 |
..Małżeństwo? - No, nie wiem... Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » Filozofia i światopogląd
| Napisano | Autor | Tytuł | | 12-08-2007 12:57 | Andrzej A. Haremski (68 punktów) | ..Małżeństwo? - No, nie wiem... | Myślę, że część z Was zgodzi się ze mną, że istnieje pewne zjawisko, które stanowi integralną część chyba każdego małżeństwa. Otóż zawarcie małżeństwa, w tej czy innej formie, wywołuje pewnego rodzaju efekt ograniczający naszą dobrowolność. Zwróćmy uwagę, że akt zaślubin jest w pewnym sensie czynnością, która zwalnia nas z potrzeby codziennego wyboru i codziennej konfirmacji związku. Oczywiście trzeba tu zastosować prawa statystyki, różnie jest w różnych związkach. Nie mniej zauważyłem pewną prawidłowość - czym huczniejsze wesele, tym więcej problemów potem. To trochę tak, jakby kompensacyjnie występowała potrzeba uwolnienia się od społecznie i rytualnie nałożonych więzów. Zmniejsza się, a czasem zanika, siła przekonania do dokonanego wyboru, który jawi się być niekoniecznie naszym. Obniża się też poziom motywacji do codziennego zabiegania o względy partnera - chociażby codziennego powiedzenia "kocham cię". I to ten ostatni element z reguły prowadzi do tzw. rozczarowania partnerem po ślubie ("przed ślubem kupował kwiaty, mówił, że kocha" itp.)("przed ślubem to robiliśmy to wszędzie i na okrągło, a teraz..." itp.). Myślę, że warto by zastanowić się nad programowaniem poza rodziną, czy aby nie unieszczęśliwia milionów ludzi, którzy mają prawo do naprawdę swojego, niewymuszonego szczęścia. Uważam, że zamiast gadać "kiedy ty się wreszcie ustatkujesz" czy "no wiesz latka lecą...", powinno się nauczać zrozumienia swoich własnych potrzeb i rozwijać umiejętności znalezienia partnera, który by je zaspokajał - oczywiście ze wzajemnością. Żyjemy w trzecim tysiącleciu i jestem przekonany, że nie musimy już powielać schematów wykształconych przez poprzednie tysiąclecia. I nie chodzi tu tylko rytuały i role społeczne, ale przede wszystkim o nasze własne najgłębsze pokłady intymności i świadomości. Mamy prawo do zrozumienia na czym polega nasze szczęście i sięgać po nie.
Ja sam jestem szczęśliwym mężem i ojcem. Żyję z tą osobą, którą sam sobie wybrałem i zdecydowałem poślubić i która sama sobie mnie wybrała i zdecydowała za mnie wyjść. Jesteśmy jedenaście lat razem (ale tak naprawdę razem), a ślub w USC zawarliśmy cztery lata temu (względy praktyczne). I muszę powiedzieć, że jest nam ze sobą coraz lepiej. Oczywiście ktoś powie: "no, mieliście farta, odnaleźliście się jak w korcu maku". No w pewnym sensie tak, ale na tego "farta" zapracowaliśmy, nieustannie dążąc do znalezienia siebie nawzajem poprzez wiele prób i porażek.
Kończąc, chciałbym zachęcić tych, którzy jeszcze nie są pewni, aby upewniali się na własną rękę i uruchomili wyobraźnię - to jest bodaj najważniejsza decyzja w życiu i lepiej podjąć tą najlepszą dla siebie samego.
| Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
| J.Szulc (5723 punktów) |
To ja Ci gratuluję z całego serca decyzji i wszystkich jej konsekwencji.
Pozdrawiam.
"Niestety, racja głupszego lepszą u nas bywa" K. Słomiński.
|
|
 | | Andrzej A. Haremski (68 punktów) | >To ja Ci gratuluję z całego serca decyzji i wszystkich jej konsekwencji. >Pozdrawiam. > "Niestety, racja głupszego lepszą u nas bywa" K. Słomiński.
Dziękuję. Choć to decyzja była tu raczej konsekwencją - konsekwencją ciągłego poszukiwania własnej drogi. Pozdrawiam.
Czas nie istnieje - to my kreujemy wydarzenia, ale czas uświadamia nasze opóźnienie.
|
|
| Maliński (102 punktów) | > Myślę, że warto by zastanowić się nad programowaniem poza> rodziną, czy aby nie unieszczęśliwia milionów ludzi, którzy> mają prawo do naprawdę swojego, niewymuszonego szczęścia.> Uważam, że zamiast gadać "kiedy ty się wreszcie> ustatkujesz" czy "no wiesz latka lecą...", powinno się> nauczać zrozumienia swoich własnych potrzeb i rozwijać> umiejętności znalezienia partnera, który by je zaspokajał -> oczywiście ze wzajemnością. Żyjemy w trzecim tysiącleciu i> jestem przekonany, że nie musimy już powielać schematów> wykształconych przez poprzednie tysiąclecia. I nie chodzi> tu tylko rytuały i role społeczne, ale przede wszystkim o> nasze własne najgłębsze pokłady intymności i świadomości.> Mamy prawo do zrozumienia na czym polega nasze szczęście i> sięgać po nie.Racja.Jednostki nierzadko cierpią z powodu społecznego nacisku na założenie rodziny. Jeśli poczucie akceptacji,przynależności i bezpieczeństwa zapewniane przez przyjęcie społecznych ról,przeważy nad potrzebą samostanowienia,osoba decydująca się na przyjęcie tych ról nie będzie szczęśliwa. Ucierpi jej poczucie własnej wartości,a wypierany ze świadomości prawdziwy powód tego stanu-postąpienie wbrew sobie,będzie ciążył i powodował degradacje związku,wywołując poczucie winy,tak względem siebie jak współmałżonka. Postawienie spełniania społecznych ról na pierwszym miejscu przed osobistym szczęściem to budowanie rodziny na zniszczonych czasem fundamentach. W czasach kiedy ludzkość jest bardziej niż kiedykolwiek świadoma swoich praw do wolności i szczęścia uciekanie od odpowiedzialnego samostanowienia nie może skończyć się dobrze,właśnie ze względu na sprawę poczucia własnej wartości. Cytat: Mamy prawo do zrozumienia na czym polega nasze szczęście i sięgać po nie.
Świetnie ujęte samo sedno sprawy.
Absurd
|
|
 | | wormfather | Jestem małżonkiem z 4-letnim stażem i trzeba to przyznać - układ formalny wywołuje sporo problemów. Zacznijmy od ślubu: jako ateusz (odszczepieniec rodzinny) miałem gigantyczne opory przed formalizacją związku. Pomijając kwestie kościelne, jako sympatyk grecko-rzymskiej epoki antycznej doskonale wiedziałem, że katolickie małżeństwo "nierozerwalne" prowadzi prawie bez wyjątku do bylejakości i znużenia sobą, że strony mając "papiesko-klerykalną gwarancję" szybko przestają się starać. Warto wiedzieć, że w Europie małżeństwo przed księdzem w świątyni stało się przymusowe dopiero po soborze Trydenckim w XVI wieku, wcześniej za ważne uznawano także małżeństwa zawarte bez obecności duchownego. W starożytności było jeszcze inaczej - w świecie rzymskim istniała zdecydowana łatwość rozwodów, zarówno na życzenie kobiety, jak i mężczyzny. Nikomu do głowy nie przychodził "przymus" małżeństwa, w sferach niższych, których nie było stać na rozwody, starano się bardzo podtrzymywać więź małżeńską. Oczywiście jeśli chodzi o antyk, rozwody na życzenie kobiety istniały tylko w społeczeństwach, gdzie pozycja kobiety była stosunkowo wysoka. Wszystko postawiło na głowie chrześcijaństwo. Karlheinz Deschner w swoich znakomitych książkach, m.in. "Krzyż Pański z Kościołem" (historia seksualizmu w chrześcijaństwie) wysunął wręcz stwierdzenie, że monogamia to zemsta bezżennych duchownych na gorszej reszcie społeczeństwa  . Przez długi okres w chrześcijaństwie za wyżej cenione (zresztą do dziś) uchodziło dziewictwo i stan duchowny, małżeństwo było na szarym końcu. A jeśli już ktoś to małżeństwo zawarł, to musiał nieść "krzyż" do końca (śmierci współmałżonka). Małżeństwo w rękach papiestwa służyło nawet do szantażu w polityce międzynarodowej, najgłośniejszą sprawą tego typu był wybuch reformacji angielskiej i zerwanie z Watykanem. Reformacja przyniosła ulgę w nauce o małżeństwie, dopuszczono m.in. rozwody z powodu cudzołóstwa. W obłudnym kościele katolickim rozwód zaś nie nazywa się rozwodem, tylko unieważnieniem małżeństwa. Jest możliwy do osiągnięcia, jeśli zaangażuje się odpowiednie środki finansowe i trochę własnego czasu oraz przejdzie szereg upokarzających przesłuchań i procesów. Najbardziej obłudny jest zaś skutek - w przypadku orzeczenia o unieważnieniu kościółkowi stwierdzają, że związek ten nigdy nie miał miejsca (nawet jak są dzieci!). Po tym krótkim wstępie opowiem o swoich przeżyciach. Długo wzbraniałem się przed ślubem, choć moja obecna żona jest katoliczką, aczkolwiek chłodną religijnie. Obydwoje zostaliśmy po długiej znajomości w zasadzie zmuszeni do formalizacji presją rodziny (moja matka jest wręcz radiomaryjna, teściowa też nie lepiej, sprawy finansowe nie były też do pogardzenia - m.in. duże mieszkanie). Najpierw na moje twarde życzenie zażądałem ślubu cywilnego, a dopiero potem kościelnego (o tym, ile się nasłuchałem w stylu: "a czemu nie konkordatowy od razu?" - nie wspominam) - efekt jest taki, że ja obchodzę naszą rocznicę cywilnego, a reszta rodziny - naszego kościelnego. Niestety ślub kościelny wywołał efekt domina. Wiadomo, po trzech latach rodzi się dziecko - mój syn. Od 16 miesięcy jako ateusz z przekonaniami jestem pod gigantyczną presją - muszę walczyć z rodziną, gdyż nie zgadzam się na chrzest (uważam, że jest zbędny, nie będę zmuszał syna do religii od małego, będzie miał 18 lat - to sam zdecyduje, czy pchać się w to ... bagienko). Cała moja rodzina (poza chłodnym religijnie teściem-lekarzem, który niejedno widział i żoną) absolutnie nie rozumie mojej postawy, absolutnie nie rozumie, jak można się przyznawać do ateizmu ("myśleć sobie możesz, a ochrzcić i tak trzeba.."), ba, wszyscy podejrzewają, że jestem członkiem... SEKTY!  Na moje proste pytanie - o.k., czym uzasadniacie potrzebę ochrzczenia mojego dziecka? Przecież nawet Benedictus XVI powiedział, że nieochrzczone dzieci nie idą do piekła? - twierdzą, że "tak trzeba". Panicznie boją się zresztą wdawać w dyskusje teologiczne (pewnie mają swiadomość miałkości swojej wiedzy i pozerskiej postawy). Moja żona niedawno pękła, uważa, że powinniśmy ochrzcić dziecko, bo ułatwi mu to... życie w szkole i na podwórku (ach ten stadny pęd  ), nie biorąc pod uwagę tego, że żyjemy w Wawie, a jutro być może w ogóle za granicą, gdzieś w Europie i zaściankowość polsko-katolicka niewiele tu/tam znaczy. Zresztą mam świadomość, że jak zgodzę się na chrzest to na zasadzie efektu domina będą też lekcje religii, komunia, bierzmowanie itp. Ale nieco odbiegłem od tematu - to co zauważyłem po 4 latach zaobrączkowania po katolicku - nie tylko u siebie, ale w małżeństwach kolegów i innych młodszych członków mojej rodziny - to pojawienie się u kobiety syndromu "zaobrączkowania" - skoro mam go na wieki - to mogę przestać się starać, a zamiast przyjemnośći - mieć same wymagania. U młodych mężów w odpowiedzi na powyższe pojawia się taka reakcja - zniechęcenie, zanik dbania o siebie, wzrost rozdrażnienia, chęć urywania się z domu, szukanie przyjemności zastępczych, a w jednym przypadku kochanka (żona mego kolegi 2 lata po ślubie z kobiety gorącej stała się wręcz oziębła, nie mają jeszcze dzieci, pęd do seksu przekuła chyba na pęd ku karierze...). Przy rozmowach towarzyskich z kumplami często gadamy o seksie i to bynajmniej nie małżeńskim, a ewentualną zdradę tłumaczy się tekstami w stylu "przy jednej dziurze to i kot zdechnie"... Urodzenie dziecka potrafi jeszcze ciężej namieszać w psychice żony, moja stała się wręcz "lwicą" - interesuje się wyłącznie swoim "lwiątkiem", mężowi zostawiając zaledwie garstkę zainteresowania... Dla dalszej rodziny mąż też stał się mało ważny, cenny jako dodatek przynoszący pieniądze i nadający się do robót fizycznych  (dlatego szokiem dla mojej rodziny jest upór w sprawie chrzcin i to, że w ogóle osmielam się stawiać opór...). Wszyscy życzą mi następnego potomka i dziwią się, gdy odpowiadam dopiero za 4-5 lat, gdy stosunki między mną a żoną wrócą choćby do poprzedniej normy... A może już zawsze będzie tak szaro???
|
|
| nieobecny | Jakie są plusy zawarcia małżeństwa? Ja widzę wyłącznie jeden i to w szczególnym przypadku, gdy jedno z małżonków zarabia na tyle mniej od drugiego, żeby opłacało się razem rozliczać przed fiskusem. Jakie są minusy? Nie wdając się w rozważania wystarczy mieć na uwadze, że 60-70% małżeństw kończy się rozwodem, a przecież nikt nie liczy małżeństw, które są nimi wyłącznie na papierze.
Pary zawierające małżeństwo kierują się zatem równie sensowną logiką jak ludzie nie wykupujący polisy ubezpieczeniowej. Pierwsi mówią: OK, wiem, że większość małżeństw się rozpada, ale to nie będzie udziałem mojego; drudzy twierdzą - wiem, że nieszczęścia chodzą po ludziach, ale to są przecież inni, nie ja.
|
|
 | | Andrzej A. Haremski (68 punktów) | >Jakie są plusy zawarcia małżeństwa? Ja widzę wyłącznie jeden i to w szczególnym przypadku, gdy jedno z małżonków zarabia na tyle mniej od drugiego, żeby opłacało się razem rozliczać przed fiskusem. >Jakie są minusy? Nie wdając się w rozważania wystarczy mieć na uwadze, że 60-70% małżeństw kończy się rozwodem, a przecież nikt nie liczy małżeństw, które są nimi wyłącznie na papierze. >Pary zawierające małżeństwo kierują się zatem równie sensowną logiką jak ludzie nie wykupujący polisy ubezpieczeniowej. Pierwsi mówią: OK, wiem, że większość małżeństw się rozpada, ale to nie będzie udziałem mojego; drudzy twierdzą - wiem, że nieszczęścia chodzą po ludziach, ale to są przecież inni, nie ja. . Ja nie chciałem za wszelką cenę podważać sensu instytucji małżeństwa. Myślałem raczej o odpowiednim programowaniu przed podjęciem takiej decyzji (niestety muszę użyć słowa "programowanie", ponieważ jest ono tu najbardziej adekwatne). Instytucja małżeństwa - jak z resztą wszystko - ma plusy i minusy. Poza tym, będąc zwolennikiem myśli wolnej, staram się nie popadać w krytykę jednostronną, bo to zawsze kończy się jakimś tam ideologizowaniem. Swoją wypowiedzią starałem się zwrócić uwagę na możliwość (lub jej brak) podjęcia decyzji zgodnej z naszą prawdziwą konstrukcją psycho-fizjo-mentalną. A, żeby ją poznać, trzeba zapoznać się z najpierw z metodami poznania samego siebie i umiejętnie je zastosować. To jest trudne, zważywszy olbrzymi niedostatek powszechnej wiedzy w tym zakresie. Cieszę się więc, iż mnie udało się przed laty znaleźć do niej drogę. I wiem, że można by ją upowszechniać... .
Czas nie istnieje - to my kreujemy wydarzenia, ale czas uświadamia nasze opóźnienie. A. Haremski
|
|
| mefta (480 punktów) | Zapewne są i tacy, którzy małżeństwo traktują mniej poważnie niż zakupy w renomowanym salonie lub finansową umowę. Ale na szczęście sa i tacy ludzie dla, których jest to cos szczególnego, co nie ma związku z ograniczeniem wolności itp. Po ponad 6 latach związku zdecydowaliśmy się na zawarcie malżeństwa i zgodnie podjęliśmy decyzje o ślubie cywilnym. Powodem tego była chęć załatwienia spraw finansowych i fakt, że staramy się o potomstwo.Bo ważnym jest mięć wspólne nazwisko i sprawy dotyczące nas obojga, bo najzwyczajniej w świecie ułatwia to życie i nie trzeba zapewniać, że oto ten i ten pan naprawdę mieszka ze mną dlatego korzysta z mojego konta czy mieszkania, że się kochamy i wszystko co posiadamy traktujemy jako wspólne. Myślę, żę do małżeństwa trzeba dojrzeć, ale także dopiero myśli się o tym poważnie jak po zjedzeniu beczki soli przychodzą inne poważne decyzje, które nie dotyczą już tylko miłości i nas samych. Cóz tu się rozpisywać... Małżeństwo jest chyba tylko dla tych, którzy naprwdę planują przyszłość razem a decyzja powinna być podejmowana wtedy, gdy partnerzy podejmą ją sami i świadomie. Po 6 latach bycia razem jednak widzę, że sam dokument napewno ułatwi nam wiele spraw. Co do ograniczeń... to czy będąc w związku nieformalnym można żyć bez ograniczeń, byc nielojalnym i wszystko dzilić na pół? pozdrawiam
Niezgłębione są pokłady ludzkiej niekumacji...
|
|
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|