmy pod tym względem ekstrawertyczni i emocje z siebie wyrzucamy. Uważam, że tak jest zdrowiej. Dzieciom radzę wyrzucać złość waleniem pięścią w poduszkę.  > Pozwól im psocić.Oj, żebyś wiedział, jak bardzo to wykorzystują. Czasami zastanawiam się wieczorem, czemu jestem taka padnięta. Nawet teraz za moimi plecami trwają jakieś targi o autka. A nie, przepraszam, uspokoili się. Lecą "Smurfy".  > Wymagaj posłuszeństwa, sumienności, lecz pozwól im rywalizować, walczyć - nawet w bójkach.Jeszcze nie są w wieku, gdy stosuje się argumenty siły, więc nie ma bójek z kolegami. Natomiast bracia czasami walczą ze sobą jak małe tygrysy. Sińce się trafiają, guzy i sójki w bok również. Zapas kolorowych plasterków się przydaje. Hihi Stoję obok i tylko uważam, żeby nie zrobili sobie prawdziwej krzywdy. > Nie rozwijaj w nich nadwrażliwości.Wydaje mi się, że tego nie robię. > Ucz śmiechu, psikusów.Sama również lubię się śmiać, czasami z niczego, wiesz, ogarnia mnie taka głupawka. Myślę, że do śmiechu mam zdrowe podejście. > Traktuj dzieci tak, jakby nic się nie stało. (...) dalej jest czas na zabawę, radość, kłótnie, rywalizację, walkę.I tak traktuję. Dla mojego młodszego syna "tata" to atrakcja, bo był za malutki. Nie ma za kim tęsknić i kogo wspominać, bo ojca w jego życiu nie było. Nawet gdy mój mąż był fizycznie obecny, to nie był obecny psychicznie, emocjonalnie. Nie wciskam im tego tematu na siłę, bo nie widzę najmniejszego sensu, żeby to robić. Zresztą dla kilkulatków śmierć to w ogóle pojęcie z bajek. Nawet jeśli wiedzą, że ktoś zmarł, to nie rozumieją, na czym to właściwie polega. Starszy syn długo sądził (być może nadal tak jest), że jak tatę wyleczą tam, dokąd go wzięli, to wróci. Zresztą mój syn uważa cmentarz za dom dla ludzi i był zdziwiony, że tam są takie małe domki, więc jak się tam ci ludzie mieszczą. Poza tym szczerze mówiąc, żyję tak jak dawniej, z tą różnicą, że teraz wychodzę codziennie do pracy, a dziećmi w tym czasie zajmują się moi rodzice (odprowadzanie, obiady itd.), a kiedyś pracowałam głównie w domu. > Jak będziesz w stanie - znajdź im następnego mężczyznę, ale tu musisz być bardzo ostrożna, bo faceci nieszczególnie tolerują cudze dzieci kobiet, z którymi chcą się połączyć.Mam tego świadomość, choć się szczególnie nie rozglądałam. Mam czas, a chyba jednak brakuje mi ochoty na dubel... PS. Pięknie napisałeś o tych ginących na wojnach i polowaniach jedynych żywicielach rodziny. Kobiety od wieków musiały radzić sobie same i jak widać, mają w tym sporą praktykę. Więc do czego tak naprawdę potrzebny jest facet? 
Motłoch zawsze stanowił większość. Wybitne są jednostki.
|
|
| | | | | | |  | Satanisław (1358 punktów) (zablokowany) |
>Poprawka. Nie jestem nadopiekuńczą matką, nie chucham i dmucham<
Przypominasz mi moje "puszyste" jak hipopotamice pacjentki, które przysięgają na wszystkie świętości, że one nic nie jedzą. Podają przy tym taką dietę którą rzekomo stosują, że w sanatorium odchudzającym Auschwitz - Birkenau dawali pensjonariuszom więcej kalorii.
Oszukujesz samą siebie.
Jesteś nadopiekuńcza, chuchasz i dmuchasz na dzieciaki i wypierasz się tego.
Rozpieszczasz: "dziecko pracuje z tym, z czym chce, gdzie chce, kiedy i jak długo chce." "Nie zauważyłam żadnej rywalizacji między dziećmi, w ogóle symptomów "wyścigu szczurów"." "Dziecko jest traktowane jak równorzędny partner" "to nieprawda, że "chłopaki nie płaczą"". "Było zrozumienie dla sytuacji, delikatne, nienachalne wsparcie, przytulenie, przyzwolenie na emocje." "Mój syn lubi być przytulany, głaskany, ma wrażliwą na dotyk skórę."
>nie latam z byle czym do lekarza<
"Potem potwierdziła to pani neurolog." "Stąd postanowiłam, że skorzystam z pomocy poradni psychologiczno-pedagogicznej i porozmawiam z psychologiem. Może to na wyrost, ale kiedy syn miał 4 lata, byłam z nim u logopedy"
A tak nawiasem - jak już idziesz z dzieckiem po poradę lekarską - unikaj kobiet. Na ogół nie potrafią myśleć obiektywnie, instynkt macierzyński przesłania im logikę i racjonalizm. Po różnych lekarzach już poprawiałem, różni lekarze poprawiali po mnie, ale najczęściej muszę poprawiać sknocone leczenie pań pediatryczek.
>Więc do czego tak naprawdę potrzebny jest facet?<
1. Do zapłodnienia. 2. Do opieki i obrony. Przy tym, jako mniej wartościowy i mniej potrzebny ma psi obowiązek podejmować działania ryzykowne dla dobra rodziny. To on ma narażać życie podczas obrony przed wrogiem, a nie kobieta, którą się powinno chronić. To on ma ginąć przy zdobywaniu środków do życia dla rodziny - dawniej na polowaniu, dziś w niebezpiecznej pracy, np. górnika. Utrata samca jest dla rodziny niekorzystna, ale nie jest krańcowym nieszczęściem. Do tego facet służył, służy i służyć będzie, dopóki nie zmienimy naszego genotypu, produkując zmutowane feminoidy - babochłopy. I dlatego jesteśmy bardziej genetycznie przystosowani do śmierci ojca, niż śmierci matki. Sęk w tym, by nadmiernego żalu po śmierci ojca w dzieciach nie indukować.
|
|
| | | | | | | |  | | Taiken (1148 punktów) | Cancel
|
|
| | | | | | | |  | | Taiken (1148 punktów) | >Przypominasz mi moje "puszyste" jak hipopotamice Hipopotamica... Hm... Niezłe, niezłe. To takie cieplutkie określenie. hehe
>Oszukujesz samą siebie. Raczej nie, ale z panem doktorem nie będę się kłócić.
>Jesteś nadopiekuńcza i wypierasz się tego. Oooo, ktoś mi tu zarzuca stosowanie mechanizmu wyparcia. Czyżbym komuś coś wmawiała?
>"dziecko pracuje z tym, z czym chce, gdzie chce, kiedy i jak długo chce." Zauważ, że podałam to jako jedną z zasad przedszkoli Montessori .
>"Nie zauważyłam w ogóle symptomów "wyścigu szczurów"." Czy uważasz, że sześciolatek i trzylatek mogą brać udział w "wyścigu szczurów"? Nie jestem yuppie i nie należę do amerykańskiej high society.
>"Dziecko jest traktowane jak równorzędny partner" Zasada Montessori. I moja również. Dziecko ma obowiązki i prawa, dostosowane do jego wieku i dojrzałości psychicznej, emocjonalnej. To źle?
>"to nieprawda, że "chłopaki nie płaczą"". Uważasz, że to niemęskie?
>"Było zrozumienie dla sytuacji, przyzwolenie na emocje." No kurczę, bo tak zachowały się przedszkolanki, jak mój syn wrócił do przedszkola po kilku miesiącach nieobecności. Dlaczego mam pisać, że było inaczej, skoro było właśnie tak?
>"Mój syn lubi być przytulany, głaskany" Mówiłam, kinestetyk. Ja też lubię być przytulana, głaskana i mam wrażliwą skórę. Jak wielu innych ludzi. Nie wiedziałam, że to jakaś wada.
>>nie latam z byle czym do lekarza, "Potem potwierdziła to pani neurolog." Do neurologa MUSIAŁAM iść, bo pediatra bez orzeczenia tego specjalisty, że mój syn jest zdrowy (pediatra była przewrażliwoną wariatką, gdy się o tym przekonałam, zmieniłam ośrodek), nie chciała go zaszczepić (chodziło o szczepienia obowiązkowe!). Nie poszłam tam dla własnego widzimisię.
>byłam z nim u logopedy" Byłam tam raz. Kontrolnie. Nie uznajesz profilaktyki?
>jak już idziesz z dzieckiem po poradę lekarską - unikaj kobiet. Mamy w ośrodku zdrowia pediatrę - MĘŻCZYZNĘ - i sobie to chwalę. Są też dwie inne panie. Diagnozy zazwyczaj są podobne. Ale, może to dziwne, wolę facetów. Mój ginekolog też jest facetem. Pewnie zaraz stwierdzisz, że jestem ekshibicjonistką, co?
|
|
| | | | | | | |  | | Taiken (1148 punktów) | > >Więc do czego tak naprawdę potrzebny jest facet?<To było pytanie retoryczne, zadane po to, żeby się podroczyć. Mężczyźni są bardzo potrzebni w życiu nam, kobietom. Tak uważałam wcześniej i uważam nadal. Ale zauważ, że napisałam: "mężczyźni". Mężczyzna to nie tylko para spodni do noszenia i skarpetki do prania. Niestety, wielu z Was uważa, że "mężczyzna to brzmi dumnie" i na tym koniec, że my, kobiety, powinnyśmy się cieszyć z samego faktu, że dałyśmy się Wam upolować. To jest dobre przez pierwszy, bo ja wiem?, rok wspólnego życia. A co potem? Potem jest ciężka praca, żeby utrzymać związek, nie w sensie formalnym, ale prawdziwym, żeby oboje widzieli sens bycia razem. > 1. Do zapłodnienia.To czasami jedyne, do czego zdolny jest facet. Sorki, ale dziecko może zrobić każdy głupi. > 2. Do opieki i obrony.Chciałabym, chciała. > Przy tym ma psi obowiązek podejmować działania ryzykowne dla dobra rodziny. To on ma narażać życie podczas obrony przed wrogiemGdzie biją?! > mniej wartościowy i mniej potrzebnyOch, to powiedziane chyba tylko z przekory, co? > a nie kobieta, którą się powinno chronićSatanisławie, nie masz Ty brata-bliźniaka (tfu!, na psa urok!), brata jakowegoś? hihihi > To on ma ginąć przy zdobywaniu środków do życia dla rodziny - dawniej na polowaniu, dziś w niebezpiecznej pracy, np. górnika.Nie każdy facet jest górnikiem, rzadko który musi podejmować aż taki trud, żeby zdobyć środki do życia, a Wy ciągle tkwicie w stereotypie jedynego żywiciela rodziny. Świat się zmienił, czy tego chcesz, czy nie. Tylko nie stosuj... mechanizmu wyparcia.  Faceci w większości nie pojmują, że kobieta może szukać NORMALNOŚCI. Nie chce herosa, Supermena, Jamesa Bonda czy MacGyvera, chociaż gdybym miała wybierać, to poproszę tego ostatniego, bo ma świetne umiejętności, np. zrobi helikopter ze spinacza i chusteczki do nosa.  Na dłuższą metę nie interesuje nas fizyczna strona faceta, nie musi wyglądać jak młody bóg. Normalna kobieta szuka przyjaciela, pokrewnej duszy, ciepłego, bliskiego i spokojnego, otwartych ramion. Przygody rajcują tylko na początku. > Utrata samca jest dla rodziny niekorzystna, ale nie jest krańcowym nieszczęściem. Do tego facet służył, służy i służyć będzie, dopóki nie zmienimy naszego genotypu, produkując zmutowane feminoidy - babochłopy.Aż chce się powiedzieć: "Amen", tak to pięknie zabrzmiało. Ale wierz mi, nie marzy mi się seksmisja. To raczej Wy, panowie, zapominacie, że aby być z kimś, trzeba być kimś (i uwaga: nie mam na myśli człowieka typu Bill Gates). > I dlatego jesteśmy bardziej genetycznie przystosowani do śmierci ojca niż śmierci matki.Wierzę na słowo. Z genetyki pamiętam jedynie doświadczenia Mendla na grochu i krzyżowanie psów. Ach - i coś o rudzielcach. Chociaż i tak uważam, że to nie genetyka tu decyduje, ale raczej to, że dzieci są emocjonalne bardziej związane z matką niż z ojcem. Głównie dlatego, że ojcowie mniej się angażują w proces wychowania i opieki nad dzieckiem. > Sęk w tym, by nadmiernego żalu po śmierci ojca w dzieciach nie indukować.Oj, Ty znowu o tym. Nie umiem Cię przekonać, jak jest naprawdę. Musiałbyś swoją opinię skonfrontować z rzeczywistością, więc raczej pozostaniemy przy swoich zdaniach. Już Ci opisywałam, że nie jestem neurotyczką, ale oczywiste, że mi nie uwierzysz i znowu stwierdzisz, że stosuję mechanizm wyparcia. Przecież facet nie może się mylić, prawda? Tak naprawdę to jestem szurniętą wariatką, która lata co tydzień z dziećmi do lekarza, bo a nuż wykryje nieznaną chorobę w stadium początkowym, owija dzieci poduszkami, żeby sobie siniaczków nie nabiły, każe wkładać czapkę-uszatkę latem, żeby się nie przeziębiły, pcha za nie rower, bo dostaną zadyszki i się spocą, odwiedza codziennie psychoterapeutę, specjalistę od regresingu, bioenergoterapeutę, a także pyta wróżkę, czy zdrowsza jest Bakoma czy Danone albo co zrobić na obiad, i w ogóle to ma nawalone w głowie i tylko trepanacja czaszki może zrobić z niej prawdziwą kobietę - odpoczynek wojownika, idealną, nienadopiekuńczą matkę i strażniczkę domowego ogniska. Howgh. PS. Nie jestem idealną kobietą - matką - żoną - przyjaciółką etc. I chyba nie chcę. Ideały są nudne i wkurzające. Poza tym mam lekkiego fiołka na punkcie gorzkiej czekolady, ale z tym walczę, więc pewnie da się to jakoś wyleczyć. Aż strach pomyśleć, do czego mogłoby mnie to doprowadzić, prawda?
|
|
| | | |  | | mefta (480 punktów) |
> Co do wrażliwości Twojego syna nie mam wątpliwości, po tym co napisałaś. Na pewno jesteś z niego bardzo dumna. Jednak wg mnie przytoczone zdanie może być niepokojącym symptomem. Bardzo łatwo papaść w skrajność, a dotrzymanie takich obietnic nie zawsze jest łatwe i może w przyszłości spowodować wewnętrzene rozdarcie i zagubienie. Picie piwa nie jest źródłem wszelkiego zła i to chyba niezbyt dobrze, że Twój syn postrzega to, jako coś niemorlanego. To piszę ja - przeciwniczka alkoholu.> Wiem, że się nie znam, ale tak mi jakoś nie wszystko tu pasuje.> Basiu... wiele w tym racji co piszesz. Wiedz jednak, że dzieciaki uczęszczające do szkół podstawowych, gimnazjum czy ponadgimzanjalnych mają zajęćia z profilkatyki uzależnień. Pierwszorzędowa profilaktyka (czyli ta podstawowa) pozwoli im na usystematyzowanie wiadomości i zweryfikuje poglądy dotyczące "spożywania". Podobnie jest z seksem, kłamstwami, poglądami religijnymi... wszystko ma swój czas a poglądy się zmieniają wraz z wiekiem i uważam, że dzieci Takiej matki jak Taiken bankowo sobie poradzą, bo mają wspaniała matkę  A tak wogóle to fajnie, że na tym forum pojawiają się "życiowe" teamty  okiem kobiety relacjonowane. pozdrawiam wszystkie damy z forum (panów dziś pominę  ).
ja przepraszam państwa za zgrzytanie zębami...
|
|
| | | | |  | | Basia (364 punktów) | > uważam, że dzieci Takiej matki jak Taiken bankowo sobie poradzą, bo mają wspaniała matkę  Bez wątpienia
|
|
 | | Taiken (1148 punktów) | > No a według Maddy becikowe i jak sądzę ulgi podatkowe na dzieci to populizm.> www.racjonalista.pl/forum.php/s,100893#w101012> Co Ty na to?Nie, nie uważam, żeby to był populizm. Wydaje mi się, że wreszcie ktoś zauważył (chwała pani Kluzik-Rostkowskiej), że nie problem urodzić (chociaż z tym w Polsce też jest problem  ), ale wychować, a to kosztuje i to niemało. Rodziny powinny być mobilizowane przez państwo, żeby inwestowały w dzieci, bo to będzie procentowało w przyszłości. Jednak nie podoba mi się, że są jakieś kretyńskie kryteria dochodowe (w przypadku mundurka - 351 zł! na osobę w rodzinie). Wiem od koleżanki, której córka jest w Szkocji z roczną córeczką, że tam rodzina, a zwłaszcza samotna matka, jest bardzo chroniona przez państwo. System finansowania jest bardzo rozbudowany. I nie bierze się pod uwagę dochodów rodziny. Liczy się sam fakt jej funkcjonowania w społeczeństwie. Owszem, ktoś może powiedzieć, że tamtych stać na to. Uważam jednak, że to kwestia priorytetów, jakie wyznaczy sobie rząd. Jeśli woli finansować rozbuchaną administrację czy IPN - jego wola. Żeby potem nie miał pretensji, że nie ma kto łożyć na emerytów. "Bezpłatna" szkoła czy nakłady na dziecko w okresie niemowlęcym są dla większości rodzin podobne. Nie wynikają wprost z dochodów. Owszem, rodzina zamożniejsza może sobie pozwolić na sfinansowanie dodatkowych rzeczy albo przedmiotów nadobowiązkowych. Jednak podstawowe wydatki są podobne i w podobnym stopniu obciążają budżet rodziny. Poza tym kryterium dochodowe sprawia, że rodzice boją się pracować lub znaleźć lepszą pracę, żeby na przykład nie stracić zasiłku rodzinnego albo jakiejś innej pomocy. To patogenne i właściwie wyrzuca ludzi poza normalne społeczeństwo, uczy cwaniactwa i nieudacznictwa. Co do rozwiązań systemowych, to wolałabym, aby przeszedł projekt, zatwierdzony już przez Sejm. Chodzi mi o tę wysoką ulgę podatkową na dzieci. Więcej dzieci - większa kwota do odliczenia od podatku. Pobudza to rodziców do aktywności, do szukania lepiej płatnej pracy, no i do ujawniania źródeł dochodu. Na dłuższą metę jest to znacznie lepsze dla budżetu niż rozbudowany system pomocy społecznej.
Motłoch zawsze stanowił większość. Wybitne są jednostki.
|
|
Satanisław (1358 punktów) (zablokowany) | I do jakich wniosków doszła popłakująca mamuśka Taiken, bo w końcu nie zauważyłem, poza godnym niewolnika pogodzeniem się z losem: >A koszty? Jakoś będę musiała przełknąć<
Mamuśko droga, czas zrozumieć, że mechanizm "bezpłatnego" czegokolwiek zawsze ma następujący model rozwoju:
1. Oferuje się naiwnym frajerom coś "za darmo". Nie jest to za darmo, bo frajer płaci w podatkach, ale frajer tego nie rozumie, więc się cieszy. Płaci dużo więcej, niż jest warta ta sama usługa na wolnym rynku- przecież podatki "na szkołę" płaci się przez całe dorosłe życie (płacą nawet stuletni emeryci), lecz ze szkoły korzysta się tylko przez kilkanaście lat. Podobnie przy "bezpłatnym" lecznictwie - bulić trzeba przez cały czas, ale w większości przypadków korzysta się okazjonalnie.
Kto zyskuje? Organizatorzy "bezpłatnej" usługi, czyli socjaluchy parszywe.
2. Etap drugi - rozrasta się biurokracja, sprawozdawczość, kontrole itp. Przez co zaczyna brakować kasy na rzeczywistą usługę. Podnieść podatków jeszcze bardziej nie mozna, bo i tak są już horrendalnie wysokie. Proponuje się zatem dojonym frajerom, by "współpłacili". To "współpłacenie" jest de facto gotówkową opłatą na rzecz kosztów działania biurokratycznych pasożytów.
3. Etap trzeci - "bezpłatny" system staje się w końcu tak niewydolny, że ludzie chcący skorzystać z usługi na przyzwoitym poziomie muszą ją w całości opłacić z własnej kieszeni. Oczywiscie podatek nie znika ani nawet nie zmniejsza się, w końcu armia darmozjadów - urzędników dba nie tylko o swoje interesy, ale i o interesy swych znajomków i rodzinek - im też trzeba załatwić "pracę" przy przelewaniu pieniędzy z konta na konto, przesuwaniu papierków z lewej strony biurka na prawą i z powrotem. Ten etap już mamy w lecznictwie - kto chce szybko dostać się do kardiologa (bez bijącego serduszka można przeżyć tylko kilka minut, zatem leczenia przełożyć się nie da), musi skorzystać z sektora pełnopłatnego, bo "bezpłatny" (czyli bardzo drogo opłacony ryczałtem) "oferuje" usługę za kilka miesięcy. I płacą frajerzy dwa razy - raz przy płaceniu podatku zwanego np. "składką", drugi raz przy korzystaniu z usługi.
Proste, logiczne, niestety nieuchronne.
Lecz frajerzy zamiast zrozumieć, że "bezpłatne" zawsze staje się płatnym podwójnie, jak lemingi lecą na oszukańcze bajeczki socjaluchów, że bez "bezpłatnego" zginą marnie i potulnie płacą dwa razy za jedna usługę, zamiast walnąć się w łeb, socjaluchów potraktować z kopa , wrzucić ich do kibla i porządnie spuścić wodę.
|
|
 | | Taiken (1148 punktów) | > I do jakich wniosków doszła popłakująca mamuśka TaikenOch, Satanisławie, chyba źle zaadresowałeś swój tekst. Nie jestem popłakującą mamuśką. Trzymam się nieźle. Co więcej, nie uroniłam nawet łezki.  Jeśli tak odebrałeś mój tekst - zmień okulary na te z zielonymi szkłami. hehehe Chodziło mi jedynie o wykazanie, że ustawa zasadnicza, jaką jest Konstytucja RP, zawiera ewidentne nonsensy i zakłamania. Jest ona zbiorem ideałów i zapisów, które nigdy nie zostaną wcielone w życie - a zatem jest w części przepisem martwym i nie może stanowić punktu odniesienia dla przepisów niższej rangi. Chciałam przeciwstawić rzeczywiste koszty nauki z bezpłciowym ideałem zapisanym w Konstytucji. > bo w końcu nie zauważyłem, poza godnym niewolnika pogodzeniem się z losemNie będę się rozwodzić nad swoją i nieswoją sytuacją materialną. Każdy - niezależnie od dochodów - może powiedzieć, że jest mu ciężko. Ale ja nie o tym. W każdym razie nie zauważyłam tu postawy niewolnika. Czyżbym aż tak wyróżniała się spośród otoczenia? Liczę się z kosztami i je poniosłam. I gdyby miało to wpływ na jakość kształcenia i opieki nad dziećmi w szkole, chętnie bym płaciła co miesiąc. Co więcej, widzę wyraźną różnicę między przedszkolem, za które płacę, a szkołą, która z pozoru jest bezpłatna. Na korzyść przedszkola, oczywiście. Różnica nie polega jedynie na tym, że przedszkole dysponuje pieniędzmi na pomoce naukowe, przybory, środki czystości, odnawianie pomieszczeń czy nowe firanki oraz porządne, zdrowe posiłki dla dzieci. Różnica jest także w podejściu wychowawców. I nie myślę tu o jakiejś wiernopoddańczej postawie nauczycieli wobec rodziców przedszkolaków. Też wolałabym, żeby przestano nas mamić pozorną bezpłatnością niektórych sfer naszego życia społecznego. Idealne byłoby państwo z bardzo niskimi podatkami, bez wszelkich ulg i ukrytych danin społecznych, bez patogennych ZUS-u i KRUS-u, rozdawniczej i niewiarygodnej pomocy społecznej, która kieruje się jakimiś wydumanymi zasadami, bez dziwoląga VAT-u, którym obłożono nawet miód zrobiony przez pszczoły. Państwo z płacącymi obywatelami lub dobrze ubezpieczonymi i zabezpieczonymi. Ale jednocześnie to państwo nie może być wtedy tak zachłanne i nie może kłaść łapy połowie przychodów. Polacy przyzwyczaili się do postawy roszczeniowej. Uważają, że "im się należy", a ja dostaję wtedy piany na ustach. Nie zarabiają wystarczająco - strajk, nie chcą im przyznać prawa do wcześniejszej emerytury - strajk. Itd. I kolejne rządy tylko przyklaskują takim praktykom, uginając się jedynie pod presją argumentów siły, a nie siły argumentów, a rozkładając ręce, gdy już na inne rzeczy brakuje pieniędzy. Jak to możliwe, że z jednej strony "cała Polska" zrzuca się na Owsiaka i cieszy się, że zebrano jakieś 20 mln zł, a jednocześnie parlament ciepłą rączką przeznacza 60 mln na świątynię niedopatrzności albo 15 mln euro na rydzyk-fizyk???? Chyba jestem ciemna masa, ale nie rozumiem takiej pseudo-ekonomii. To jest ta kasa na służbę zdrowia (na przykład) czy jej nie ma???? Rząd czuje się mocniejszy, gdy ma w ręku aparat, który może sterować społeczeństwem i jego odczuciami. Taki entliczek-pętliczek. Kto akurat dorwie się do kos, do kamieni albo wyjdzie z sal operacyjnych, temu rzucimy ochłapy na odczepnego, żeby wiedział, że żyje w państwie "opiekuńczym", które "dba o nastroje społeczne". Gdyby ludzie wiedzieli, jakie są rzeczywiste koszty nauki i leczenia, mogliby rozsądniej gospodarować swoimi dochodami. Gdyby tylko państwo nie zabierało im części dochodów w takiej bandyckiej wysokości. Rozwinęłaby się z pewnością spora ilość prywatnych funduszy ubezpieczeniowych czy powierniczych, przeznaczonych na finansowanie nauki dzieci czy lecznictwa rodzinnego. Przynajmniej jeśli chodzi o mnie. Może to naiwne z mojej strony, ale wolałabym sama dysponować pieniędzmi, które zabiera mi państwo w postaci różnych podatków, tj. niemal 1/2 przychodów. Chciałabym sama zadbać o swoją przyszłość i swoich dzieci, bo przyszłość, jaką mi szykuje państwo, wcale mi nie odpowiada. Idąc dalej, zlikwidowałabym podatek PCC, podatki od darowizn, spadków czy pożyczek dotyczących interesów między osobami prywatnymi. Co państwo obchodzi, że rodzice dali mi lub pożyczyli na przykład 20 tysięcy? Dlaczego mam się tymi pieniędzmi podzielić akurat z fiskusem? Bezsensów jest więcej, ale teraz łapię się za głowę, że głoszę prawdę niczym Janusz Korwin-Mikke.  > Lecz frajerzy zamiast zrozumieć, że "bezpłatne" zawsze staje się płatnym podwójnie, jak lemingi lecą na oszukańcze bajeczki socjaluchów, że bez "bezpłatnego" zginą marnie i potulnie płacą dwa razy za jedna usługę, zamiast walnąć się w łeb, socjaluchów potraktować z kopa , wrzucić ich do kibla i porządnie spuścić wodę.Jak według Ciebie mogłabym postąpić? Nie zapłacić? Nie posyłać dzieci do przedszkola i szkoły, bo muszę za to płacić "socjaluchom"? Rozstrzelać radę ministrów? Też jestem frajerem, bo zapłaciłam, mimo że teoretycznie powinno być "bezpłatnie" czy raczej jestem frajerem, bo chciałabym, żeby Konstytucja była prawem najwyższym, a więc prawem respektowanym? No to rozkurz to nadmiernie socjalne państwo, zmień Konstytucję na RACJONALNĄ i ZGODNĄ Z PRAWDĄ. Daję Ci zielone światło, ale i tak zamierzam patrzeć Ci na ręce. 
Motłoch zawsze stanowił większość. Wybitne są jednostki.
|
|
|  | Satanisław (1358 punktów) (zablokowany) | > Nie jestem popłakującą mamuśką. Trzymam się nieźle.<Ojej, przecież wiem, nie gniewaj się, pisałem zaczepnie tylko dla bardziej krwistej dyskusji  > Jak według Ciebie mogłabym postąpić? Nie zapłacić?<Tak. Ja właśnie tak robię. Odmawiam wpłat na "komitety rodzicielskie", wymuszane bezprawnie ubezpieczenia itp. I nie kajam się na zebraniach rodziców w szkole i w przedszkolu, nie stosuję wykrętów "jestem biedny". Nie jestem biedny, bo mam łeb na karku. A że mam łeb na karku, to szanowna pani wychowczyni - obliczyłem, że płacenie np. klkudziesięciu złotych ubezpieczenia nie opłaca mi się, bo w razie nawet największego nieszczęścia w postaci śmierci dziecka w szkole wypłaci mi ubezpieczyciel nędzne 5 tys. zł. A tyle to ja wyjmuję z przysłowiowej tylnej kieszeni spodni. I do tego jak się zdarzy prawdziwe nieszczęście, to i tak będę miał dużo wyższe odszkodowanie wypłacone przez szkołę (lub przedszkole), gdy przegra ze mną proces sądowy. A przegra, bo ma obowiązek zapewnić dziecku bezpieczeństwo. Panie wychowawczynie nie za bardzo mnie lubią (jest tajemnicą poliszynela, że firma ubezpieczeniowa odpala im kilka stów za wymuszenie ubezpieczenia, inne sprawy typu ciągła zmiana podręczników też odbywa się tym mechanizmem) - ale one nie muszą mnie lubić. One mają się mnie bać. I się boją.
|
|
| |  | | Taiken (1148 punktów) | > Nie jestem popłakującą mamuśką. Trzymam się nieźle.<> Ojej, przecież wiem, nie gniewaj się, pisałem zaczepnie tylko dla bardziej krwistej dyskusjiNie gniewam się. Również użyłam zaczepki. > Jak według Ciebie mogłabym postąpić? Nie zapłacić?<> Tak. Ja właśnie tak robię. Odmawiam wpłat na "komitety rodzicielskie", wymuszane bezprawnie ubezpieczenia itp.> Panie wychowawczynie nie za bardzo mnie lubią (jest tajemnicą poliszynela, że firma ubezpieczeniowa odpala im kilka stów za wymuszenie ubezpieczenia, inne sprawy typu ciągła zmiana podręczników też odbywa się tym mechanizmem) - ale one nie muszą mnie lubić. One mają się mnie bać.Żałuję, tak!, żałuję, że tej rozmowy nie rozpoczęłam dzień wcześniej. Przed zebraniem. Teraz pewne decyzje zapadły i jest "po ptokach", ale w przyszłym roku będę mądrzejsza. Przyjęłam sytuację w szkole jako zło konieczne. Jak widać, można inaczej. Chyba faktycznie zacznę być niepokorna. Dzięki, Satanisławie.  > I się boją.Nie wątpię. Ja też drżę przed karzącym okiem Jego Satanisławości.
|
|
| | |  | Satanisław (1358 punktów) (zablokowany) | > Ja też drżę przed karzącym okiem Jego Satanisławości.<Nie drżysz, bo mnie nie widziałaś. Ale jak byś zobaczyła moje dwumetrowe, grubo ponad stukilowe cielsko, zakazaną, krótko ostrzyżoną mordę z byczym karczychem, łapy jak bochny i glany numer 48 - to byś uciekła, zanim zdążyłbym się cichutko i grzecznie przedstawić: "Witam szanowną Panią Taiken, kłania się nisko Pani uniżony sługa Satanisław"
|
|
| | | |  | | Taiken (1148 punktów) | > Nie drżysz, bo mnie nie widziałaś.> Ale jak byś zobaczyła moje dwumetrowe, grubo ponad stukilowe cielsko, zakazaną, krótko ostrzyżoną mordę z byczym karczychem, łapy jak bochny i glany numer 48 - to byś uciekła, zanim zdążyłbym się cichutko i grzecznie przedstawić:> "Witam szanowną Panią Taiken, kłania się nisko Pani uniżony sługa Satanisław"  Nie udało Ci się mnie przestraszyć. Mój mąż co prawda nie miał dwóch metrów i karczycha, ale łapy miał porządne, a buciory zaledwie numer mniejsze od Twoich. Takie typki przypadają mi z reguły do gustu. Miło mi będzie (może kiedyś) poznać Jego Satanisławowską Mość. huhu PS. Opis piękny, a jak w rzeczywistości? 
Motłoch zawsze stanowił większość. Wybitne są jednostki.
|
|
| | | | |  | Satanisław (1358 punktów) (zablokowany) |
> PS. Opis piękny, a jak w rzeczywistości?<Wiernie z opisem. Do tego zawsze lekko niedogolony i nie dbający przesadnie o ubiór i wizerunek. Dawniej też niezbyt czysty, ale higieny niestety musiałem się (z typowo samczą niechęcią) nauczyć. Wybrałem zły zawód - spawacz może być w robocie brudny, lekarz już nie. Ale jak mogę (np. w czasie samotnego urlopu) - to potrafię nie myć się przez tydzień (poza zębami) i dobrze z tym się czuć. Np. kiedyś wracałem autobusem ze stajni po ośmiodniowym rajdzie konnym (do zapaszków Satanisława doszedł zapaszek konia) i dziwiłem się, czemu w zatłoczonym autobusie jest wokół mnie taki luz
|
|
| | | | | |  | | Taiken (1148 punktów) | > i dziwiłem się, czemu w zatłoczonym autobusie jest wokół mnie taki luz  No to muszę zacząć to praktykować, bo do autobusu czasami trudno wsiąść. Tylko, kurczę, nie dysponuję koniem.  Może wystarczy, że wlezę do beczki z nawozem pokrzywowym? 
Motłoch zawsze stanowił większość. Wybitne są jednostki.
|
|
| | | | | | |  | Satanisław (1358 punktów) (zablokowany) | To był ciekawy rajd - musiałem przeprowadzić konia ponad 300 kilometrów podczas mroźnej i śnieżnej zimy ze stadniny do stadniny. Przewóz ciężarowym koniowozem był zbyt drogi, przyczepek do aut osobowych dla koni wtedy w Polsce nie było. Myślałem, że damy radę w pięć dni, zacząłem dziarsko kłusować odśnieżonym poboczem drogi, ale kretyni w Tirach trąbili na nasz widok, konisko się płoszyło i by nie wpaść pod jakiś samochód musiałem brnąć przez śniegi bezdrożami. Bnęliśmy i ja i koń - nie siedziałem w kulbace, bo nie chciałem męczyć szkapy (śniegu było dużo i ja jestem duży). Zajęło osiem dni, nocowałem po stodołach przytulony do konia (grzał jak kaloryfer), ze zmęczenia nic nie jadłem (schudłem 12 kilogramów), nie myłem się, nie zmieniałem ubrania. Po dotarciu do domu musiałem wyrzucić ubranie do śmietnika - kilkakrotne pranie nie likwidowało zapaszku.
Fajnie się wspomina, ale wtedy czułem się jak Kozak zagubiony gdzieś w nieznanym rejonie Syberii.
|
|
| | | | | | | |  | | Taiken (1148 punktów) | > Bnęliśmy i ja i koń - nie siedziałem w kulbace, bo nie chciałem męczyć szkapy (śniegu było dużo i ja jestem duży).Chciałabym się zapytać, jak przeżył to koń, ale nie wiem, czy wolno na forum, bo placownik znowu się zirytuje... 
Motłoch zawsze stanowił większość. Wybitne są jednostki.
|
|
| | | | | | | | |  | Satanisław (1358 punktów) (zablokowany) |
> Chciałabym się zapytać, jak przeżył to koń, ale nie wiem, czy wolno na forum, bo placownik znowu się zirytuje... <Na mnie się od dawna irytuje, zatem co mi tam... Konisko przeżyło (Sobieski w podobnym czasie dotarł aż pod Wiedeń i jeszcze rozdeptał na końskich kopytach pohańców parszywych, choć dziś by go politpoprawniactwo spostponowało jako rasistę, prześladowcę obcych kultur oraz religii, ksenofoba i mordercę  ), to ja, potomek tych spod Wiednia nędznych 300 km miałbym konno nie przebyć? Towarzysze Czarnieckiego przepływali na koniach cieśninę morską, zatem do wyczynów mych protoplastów jeszcze mi daleka - choć Pilicę też już wzorem Czarnieckiego z koniskiem przepływałem, gdy nie chciało mi się nadrabiać drogi do mostu w Nowym Mieście nad Pilicą (ale to było w lecie). Szkapa schudła, ale potem dostała dobry owies, mesz, sianko, marchewkę i buraki pastewne i po tygodniu odpoczynku śmigał aż miło.
|
|
| | | | | | |  | | placownik (17853 punktów) |
Wątek zasadniczy zyskałby nieco na przejrzystości, gdybyście ten, poboczny, dokończyli wymieniając prywatne maile.
Pozdrawiam
Niech strój słów podkreśla urodę myśli
|
|
| | | | | | | |  | | Taiken (1148 punktów) | > Wątek zasadniczy zyskałby nieco na przejrzystości, gdybyście ten, poboczny, dokończyli wymieniając prywatne maile.> Pozdrawiam> Niech strój słów podkreśla urodę myśliTysz prawda. Satanisławie, masz jeszcze dla mnie jakieś mądre rady? Tylko, proszę, poproś o zgodę małżonkę, żeby nie myślała, że namawiam Cię do czegoś zdrożnego. Takiego wielkiego chłopa? 
Motłoch zawsze stanowił większość. Wybitne są jednostki.
|
|
| | | | | | | | |  | Satanisław (1358 punktów) (zablokowany) |
> Tylko, proszę, poproś o zgodę małżonkę, żeby nie myślała, że namawiam Cię do czegoś zdrożnego.<Czcigodna małżonka tak nie myśli, ja również. Lecz nie będę ukrywał, że spodobało mi się, że i taką ewentualność wzięłaś pod uwagę (nie wiem czemu?  )
|
|
| | | | | | | | | |  | | Taiken (1148 punktów) | > Lecz nie będę ukrywał, że spodobało mi się, że i taką ewentualność wzięłaś pod uwagę (nie wiem czemu? )Zrzuć to na karb... nadwrażliwości kinestetyczki. hihihi
Motłoch zawsze stanowił większość. Wybitne są jednostki.
|
|
| | | | | | |  | Satanisław (1358 punktów) (zablokowany) |
> No to muszę zacząć to praktykować, bo do autobusu czasami trudno wsiąść. Tylko, kurczę, nie dysponuję koniem.<Moja czcigodna małżonka też koniem nie dysponowała, a praktykowała. Robiła na uniwerku doświadczenia z tiofenolami (śmierdzi jak kwas masłowy plus zgniłe jaja, tylko kilkadziesiat razy mocniej), i mimo doskonałych digestoriów, fartucha, czepka tak przechodziła zapaszkiem, że wracając do domu autobusem usłyszała komentarz pewnej paniusi: -Niby taka ładna i porządnie ubrana, a tak o higienę osobistą nie dba
|
|
| | |  | | Osnowa | >żałuję, że tej rozmowy nie rozpoczęłam dzień wcześniej. Przed zebraniem. Teraz pewne decyzje zapadły i jest "po ptokach" Nie jest za późno. Decyzje można zmienić, swoje zobowiązania oficjalnie cofnąć. Po prostu.
|
|
| | | |  | | Taiken (1148 punktów) | >>żałuję, że tej rozmowy nie rozpoczęłam dzień wcześniej. Przed zebraniem. Teraz pewne decyzje zapadły i jest "po ptokach" >Nie jest za późno. Decyzje można zmienić, swoje zobowiązania oficjalnie cofnąć. Po prostu.
Jeśli tak uważasz, sprawdzę to. Dziękuję.
Motłoch zawsze stanowił większość. Wybitne są jednostki.
|
|
| nieobecny | >Nauka w szkołach publicznych jest bezpłatna. Płacisz nauczyciel(k)om swoich dzieci za to, że je uczą? Nie. Więc czego pyszczysz?
Dżizas, jak można być takim tłumokiem, żeby nie rozumieć, że za darmo to można wyłącznie w mordę dostać?!
Kto według ciebie powinien ponosić koszty zakupu podręczników, zeszycików, kredek, farbek, worków na kapcie, kapci, plasteliny, papieru kolorowego, bloków rysunkowych i hak wie jeszcze czego z czego korzystają twoje dzieci w szkole?
|
|
 | | Taiken (1148 punktów) | > Więc czego pyszczysz? >Dżizas, jak można być takim tłumokiem, żeby nie rozumieć, że za darmo to można wyłącznie w mordę dostać?!
Język spod rynsztoka. Dzięki, ale żaden z Ciebie kandydat na adwersarza.
Motłoch zawsze stanowił większość. Wybitne są jednostki.
|
|
|  | Satanisław (1358 punktów) (zablokowany) |
>Język spod rynsztoka. Dzięki, ale żaden z Ciebie kandydat na adwersarza.<
Język jak język, lepperokształtni w końcu w naszym kraju to nie rzadkość, ale przede wszystkim bredzi. Twoje dzieci korzystają w szkole z wielu rzeczy, których osobiście nie kupiłaś - ścienna mapa, mikroskop, ławka, papier toaletowy i setki innych przedmiotów.
|
|
| |  | | Basia (364 punktów) | Mikroskop... Chyba na studiach.
|
|
| | |  | Satanisław (1358 punktów) (zablokowany) | >Mikroskop... >Chyba na studiach.<
Ja w szkole średniej oglądałem różne żyjątka jak pantofelki pod mikroskopem. Moje dzieci nie muszą czekać na szkołę - mają mikroskop, i to porządny, nie zabawkę w chałupie.
|
|
| | |  | | kszan (559 punktów) | >Mikroskop... Tak mikroskop. Takie duże czarno srebrne z rurą i światełkiem.
|
|
| | | |  | | Basia (364 punktów) | >Tak mikroskop. Takie duże czarno srebrne z rurą i światełkiem.
Właśnie tyle mniej więcej wiedziałabym o mikroskopie w podstawówce, czy liceum, gdybym się sama tym nie zainteresowała. Prawda jest taka, że w wielu szkołach brakuje mikroskopów, a jeśli już są, to trzyma się je z daleka od dzieci, żeby przypadkiem czegoś nie zepsuły, zamiast nauczyć je obsługi. Takie są realia. U mnie w ogólniaku mieliśmy może ze 2 razy do czynienia z mikroskopami i na dodatek nikt nam nie powiedział jak powinno się je ustawiać. A nie daj Boże, żebyśmy coś uszkodzili, to byłby koniec świata. Nadal śmieszne? Nie sądzę.
|
|
| | | | |  | | kszan (559 punktów) | Śmieszne nadal - jak cholera. Równie dobrze mogłabyś próbowac mi wmówić, że zajęcia odbywały się na klepisku, a na piłkę patrzyliście przez szybę. No i oczywiście biły cię zakonnice. Tak się składa, ze wszyscy chodzili do szkoły podstawowej.
|
|
| | | | | |  | | Basia (364 punktów) | >Śmieszne nadal - jak cholera. >Tak się składa, ze wszyscy chodzili do szkoły podstawowej.
I jak widać niektórzy się na niej zatrzymali.
|
|
| | | | | | |  | | kszan (559 punktów) | > I jak widać niektórzy się na niej zatrzymali.Ojoj, ale mnie zabolało.  Odpowiedź jak na onecie. Z drugiej strony najbardziej podoba mi się to słynne słowo "niektórzy". Jak chcesz mi powiedzieć, że jestem głupi albo bezczelny to mi to powiedz, zamiast mówić "niektórzy". Mam tagiego typa w pracy, na zebraniach mówi "niektórzy z nas ...(tu następuje litania lamentów). Zawsze go pytam wtedy - którzy? I juz odpowiedż nie pada bo się boi. Nie rozumiem tego. Lepiej nic nie mówić.
|
|
| | | | | | | |  | | Basia (364 punktów) | Nie wiem, gdzie na onecie. Nie czytam wszystkiego od a do z. Zreszta nieważne.
>Jak chcesz mi powiedzieć, że jestem głupi albo bezczelny to mi to powiedz, zamiast mówić "niektórzy".
Po co mam mówić. Przecież sam wiesz, że jesteś bezczelny.
> Mam tagiego typa w pracy, na zebraniach mówi "niektórzy z nas ...(tu następuje litania lamentów). Zawsze go pytam wtedy - którzy? I juz odpowiedż nie pada bo się boi. Nie rozumiem tego. Lepiej nic nie mówić.
Wiesz co, gdybyś mi nie wyjeżdżał z tekstami typu: "i na pewno biły cię zakonnice", to ja nie używałabym tego typu sformułowań.
|
|
| | | | | | | | |  | | kszan (559 punktów) | >Przecież sam wiesz, że jesteś bezczelny. Ty wiesz, że problemem polskich podstawówek nie jest brak miroskopu ani plastikowego szkieletu w pracowni biologii bo one tam są. Wie to kazdy kto zatrzymał się lub nie, na etapie SP. A mimo to piszesz takie głodne kawałki.
Zakonnice to nawiązanie do Blues Brothers, gdzie była szkoła mniej więcej odpowiadająca Twoim fantazjom.
|
|
| | | | | | | | | |  | | Basia (364 punktów) |
Może i są, ale nie w takiej ilości, w jakiej są potrzebne. Poza tym niewiele się je eksploatuje. Chciałabym zobaczyć Ciebie w akcji ustawiającego drożdże Saccharomyces cerevisiae w komorze Thoma pod powiększeniem 400. Ale to taka moja "fantazja".
|
|
| mefta (480 punktów) | Droga Taiken... chciałabymCi pogratulować. Jako pedagog i kobieta. Może mało kto zwrócił na to uwagę, ale bardzo ujął mnie fakt, że wiele wiesz o swoich dzieciach. Bardzo rzadko się zdarza, że matka wie tyle o dziecku. Naprawdę. Mimo, że napisałaś (jak dobrze doczytałam), że wybór przedszkola był podyktowany czysto praktycznymi przesłankami to naprawdę ujeło mnie to, że tak wiele o nim wiesz. Widzę z Twoich wypowiedzi, że interesujesz się tym co dziecko robi poza domem i placówką gdzie przebywają Twoje pociechy. Mam spore doświadczenie w pracy z rodzicami i powiem szczerze, że niejednokrotnie jestem załamana... Rodzice nie wiedzą praktycznie nic o swoich dziciach, gdzie spędzają czas, co robią w szkole, nie sprawdzają placówek, w których dzieciaki przebywają po szkole. Kiedyś zajmowałam sie pracą socjalna, czyli wspieraniem ludzi, którzy potrzebuja pomocy i wspracia i powiem szczerze, że poznałam wiele takich matek jak TY, które świetnie sobie poradziły w trudnych warunkach, takich jednka było o wiele za mało. Jedne nie chciały inne nie miały odwagi wyciagnąć reki po pomoc... cóż życie. Ale i na tym gruncie mogłabym Cie pochwalić. Z Twoich postów wnioskuję, że napewno nie jest Ci łatwo, ale dajesz radę i zapewne radzisz sobie świetnie, bo przedewszystkim chcesz sobie poradzić. Twoje dzieci napewno w przyszłości będą dobrymi i zaradnymi ludźmi, którzy nie będą nastawieni tylko na branie , ale i wiele zaoferują innym ludziom. ps. Kiedyś myslałam o kampanii, która promowałaby ludzi zaradnych, którzy nawet w najtrudniejszych chwilach mają wysoko podniesioną głowę i idą pod wiatr, żeby poszukiwać nowych, lepszych rozwiązań. Byłabyś świetną kandydatką na twarz kampanii  Pozdrawiam serdecznie i życzę siły w dalszej drodze. I tak panie stanisławie jakiekolwiek przytyki w tym akurat momencie nie powinny mieć miejsca. Zauważmy w końcu, że ludzie coś potrafią zrobić ze swoim życiem a nie tylko jęczą. Doceńmy Ich wysiłku i zamiast "dobrych rad" pozwólmy działać i zauważmy efekty. pozdrawiam
ja przepraszam państwa za zgrzytanie zębami...
|
|
 | | Taiken (1148 punktów) | Bardzo dziękuję, ale chyba mnie przeceniasz. Myślę, że wiele osób postąpiłoby podobnie. Pewnie, gdybym była sama, bez dzieci, to bym się rozsypała. Ale wierzcie mi, dzieci to naprawdę bodziec do działania, sposób na podniesienie się z kolan i otarcie łez. > Kiedyś myslałam o kampanii, która promowałaby ludzi zaradnych, którzy nawet w najtrudniejszych chwilach mają wysoko podniesioną głowę i idą pod wiatr.Tak naprawdę liczy się nie rozwiązanie za kogoś problemu, ale dodanie mu pewności, że jest w stanie poradzić sobie sam. Ja otrzymałam takie możliwości od ludzi właściwie mi obcych, których niewiele wcześniej poznałam. Przyznam też, że tzw. prawdziwi przyjaciele, ludzie, z którymi znałam się od wielu lat, nie sprawdzili się wtedy - albo nas unikali, albo próbowali wykorzystać sytuację i coś na tym "ugrać". Może to kogoś zaskoczy, ale największe wsparcie miałam (i mam) ze strony osób, które poznałam na lokalnym forum internetowym lub przy różnych, często przypadkowych, okazjach. Mam teraz, co prawda nieliczną, ale sprawdzoną grupę przyjaciół, na których mogę liczyć 24/7. Czasami wystarczy telefon typu: "Jadę, chcę pogadać". Te osoby zastąpiły nam rodzinę, która odsunęła od nas wraz z odejściem mojego męża. > Byłabyś świetną kandydatką na twarz kampanii  Łomatko, dobrze, że nie podałam adresu. Ale by się porobiło!  > I tak panie stanisławie jakiekolwiek przytyki w tym akurat momencie nie powinny mieć miejsca. Zauważmy w końcu, że ludzie coś potrafią zrobić ze swoim życiem a nie tylko jęczą. Doceńmy Ich wysiłku i zamiast "dobrych rad" pozwólmy działać i zauważmy efekty.Satanisław, jak jest, każdy widzi. To wielkolud o gołębim sercu. Skoro konia nie zajechał, to pewnie i ta oschłość wobec ludzi jest tylko pozorna. Jednego można być pewnym: nie znosi nadopiekuńczych neurotyczek. hehehe
Motłoch zawsze stanowił większość. Wybitne są jednostki.
|
|
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|