Racjonalista - Strona głównaDo treści
Apologia świata (odp. na odp. Less-a)

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Filozofia i światopogląd
NapisanoAutorTytuł
11-10-2007 23:42Teresa (2693 punktów)Apologia świata (odp. na odp. Less-a)
Ocena -1 na 1
To jest odpowiedź na wypowiedzi Less-a:
www.racjonalista.pl/forum.php/s,101481#w102266
www.racjonalista.pl/forum.php/s,101481#w102270
www.racjonalista.pl/forum.php/s,101481#w102274
www.racjonalista.pl/forum.php/s,101481#w102280
www.racjonalista.pl/forum.php/s,101481#w102286
Jest w nich mowa o paskudnej roli jaką odgrywa religia i o "drodze miłości i dobra" ktorą oferuje less, ktory jest zwolennikiem filozofii Nietzschego.
Dokładnie na dwie pierwsze z powyższych. Przepraszam, ale nie mogłam odpisać wcześniej. Ale wiem, że Less ma wielu zwolenników i zwolenniczek.. więc tym bardziej nie mogę nie odpisać.. (less zaloguj się).

T: >>To nie jest takie proste. Zwierzęta się zjadają. Słabsze pisklę jest wypychane z gniazda przez silniejsze.
L: >Człowiek jest lepszy. Idź do tej ubojni drobiu i zobaczysz co my robimy ptactwu. One nam tego nie robią.

Czyli czasem zwierzęta są lepsze od ludzi a czasem ludzie są lepsi od zwierząt. I co z tego wynika? Jak to ujął Chesterton:
"Ewolucjonizm nauczył ludzi myśleć, że jeśli oddalają się od stadium małpy to zbliżają się tym samym do stadium anioła. Ale zamiast stać się aniołem, można całkiem zwyczajnie pójść do diabła."

T: >>Nie wiem w jaki więc sposób natura miałaby stanowić drogę do prawdziwej miłości i dobra.
L: >O czym Ty piszesz? Ja nie piszę o naturze w sensie o jakim Ty myślisz. Tylko o naturalnej drodze kulturowo -cywilizacyjnej, stopniowym rozwoju, ewolucji, przekraczaniu kolejnych progów, co zresztą robimy, bo to jest właśnie NATURALNE.

To, co robimy ptakom w ubojni drobiu też jest NATURALNE! Czyż nie robimy tego z powodu naturalnej miłości do ptasiej wątróbki przy której platoniczna miłość do samych ptaków (jako naszych braci) jakby blednie?

c.d.n.
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

Teresa (2693 punktów)
L:> Czyli mam rację. Chcąc iść do nieba wiesz, że masz dobrze traktować bliźnich. Czyli jednak. Cel punkciki i niebo.

Ja to widzę inaczej. Uważam, ze istnieje jedna droga, która jest dobra i słuszna i wybrałabym ją nawet gdyby żadnego nieba nie było. Już samo obranie tej drogą jest nagrodą - to tak samo jak lepiej jest być mądrym niż głupim (przecież, jeśli ktoś chce być mądry a nie głupi - to nikt go nie posądzi o cel i punkciki). Nie mam nic przeciwko temu, jeśli ktoś chce mnie jeszcze wynagrodzić (lub ukarać za zejście z tej drogi).

L:> Jak się nauczysz traktować ludzi dobrze bez tej przynęty, wtedy będziesz bardziej wiarygodna. Oczywiście, taka postawa również przynosi jakiś tam efekt, poprawę relacji międzyludzkich, ale do tego nie jest potrzebna żadna zewnętrzna, zaświatowa doktryna

Mylisz się - czasem ta "zewnętrzna, zaświatowa doktryna" to jest ostatnią deska ratunku ..

L:> No właśnie. Ewolucja nie każdemu gatunkowi dała po równo. Mamy kciuk, wyprostowaną postawę, mamy odpowiednie gardło i do tego jeszcze całkiem niezły mózg. Przynajmniej względem innych zwierząt. I poszło. Zaskoczyło. Żaden inny gatunek nie rozwinął się kulturowo i cywilizacyjnie tak jak my. Idziemy swoją drogą metodą prób i błędów. Myślimy, wyciągamy wnioski, uczymy się, przekazujemy sobie doświadczenia, stawiamy przed naszym gatunkiem nowe, mądrzejsze cele.

Z jednej strony chcesz powiedzieć, że ludzie są jak zbiory atomów wykonujących przypadkowe ruchy, które "zaskakuja". A drugiej strony piszesz o jakichś "mądrzejszych celach" .
Żaden ruch atomu nie jest "mądrzejszy" od innego ruchu tylko jest przypadkowy.
Albo więc ludzie mają wolną wolę i mogą wybierać (ale wtedy pojawia się dylemat co jest dobre a co złe) albo nie mają tej właściwości i sami nie mają wpływu na swój los a wiec nie mogą stawiać sobie mądrzejszych celów ani żadnych celów w ogóle.

L:>Zło, cierpienie, ból, śmierć itd. To wszystko jest częścią naszej rzeczywistości, naszego życia i świata. Mało tego. Jest częścią niezbędną. Gdyby nie to, ogólnie nazywane, zło, nasz rozwój nie byłby możliwy.

Widzę, że piszesz apologię świata, czyli uzasadnienie stanu faktycznego (próbujesz rozgrzeszać "świat", mówisz, że gdyby nie było zła, nie byłoby wielu dobrych rzeczy w szczególności ludzi). WOW! Ale to nie jest jedyne możliwe uzasadnienie. Równie możliwe jest to, że ten świat jest tylko pewnym przemijającym stadium... i że jest "uszkodzony", "pęknięty" (a nie "dobry").
Pytanie więc brzmi czy Twoje uzasadnienie jest najlepszym uzasadnieniem? Moja psychika mówi mi, że nie - dlatego odrzucam Twoje uzasadnienie jako nie najlepsze. Gdybym wierzyła w to co Ty, to codziennie musiałabym brać tabletki na uspokojenie (co byłoby czymś nienaturalnym), a wierząc w to, co wierze nie musze tego robić.

L:>Gdyby natura, włącznie z wszystkimi gatunkami zwierząt, była dobra, to dzisiaj paślibyśmy się na sawannie, obok antylop, roślinożernych lwów i wyłącznie niejadowitych węży. Mogę się założyć, że jedyne dźwięki jakie byś wydawała, byłyby podobne do tych, które wydają szympansy, a Twoja rola ograniczałaby się do kopulacji i wydawania potomstwa z jakimś samcem alfa bądź z kimkolwiek, w zależności od układów.

Nie doceniasz wyobraźni katolickich teologów. Teolodzy tez piszą apologie tego świata (wszak jest to dzieło Dobrego Boga, czyż nie?). Piszą np. że zjadanie się zwierząt jest symbolem oddawania życia przez jednostkę dla dobra ogółu...

L:>To zło, które tak potępiasz i które tak chciałabyś wymazać z naszego świata umożliwiło nam choćby to, że siedzimy teraz przez komputerami i możemy dzielić się swoimi refleksjami. Bez tego ani rusz droga Tereso. Chwała więc złu, bólowi, strachowi, cierpieniu, destrukcji, śmierci. Chwała całej naszej rzeczywistości, bez wyjmowania z niej poszczególnych elementów.

Tego, że siedzimy przed komputerami nie zawdzięczamy wcale złu tylko temu, że prawa zachodzą.
Zło to jest złamaniem prawa, sprzeczność z ideą. Gdyby natura nie dawała się idealizować, tj. nie dawała się opisywać za pomocą wzorów matematycznych nie siedzielibyśmy teraz przed komputerami.

L:>Jednak w miarę naszego postępu kulturowego (którego główną charakterystyką jest opanowanie okrutnej i niebezpiecznej rzeczywistości) mogliśmy powołać, a następnie rozwijać nasze systemy etyczne i moralność

No nie wiem, doświadczenie XX wieku tego nie potwierdza, że moralność też ewoluuje, raczej pewne postawy etyczne są wieczne.

L:>Jest coraz lepiej, ale wiele jeszcze przed nami.Rozumiem, że Ty inaczej patrzysz na rzeczywistość. Nie poprzez człowieka aż tak ewoluującego, ale bezpośrednio wykreowanego. Niemniej, gdyby nawet, to bez zła w świecie bylibyśmy co najwyżej społecznością na poziomie cywilizacyjnym Aborygenów sprzed przybycia kolonizatorów. Czyli praktycznie stagnacja, bez bodźców do rozwoju, ze względu na brak bezpośredniego zagrożenia.

Brak bodźców jest potrzebny istocie leniwej, apatycznej lub zbytnio zadowolonej samej z siebie ... Gdybyśmy nie byli upadli moralnie, to rozwijalibyśmy się nawet bez bodźców w postaci bezpośredniego zagrożenia. Może więc świat w postaci w jakiej widzimy go teraz powstał po grzechu pierworodnym Adama i Ewy.

L:>Nawet Twoja religia nie miałaby szansy powstać, bo jak tu w ogóle mówić o moralności szeroko rozbudowanej, kiedy życie ogranicza się jedzenia, spania i rozmnażania w świętym spokoju egzystencji? To strach, zagrożenie, cierpienie, perspektywa czającej się nagłej śmierci i destrukcji mobilizowały przez tysiące lat ludzkość do rozwijania. Bez zła ani rusz.

Wystawiasz bardzo złą ocenę człowiekowi... Tylko nagła śmierci i destrukcja mogła go zmobilizować? No to już nie mogę się doczekać jakim cudem ów człowiek może sam wejść na "ową drogę miłości i dobra"... Interwencja bytu Nadprzyrodzonego pasuje tu wręcz idealnie...

c. d. n.
Teresa (2693 punktów)
L:>Chyba będziesz musiała się pomodlić z dziękczynieniami do pana Szatana, bo bez niego nasze życie byłoby lipne. Tereso, Ty po prostu, nie potrafisz pogodzić się pięknie z rzeczywistością i jej ciemniejszymi odcieniami. Szukasz świata idealnego zamiast nauczyć się pięknie żyć w tym i wyłącznie wobec niego, a nie wobec zmyślonych bytów, takich też terminów i alternatywnych, niby to idealnych (niestety nie potraficie nawet tego opisać) ale najprawdopodobniej fałszywych rzeczywistości.

Szatan nie jest stwórcą praw i przypadku.. tylko Bóg. Ba, Szatana też stworzył Bog...!

L:>Jak się nauczysz traktować ludzi dobrze bez tej przynęty, wtedy będziesz bardziej wiarygodna. Oczywiście, taka postawa również przynosi jakiś tam efekt, poprawę relacji międzyludzkich, ale do tego nie jest potrzebna żadna zewnętrzna, zaświatowa doktryna. Życzliwość międzyludzka winna być tworzona w sposób naturalny, czyli winna wypływać z własnej, rozsłonecznionej i pięknej relacji ze światem i życiem.

A co jeśli opcja "Cel punkciki i niebo" jest naturalna dla pewnych ludzi?? Odstrzelic ich?

L:>Twoja religia... Powszechna miłość, cywilizacja miłości, wszechobecna życzliwość, altruizm, miłosierdzie, współczucie, troska i dobro. To przecież tak ładnie brzmi, prawda? Doniośle, romantycznie, patetycznie, uwodząco. Problem polega na tym, że tak naprawdę, religie nie mają żadnych możliwości i umiejętności skonstruowania szczęśliwej ludzkości, bo te wspomniane, uwodząco brzmiące terminy, nie posiadają ku temu odpowiednich właściwości.

Skad to wiesz? Religie mówią o Bogu, a Bóg może istnieć! Może, więc tez i pomóc... I sądząc po cudach pomaga, albo też być może duch człowieka ma wielką moc, tzn. istnieje wiara w wiarę (i naprawdę wiara góry przenosi)...

L:>Religie mogą wpływać na niektóre zachowania i postawy jednostek, ale na wykwit powszechnej i trwałej życzliwości, takiegoż szczęścia i bezpieczeństwa, nie będą miały zasadniczego wpływu. Niewiele z tego wyjdzie, czego najlepszym dowodem jest historia. I to wcale nie dlatego, że człowiek nie chce należycie poddawać się tym nibyprawdom, jak to się wygodnie głosi, ale dlatego, że te wszystkie określenia są relatywne, niejednoznaczne, subiektywne, przeto wywołujące co najmniej polemikę, rozdźwięk, a bywa, że nienawiść. W skrajnych, ale dość licznych przypadkach, wojny. Dzięki ideologii judeochrześcijańskiej dokonał się przełom w percepcji życia i świata, ale ludzkość nie stała się szczęśliwa.

No tak, bo inne systemy (nie religijne a wręcz antyreligijne) wcale nie przynoszą wojen... Np. Rewolucja Francuska wcale nie przyniosła rozlewu krwi.. albo komunizm...

L:> Ludzie nadal bardzo namiętnie i chętnie się zwalczali. Zadawanie cierpienia było ciągle czymś absolutnie powszechnym. Zasadniczy problem leżał w tym, że religie tworzyły moralność wymuszoną na człowieku, a skuteczna i trwała moralność potrzebuje naturalnego wytworzenia.

Nie mogę się z tym zgodzić. Chrz. mówi o potrzebie powtórnego narodzenia a np. buddyzm -oświecenia... religie te odwołują się wiec do potrzeby przemiany, nawrócenia, oczyszczenia natury a nie "wymuszenia"... Chrz. wprost mówi o konieczności przywrócenia utraconej wolności...

L:>Nie wykreowania, nie idei, nie wymuszenia poprzez boskie groźby, zakazy czy przykazania, ale wyewoluowania w sposób naturalny, czyli poprzez szeroki i niestety, stopniowy rozwój cywilizacyjno-kulturowy. I co absolutnie podstawowe, musi się to odbywać wobec jak najdokładniej opisanej rzeczywistości, a nie wymysłów i niejednoznacznych czy całkowicie nierzeczywistych, choć uwodzicielsko i doniośle brzmiących terminów. Tylko tak można coś sensownego zbudować. Religie i inne tego typu światopoglądy nie mają na to żadnego wpływu poza sformułowaniem wyidealizowanego, uwodząco brzmiącego celu i tylko mocno ograniczonym wyhamowywaniem, a nie trwałym przekształceniem niekorzystnych zachowań.

Ale czym się różni człowiek bez żadnego światopoglądu od rośliny, np. od trawy? Rośliny nie toczą wojen, a ich poglądy są tak cudownie nieokreślone... Nie odnotowały jednak dużego rozwoju cywilizacyjno-kulturowego...
Żeby mógł mieć miejsce rozwój musi byc jakiś niezmienny ideał do którego można dążyć albo w ogóle nie mówmy o rozwoju.

L:>Fałszem jest również to, że jakakolwiek moralność może być źródłem powszechnej szczęśliwości, albowiem sytuacja jest dokładnie odwrotna. To wzrastające powszechnie poczucie zadowolenia z życia i bezpieczeństwo egzystencji jest źródłem zwiększającej się moralności, czy mówiąc precyzyjniej, życzliwości.

Ale ludzie ubodzy są najetyczniejsi, ponieważ uczciwość jest ich jedyną bronią (innej nie mają).

Acha, czyli im wieksze bezpieczeństwo tym mniej zła. Ale wcześniej pisałeś że bez zła ani rusz, skąd więc ludzie wykształceni w toku ewolucji znajdą w sobie pokłady zyczliwości skoro wczesniej nie byli do tego zdolni (jeśli bez zła ani rusz to mogą wymrzeć z nadmiaru bezpieczeństwa)?
Skoro przyroda jest zła, a ludzie są też źli bo sa jej częścią.

c. d. n.
Teresa (2693 punktów)
L:>Tylko obecność słonecznej wizji, odpowiedniego smaku wobec istnienia, bezgraniczne pragnienie i naturalna afirmacja bytu, mogą radzić sobie z problemem powstawania zła w człowieku oraz bólem istnienia powodowanego cierpieniem i perspektywą nieuniknionej śmierci. Pięknego i kochającego człowieka nie da się stworzyć poprzez tłumienie jego złych możliwości, kłopotliwych czasami popędów, nawet boskimi, miłosnymi przykazaniami, wszechobecnymi dogmatami i moralnością wykreowaną strachem przed wiecznym potępieniem czy obietnicą raju, bo to stan nieprawdziwy, nienaturalny, wymuszony, często wykalkulowany.

Czy przypadkiem "obecność słonecznej wizji" nie jest jakąś formą raju na ziemii?
Bo rzeczywistośc jest czesto pochmurna a nie słoneczna.
Moim zdaniem "stan nieprawdziwy, nienaturalny, wymuszony, często wykalkulowany" jest bardzo naturalny w przypadku człowieka. Być może ktoś kto ma świadomośc, że umrze nie może zachowywać się nie wymuszenie (tylko musi robić dobrą minę do złej gry).
A mówiąc serio jak już napisałam wcześniej -ja czuję się prawdziwie, naturalnie, niewymuszenie kiedy wierzę w byt nadprzyrodzony.

L:>Te ludzkie instynkty, które mogą kreować negatywne wobec innych zachowania, nie zostaną trwale wyeliminowane, ale tylko przytłumione, zdławione imperatywami kategorycznymi wysłanymi przez takiego czy innego stwórcę. Po co temu światu, tej ludzkości, taka nienaturalna miłość i tylko przykazane, wymuszone dobro?

Nie rozumiem dlaczego uleganie uczuciom i instynktom jest naturalne, nie uleganie nie naturalne.
Np. jeśli nie jadłbyś od wielu dni, i był szkieletem człowieka i gdyby ktoś chciał Ci zaserwować obfity obiad (nie wiedząc, ze w ten sposób mógłby Cię w ten sposób zabić) ... to czy powstrzymywanie się od obiadu byłoby czyms "wymuszonym" i sztucznym czy też odwrotnie jego zjedzenie byłoby "wymuszone"?
I jaka byłaby odpowiedź w zależności od wiedzy (lub jej braku) o tym, ze moze Cie to zabić. Pewnie gdybyś o tym nie wiedzial - to uznałbyś to za wymuszenie, a gdybyś wiedzial - za naturalne????
Przeciwnie w chrz. zakłada się, ze Bóg stworzył naturę człowieka wg pewnego prawa i przestrzeganie tego właśnie prawa nakazuje... nie ma więc tu żadnego "wymuszenia".

Pozdrawiam
less
>To jest odpowiedź na wypowiedzi Less-a:
>www.racjonalista.pl/forum.php/s,101481#w102266
>www.racjonalista.pl/forum.php/s,101481#w102270
>www.racjonalista.pl/forum.php/s,101481#w102274
>www.racjonalista.pl/forum.php/s,101481#w102280
>www.racjonalista.pl/forum.php/s,101481#w102286
>Jest w nich mowa o paskudnej roli jaką odgrywa religia i o
>"drodze miłości i dobra" ktorą oferuje less, ktory jest
>zwolennikiem filozofii Nietzschego.
"Droga miłości i dobra" powiadasz... Zabrzmiało tak ekumenicznie, że mało anielskie skrzydła mi nie urosły. Nie, nie interesuje mnie taka droga, bo "dobro" i "miłość" to dla mnie takie same terminy jak "bóg", duch święty", "grzech" czy "wolność", "równość" itd. Czyli pojęcia zbyt wieloznaczne, bardzo nieprecyzyjne, otwarte na interpretacje, nadinterpretacje, projekcje i "widzi mi się", generalnie subiektywne pitu pitu. Co do niemieckiego filozofa, to istotnie, wiele inspiracji czerpałem od niego, na pewno w jakimś tam stopniu mnie ukształtowały, choć może celniej bym napisał, gdybym użył zdania - pomogły mi siebie uściślić i zdefiniować. Niemniej, przede wszystkim reprezentuję siebie, a nie czyjeś poglądy. Są kwestie na które patrzę mniej lub bardziej odmiennie od Fryderyka, no i mam do dyspozycji doświadczenie ludzkości w kolejnych 120 latach i to na poziomie społeczeństwa i kultury informacyjnej na takim poziomie o jakim w XIX wieku nikomu się nie śniło. Pomimo tego, że bystrości umysłu tyle co on nie mam, to mam do dyspozycji szerszy wachlarz informacji, przemyśleń innych i całkiem sporo determinacji. To, co mnie głównie interesuje, to nie coś tak abstrakcyjnego jak dobro czy miłość (terminów tych używam na potrzeby dyskusji, ale za nimi niespecjalnie przepadam bo są wieloznaczne i relatywne), a kwestia przewartościowania wartości. Tutaj jestem nietzscheański w pełni. Przewartościowanie czyli - chrześcijański żywioł negacji czy afirmacja rzeczywistości? Życie religijne-reaktywne względem rzeczywistości czy aktywne? Za czy przeciw? Ateny czy Jerozolima? Europa czy Azja? Życie prawdziwe czy zaświatowa fikcja? Jakaś etyka czy życzliwość rodzi się tutaj jako jedna z wielu wypadkowych tego podstawowego dla mnie wyboru (a nie sam punkt wyjścia). Wyboru prawdy a nie fikcji, w odróżnieniu od wyboru Twojego i Tobie podobnym. I niekoniecznie, ściśle wedle pomysłów podanych przez niemieckiego filozofa. Podsumowując całość, bo nie ma moim zdaniem sensu wdawać się w to całe cytowanie i pyskówkę - (a jeżeli ktoś to wszystko będzie chciał w ogóle czytać, to ma moim zdaniem wystarczająco sporo materiału by wyrobić sobie jakieś tam zdanie, ewentualnie zignorować nas oboje) - Szukanie dobra i miłości mnie nie interesuje. Ludzie, o ile przetrwają, tak czy inaczej będą budować coraz bezpieczniejszy i lepszy dla siebie świat, choć oczywiście różne potknięcia mogą się zdarzać, bo cały czas jesteśmy w drodze, uczymy się, nie mamy wzorców od postawionych wyżej cywilizacji. Jesteśmy zdani sami na siebie. Jednak w dłuższej perspektywie widać ewidentną poprawę. I tak to się będzie toczyć dalej. Niemniej możemy tej ewolucji pomóc, choć to dyskusyjne, czy to się dzieje siłą rzeczy, czyli samej ewolucji, czy dzięki naszej świadomej i niezależnej woli. Tą pomocą moim zdaniem jest właśnie nietzscheańskie przewartościowanie wartości. Zmiana fundamentalnego podejścia, wyjścia ku rzeczywistości. I nie chodzi tu o bezmyślną, ślepą afirmację, ale o akceptację podstawowych warunków bytu tutaj, na które, póki co, nie mamy decydującego i ostatecznego wpływu (narodziny, życie, śmierć, cierpienie) i rozbudowanie silnej woli kreacji tej rzeczywistości ku coraz bardziej satysfakcjonującym stopniom naszej cywilizacji i kultury. Ta przemiana jest dla mnie koniecznością (co zresztą stopniowo dokonuje się na naszych oczach) bowiem chrześcijaństwo (na nim się skupię) stwarza totalną przepaść pomiędzy nędznie pojmowanym człowiekiem i jego brudnym światem a doskonałym bogiem i jego perfekcyjną rzeczywistością. Z jednej strony mamy więc stosunek do bytu próbujący wpisać się i pogodzić z tym co zastane. Z drugiej strony mamy potężną siłę negacji, permanentny exodus, bezwzględną chęć przezwyciężenia rzeczywistości i ucieczki w doskonałe transcendentne. Sacrum chrześcijańskie rozrywa więź człowieka z tym życiem, nie porządkuje, nie organizuje, nie domyka w tym i tylko tym świecie, ale wskazuje na drzwi wyjściowe, na Inne. Jego istotą, jego sacrum nie jest już zakorzenione w świecie. Ta wrażliwość jest transcendentna, jest nastawiona na POZA, jest zawsze w drodze do zewnątrz. Jest zdeterminowana ku wyjściu, ku porzuceniu bytu danego człowiekowi, ku ucieczce jak szczur, ku zdradzie. Tutaj leży odmienność obu dróg. Można więc wybierać pomiędzy chropowatą rzeczywistością, a wyidealizowaną, perfekcyjną fikcją. W chrześcijaństwie, odpowiedzialność przesuwa się z twórczego rozwijania tej egzystencji wobec niej samej na zbieranie zasług prowadzących ku życiu zmyślonemu. Człowiek przestał być wolny, niezłomny, sam ustanawiający swoje wartości po to, by jak najpiękniej żyć tym jedynym życiem. Życiem prawdziwym. Człowiek ureligijniony jest tylko wypełniaczem zewnętrznie nadanej woli wobec kształtu jego własnej egzystencji. Nie ma pełnej odpowiedzialności za dzieło swego życia, sam nie tworzy wartości, jest tylko sterowanym narzędziem ku najprawdopodobniej fałszywemu, zmyślonemu celowi. Ma wytyczoną bardzo ściśle drogę, stworzony szczegółowy schemat. Ludzkość traci to, co najpiękniejsze. Możliwość samostanowienia i afirmowania cudu tego życia. Cudu tego świata. Cudu siebie w tym wszystkim. Traci możliwość takiego siebie kształtowania, by cud ten odczuwać jak najgłębiej, jak najsilniej, jak najpiękniej. Bowiem oczy patrzą gdzie indziej. W zmyślone zaświaty. Zamiast kreować, przekraczać, modyfikować, musi szukać usprawiedliwienia ze strony kogoś zewnętrznego, gdyż sama została podstępnie odarta z podstawowej wartości. Z wartości samostanowienia.
less
Chrześcijaństwo jest afirmacją zaświatów i to jest haniebne wobec życia prawdziwego. Wobec tego świata i ludzkości pozbawionej możliwości kształtowania w sobie poczucia najwyższej wartości, świętości, wyjątkowości tego życia i tego świata, które to na opak, za dość nędzne, brudne i złe są postrzegane. Bo mamy fałszywą, niby lepszą wizję przed oczyma. Chrześcijaństwo wyrzuca nas poza to życie już od dzieciństwa. Kiedy tak jesteśmy go głodni, spragnieni, tak nim zachwyceni. Z boku zaczyna nam wyrastać zaświatowy twór, osobista Nibylandia, która w końcu zaczyna dominować nad życiem prawdziwym. Jesteśmy winem zamierającym na winorośli. Utknęliśmy na długo w religijnej cywilizacji śmierci, ale ewolucja kulturowa kieruje nas już w inne rejony. Naszym kolejnym progiem będzie, mam nadzieję, afirmacja życia prawdziwego i jedynego. Ewolucja kulturowa wznosi nas coraz wyżej, chociaż nie sposób ją samą posądzać o jakąś pozytywną, jakąkolwiek zresztą celowość w tym zakresie. Równie dobrze może nas w końcu zniszczyć, unicestwić, kto wie... Ale póki co, jesteśmy coraz szczęśliwsi w swym byciu tutaj. Dlatego zbliżamy się do kolejnego etapu. Przechodzimy z ery negacji w erę afirmacji. Z ery nierzeczywistości w erę rzeczywistości. Kultura europejska już wkracza na te pola, choć postmodernistyczne rozedrganie może nas trochę niepokoić, ja jednak sądzę, że ten pluralizm wielorakich myśli, dróg, narracji wyjdzie nam na dobre. Generalnie, droga Tereso, chrześcijaństwo mnie nie interesuje. Dla mnie to przeszłość, dość marna, ciekawa, ale nie mająca już żadnego potencjału dla możliwości kreowania rzeczywistości, za którą nie nadąża. Interesuje mnie przyszłość, a wy jesteście historią, tyle że trochę rozhisteryzowaną, krzykliwą i desperacko próbującą przekonywać siebie i innych, że trup jest żywy. A to w najlepszym przypadku zombie. Jak w Polsce.
less
Może jeszcze to.
>Widzę, że piszesz apologię świata, czyli uzasadnienie stanu faktycznego (próbujesz rozgrzeszać "świat", mówisz, że gdyby nie było zła, nie byłoby wielu dobrych rzeczy w szczególności ludzi). WOW! Ale to nie jest jedyne możliwe uzasadnienie. Równie możliwe jest to, że ten świat jest tylko pewnym przemijającym stadium... i że jest "uszkodzony", "pęknięty" (a nie "dobry").
Świat nie jest dobry ani zły czy choćby popękany, ani grzeszny czy bezgrzeszny, ani czarny ani biały. Świat jest. I to wystarczy. To, co dla mnie ma sens w takiej sytuacji, to zwalczenie w sobie Platona, Jezusa, wszelkich dualizmów, metafizyki i choroby wartościowania - wszystkiego, co narzuciło nam ten podział świata, człowieka... wszystkiego... Należy znieść obraz świata jako dywiduum rozłożone na dwie absolutne skrajności. Zła i dobra, brudnego ciała i idealnego ducha, itd. Należy powrócić do całości, zsyntezować człowieka, by nie mógł już potępiać siebie, świata, części czy całej rzeczywistości, by poprzez jakąś absurdalną moralność i duchowość nie mógł już siebie, a głównie innych, traktować jako mocno skażone dywiduum, ale by stał się zharmonizowanym indywiduum. Należy odrzucić podział, z którego wynikają oceany pogardy, nienawiści, potępienia wobec cudu życia, świata i siebie w tym wszystkim. Należy powrócić do skutecznej i jak najpiękniejszej autokreacji, do reżyserowania siebie i swego życia niezależnie od wyimaginowanych czynników zewnętrznych. Należy kreować swe życiowe impulsy, tworzyć siebie od podstaw bez chorych myśli o niemożliwości przezwyciężenia swej nieudanej, naznaczonej złem nie do zrzucenia, natury. Poprzez to wewnętrzne rozdarcie, człowiek nabył paskudny przymus nieustannego ustosunkowywania się do siebie poprzez pochwałę i potępianie, poprzez pielęgnację i kastrację. Z powodu czujnie podglądającego i oceniającego bóstwa, tym chętniej przenosi to na innych, na całą rzeczywistość rozdrobnioną do absurdu, by poczuć się samemu trochę lepszym w tym czarno-białym obłędzie. Wszędzie tylko oceny, potępienia, pochwały, poniżenia - głównie innych, wynoszenia - głównie siebie. Parszywy imperatyw moralny. Podstawą musi tu być afirmacja rzeczywistości (ale to tylko pierwszy, uzdrawiający i stabilizujący krok od którego można w ogóle sensownie wyjść), a nie jej potępienie i poniżenie względem jakichś zaświatów, nie jej szaleńcza negacja. Rzeczywistość może i winna być postrzegana i odczuwana w sposób przychylny, ale zależy to właśnie od tego, jaki schemat myślenia o niej przyjmiemy, jaki system naszych reakcji, przeżyć, odczuć stworzymy, jaka w nas percepcja na tym polu powstanie. Jaki narzucimy sobie system operacyjny wobec istnienia. Nasze funkcjonowanie w świecie zależy od nas samych, bowiem to my, i tylko my (co by owego "my" czy "ja" nie stanowiło, albo i nie-stanowiło), tworzymy sposób myślenia o świecie, interpretujemy go po to, by móc w ogóle o nim myśleć. Jeżeli zrobimy to na potępieńczej w znacznym stopniu podstawie, to nie ma się co dziwić, że będziemy istnieć w świecie nieustannego zwalczania. Siebie i innych. Jeżeli jednak przystąpimy do kreacji ze słonecznym, afirmatywnym, generalnie niepodważającym i akceptującym spojrzeniem, kierunki i skutki będą inne, zwłaszcza, gdy nastały już czasy, że walka pomiędzy ludźmi o naturalne zasoby i przetrwanie, nie jest już tak konieczna dla przetrwania. A tak podsumowując, to moim zdaniem jest to po prostu proces nieunikniony. Kolejny stopień ewoluującej cywilizacji. Stopień afirmujący przekraczający dotychczasową negację. Replikatory (geny, memy) umożliwią swoim nośnikom (my) funkcjonowanie w lepszym i bezpieczniejszym świecie. Cały czas ku temu "dążą", chociaż czasami jakieś replikatory-bydlaki pchną nas w nieciekawą uliczkę. Jednak w dłuższej perspektywie, korzyść tak dla replikatorów jak i dla nośników jest niezaprzeczalna. Sama afirmacja jest jedynie pierwszy krokiem, tylko powrotem człowieka do naturalnego stanu, zwalczeniem platonizmu i chrześcijaństwa, szaleńczego wartościowania, dualizmu, idealizmu. Znacznie większy problem stanowi zniesienie metafizyki w ogóle, jak i przeformułowanie myślenia bytu, bycia, ja, terminu "człowiek" itd. Czyli pójścia dalej niż Nietzsche, który metafizyki nie zwalczył a jedynie odwrócił, pójścia mniej więcej gdzieś tam, dokąd próbował iść Heidegger. Damy radę. Jednak nie licz na to, że będę się tutaj nad tym rozwodził.
>Pytanie więc brzmi czy Twoje uzasadnienie jest najlepszym uzasadnieniem? Moja psychika mówi mi, że nie - dlatego odrzucam Twoje uzasadnienie jako nie najlepsze. Gdybym wierzyła w to co Ty, to codziennie musiałabym brać tabletki na uspokojenie (co byłoby czymś nienaturalnym), a wierząc w to, co wierze nie musze tego robić.
Hehe... no jedynie ten Twój stan mogę sobie wyobrazić na zasadzie odwrócenia. Czyli, gdybym wierzył w to co Ty (co byłoby czymś nienaturalnym), to myślę że nawet tabletki na uspokojenie by mi nie pomogły. Myśląc tak jak myślę, nie muszę kombinować co z tym fantem zrobić.

Wróć do listy wątków działu Filozofia i światopogląd

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365