 |
Unamuno - apostoł chuci wiecznego istnienia Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » Filozofia i światopogląd
| Napisano | Autor | Tytuł | | 19-10-2007 21:10 | Jacek Tabisz (30006 punktów) | Unamuno - apostoł chuci wiecznego istnienia | Radość wątpliwości. Przeciw chuci wiecznego istnienia. (to mój kiedyś opublikowany esej, odpowiadam w nim na recenzję dzieła Unamuno, lecz i bez tej recenzji treść poniższego powinna być zrozumiała. Pisałem go w paszczy teistycznego lwa, więc musiałem ukrywać, a nawet trochę przeinaczać niektóre z moich poglądów, inaczej tekst nie doczekałby się druku - proste).
Artykuł Beaty Anny Pokorskiej "Agonia wątpliwości" poruszył temat, który wciąż do mnie wraca - w różnych lekturach, rozmowach z ludźmi i zdarzeniach. Na ile należy łączyć temat egzystencji z tematem boga? Bo przecież tylko w ten sposób wątpliwości natury religijnej mają w sobie coś z agonii. Ja słysząc słowo "wątpliwości" uśmiecham się i, o ile mam czas, popadam w stan przyjemnych rozmyślań. Nijak się ma ten mój stan z agonią, która dla osoby nie mającej skłonności masochistycznych z całą pewnością miła nie jest.
"Agonia wątpliwości" zaczyna się od cytatu z dzieła Miguela de Unamuno "Agonia chrześcijaństwa". "Czemu chcę wiedzieć, skąd przychodzę i dokąd zmierza wszystko co mnie otacza, i co to wszystko znaczy? Nie chcę bowiem wszystek umrzeć i chcę wiedzieć, czy muszę umrzeć ostatecznie, czy nie. A jeśli nie umieram - to co ze mną będzie? Jeśli zaś umieram - wszystko traci sens. Istnieją trzy możliwości: a) albo wiem, że wszystek umrę, a wtedy nieuleczalna rozpacz, albo b) wiem, że nie wszystek umrę, a wówczas rezygnacja i zgoda, albo c) nie mogę wiedzieć ani jednego ani drugiego, a wówczas rezygnacja w rozpaczy lub rozpacz w rezygnacji lub zrezygnowana rozpacz i walka". Beata Anna Pokorska stwierdza, zapewne nie bez racji, że Unamuno wybrał wariant c - 3. Podczas długiej i fascynującej teologicznej podróży, której początkiem jest powyższy cytat, autorka eseju potwierdza wartość agonii wątpienia, którą wybrał dla siebie Unamuno, życząc nam wszystkim - czyli także mnie - nie zgubienia jej nigdy. Kluczowym dla mnie punktem teologicznej podróży Pokorskiej jest przywołanie poglądu Schelera, który uznał, że wszyscy ze swej natury podlegamy aktom religijnym. Samo w sobie twierdzenie Schelera ma na tyle ogólną naturę, że ciężko mu zarzucić nieprawdziwość. Po prostu zależy od tego, co uznać za akt religijny. Jednak pogląd Schelera jest wsparty cytatem - "Agnostyk nie jest de facto niewierzącym, lecz jest kimś wierzącym w nicość, jest metafizycznym nihilistą". To zdanie jest prawdziwe jedynie wtedy, gdy mamy do czynienia z niewierzącym chrześcijaninem. Osobą, która nadal czuje moc obietnicy Zmartwychwstania, ale nie wierzy już w osobę Autora tej obietnicy. Niewierzący chrześcijanin zastępuje więc swoje miłosne uwielbienie jakie żywił dla Chrystusa miłosnym uwielbieniem dla braku Jezusa, czyli chrześcijańskiej nicości. Jest to chrześcijańska nicość, gdyż dla osoby prawdziwie nie będącej chrześcijaninem brak Jezusa jest pozbawiony znaczenia. Tak samo dla chrześcijan brak wiary w duchy zwierząt nie oznacza nicości, choć dla szamana jest to pewien problem, choć również nie oznaczający nicości. Na upartego można odnieść zdanie Shelera do szerzej pojętego teizmu, jednak tylko wtedy, gdy teistyczny Bóg obiecuje istnienie wieczne. Dla muzułmanina zdanie Schelera nadal pozostaje słuszne, ale już dla Izraelity z czasów Mojżesza takim by ono nie było. Jahwe, Bóg Izraela obiecywał bowiem życie dobre i prawe na tej starej, poczciwej Ziemi, którą - tak się składa - mam właśnie pod stopami. Izraelita stawiając w domu figurkę Baala nie znikał, ale narażał się na gniew Boży - co oznaczało plagę, najazd Babilończyków i inne nie miłe rzeczy. Nie dręczyła go zatem agonia wątpliwości, ale - jeśli już wierzyć Biblii, agonia mogła po prostu przyjść znad Eufratu. Dla wszystkich uczciwych deistów, ateistów, panteistów, holozoistów i politeistów zdanie Schelera i, zwłaszcza, końcowy wniosek Pokorskiej są nietrafne, świadczą też o pewnej dyskryminacji.
Unamuno w powyższym cytacie pisze - "Jeśli zaś umieram, wszystko traci sens". Tu nawiążę króciutko do artykułu Stefana Pastuszewskiego "To nie są imiona Boga" w którym autor pisze o pełzającym, horyzontalnym myśleniu osób opanowanych przez kulturę konsumpcyjną (szmal - sukces - seks) i przeciwstawia im wyznawców Boga, jako tych myślących wertykalnie, myślących lepiej. Na ile Unamuno w swym stwierdzeniu jest wertykalny? Przecież w zdaniu - "jeśli zaś umieram, wszystko traci sens", sens traci Bóg, jaki by nie był, sens tracą dzieci Miguela de Unamuno (o ile je ma), traci sens sztuka i filozofia, którą się Unamuno zajmuje. Pragnienie, w tym przypadku raczej "chuć" istnienia, przesłania Miguelowi de Unamuno wszystkie wartości. Czy młodzież konsumpcyjna nie jest jednak troszkę bardziej oderwana od Ziemi? Przynajmniej jest w stanie cieszyć się po swojemu światem bezwarunkowo, co zakładając jego Stwórcę, może mu być miłe. Dlaczego wojownik, jakim jest Miguel de Unamuno, będąc teistą, nie cieszy się Bogiem i jego dziełem? Czy gdyby Bóg powiedział mu - "daję ci 70 lat życia, w pięknym świecie, zrób z nim co chcesz - to wszystko" - Unamuno nie przyjąłby tego daru? Cóż jest wertykalnego w chuci istnienia przesłaniającej, być może, prawdziwe dzieło stworzenia i jego Autora? Czy życie, czy piękno świata, czy bliskie osoby, czy sztuka nie są darem, za który należy dziękować Bogu, o ile ten istnieje? Owszem - świat jest pełen cierpienia - ale kto je tworzy? Czy nie ludzie pokroju Unamuno dla których świat nie jest Darem, ale areną walki? Śmierć jest naturalna, choroby też - czy dzielenie się, bezbożną być może, chucią wiecznego istnienia pomaga upośledzonym przez los? Czy nie bardziej pomogłaby troska o ten, być może jedyny, świat? Zgadzam się z Pastuszewskim, że triada szmal - sukces - seks nie czyni świata bardziej dla ludzi gościnnym. Ale czy wartością proponowaną w zamian "młodym wilkom" ma być przydrożny krzyż? Z pewnością nie, jeśli zawiera w sobie wartości bliskie Unamuno. Cóż powiedziałby im Miguel - "(jeśli) wiem, że wszystek umrę, (to) wtedy nieuleczalna rozpacz"? "A co robisz teraz, o czym teraz wiesz, czego teraz pragniesz?" - zagad | Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
| Jacek Tabisz (30006 punktów) | "A co robisz teraz, o czym teraz wiesz, czego teraz pragniesz?" - zagadnęłaby może pusta dziewczyna wyłaniając się z połyskliwego Mercedesa, w który waliłoby dum - dum - dum, jako rozgrzewka przed bardzo zmysłowo zwierzęcą nocą. A jej pusty partner dbając o szmal dla siebie dzwoniłby w sprawie założenia w Pasikurowicach fabryki gum do żucia. I było by mniej w Pasikurowicach kalek bez opieki lekarskiej, byłoby mniej bezrobotnych bijących żony po spowiedzi w kościele. Może...
Oczywiście, wolałbym, żeby osoby w eleganckich Mercedesach były bardziej uduchowione. Po lekturze Camus patrzyłyby może poza karty listy płac, na ludzi stających za rzędami numerków. Po lekturze Tolkiena nie lokowałyby magazynów na miejsce 300 letnich buków. Beethoven opróżniłby z nich Ibizę a zaludnił nimi filharmonie. Niektórymi z nich... W końcu, gdyby nie książę Koethen nie znalibyśmy Bacha, a przecież przodkowie władyki nie zostali nobilami przez swoją świętość, tylko przez triadę szmal - sukces - seks... Wiadomo, że Habsburgowie pokonali inne koronowane rody nie za sprawą siły oręża, wiary, ale dzięki płodności swego rodu - Jagiellonowie byli bezpłodni, Habsburżanki mnożyły się jak króliki... To może źle, ale był przecież Wiedeń przełomu XVIII i XIX wieku, a w nim Mozart, Beethoven i Haydn. Wszystko po trochu też za sprawą seksu... I szmalu którzy mieli wiedeńscy mieszczanie, mogący sobie pozwolić na bilety do sal koncertowych. "Jeśli zaś umieram, wszystko traci sens" - oby jak najmniej ludzi tak myślało! Sztuka ma sens - V symfonia "Losu" ma sens, historia ma sens - gościnność Wiednia miała sens, człowiek ma sens o ile kocha Dar jakim jest świat i życie.
Duchowość nie sprowadza się jedynie do zagadek egzystencji. Mogę być uduchowiony nie stawiając na piedestale pytania - "na ile jestem, byłem i będę?". Mogę pisać wiersze nie będąc pewnym swojego istnienia, ani istnienia moich czytelników. Gdy spotykam się z odzewem wobec moich utworów, mogę przyjąć, że ten model sytuacji ma pewne cechy bytu. Reakcje na mój tekst wydają mi się na tyle autonomiczne, że przyjmuję je jako obce, nie będące mną. Nawet jeśli ktoś to wszystko śni, albo ja sam sobie wymyślam moich czytelników, to złudzenie jest na tyle silne, że nie wzbudza we mnie niepokoju. Jeśli ktoś mnie śni, to czyni to tak starannie, że czuję się prawdziwy. Jeśli wymyślam sobie innych ludzi, to de facto cierpię na schizofrenię, bo inni mają odmienne od mojej osobowości. Jednak ta schizofrenia nie jest chorobą, bo jestem pogrążony w niej tak głęboko, że nie widzę już zdrowego świata, z którym kontrastowałbym ku mojej zgubie, jak to się dzieje z normalnymi przypadkami tej przypadłości. Unamuno nie może jednak wybaczyć Kartezjuszowi, o którym pisze - "Złą stroną Kartezjuszowskiej "Rozprawy o metodzie"[...] jest [...] to, że chciał on rozpoczynając pominąć siebie samego, Kartezjusza, realnego człowieka z krwi i kości, który nie wszystek chce umrzeć, a pozostawiając czystego myśliciela, to znaczy abstrakcję." Dlaczego racjonalista, jakim był Kartezjusz, chciał pominąć Kartezjusza? Może dlatego, że nie pisał pamiętników, ale traktat filozoficzny. Kartezjusz był realnym człowiekiem z krwi i kości, ale chciał w "Rozprawie o metodzie" wydobyć siłę sprawiającą, że ta krew i te kości piszą "Rozprawę o metodzie". Bardzo niezręcznie połączył to z Bogiem, ale można przyjąć, że chciał w ten sposób nadać swoim poglądom ramy bardziej uniwersalne dla swoich współczesnych. W rękopisie pisał "bóg" z małej litery i starał się ukazać, że nie stał się ofiarą nawrócenia. Kartezjusz tworzył system, metodę i starał się udowodnić, że jest to metoda uniwersalna, wzór odnoszący się do wszystkiego. Unamuno znów daje dowód swojej idee fixe pisząc jednym tchem "realny człowiek z krwi i kości" i "nie wszystek chce umrzeć". Można by rzec, że istotą człowieczeństwa dla Unamuno jest chuć wiecznego istnienia. Przesłanki materialne skłaniają mnie do zupełnie przeciwnego wniosku. Istotą ewolucji jest chęć przetrwania organizmu i gatunku. Wszystko wskazuje na to, że człowiek odziedziczył to zwierzęce pragnienie. Na to nałożyła się ludzka umiejętność myślenia abstrakcyjnego, między innymi w długoterminowym czasie. Snując plany na przyszłość natrafia więc człowiek na mur jakim jest śmierć. Wzbudza to w nim lęk przenosząc właściwe dla zwierząt uczucie nagłego zagrożenia życia w sferę bardziej wyabstrahowanego, trwającego ciągle napięcia. Powoduje to u Unamuno refleksję, której ulega on równie bezgranicznie jak mysz zahipnotyzowana przez węża. Chuć wiecznego istnienia z punktu widzenia ewolucyjnego nie stanowi cechy szczególnie humanistycznej - jest spotęgowanym, pierwotnym zwierzęcym atawizmem. Dlatego nie należy stawiać znaku równości między "realny człowiek z krwi i kości" a "nie wszystek chce umrzeć".
Od "realnego człowieka" Unamuno znacznie mniej horyzontalna wydaje mi się osoba nie czepiająca się wymyślonych bogów z lęku przed śmiercią, ani też nie wpadająca w nihilistyczny paraliż znany z relacji mysz - wąż. Istnienie uczciwego teizmu wspominał tak pięknie obecny w marcowym "Akancie" święty Augustyn. Jako osoba wrażliwa i inteligentna mówił o bezwarunkowej miłości do Boga, niezależnie od tego, czy Bóg zapewnia zbawienie, czy też nie. Stąd Luter wysnuł protestancką doktrynę Łaski Bożej, co Kalwin posunął jeszcze dalej mówiąc o podwójnej predestynacji. Jednak, moim zdaniem, Augustyn nie był do końca uczciwy, gdyż gwoli pełnej miłości do jednego Boga powinien był porzucić religię, której głównym dogmatem jest Zmartwychwstanie. Jaki zatem może być prawdziwy i uczciwy teista? Wyobrażam sobie osobę wdzięczną za stworzenie świata i sam świat. Osoba ta stara się pojmować zasady rządzące światem z sympatią, bo przecież są one Dziełem Bożym. Na pytanie o śmierć teista może odpowiedzieć bez lęku. Bo widać Bóg uznał, że wieczność jest zła dla człowieka, a ograniczenie w czasie ludzkiego bytu - dobre. Teista zrozumie, że śmierć starych pokoleń daje wolność nowym pokoleniom ludzi.
|
|
 | | Jacek Tabisz (30006 punktów) | Teista zrozumie, że śmierć starych pokoleń daje wolność nowym pokoleniom ludzi. Śmierć bliskich jest tragicznym przeżyciem, ale też koniecznym, by zrozumieć, że wszystko się zmienia. Dla teisty śmierć ostateczna może być Darem, podobnie jak życie. Chuć wiecznego istnienia może pojmować teista jako bezbożną pogardę wobec Dzieła Stworzenia. Oczywiście, osoba wyrosła w tradycji chrześcijańskiej może uznać taki teizm za wyjątkowo nieatrakcyjny. O odczuciu "nieatrakcyjności" stanowi tu interesowność chrześcijaństwa, interesowność wirtualnie sycąca zwierzęcą chuć istnienia. Jeśli chrześcijanin w swej religii rzeczywiście wielbi Boga, czyli czyni to bezinteresownie nie lękając się śmierci ostatecznej, wspomniany teizm wyda mu się znajomy. Ważne jest to, że śmierć u prawdziwego teisty nie wzbudza myśli, które wyraził Miguel de Unamuno. Jest Darem - teista będzie starał się zrozumieć dobro w niej zawarte, tak jak rozumie dobro miłości i piękna. Teista nie będzie myślał o raju, lecz o istotności granic czasowych swojej egzystencji - "dlaczego jest to dobre, czym mnie to wzbogaca?". Jeszcze bardziej obco od prawdziwego teisty poczują się czytając poglądy Unamuno panteiści i holoiści. Wierząc w życie, nawet w życie prostych atomów, nie myślą oni w kategoriach "agonii zwątpienia". Myślą oni w kategoriach świętej Zmienności Świata, która składa się z pauz i dźwięków, ognia, powietrza, wody i bezkresu. A uduchowienie? Czy Heraklit nie był uduchowiony i wertykalny? Czy Leśmian, czy Giordano Bruno pełzali? Jeśli oni pełzali, to co czyni Unamuno? Jeszcze raz - "jeśli zaś umieram, wszystko traci sens" - mówi nasz wojownik. Jaką wartość duchową ma chuć Miguela wobec Heraklitowej rzeki, wobec gwiazd Giordana, wobec Malinowego Chruśniaka? Pokorska przywołuje w agonii wątpliwości poglądy Paula Tilicha dotyczące natury męstwa w podejmowaniu aktu zwątpienia. "Moment religijny dany jest w trwodze z jednej strony, wraz z jej niewytłumaczalnością i nieredukowalnością, z drugiej zaś z jej rozciągłą na całość życia nieograniczonością (wszystko jest możliwe, tzn. staję w obliczu nicości)". Cóż to znaczy dla holoisty, bądź panteisty? Klasycznym przejawem momentu religijnego u panteisty jest rzecz jasna poczucie zjednoczenia się z Żywą Naturą. Można się zgodzić z rozciągłością momentu religijnego u panteisty. Lecz trwoga nie jest tu obecna. Bo czy ryba zanurzająca się w wodzie czuje trwogę? Osoba pokroju Miguela de Unamuno mogłaby dopatrzyć się trwogi w roztopieniu się jednostkowego "ja" panteisty w Naturze. Jednak nie jest to trwoga - po pierwsze panteista roztapia się w mozaice równorzędnych elementów będąc wciąż jednym z nich, nie staje więc przed luterańskim "nagim absolutem". Po drugie panteista wie, że jego moment religijny jest tylko potwierdzeniem jego harmonijnej wizji świata. Skąd zatem Tilichowa trwoga? Tłumaczy ją zdanie w nawiasie - "wszystko jest możliwe, tzn. stoję w obliczu nicości". Ani panteista, ani holoista nie stają w obliczu nicości doznając momentu religijnego. Panteistę utwierdzają w istnieniu kwiaty, ptaki i drzewa; holoistę - nawet grudka ziemi. Oczywiście, chrześcijanin może pomyśleć - "ale przecież nie utwierdzają tych osób w ICH istnieniu!". Tym razem odpowiem pytaniem - "skąd ten egotyzm?". Panteista mówi "istnienie", chrześcijanin "MOJE wieczne istnienie"... Która z tych postaw jest bardziej wertykalna? W tym kontekście nie dziwi błąd Tilicha, który pisze "moment religijny". Powinien był napisać "chrześcijański moment religijny". Nie dziwi też egotyzm Unamuno, który pisze "jeśli zaś umieram, wszystko traci sens". Nie ma w tym zdaniu zagadnienia śmierci matki, syna, czy też żony... Chuć dyktuje wyraźnie - MOJE istnienie...
Z jednym zdaniem Miguela de Unamuno w pełni się zgadzam - "Prawdziwi ateiści są do szaleństwa zakochani w Bogu". Jednak wyraziłbym to jeszcze dokładniej - "apandeteiści są do szaleństwa zakochani (miłość oznacza relację "do kogoś" nie tylko "do siebie")". Przede wszystkim postępowanie apandeteistów cechuje szczerość i bezinteresowność. Nie są oni zakochani w Bogu, Naturze, Czymś dlatego, że to do czego kierują swoją miłość wirtualnie gasi chuć wiecznego istnienia. Po prostu są zakochani - prawdziwa miłość nie ma przyczyny. Apandeteiści odkrywając świat odczuwają radość i miłość. Miłość adresowana jedynie do siebie nie jest miłością, lecz duchowym onanizmem. Znów - "jeśli zaś umieram, wszystko traci sens"... Wciskam to zdanie gdzie bądź, bo fascynuje mnie jego egotyczny prymitywizm. Tak z pewnością nie powie osoba kochająca cokolwiek poza sobą. Jeśli nie Boga - choćby rybki w akwarium. Ktoś je musi dalej karmić, gdy nie stanie Miguela de Unamuno... Swój artykuł kończy Beata Anna Pokorska używając przeróżnych zwrotów. Ostateczny sens naszego człowieczeństwa... Konfrontacja czyli agonia... Własna droga do krainy ostatecznego Wschodu... Czy sens człowieczeństwa jest ostateczny? Czy jedyną rzeczą go determinującą jest pytanie o egzystencję wieczną, lub o nihilizm? Czy poza pragnieniem istnienia nie ma innych wartości? Czy muszą istnieć "zaświaty", ostateczny Wschód? Czy ich pożądanie nie jest bluźnierstwem, o ile Bóg istnieje? Czy konfrontacja człowieka z Drogą do Dzieła jest agonią? Te wszystkie pytania mogą się wydać niepotrzebne, jeśli przyjmie się chuć Miguela za wartość najwyższą. Dla mnie jest to jedynie prymitywny atawizm oddalający osobą go czującą od jakichkolwiek wartości wyższych. Zawsze byłem przekonany, że zanim zacznie się szukać bogów i istoty człowieczeństwa, trzeba poskromić tę chuć wiecznego istnienia. Jest ona bowiem podobna do alkoholizmu. Alkoholik przepojony swym nałogiem będzie wciąż myślał o wódce i wszędzie szukał tej wódki. Nie ważne, czy będzie na Księżycu, u Papieża, czy w trakcie nalotu dywanowego. Taka jest istota patologii uzależnienia. "Realny człowiek" Miguela jest identycznym nałogowcem. Wszędzie chce zaspokoić chuć wiecznego istnienia, nie zastanawiając się nad istotą tej potrzeby, ani nad jej skutkami - nie sądzę
|
|
|  | | Jacek Tabisz (30006 punktów) | Wszędzie chce zaspokoić chuć wiecznego istnienia, nie zastanawiając się nad istotą tej potrzeby, ani nad jej skutkami - nie sądzę by ktokolwiek piszący tak jak Unamuno na wstępie zniósłby nieśmiertelność. "Realny człowiek" wszędzie będzie szukał butelki z antidotum na zwierzęcy lęk. Jeśli znajdzie się przed Bożym Tronem - nie zauważy on Stwórcy, palce "realnego człowieka" będą szukać nerwowo na posadzce działki fałszywej pewności na ten dzień. I gdy wreszcie "realny człowiek" wstrzyknie do swoich żył heroinę Zbawienia, być może łaskawy Bóg (o ile istnieje i jest łaskawy) pozwoli mu przedawkować. Artykuł Pokorskiej, poza zupełną dla mnie obcością jego treści, jest znakomity - wzbudził we mnie mocną chęć dyskusji. Oczywiście życzenie autorki - "obyśmy nigdy tej agonii [zwątpienia - J.T.] nie zgubili", muszę z żalem odrzucić. Wątpienie jest radością, jest Darem od Boga (o ile ten istnieje). Moje życzenie jest bardziej przyziemne - życzę wszystkim wierzącym i niewierzącym chrześcijanom więcej pokory. Oby mogli być bliżej świata, ludzi, i może nawet Boga, o ile ten istnieje...
|
|
| |  | 1 na 3 | diogenes (42753 punktów) | >Wątpienie jest radością,...
gratuluję dobrego samopoczucia,...wątpiący kartezjusz otarł się o przerażenie, szaleństwo...jeśli nie wątpiłeś bardziej niż on (a tylko takie wątpienie wchodzi t e r a z w grę), obawiam się, że mylisz wątpienie, o jakie chodzi w filozofii, z jakąś przelotną radością...
>...jest Darem od Boga (o ile ten istnieje).
a jeśli nie istnieje? to co? po co fakt wątpienia motać w jakieś urojenia? po co to salto w zaświaty, w tradycję? wracając do kartezjusza (nawiązuję do niego jako do mistrza wątpienia, choć równie dobrze można by nawiązać do niektórych fenomenologów): na dnie jego wątpienie nie było boga. dopiero potem musiał go sobie dowodzić, co już jest inną historią...
>życzę wszystkim wierzącym i niewierzącym chrześcijanom więcej pokory. Oby mogli być bliżej ... Boga, o ile ten istnieje...
moment,... to jakaś dziwna figura retoryczna. powiedzmy że życzę komus czegoś, o istnieniu czego nie byłbym pewny. np. życzę ci szczęścia, o ile ono istnieje,...w pewnej sytuacji (mianowicie w tej, kiedy warunek ów nie jest spełniony) znaczy to życzyć komuś zdrowia na łożu śmierci. moim zdaniem lepiej więc nie formułować takich sądów. a ludziom życzyć tylko tego, w co trudno wątpić...mało tego jest w życiu...
|
|
| | |  | | Remigiusz Fajfer | >moment,... to jakaś dziwna figura retoryczna. Odpowiedź mój drogi jest prosta: Albo J.T. się nawraca, albo miałeś do czynienia ze spiskowcem, który na tej stronie wchodził między wrony, dużo krakał, a gdy zdobył publikę, dąży do oświecenia.
|
|
| | | |  | | Jacek Tabisz (30006 punktów) | Szanowny Panie Remigiuszu. Piszę w powyższym artykule o tym, że chrześcijanie i egzystencjaliści są ludźmi nieetycznymi, że ich jedyną aspiracją jest przedłużenie swojej egzystencji poza naturalny limit. Nie jestem teistą! Moja figura retoryczna pokazuje, że nawet przy normalnych teistach, którzy wierzą w jakiegoś wymyślonego boga chrześcijanie są nędznymi narkomanami żądzącymi się panicznym lękiem przed śmiercią. Na nic się nie nawracam. Rozumiem, że poglądy chrześcijańskie są Panu bliskie. W tym artykule zwracam się do takich jak Pan - wy wcale nie kochacie swojego boga (który i tak nie istnieje). Są wam obojętne poczynania Jahwe, Jezusa, czy Ducha Świętego. Nie obchodzi was prawdziwość Biblii (nieprawdziwej w rzeczywistości), nie obchodzi was sensowność jej kosmologii (i tak fałszywa). Chcecie żyć, przeżyć własną śmierć. Tyle chcę wam powiedzieć. Ten artykuł, przemycony jednym z was (przez co zakonspirowany) ma wam pokazać absurdalność i ochydę twierdzenia "gdy zaś umieram, wszystko traci sens". Mało znam równie wstrętnych wypowiedzi. To ma być religia miłości...? Pomijam już fakt, że jest nieprawdziwa, ale wasza chuć wieczności - co to wogóle jest...? W co wy próbujecie wierzyć?
|
|
| | | | |  | | Jacek Tabisz (30006 punktów) | Unamuno nie może jednak wybaczyć Kartezjuszowi, o którym pisze - "Złą stroną Kartezjuszowskiej "Rozprawy o metodzie"[...] jest [...] to, że chciał on rozpoczynając pominąć siebie samego, Kartezjusza, realnego człowieka z krwi i kości, który nie wszystek chce umrzeć, a pozostawiając czystego myśliciela, to znaczy abstrakcję." Dlaczego racjonalista, jakim był Kartezjusz, chciał pominąć Kartezjusza? Może dlatego, że nie pisał pamiętników, ale traktat filozoficzny. Kartezjusz był realnym człowiekiem z krwi i kości, ale chciał w "Rozprawie o metodzie" wydobyć siłę sprawiającą, że ta krew i te kości piszą "Rozprawę o metodzie". Bardzo niezręcznie połączył to z Bogiem, ale można przyjąć, że chciał w ten sposób nadać swoim poglądom ramy bardziej uniwersalne dla swoich współczesnych. W rękopisie pisał "bóg" z małej litery i starał się ukazać, że nie stał się ofiarą nawrócenia. Kartezjusz tworzył system, metodę i starał się udowodnić, że jest to metoda uniwersalna, wzór odnoszący się do wszystkiego. Unamuno znów daje dowód swojej idee fixe pisząc jednym tchem "realny człowiek z krwi i kości" i "nie wszystek chce umrzeć". Można by rzec, że istotą człowieczeństwa dla Unamuno jest chuć wiecznego istnienia .
Proszę jeszcze raz się temu przyjrzeć Panie Diogenesie.
|
|
| | |  | | Jacek Tabisz (30006 punktów) | Szanowny Panie Diogeniesie - minus za rozumienie słowa pisanego (zaraz go wstawię). W tym artykule BRONIE WATPIENIA KARTEZJANSKIEGO. Czy tego nie widać? Moja prywatna opinia na jego temat nie jest aż tak życzliwa, ale w gronie chrześcijan i (lub)egzystencjalistów (zapewne 98% wykształconych Polaków) warto bronić nawet takich niepewnych promyków wątpienia. Wstawiam minus, bo zdecydowanie Pan na niego zasłużył.
|
|
| | | |  | | Jacek Tabisz (30006 punktów) | Jeszcze raz - tytuł topiku brzmi: "Unamuno - apostoł chuci wiecznego istnienia". Chrześcijanom i egzystencjalistom przedstawiam w nim choćby postawę teistyczną (nie tylko), w której czczona najwyższa istota nie jest OBietnicą Zmartwychwstania. Są teiści, nie ma zmartwychwstania. Stąd metafory... Już nawet przy takim hipotetycznym teizmie postawa chrześcijan i egzystencjalistów jest czymś niegodnym i absurdalnym. Nigdzie w tym eseju nie piszę o moich poglądach, bo gdybym napisał o panteizmie Eistanowskim, nie przeszedłbym cenzury redakcji pisma.
Unamuno pisze o Kartezjuszu, jakoby zapomniał on o sobie, czyli Kartezjuszu z krwi i kości, który winien (podobnie jak Unamuno) krzyczeć: "jeśli zaś umieram, wszystko traci sens". Oczywiście, w tym momencie ująłem się za Kartezjuszem, u którego jednakże widzę (ale nie w eseju, nie pisałem go o wszystkim) ubóstwienie rozumu, które jest dużo mniejszym zatarciem rzeczywistości, tym nie mniej nie pozwala jej badać, bo jak piszę w "Racjonalizm religią", naszym umysłem rządzą ograniczenia rodem z sawanny, gdzie ostatecznie wyewoluowały nasze zmysły i NASZ STYL MYŚLENIA. Nasz styl myślenia również nie jest żadnym bogiem.
Gdyby istnieli teiści nie wierzący w życie po śmierci i nie stawiający go na najwyższej pozycji w swoich poglądach, nic nie powinno im przeszkadzać w widzeniu świata takim, jakim jest. Bowiem nasz świat, dzięki nauce rośnie i staje się wciąż wspanialszy. Zatem tacy bezinteresowni teiści doszliby w końcu do wniosku, że natura, taką jaką jest w świetle nauki, jest "bogiem". Wtedy ów "bóg" to tylko słowo świadczące o zainteresowaniu naturą i radości z tego, że jest się jej częścią.
|
|
| | | |  | 1 na 1 | diogenes (42753 punktów) | >W tym artykule BRONIE WATPIENIA KARTEZJANSKIEGO. Czy tego nie widać?
robisz to w tak niekartezjański sposób...
|
|
| | | | |  | | Jacek Tabisz (30006 punktów) | Nie wiem, w jaki sposób to robię. Po prostu nie zgadzam się, ze sprowadzeniem Kartezjusza do zlęknionej śmierci "owieczki bożej" z krwi i kości, która "jeśli zaś umrze, wszystko traci sens". Unamuno uważa, że tego tak naprawdę dotyczyło wątpienie Kartezjusza, ja zaś uważam, że było to wątpienie poznawcze, nie zaś egzystencjalne. W katechizmie katolickim głównym wyróżnikiem człowieczeństwa jest lęk przed śmiercią, zatem Ci ludzie nie wyobrażają sobie, że ktoś może wątpić z ciekawości, z chęci poznania, a nie ze łzami wyczekując raju.
|
|
 | 2 na 2 | diogenes (42753 punktów) | >Istotą ewolucji jest chęć przetrwania organizmu i gatunku.
podejrzewam, że chęć przetrwania jest raczej pewnym inwariantem ewolucji. to nie ona ewoluuje, lecz techniki realizacji owego przetrwania: człowiek robi to na swój sposób, kryształ na swój, wirus i cała reszta na swój sposób. dlatego nie wartościowałbym tej potrzeby (analogia do czci, jaką buddyzm obdarza wszystkie czujące istoty). teraz widzę, że taki pogląd zbliża się do koncepcji woli, jaką głosił schopenhauer. ale w tej chwili ...mniejsza o to.
>Wszystko wskazuje na to, że człowiek odziedziczył to zwierzęce pragnienie.
pragnąc żyć (w poszczególnych aktach tego pragnienia) nie mam poczucia, że dzielę je z dżdżownicą czy kałamarnicą...to tylko sugestia, której źródła są na tyle mętne, że wolałbym ich nie włączać do fundamentalnego opisu tego, co przeżywam. to, mówiąc językiem pewnej tradycji, nie jest kartezjańskie, czy tez nie jest fenomenem w sensie np. husserla. w każdym razie nie jest czymś bezpośrednim.
>Snując plany na przyszłość natrafia więc człowiek na mur jakim jest śmierć.
przyjmujesz bardzo tradycyjną, naiwną wręcz koncepcję śmierci jako czegoś, co czeka nas w przyszłości. nie ustrzegł się tej naiwności również heidegger określając człowieka jako byt-ku-śmierci. to, co czeka nas w przyszłości jest wyobrażane jedynie na podstawie tego, co spotyka nas tu i teraz. śmierć jest tu i teraz. oczywiście nie mam na uwadze śmierci w znaczeniu medycznym jako śmierci biologicznej organizmu. nie wchodząc w szczegóły można rozważyć inne jej ujęcia, nawet (jesli o mnie chodzi)bardziej przekonywujące niż ten. porównaj np. dogena.
>Wzbudza to w nim lęk przenosząc właściwe dla zwierząt uczucie nagłego zagrożenia życia w sferę bardziej wyabstrahowanego, trwającego ciągle napięcia.
pogląd na tyle naiwny, że nie warto o nim tu dyskutować. wystarczy udać się na byle jaką stypę...
|
|
|  | 1 na 1 | Jacek Tabisz (30006 punktów) | Co do istoty ewolucji i uwag o zwierzętach nie mam w tym eseju racji. Motorem ewolucji są geny, nie zaś dobór gatunkowy, czy jednostkowe organizmy. Organizmy to tylko powłoki na gen, przynajmniej w sensie tego co trwałe. Tak więc wstawiam Panu plusa za słuszne i owocne dla innych spostrzeżenie  Jakie jest owo poczucie chuci wiecznego istnienia i gdzie ono się znajduje, to nie są dla mnie rzeczy istotne. Ważne, że jest, dając smutne świadectwo głupoty, egoztyzmu i ciemnoty... Jak doskonale widać po przytaczanych przeze mnie wypowiedziach Unamuno i innych "humanistów", chuć sprawia, że cały świat musi być do niej odpowiednio skrócony, wygięty i dopasowany. Co tam zresztą świat? Nie ma go. Liczy się Człowiek, który "gdy zaś umrze, wszystko traci sens". Wypływa to z Jedynie Słusznej Zdaniem Humanistów Tych Religii, czyli chrześcijaństwa. Opisując chuć, zakładają, że każdy ją ma, nie starając się nawet wyjść poza chrześcijaństwo i (lub) egzystencjalizm. Tymczasem chrześcijaństwo ze wszystkich religii najbardziej żeruje na tej chuci. Chuć wiecznego istnienia jest istotą chrześcijaństwa, nie zaś jakaś kosmologia, wyobrażenie bóstwa, czy mityczna historia. Chrystus jest chodzącą gwarancją życia po śmierci, on JEST tym życiem, ja z lubością, oblizując wargi, mawiają chrześcijanie. Gdy pokazujemy chrześcijanom, że w świetle ewolucji, kosmologiii, geologii ich religia nie ma żadnego sensu, gdy pozkazujemy, że miejsca gdzie bywał w ewangealich Jezusa wogóle nie istniały, że Dziewica Maria to błąd przy rozumieniu hebrajskiego, ich to nie obchodzi. Większość chrześcijan akceptuje ewolucję, tak jak papież, godzi się z tym, że większość ich dogmatów oparta jest na błędach kopistów i tłumaczy, nie dziwi ich kompletan nieznajomość rzeczywistości samego Jezusa, który mawia naprzykład - "spójrzcie na ptaki, nie sieją nie orzą, a są szczęśliwe". Tymczasem ptaki zajmują się łowiectwem i zbieractwem, podobnie jak ludzie przez większość swojej historii. Nie wspomnę o mrówkach, którym Jahwe nie podesłał siebie w formie ukrzyżowanej Mrówki, a przecież mrówki sieją i orzą. Chrześcijań takie rzeczy nie obchodzą. Ich nie interesuje Chrystus, czy położenie Betlejem. Oni "jeśli zaś umrą, wszystko traci sens".
|
|
| |  | | Jacek Tabisz (30006 punktów) | Dodam, że mam dużo życzliwsze zdanie o zwierzętach niż w zamieszczonym tu eseju. Ja też jestem zwierzęciem, więc siłą rzeczy... Jak uprzedzałem, jest tu wiele niedociągnięć, ale nie o to chodzi. Pragnąłem zaprezentować stadium chuci, która bynajmniej nie jest niczym wyjątkowym.
|
|
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|