 |
Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » Filozofia i światopogląd
| Napisano | Autor | Tytuł | | 19-10-2007 20:48 | Jacek Tabisz (30006 punktów) | Chuć wiecznego istnienia
1 na 1 | O co naprawdę chodzi chrześcijanom? Czy rzeczywiście kochają swojego wymyślonego boga? Wydaje mi się że nie. Istotą religii chrześcijańskiej nie jest żadna koncepcja kosmologiczna, ani uwielbienie do wyimaginowanej istoty najwyższej. Jej sednem jest wiara w życie po śmierci, obiecywane na każdej ze stron ewangelii. Chrześcijan nie obchodzi jaki jest ich bóg. Oni pragną kontynuacji swojej egzystencji po jej wyznaczonym przez naturę czasie. Chrześcijaństwo nie jest religią miłości, w żadnym z możliwych do przyjęcia znaczeń tego słowa. Jest religią kontraktu głoszącego życie po śmierci. Dlatego też chrześcijanin nie wysłucha argumentów Dawkinsa mówiących o tym, że wizja świata z Biblii jest zupełnie niespójna z Rzeczywistością. Chrześcijanina to nie obchodzi. Chrześcijanin nie wysłucha też wyników analizy psychologicznej Jahwe, czy Jezusa. Nawet, jeśli usłyszy w tym wieść o potworach, chce żyć wiecznie. I dla tej swojej nadziei będzie fałszował świat, a gdy trzeba, ucieknie się do kłamstwa i przemocy. Dla przykładu przytoczę rozmowę z katoliczką, która niespodziewanie wyraziła krytyczną uwagę o kreacjonistach amerykańskich. Katoliczka: „Ale głupi ci kreacjoniści! Papieże już dawno zgodzili się na ewolucję.” Ja: „Z dwojga złego wolę kreacjonistów, gdyż są przynajmniej w jakimś sensie uczciwi. Widzą, że ewolucja w ostateczny sposób przeczy ich wierze.” Katoliczka: „Ależ to nieprawda! Papież przecież uznał ewolucję.” Ja: „Ale Jezus obok swej boskiej natury był też człowiekiem, czyż nie?” Katoliczka: „Oczywiście” Ja: „A zatem dlaczego obok niego nie zjawiła się ukrzyżowana ważka, trawa, gołąb i cała Arka Noego na krzyżach?” Katoliczka: „Co ty za bzdury pleciesz? Chrystus zbawił ludzi, nie trawę, czy zwierzęta, dlatego został ukrzyżowany w jego ludzkiej postaci”. Ja: „To znaczy, że tylko człowiek ma duszę?” Katoliczka: „Oczywiście” Ja; „A wiesz, że znaleziono neandertalczyka z fletem. Ciężko mi przyjąć, że istota grająca na flecie mogła nie mieć duszy. To głęboko nieetyczne” Katoliczka: „Jesteś racjonalistą, nie rozumiesz ludzi wierzących. Poza tym ewolucja to tylko teoria. Nie możesz przeciwstawiać logiki wierze” Ja: „Tu nie chodzi o racjonalizm, czy logikę. Uważam, ze uznanie jakiejś istoty za gorszą od siebie z uwagi na chęć wiecznego istnienia oferowaną przez jakieś pismo jest głęboko nieetyczne” Katoliczka: „To ty tak mówisz” Uważam, że jeśli zdefiniować religię jako uwielbienie do jakiejś nadprzyrodzonej mocy, to ciężko nazwać chrześcijaństwo religią. Chrześcijanie nie są bowiem zainteresowani swoim bóstwem, czy logicznością swych ksiąg. Oni pragną przeżyć swoją własną śmierć. Nic poza tym ich nie obchodzi. Dlatego, zwłaszcza katolicy, akceptują ewolucję i absurdalność większości biblijnych informacji. Choć nic się nie zgadza, oni wierzą. Z miłości do Boga? Nie... Z chuci wiecznego istnienia. Jak napisał intelektualista hiszpański Unamuno – „Jeśli zaś umieram, WSZYSTKO traci sens”. To jest doskonale uchwycone motto chrześcijan. Lecz owe motto zostaje na długo po zaprzestaniu wędrówek do kościoła. Gdy słyszę o transcendencji i metafizyce z ust osób, które porzuciły chrześcijaństwo przypuszczam, że to co najistotniejsze w chrześcijaństwie w nich pozostało. Proponuję zatem ćwiczenie. Niech każdy, kto odwiedzi tę stronę pomyśli i powie, co uważa o własnej śmierci. Wydaje mi się, że jest to najlepszy test na ateizm, czy też panteizm Eisteinowsko Dawkinsonowski. Zacznę ja – po śmierci nie zostanie nic z tego co było moją pamięcią i świadomością „ja”. Tak jak przed moim narodzeniem nie tworzyły tych zjawisk atomy, z których teraz się w 100% składam, tak samo będzie po mojej śmierci. Jestem z tego zadowolony, podziwiam to prawo natury, gdyż dzięki niemu jestem teraz i mogę odkrywać ten, zdecydowanie niemetafizyczny i nietranscendentny, ale za to prawdziwy, nie wynikający z moich żądz, świat. Chuć wiecznego istnienia nie dotyczy tylko chrześcijan, lecz wielu osób nie uważających siebie za chrześcijan. Tak jak chrześcijanom są w swej istocie obojętne pytania o ich boga, o historyczność biblii, czy o kosmologię, tak też i są wśród nich tacy, którym obojętnieje nawet znaczek firmowy „chrześcijaństwo”, lecz nadal zostają ze swą metafizycznotrancendentną pożądliwością. Objawy tego to kult egzystencji, kult tożsamości, atmosfera poczekalni w prawdziwym życiu, czyli brak dążenia do mądrości i poznania świata (również poprzez muzyczną estetykę, jak można to zobaczyć w dyskusji w dziale „kultura” - „nie wszystko jest muzyką”  . | Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
1 na 1 | Aleksandra Dencław (135 punktów) | > Proponuję zatem ćwiczenie. Niech każdy, kto odwiedzi tę stronę pomyśli i powie, co uważa o własnej śmierci.Nie wiem co mnie czeka po śmierci, ale nie wierzę w jakieś czyśćce, nieba, piekła. Może po prostu znikne, nie będę miała żadnego życia ani świadomości, nie wiem. To się okaże, nie mogę mieć żadnych przewidywań bo nic na ten temat nie wiem, nigdy nie umarłam  a przynajmniej jeszcze nie. Każda religia przewiduje jakieś zycie po śmierci, zawsze jest jakieś piekło i niebo, reinkarnacja czy inne metody prowadzenia dalszego życia, ale jakoś w to nie wierzę. Wszystko okaże się w chwili śmierci albo właśnie wtedy się nie okaże bo nie zostanie nic.
|
|
 | | Jacek Tabisz (30006 punktów) | Nie każda religia przewiduje życie po śmierci (dotyczy to całej triady - umysł, osoba, byt). Antyczni Grecy i Rzymianie bardzo często nie zakładali czegoś takiego, wiele szkół hinduizmu, zwłaszcza przed wybuchem XVIII wiecznej dewocji, spowodowanej słabością kraju(ów). Przypuszczam, że narodziny matematyki są właśnie związane z taką nieeskapistyczną wersją indyjskiej sankhji (czyli pojawienie się zera i algebry).
Fascynujące są dla mnie książki Dawkinsa i innych współczesnych biologów i chemików. Te najlepsze pokazują, że nie ma wyraźnej granicy między życiem i śmiercią (lecz proszę zrozumieć to nieeskapistycznie). Jak już gdzieś napisałem, replikatory powstały z krystaliczno - chaotycznych tendencji węgla (to moje przypuszczenie, choć pewnie pojawiła się już wnikliwa analiza tego zjawiska). Z kolei wirusy to znakomity przykład nieistnienia granic między tym, co moglibyśmy nazwać żywym, i tym co zwykliśmy nazywać martwym. Dawkins uważa, że wirusy narodziły się w tym samym czasie, kiedy pierwotne replikatory stawały się również bakteriami. Lecz wirus mógł równie dobrze wyewoluować z doskonałej, "drapieżnej" bakterii.
Mamy zatem w swoich głowach zbiór przekonań o naszej podmiotowości i o tym, że żyjemy. Ten zbiór przekonań jest być może w jakimś sensie bardziej legendą, metaforą, niż czymkolwiek innym, co mogłoby być nazwane obiektywnym faktem. Czytałem właśnie o osach, które czasem zachowują się jak bezmyślne maszyny, czasem zaś są całkiem sprytne. Innymi słowy - zupełne rozdwojenie jaźni. Niektórzy przypuszczają, że nasze małe skrzydlate kuzynki wyłączają swoje małe umysły, by oszczędzać na energii. Całkiem możliwe! Ja z kolei przypomniałem sobie, że gdy żona zmusi mnie do zmywania naczyń, niekiedy włączam kran, biorę zmywak i nagle "budzę się" przy czystych tależach. Czyż nie działam jak osa? Inna rzecz to nasza pamięć. Molekuły naszego mózgu podczas naszego życia wymieniają się prawie w 100%. Zatem pamięć mnie, gdy miałem naprzykład 7 lat mniej nie ma nic wspólnego z osobnikiem, który wówczas coś czynił i został zapamiętany. To raczej książka na temat tego osobnika (niezbyt obiektywna). Sam ten osobnik zaś w dużej mierze już przeminął (jeszcze dobitniejsze wrażenie mamy, gdy wspomnimy siebie jako 4, 5 latka). Z kolei 2-3 letnie dziecko które było kiedyś mną zostało zamordowane przez dalszy rozwój mojego mózgu. Gdy będę umierał, nie stanie się nic nowego. Pamięć moich bliskich o mnie nie będzie słabsza niż ta, którą żywię o sobie gdy miałem 4 lata.
Ogólnie zagadnienie pamięci bardzo mnie interesuje. Zaobserwowałem, że pamięć bardzo przeszkadza być kreatywnym. Piszę dużo wierszy i staram się używać metody zapominania, żeby nie powtarzać siebie samego. Zostaje sama rozwijająca sie umiejętność pisania, lecz nie posiada ona fabuły związanej z moją "tożsamością". Używając tej arabskiej metody (genialni autorzy jeszcze przedmuzułmańskich kasyd wspomnieli ją pierwszy raz) piszę niejako piórem śmierci. Cóż, gdy umrę, to pióro jedynie opadnie na piasek pustyni. Dziś mogę żywić nadzieję, że "exegi monumentum..." lecz po ustaniu aktywności mózgu pozostaną tylko zasiane przeze mnie memy, "mój" związek z nimi nie będzie silniejszy niż w przypadku złóż węgla jadących do Huty Katowice.
|
|
| michiko (596 punktów) | > Jestem z tego zadowolony, podziwiam to prawo natury, gdyż dzięki niemu jestem teraz i mogę odkrywaćW ten sposób także przejawia się chuć istnienia, choć wolę za E.Cioranem nazywać ją pokusą istnienia. Prawda jest dla nas nieosiągalna. Tworzymy więc urojone byty, aby w nich znaleźć oparcie i odsunąć bolesną świadomość nieuchronności końca. Przestać działać czyli przestać je tworzyć to cel nieosiągalny. Materializują się w postaci historii jednostki. W każdej chwili człowiek się ku niej zwraca, potęgując własne rozczarowanie i strach (a przez to kolejne byty), bo historia to dowód przemijania. Konkretny światopogląd nie ma znaczenia. Na takie "niedomagania" E.C. znalazł antidotum - to postawa żebraka: Nie lubi pracować i udowadnia to nie pracując. Ubóstwo jest warunkiem jego wolności, bo nie pragnie niczego posiadać. Pozostaje samo trwanie, nic więcej. Nie staje się "generatorem bytu". Czyż pisanie, w tym pisanie wątków, nie potwierdza istnienia owej chuci?
|
|
 | | Jacek Tabisz (30006 punktów) | Postawa żebraka skupionego na trwaniu jest moim zdaniem bardzo dobrym przykładem chuci wiecznego istnienia. Natomiast działanie, które Pani nazwała generowaniem bytów, jest dużo lepszym sposobem pominięcia tej żałosnej postawy. Choćby dlatego, że działając nie generuję SWOJEGO bytu. Wszystkie zwierzęta i rośliny, rozmnażając się płciowo, generują byty swojego potomstwa. Również w ewolucji kulturalnej mamy z tym analogię. Natomiast postawa zrezygnowanego żebraka jest dla mnie zwycięstwem chuci wiecznego istnienia nad czymś bardziej konstruktywnym i logicznym. Nie uważam, żeby byt był kluczem do czegokolwiek. Pisząc wiersze nie pragnę być sławny. Odczuwam zachwyt naturą. Jestem szczęśliwy z życia i ze śmierci, oraz z niewyobrażalnych dla mnie stanów egzystencji, które są być może udziałem jakichś pozaziemskich istot. Ja nie marudzę i nie mam ku temu powodu. Przepełnia mnie zachwyt płynący z Natury. Nie dbam o to, co się stanie z tym co robię. Jeśli jest dobre, da sobie radę beze mnie (a mnie napewno moim dziełkom zabraknie), a jeśli jest byle jakie, tym słuszniej zaginie. Naprawdę, nie pojmuję, jak może Pani wiązać skupienie na trwaniu z poskramianiem chuci wiecznego istnienia? Przecież to jak gaszenie ognia ropą naftową...! Być może Pani pogląd jest pokrewny Krishnamurtiemu, ale ja się z nim kompletnie nie zgadzam. Nie będę pisał dlaczego, bo nie wiem, czy zna Pani Krisznamurtiego. Jeśli tak, możemy pogawędzić i na ten temat. Pozdrawiam
|
|
|  | | less | > Odczuwam zachwyt naturą. >Przepełnia mnie zachwyt płynący z Natury. Niby poprawnie, ale... jesteś pod wpływem innego narkotyku niż chuć wiecznego istnienia. Ten egzaltowany i pretensjonalny zachwyt nad Naturą i całą resztą jest również kotarą rozpostartą nad ciemnymi obszarami istnienia. Nie rozgorączkowany zachwyt, ale cicha, spokojna, przemyślana, pozytywna i akceptująca zgoda przywraca równowagę. Niemniej, Ty jesteś znacznie bliżej harmonii ze światem niż uciekinierzy w zaświaty. Lubię Twoje wypowiedzi, są mi bliskie, choć nie lubię tego pretensjonalizmu, zwłaszcza w tamtym wierszu...hehe... Lubisz Dawkinsa, a tam (w Samolubnym genie) moim zdaniem jest klucz. Do rozwalenia kłamliwej platońsko-chrześcijańskiej metafizyki, do zniesienia pojmowania rzeczywistości poprzez niewłaściwie zbudowane fundamenty przedmiotu i podmiotu. To nie "człowiek" jest centrum, istotą, punktem wyjścia. "Człowiek" de facto nie istnieje, tylko poza samą nazwą. Tak jak nie istnieje "pies" czy "drzewo", to tylko złudne terminy. Istnieje nośnik, pojazd-maszyna przetrwania, zorganizowany zbiór cząsteczek-organizm, posiadający pewne ciekawe narzędzia z jeszcze ciekawszymi funkcjami i ich emanacjami (samoświadomośćJA). Ale nie opakowanie jest istotą bytu, nie narzędzia, nie ich funkcje (w tym Ja). Istotą jest to, co nośnik stworzyło poprzez ewolucję trwającą miliardy lat. Replikator. To one mają nas, a nie my ich. To one są podmiotem, a nie nośnik wraz ze wszystkimi funkcjami, w tym to złudne "ja" do którego tak sie przesadnie przywiązaliśmy poprzez kłamliwą metafizykę. I one, replikatory, triumfują wraz z każdą replikacją. I o to tutaj chodzi i wszystko gra. Opakowanie nie ma większego znaczenia (zwłaszcza jego destrukcja). Urealnienie podmiotu poprzez przesunięcie go z opakowania i jego funkcji oraz tychże emanacji na replikator rozwiązuje wiele spraw ( w tym i przemijania), ale to trudne w tak błędnie metafizycznej rzeczywistości. Leczyć się będziemy z tego długo.
|
|
| |  | -1 na 1 | Jacek Tabisz (30006 punktów) | Dziękuję! Bardzo piękna wypowiedź. Jako panteista zachwycający się naturą mogę tylko zazdrościć osobom, które są jeszcze bardziej obiektywne!  Ten obiektywizm jest dla mnie miarą prawdziwej mądrości. Jako efekt uboczny wędrówki genów jestem obarczony zachwytem. Jest to moja wartość naddana, mój pawi ogon, płynący z takiego, a nie innego układu genów. Muszę więc coś z nim zrobić, gdyż wyciąć się go już nie da. Wolę zatem myśleć o Naturze w jej jak najszerszym kontekście (z hiperwszechświatem i teorią strun włącznie). Przypuszczam, że posiadaczy pawich ogonów jest dużo więcej, dlatego tak ostro walczę z kultem egzystencji i "sandałów mędrca". Opierając się na własnych doświadczeniach wiem, że gdy już taki pawi ogon jest, trzeba go przed czymś rozwinąć. Nie pragnę tego robić przed samym sobą, przed narodem, cywilizacją europejską, czy ludzkością. Najbardziej ogólny obszar dla mojego pawiego ogona znajduje się na nocnym niebie i tuż obok. To kosmos, z jego drobną i wielką skalą. Oczywiście pawi ogon niekiedy bardzo przeszkadza w badaniach, narzucając niekiedy chęci subiektywne. Obok genów, o których tak wspaniale i odkrywczo pisze Dawkins zaczyna mnie coraz bardziej interesować chemia nieorganiczna. Badanie właściwości tlenu tłumaczy na przykład wiele rzeczy, które trudno byłoby zrozumieć siedząc tylko w chemii organicznej. Na przykład tlen jest jak proch strzelniczy dla tego, co zwiemy żywymi organizmami. Spotkałem się z bardzo przekonywującą teorią, że powstanie organizmów wielokomórkowych miało na celu obronę przed tlenem, ograniczenie płaszczyzn podatnych na utlenianie. Tlen tłumaczy też niezwykłą symbiozę mitochondriów z eukariotami. Nie będę na razie wnikał w to obszerniej, ale są to fascynujące tematy. Zajmujac się pierwiastkami i związkami chemicznymi nieuniknione jest pytanie o alternatywne replikatory i o popularność ich pojawiania się. Puszczając dalej wodze fantazji, można też zapytać o replikatory energetyczne, takie, które byłyby powielającymi się wyładowaniami energii w sercach gwiazd.
|
|
|  | | michiko (596 punktów) | Żebrak nie jest s k u p i o n y na trwaniu. On trwa. A to różnica. On nie kontempluje swojego trwania, nie musi - nie interesuje go żaden cel, który prowokowałby go do działania zarówno w sferze emocjonalnej jak i materialnej. Nie należy przypisywać mu żadnych wartości emocjonalnych, determinujących jego działanie.
|
|
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|