 |
Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » Filozofia i światopogląd
| Napisano | Autor | Tytuł | | 19-09-2007 16:15 | dokowski (7933 punktów) (zablokowany) | Nadzieja | Zauważyłem dość dziwaczny pogląd na temat nadziei w jednym z komentarzy do artykułów, że nadzieja jest chorobą wywołana przez religijne wychowanie, i że posiadanie nadziei szkodzi posiadaczowi, czyni go nieszczęśliwym itd.
Chcę to przedyskutować, ale właściciele forum, jak rozumiem, nie życzą sobie dyskusji pod artykułami, proszą o założenie nowego wątku na forum, co czynię.
Mój pogląd na wartość nadziei jest następujący. Nadzieję odnoszę do dwóch różnych strategii rozmnażnia u ludzi. Pierwsza strategia polega na tym, żeby mieć nie więcej niż 2-3 dzieci i tak starannie się nimi opiekować, żeby osiągnęły sukces reprodukcyjny. Druga strategia polega na tym, żeby urodzić 20 dzieci i mieć nadzieję, że kilkoro z nich będzie miało dzieci.
Pierwsza strategia polega na tym, że większość czasu i energii rodzice poświęcają wspieraniu rozwoju dzieci, działania rodziców są celowe, zaplanowane i starannie wykonane. Rodzice nic nie pozostawiają przypadkowi, nadzieja w ich sytuacji jest porażką, bo oznacza, że nie radzą sobie z czymś, że nie potrafią sami naprawić jakichś szkód lub osiągnąć jakiegoś ważnego celu. Nadzieja przeszkadzałaby też im wspierać dzieci, gdyż odbierałaby mobilizację do działania i ciężkiej pracy.
Druga strategia charakteryzuje się tym, że wielka liczba dzieci powoduje fizyczną niemożliwość utrzymania ich w zdrowiu, nie mówiąc już o jakimkolwiek wspieraniu ich rozwoju. Rodzicom nie starcza czasu ani energii, żeby zabezpieczyć dzieci przed śmiercią, kiedy jedno choruje na nierozpoznaną chorobę, drugie topi się tymczasem w rzece, podczas gdy matka ściąga trzecie w ostatniej chwili z jezni, a ojciec z piątką starszych spaceruje po górach (wróci z czwórką, bo statystycznie jedno spadnie w przepaść). Rodzice np. 15-ciorga dzieci wiedzą dobrze, że są winni śmierci już trójki dzieci, że ich sumienie obciąży śmierć lub kalectwo kolejnych kilku. Nie mogą zrobić nic, żeby większyć ich szanse przeżycia, mogą tylko mieć nadzieję. Dla nich nadzieja jest cudownym lekiem. Ewolucja musiała taką nadzieję zaprogramować w ludzkiej psychice, tak samo jak zaprogramowała w nas wiarę religijną. Takie programy uruchamiają się w okolicznościach, w których są skuteczne, jako narzędzie do osiągnięcia sukcesu reprodukcyjnego.
Jeżeli rodzice nie mają środków, żeby zapewnić trójce dzieci staranne wsparcie ich rozwoju, to instynktownie uruchamiają się programy pchające rodziców do rodzenia coraz większej liczby dzieci, uruchamia się nadzieja, uruchamia się wiara religijna.
Naszkicowałem tylko skrajności, większość ludzi preferuje strategie łączące zalety obydwu strategii skrajnych. Wszystkim strategiom pośrednim towarzyszy instynktowna nadzieja, równie stara jak geny kodujące jej nośnik
| Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
| Mave (114 punktów) | Z całym szczacunkiem ale pokrętna ta Twoja logika, nie powiem... każda* matka i ojciec mają nadzieje, że jego dziecko wyrośnie na, dajmy na to, lekarza, prawnika czy nawet hoho POLITYKA(no ja bym się z tego ostatniego nie cieszył za specjalnie...), nadzieja jest nawet przy najdokładnieszym zaplanowaniu życia swej pociechy. Nadzieja jest nieodłączna i niezastąpiona. Rodzice mają swe nadzieje i wyobrażenia o swym dzieciątku już od poczęcia(tzn. jak się dowiedzą o ciąży  , jest strach o to czy urodzi się zdrowy, czy nie zadławi się potem grzechotką, czy poradzi sobie w szkole, jak mu pójdzie na maturze i czy dostanie się na studia itdś*... najlepszym lekiem na te strachy jest nadzieja, no i nie zaprzeczam- odrobina planowania oczywiście. Nie podoba mi się także porównywanie rodzin wielodzietnych do jakis surykatek, czy coś... znam kilka osób z wielodzietnych rodzin, które są o wiele lepiej ułożone niż niejeden jedynak (masło  . Tragedie mogą się zdarzyć w każdej rodzinie, niezależnie od jej liczebności... oczywiście matematyczny rachunek prawdopodobieństwa jest na nie korzyść rodzin wielodzietnych... ale matematyką w tych sprawachnie zajmuje się żadna* matka, zaręczam. Kończe, nie wyczerpałem tematu, no bo po co? Ale jeśli ktoś będzie chętny podjąć dyskusje to jestem zainteresowany  *"każda" i "żadna"- nie mam na myśli różnych ludzi zdegradowanych psychicznie, o których możemy niestety słuchać coraz częściej w mediach..  *itdś- i tak do śmierci
|
|
 | dokowski (7933 punktów) (zablokowany) | >Nie podoba mi się także porównywanie rodzin wielodzietnych do jakis surykatek, czy coś... >znam kilka osób z wielodzietnych rodzin, które są o wiele lepiej ułożone niż niejeden >jedynak
Pisząc o tych dwu strategiach nie chiałem powiedzieć, że nie spotyka się w ogóle innych jeszcze strategii. Istnieje jeszcze np. strategia, którą nazywam strategią Casanovy. Polaga na tym, że stosująca tę strategię kobieta pozyskuje nasienie od największego podrywacza w okolicy i jeśli będzie z tego chłopiec, to matka już niewiele więcej inwestuje, gdyż chłopiec dziedziczący po ojcu cechy Casanovy może dać jej bardzo wielu wnuków. Ona oczywiście tych wnuków nigdy nie pozna, ale geny się tym nie przejmują (jak zresztą niczym). Tak więc sposób układania jedynaka nie musi odpowiadać standardom, które opisałem wcześniej, jedynaki często układane są tak (oczywiście matka nie robi tego świadomie), żeby wyrosły na skutecznych uwodzicieli.
Natomiast to, co nazwałaś "wielodzietnością", niekoniecznie jest tym, co ja opisałem. Ludzie starannie wychowujący dzieci też mogą mieć ich czasem więcej, jeśli starcza im czasu i pieniędzy. Ja nie porównuję wszystkich rodzin wielodzietnych do surykate, a tylko te, które sterowane są opisaną przeze mnie strategią genów - piszę o rodzinach, gdy kobieta rodzi kilkanaścioro dzieci mimo, że większość z nich umiera
doku
|
|
|  | | Mave (114 punktów) | Panie Dokowski, nie wiem czy tu mowa o nadzieji czy poprstu gadka(zresztą w sposób pseudobiologiczny) o tym jak to ludzią się przytrafia.. strasznie to wszystko się mija ze sobą, ja mówię że obawy i nadzieje są zawsze, niezależnie od ilości potomstwa i planach rodziców... pisząc o tym chciałem właśnie o tym podyskusować... Myślę, że możesz otworzyć inny post o taktykach rozmnażania homo sapiens z takim właśnie tytułem... śmiało... tylko nie w dziale filozofii A co do tej casanovy to nie wiem gdzie się tak Pan oczytał, czy może coś też Pana inspirowało... otaczający świat, autopsja? Nie sądze aby wspomniana w tym przykładzie kobieta "pozyskiwała nasienia" od największego "podrywacza", ona ma NADZIEJE że ten "podrywacz" zostanie ojcem dla jej dziecka i jej dalej pomoże.. nie mysli nawet że ja zostawi i napewno że jej dziecko zapewni jej genom cokolwiek... ma to bardziej podtekst kulturowy, chęć pokazania się z najlepszym "samcem"... ale to już inna historia oczywiście ma Pan na myśli że to działanie podświadome, wynikające z genów... ma Pan wiele racji napewno... ale naprawdę nie ogarniam tego nawet...
|
|
| |  | dokowski (7933 punktów) (zablokowany) | >czy może coś też Pana inspirowało
Psychologia ewolucyjna - najnowsza dyscyplina zoologii. Na początek polecam wszystkim znajomym "Wojny plemników". Ta książeczka otwiera przed tradycyjnie wykształconym humanistą drzwi do zupełnie innego świata, o którym nie miał on wcześniej pojęcia, że istnieje. A to są dwa zupełnie różne światy: to, co nauka mówi o człowieku, a z drugiej strony, co filozofia (wraz z psychologią klasyczną i socjologią) mówi o człowieku.
doku
|
|
 | dokowski (7933 punktów) (zablokowany) | Matematyka jest narzędziem badacza | >oczywiście matematyczny rachunek prawdopodobieństwa jest na nie korzyść rodzin >wielodzietnych... ale matematyką w tych sprawachnie zajmuje się żadna* matka,
Matematyka służy nam, którzy dyskutujemy o matkach i ich dzieciach, abyśmy mogli jasno formułować swoje myśli. Matematyka nie jest narzędziem wychowywania dzieci przez matki, jest naszym narzędziem, żeby sensownie porównywać różne metody wychowawcze. Pomysł, żeby matki zajmowały się matematyką w tym kontekście, jest absurdalny.
doku
|
|
|  | | Mave (114 punktów) | Odp: Matematyka jest narzędziem badacza |
>Matematyka służy nam, którzy dyskutujemy o matkach i ich dzieciach, abyśmy mogli jasno formułować swoje myśli. Matematyka nie jest narzędziem wychowywania dzieci przez matki, jest naszym narzędziem, żeby sensownie porównywać różne metody wychowawcze. Pomysł, żeby matki zajmowały się matematyką w tym kontekście, jest absurdalny. > doku
no tak właśnie o tym piszę, że matki się tym nie zajmuja... chyba ... sam już nie wiem o czym pisze... strasznie mi Pan namieszał w mojej biednej głowie
|
|
| Głąbiński (3538 punktów) | Odp: Nadzieja | >..., że nadzieja jest chorobą wywołana przez religijne wychowanie, i że posiadanie nadziei szkodzi posiadaczowi, czyni go nieszczęśliwym itd. ... >Nadzieję odnoszę do dwóch różnych strategii rozmnażnia u ludzi.
Chyba wyraziłeś się niezrozumiale: z pierwszego zdania wynika, że zamiarem Twoim jest dyskusja nt. ew. szkodliwości nadziei niezależnie od przedmiotu, którego ona dotyczy. W takim przypadku, widoczne w dalszych postach ograniczenie się do kwestii dzietności, nie ma sensu. Jednak określenie "odnoszę do" wskazuje na takie właśnie zawężenie tematyki. Sądzę, że drugie z cytowanych zdań miało brzmieć: "Za przykład może posłużyć rozróżnienie dwu strategii rozmnażania ludzi", jednak w tym wypadku należałoby wyjaśnić, na jakiej podstawie przyjmujesz, że podstawą propagowanej "przez religijne wychowanie" wielodzietności jest katastroficzne założenie, >urodzić 20 dzieci i mieć nadzieję, że kilkoro z nich będzie miało dzieci.
Z kolei autorzy postów polemicznych chyba nie zwrócili uwagi na zastrzeżenie dokowskiego wyrażone w zdaniu: >Naszkicowałem tylko skrajności, większość ludzi preferuje strategie łączące zalety obydwu strategii skrajnych. Wszystkim strategiom pośrednim towarzyszy instynktowna nadzieja, równie stara jak geny kodujące jej nośnik.
Moje zdanie sprowadza się do stwierdzenia, że nadzieja osiągnięcia celu (100% pewności nigdy mieć nie możemy) jako podstawa pozytywnego, optymistycznego nastawienia psychicznego jest niezbędnym warunkiem powodzenia jakiegokolwiek działania. Szkodliwość motywacji religijnej występuje wówczas, gdy działania są podyktowane sformalizowanym systemem nakazów i zakazów, lub gdy w dziedzinach nie należących do zakresu określanego jako "duchowe" (przykładowo polityka, gospodarka itp.) stawiane są cele inne niż osiągalne w sensie materialnym. To ostatnie zastrzeżenie jest konieczne, gdyż znamy przykłady (asceza, joga, medytacje, dobroczynność) zdecydowanie pozytywnych (w sensie materialnym) rezultatów działań podjętych z inspiracji "duchowej". Zastrzegam, że w podanych przykładach nadzieja sukcesu jako czynnik sprzyjający uzyskaniu pozytywnych (niekoniecznie zamierzonych) efektów występuje niezależnie od rodzaju motywacji, powiązanie więc jej z jakąkolwiek ideologią jest nieporozumieniem.
Na zakończenie należałoby przetestować to stwierdzenie na podanym przykładzie dzietności, jednak wydaje mi się on źle dobranym, gdyż w obu wypadkach przewidywanie sukcesu jest takie samo, a różne są jedynie stosowane środki (w drugim przypadku ich brak - bierne zdanie się na prawdopodobieństwo przetrwania).
Stach M. G.
|
|
 | dokowski (7933 punktów) (zablokowany) | >Chyba wyraziłeś się niezrozumiale: z pierwszego zdania wynika, że zamiarem Twoim jest dyskusja nt. ew. szkodliwości nadziei niezależnie od przedmiotu, którego ona dotyczy. W takim przypadku, widoczne w dalszych postach ograniczenie się do kwestii dzietności, nie >ma sensu.
Sens ten już wyjaśniam. Jeżeli podejmuję polemikę z tezą, że nadzieja szkodzi ludziom, to dla obalenia tej tezy na początek wystarczy, że wskażę tzw. kontrprzykład. Dlatego ograniczyłem się do pokazania, jak korzystna jest nadzieja dla tych wszystkich ludzi, którzy muszą żyć wg strategii wysokiej dzietności (a tak żyją całe miliony ludzi w Azji, Afryce czy Ameryce Pd.). Matka widząc, jak kolejne jej dzieci umierają z głodu i chorób, mogłaby się załamać i nie rodzić więcej dzieci na cierpienie i śmierć. Nadzieja pozwala matce uodpornić się na uczucie litości, gdyż nadzieja ta pozwala jej widzieć oczyma wyobraźni, jak następne jej dziecko rozwija się, dojrzewa i daje jej wnuki - ta nadzieja pozwala jej znosić swoje tragiczne życie, własne okrucieństwo wobec swoich dzieci, i nie zwariować. Takiej matce nadzieja nie szkodzi, wręcz przeciwnie.
> na jakiej podstawie przyjmujesz, że podstawą propagowanej "przez religijne > wychowanie" wielodzietności jest katastroficzne założenie
Tak zrozumiałem historię ludzkości, że dawniej więcej było epidemii, wojen i głodowania. Kobiety rodziły o wiele więcej dzieci, które często padały ofiarą tych plag, nawet w Europie
> nadzieja osiągnięcia celu (100% pewności nigdy mieć nie możemy) jako podstawa pozytywnego, optymistycznego nastawienia psychicznego jest niezbędnym warunkiem > powodzenia jakiegokolwiek działania.
Na szczęście nie mam powodu podejmować polemiki z tym twierdzeniem, gdyż polemizując ze stanowiskiem przeciwnym sympatia każe mi ustawiłem się po stronie tego twierdzenia. Niestety, swego rodzaju racjonalne zboczenie mojego umysłu każe mi w imię prawdy wystąpić przeciwko "swoim" i zaprotestować przeciwko zbyt kategoryznemu sformułowaniu, że nadzieja "jest niezbędnym warunkiem powodzenia jakiegokolwiek działania". Szczególnie rażą mnie tu słowa "niezbędnym" i "jakiegokolwiek".
Jako były zawodowy brydżysta często miałem do czynienia z błędem, polegającym na rezygnacji z grania na tzw. "maksimum szans" w sytuacji, gdy taki sposób rozgrywki wymaga zreygnowania z największej szansy wygrania kontraktu. Żeby dobrze grać w brydża trzeba najczęściej rezygnować z nadziei i zakładać najgorsze. Mówią o tym taz. "zasady bezpiecznej rozgrywki". Najwżniejszą zasadą jest, żeby nie mieć nadziei.
Także w życiu zdarzają się sytuacje, kidy nadzieja jest źródłem niepotrzebnego ryzyka, którego można uniknąć. Nadzieja odbiera energię i motywację do wysiłku, który trzeba włożyć w asekurację, stwarza pokusę zaoszczędzenia czasu i pieniędzy.
doku
|
|
|  | | Mave (114 punktów) | strasznie męczące były te dwie wypowiedzi powyżej.. i dlatego pozwoliłem przeczytać sobie dokładniej tylko ostani akapit z drugiej wypowiedzi...:P
no i chciałem rozróżnić kilka rzeczy: po pierwsze primo nadzieja jako założenie: "jakoś to będzie" skutek: pójście na piwo zamiast nauki na egzamin, tudzież niewzięcie parasola na spacer... po drugie primo: nadzieja niezależna od naszych możliwości... np. nadzieja kobiety o zadowalającym stanie zdrowia jej nienarodzonego jeszcze dziecka, w wypadku gdy wizyta u lekarza jest niemożliwa...tudzież nadzieja, że słońce nie wygaśnie przez kolejne 70lat..(a potem... niech robi co chce) po trzecie primo: nadzieja motywująca...a może jak zapytam Kaśkę to zgodzi sie pójść do kina.?. O!! 6 mln w totka, jak wygram to będę miał w końcu na kino...
innych kategorii nadziei jest pewnie więcej..ale tylko te mi teraz przyszły do głowy... prosze jednak uwzględniać w swoich wypowiedziach, że są różne rodzaje nadziei i nie wrzucać wszystkiego do jednego worka..
dziękuje.
|
|
| |  | dokowski (7933 punktów) (zablokowany) | >nadzieja, że słońce nie wygaśnie przez kolejne 70lat
To nie nadzieja, to wykształcenie. My, racjonaliści, wiemy że nie wygaśnie.
>po trzecie primo: nadzieja motywująca...a może jak zapytam Kaśkę to zgodzi sie pójść do kina.?
Motywujące jest kombinowanie, co robić, żeby zwiększyć swoje szanse... może kupić jej kwiatek? Mając nadzieję, możesz zrezygnować z tego wydatku i stracić swoją szansę. Jeżeli pozbawisz się nadziei i powiesz sobie, że bez kwiatka na pewno się nie uda, to lepiej na tym wyjdziesz
doku
|
|
| | |  | | Mave (114 punktów) | >To nie nadzieja, to wykształcenie. My, racjonaliści, wiemy że nie wygaśnie.
My racjonaliści... zakładasz, że wszyscy to racjonaliśći.?. ja mówiłem o ludziach ogólnie.. a człowiek to istota z goła nie racjonalna... i uwierz nie każdy ma wiedze na temat reakcji jądrowych zachodzących na słońcu i jakby jakiś "amerykański pseudonaukowiec z długim tytułem przed nazwiskiem" powiedział: jutro słońce zgaśnie!.. to całkiem liczna grupka ludzi ubrałaby się w czapki i szaliki i zeszłaby do piwnicy... i ja mam tylko nadzieje że słońce nie wygaśnie..i choćby stado magistrów mnie upewniało o tym, że nie wygaśnie to i tak pewności mieć nie będę.. ale nadzeje zawsze.
kombinowanie jest motywujące?... kombinuje i to mnie motywuje?..a żebym zaczął kombinować to co ma mnie zmotywować?...ni w ząb nie rozumiem bez odrobiny nadzieji chłopak nie odważyłby się na żadne kroki.. ty tu mówisz o beznadzieji chyba.. mylisz pojęcia całkiem
|
|
| | | |  | dokowski (7933 punktów) (zablokowany) | >kombinowanie jest motywujące?... kombinuje i to mnie motywuje?..a żebym zaczął >kombinować to co ma mnie zmotywować?...ni w ząb nie rozumiem
Spróbuję więc jaśniej: Zakładam, że jak pójdę z pustymi rękami, to mnie wyśmieje, więc to mnie motywuje do tego, żeby wziąć się do roboty i sprawić, żeby skutek się dokonał. Gdybym miał nadzieję, to mógłbym nic nie zrobić, licząc na to, że może się uda. W ten sposób nadzieja czyni człowieka leniwym i lekkomyślnym.
Inny przykład. Sądzę, że ważną przyczyną mandatów i wypadków drogowych jest nadzieja, że się uda.
Jak już pisałem, ogólnie jestem zwolennikiem nadziei, dlatego rozpocząłem tę polemikę. Przede wszystkim lubię nadzieję, bo jestem leniuchem. Po drugie cenię nadzieję, bo się brzydzę manipulowaniem ludźmi i zawsze mam nadzieję, że moi bliscy i znajomi postąpią tak, jak im serce dyktuje, a nie tak, jak ja bym chciał. Pod tym względem rozróżniam dwa typy osobowości:
Osobowość psychopatyczna, skonna do manipulowania, często prosząca innych, uwodząca, molestująca, namawiająca do czegoś, udzielająca dobrych rad... - dla takich osób inny człowiek jest obiektem, którym można kierować zgodnie z własną wolą.
Osobowość humanistyczna, wspierająca innych ludzi w ich dążeniach z nadzieją, że ludzie będą się rozwijać i dobrze postępować
doku
|
|
| | | | |  | | Mave (114 punktów) | jak widać jestem wyjatkowo tępy.. spróbujmy jeszcze raz...
chciałem podkreślić, że chodzi mi o ten konkretny przykład... gdzie chłopak chce pójść z dziewczyną do kina..i jest w tym momencie przed złożeniem oferty... tak.?. o tym samym mówimy.?. i nie rozumiem jak kombinowanie doprowadza do motywacji tu cytat: >Motywujące jest kombinowanie, co robić, żeby zwiększyć swoje szanse...
może przedstawie łańcuch wydarzeń w\g mnie: spotyka dziewczyne-> nabiera chęci na randkę -> ma nadzieje, że ona z nim pójdzie(bo on nie za brzydki, a ona nie za ładna) -> mając nadzieje zakłada, że ma szanse na powodzenie, motywuje się przez to -> zaczyna kombinować -> kupuje kwiatek -> wyczekuje odpowiedniej chwili -> przystępuje do działania -> cel: nie znany
przedstaw swój własny to będziemy mogli go porównać...
nie rozumiem tego jak kombinowanie( pomysł na kwiatek itp.) wpływa na motywacje tego biedaka.. czy chodzi o to, że z kwiatkiem czuje sie bardziej zmotywowany do podejścia i zapytania?...tzn: "eh! kupiłem już ten kwiatek to już podejde!".. ja bym to nazwał pewnśc siebie, albo cos w ten deseń...
przykład z nadzieją i mandatami jest całkiem trafny.. ukazuje zły wpływ nadzieji na człowieka.. chociaż to się czasem nazywa wiara w szczęsliwy los czy jakoś tak... mało kto kojarzy to konkretnie ze słowem nadzieja...
a co do reszty przykładów to znów nie jestem pewien czy zostały użyte w dobrym kontekstcie.. to o manipulacji i typach osobowości... to wydaje się zaledwie zahaczać o ten temat.. zauważmy, jaki był pierwszy post w tym wątku, całkiem zboczyliśmy z tematu...
|
|
| | | | | |  | dokowski (7933 punktów) (zablokowany) | >może przedstawie łańcuch wydarzeń w\g mnie: spotyka dziewczyne-> nabiera chęci na randkę -> ma nadzieje, że ona z nim pójdzie(bo on nie za brzydki, a ona nie za ładna) -> mając nadzieje zakłada, że ma szanse na powodzenie, motywuje się przez to -> zaczyna > kombinować -> kupuje kwiatek ->
W powyższym tkwi wg mnie sprzeczność, ja widzę wie możliwości: 1. bez nadziei i 2. z nadzieją.
1. spotyka dziewczyne-> nabiera chęci na randkę -> nie mając nadziei zakłada, że nie ma szans bez kwiatka i dodatkowych gadżetów -> zaczyna kombinować -> kupuje kwiatek ->
2. spotyka dziewczyne-> nabiera chęci na randkę -> ma nadzieję, że ona coś w nim dostrzeże -> rezygmuje z kombinowania, bo może się uda bez żadnych starań
doku
|
|
| | | | | | |  | | Mave (114 punktów) | tak dwie możliwości.. o opcji bez zapomniałem.. z roztargnienia zresztą  ... ale nic to.. a gdzie widzisz sprzeczność?..ja jej nie wychwytuje..możesz sprecyzować?.. czy możę to jest tylko takie przeczucie, że coś mi tu podśmierduje.?. bo bywa i tak.. nie ma obciachu:P a co do Twoich łańcuszków.. to piszemy chyba całkiem o czym innym.. ja pisze o nadzieji jako o zalążku.. możliwości jakiego kolwiek( nie wiem czy dobrze napisałem  ) działania... a według Ciebie nadzieja to już pewność, albo conajmniej wielkie prawdopodobieństwo na osiągnięcie zamierzonych celów.. moim zdaniem nadzieja to taka latarnia w ciemności, która pozwala nam działać.. oczywiście w tym, bądź podobnym przypadku.. z całym szacunkiem,ale wydaje mi się, że się gdzieś pogubiłeś ale ciągle bronisz swej nieuguntowanej pozycji.. myśle, że nie zastąpiona będzie pomoc kogoś z zewnątrz.. co myślicie na ten temat bierni "czytacze":P
|
|
| | | | | | | |  | dokowski (7933 punktów) (zablokowany) | >a gdzie widzisz sprzeczność?..ja jej nie wychwytuje..możesz sprecyzować?
to co nazwałem sprzecznością dobrze obrazują oba moje łańcuszki - nadzieja moim zdaniem zmniejsza motywację do kombinowania - im więcej nadziei tym mniej przygotowań i mniej uwodzenia, im mniej nadziei tym silniejsza motywacja do starannych przygotowań
doku
|
|
|  | | Głąbiński (3538 punktów) | ... >Także w życiu zdarzają się sytuacje, kidy nadzieja jest źródłem niepotrzebnego ryzyka, którego można uniknąć. Nadzieja odbiera energię i motywację do wysiłku, który trzeba włożyć w asekurację, stwarza pokusę zaoszczędzenia czasu i pieniędzy.
Jeśli zrozumiałem, to słuszne było moje przypuszczenie, że sprawa dotyczy nadziei niezależnie od jej przedmiotu i - jak stąd wynika - cała dyskusja nt. dzietności jest nie na temat. W takim jednak razie, chyba rację ma Mave. Niezależnie od tego uważam, że przykład, który miał objaśnić temat został obrany niefortunnie. Kwestia wielodzietności zasługuje na omówienie, jednak jest bardzo złożona. Obejmuje odrębne zagadnienia: przygotowanie rodziców, przeludnienie, zależność od warunków miejscowych, wpływ na warunki wychowania (w rodzinie i ogólnie), związki powyższych z zamożnością i poziomem wiedzy medycznej, a na koniec - poruszony w dyskusji związek z religią. Całość wymaga obszernego omówienia, na forum trzeba rozbić na tematy poświęcone wymienionym szczegółom. Na dodatek wszystko to splata się nierozerwalnie z zagadnieniem nieprzystosowania genetycznego i kulturalnego (memy) ludzi do współczesnych warunków stworzonych przez wiedzę i technikę, czego problem wielodzietności stanowi cząstkę składową.
Stach M. G.
|
|
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|