 |
Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » Filozofia i światopogląd
| Napisano | Autor | Tytuł | | 07-02-2003 23:40 | Lukasz | Po co nam kultura? | Odnośnie tekstu Lecha Brywczynskiego "Po co nam kultura, czyli Saska recydywa" www.racjonalista.pl/kk.php/s,2228Niestety wciąż bardziej skłaniam się do poglądów p. Winieckiego (artyści-lepperyści). Istotą sprawy jest pytanie, czy wydawać pieniądze podatników na finansowanie rzeszy miernot w poszukiwaniu geniusza czy arcydzieła, które z definicji są rzadkością? Czy stać nas na to? Wybitni obronią się sami, a jedyna droga "wyrównywania szans" w kulturze, jak i w innych obszarach, to wzrost zamożności obywateli aby stać ich było na np. "literackie hobby". Autor straszy utratą tożsamości w UE, o ile nie dofinansujemy mitycznej kultury. Cóż, np. o.Rydzyk straszy utratą katolickości. Ale on przynajmniej opiera swą działalność na dobrowolnych składkach swoich mecenasów, a nie wkłada ręki do mojej kieszeni. |
| Piotr | Bardzo interesujący tekst. Z tym, ze w pierwszej polowie nieudany, bo autor zupelnie nie rozumiejąc prof.Winieckiego próbuje (słabo stylizując się na Michalkiewicza) mu dokopać. Dla mnie tekst Winieckiego jest zrozumiały i - żeby było najlepsze - tak naprawdę pochodzi z tej samej strony barykady, co tekst Brywczyńskiego. To jest najbardziej zdumiewające. Brywczyński powinien poza tym poczytać o genetyce i memetyce.
|
|
 | | Mariusz Agnosiewicz | >Istotą sprawy jest pytanie, czy wydawać pieniądze podatników na finansowanie rzeszy miernot w poszukiwaniu geniusza czy arcydzieła, które z definicji są rzadkością? Czy stać nas na to? Nie stac nas na radykalna zapasc nauki i kultury, to zabojstwo dla spoleczenstwa zapatrzonego jedynie w krotkofalowe cele socjalne, które się dobrze sprzedaja jako material demagogiczny. Takie same obawy maja polscy naukowcy. Przytocze moze fragment listu jednego z nich, mlodego naukowca, tzn. studenta, który wlasnie konczy studia i bedzie rozpoczynac przewod doktorski i prace naukowa w dziedzinie neurobiologii. Warto zauwazyc, ze on rowniez laczy dwie sprawy: kulture i nauke: "Czy nasi naukowcy nie zaczną odpływać na Zachód w związku z pieniędzmi jakie idą tam na naukę? - Oczywiście, że będą, już to robią! Jest to jedna z tych bardziej irytujących mnie spraw, ale co do tego mam bardzo pesymistyczne nastawienie. Polskie społeczeństwo niestety zupełnie nie kapuje, że pieniądze wkładane w naukę, zawsze się zwracają; tyle że po jakimś czasie - zawsze będzie wolało przeżreć wszystko, co można uzbierać w budżecie, zawsze są jacyś emeryci, górnicy, którym "się należy". Rozumiem, że "emeryt też człowiek", ale . . . W ogóle muszę Ci powiedzieć, że jestem osobą, która uważa, że jedyny na prawdą sensowny, oddziałujący "na długą metę" środek walki z zabobonami tkwi w rozwoju i propagowaniu rzetelnej wiedzy naukowej. Dlatego każdy rząd w tym kraju, który obcina wydatki na naukę i kulturę jest dla mnie proklerykalny, chociaż z pozoru można sądzić, że nie ma to związku. Sprawa podejścia do nauki i uciekania stąd świetnych umysłów wydaje mi się jednym z największych i jednocześnie najmniej dostrzeganych problemów, problemów o których znaczna większość polskiego społeczeństwa albo w ogóle nie ma pojęcia, albo nie chce wiedzieć. I, moje zdanie na ten temat i cały punkt widzenia nie jest tylko moim "partykularnym" interesem z uwagi na moje prywatne zainteresowania, ale kwestią, wyjątkowo dzisiaj ważną - w końcu co może zdziałać poważnie traktowana nauka widać na przykładzie Finlandii, która dzięki dynamicznemu rozwojowi nauki i inżynierii stała się silnym gospodarczo państwem w którym żyje się świetnie nie tylko ze względu na piękne krajobrazy. Podobnie rzecz się ma z Irlandią." Zgadzam sie z nim w pelni, a mowienie o tym ze nas na to nie stac jest nieadekwatne do tego jakie srodki sa to proporcjonalnie do innych wydatkow (dlugofalowo znacznie mniej istotnych dla spoleczenstwa niż nauka i kultura) - przy stosunku wydatkow na inwestycje w kapital ludzki do wydatkow na "przezeranie" i lozenie na grupy spol., które maja silne lobby, to jest smieszne, zadnego porownania. Kilka lat temu pisalem troche o tym w pracy o problemach spolecznych (za ktora nota bene zostalem wyrozniony przez dziennik Rzeczpospolita), sadze, ze po kilku latach te uwagi w pelni zachowuja aktualnosc: "Postęp organizacyjno-techniczny, zdolności adaptacyjne do nowych sytuacji, kreacja nowych rozwiązań biorą się nie tylko z napływu kredytów, importu technologii i zakupu licencji, lecz także z inwestycji w kapitał ludzki. To one nadają sens inwestycjom w kapitał rzeczowy i określają możliwości ich efektywnego spożytkowania. Kapitał ludzki powiększają m.in.studia. Nasze statystyki nie są tutaj zachęcające: wśród osób między 25-64 rokiem życia wyższe wykształcenie ma 13% (średnia dla krajów OECD-22%, Kanada-47%, USA-32%, Skandynawia-33%)[15]. Ze względu na koncentrację wydatków na socjalną część polityki społecznej, pogorszyły się wszystkie wskaźniki nakładów na sferę, dzięki której polityka społeczna promuje rozwój gospodarczy. Tylko w latach 1989-1994 prawie sześciokrotnie zmalały nakłady na naukę. I obecnie są na poziomie 0,47% PKB. W przyszłorocznym budżecie wydatki na tę dziedzinę prawdopodobnie wzrosną o ok.5%, lecz jak ma się parę procent do prawie sześciuset? W tych latach (1989-94) nakłady na szkolnictwo wyższe spadły dwukrotnie, na oświatę i wychowanie tyleż samo, na ochronę zdrowia o prawie 35%, na kulturę - pięciokrotnie[16]. Należy tu jeszcze dodać, że skoro już przeznacza się nakłady na jedną dziedzinę kosztem drugiej, to należy pieczołowicie pilnować aby pieniądze te były spożytkowane optymalnie (ukierunkowanie na tych rzeczywiście potrzebujących). Nie ilość świadczeń ale ich właściwe rozporządzenie świadczy o jakości polityki socjalnej państwa. "Błędnie adresowane świadczenia społeczne pokrywane z pieniędzy podatników to jedno z najcięższych przewinień, jakie w stosunku do zasad polityki społecznej mogą popełnić ci którzy się nią zajmują"[17]. Poza tym zbytnia rozbudowa państwowej polityki społecznej może zagrażać motywacji do pracy i zachęcać potencjalnych beneficjantów do nadużyć i symulowania. Pieniądze od państwa powinien otrzymywać ten, kto rzeczywiście nie potrafi sobie pomóc. Dotyczy to zarówno młodzieży jak i samotnych matek i niepełnosprawnych. Państwo może jedynie dopomóc wrócić do pracy: zapewnić indywidualne poradnictwo, przeszkolenie, opiekę nad dziećmi, w wyjątkowych tylko warunkach dać miejsce pracy. (...) Inwestycje w człowieka należy jeszcze odnieść do obecnej dynamiki demograficznej. W ciągu najbliższych paru lat w dorosłe życie będzie "wchodził" wyż demograficzny. Obniżenie tempa wzrostu nakładów poniżej tempa wzrostu ludności stwarza zagrożenia gospodarczo-społeczne, a do zrównoważonego wzrostu powinna być zachowana pewna nadwyżka inwestycji w kapitał ludzki ponad inwestycje w kapitał rzeczowy. Z tego właśnie względu niepokojące jest obniżenie w ciągu ostatnich lat nakładów na naukę, oświatę, wychowanie i zdrowie. Wyż demograficzny ma również swoje dobre strony. Istnieje ważna zależność między strukturą demograficzną społeczeństwa, oszczędnościami i inwestycjami oraz wzrostem gospodarczym: ludzie młodzi więcej oszczędzają niż ludzie starsi, którzy raczej konsumują wcześniej zgromadzone oszczędności. Więc obecny wyż musi być właściwie "spożytkowany""
|
|
|  | | Mariusz Agnosiewicz | Pewnie, mozna gardzic sprawami kultury, gardzic tymi partaczami, co probuja cos tworzyc, ale rozbijaja sie na problemach egzystencjalnych, ale należy sobie zarazem zdac sprawe z tego, ze hodujemy tym samym spoleczenstwo plytkich gluptakow. Sprawa zasadnicza: nikt rozsadny nie domaga sie sponsorowania miernot, to bylby absurd. Ale instytucje kultury powinny miec wiecej srodkow do dyspozycji. W ogole w sytuacji kiedy np. obserwowalem jak swietny teatr legnicki, (ktory uwielbialem, jak jeszcze tam mieszkalem), mial wielkie problemy finansowe, to uwazam, ze krytykowanie panstwowego mecenatu kultury, przez twierdzenie, ze chodzi o finansowanie miernot, jest zupelnym nieporozumieniem > Wybitni obronią się samiSkad Pan to wie? Sadze, ze jest to raczej watpliwe, przede wszystkim na podstawie znajomosci istoty i natury gospodarki wolnorynkowej (ktorej nota bene jestem zdecydowanym zwolennikiem - jestem krytykowanym przez Lecha Brywczynskiego liberalem [w sferze spoleczno-gospodarczej], ale potrafie byc krytyczny wobec tej ideologii, czyli: nie jestem liberalem bez zastrzezen). Co to wiec znaczy, ze wybitni sie obronia? Historia uczy nas, ze sie w przeszlosci nie bronili, ze umierali w nedzy i to jest fakt, choc moze do dzisiejszej sytuacji ma to slabe odniesienie, ale jednak. Obronia sie może niektorzy, ale wiekszosc nie, z pewnoscia nie przez tworzenie, tylko przez kompromis. Mechanizm rynku jest tu bezwzgledny: sztuka wysoka i wartosciowa jest wartoscia zupelnie "nierynkowa", nie ma wartosci na rynku, ma za to szol, papka kulturowa dla mas, a swiadczy o tym to, ze najlepiej "bronia" sie miernoty, o ktorych wspominal Lech w swoim tekscie. Tak wiec ma wygladac to "bronienie"? Ze beda mogli funkcjonowac pseudotworcy lub tworcy zaspokajajacy jedynie gusta mas? Doskonalym obrazkiem tego jest wlasnie najpopularnijszy zespol z tego nurtu popkultury Ich troje - oni sie swietnie "obronili", a ladnym podsumowaniem tego moze byc okladka jednego z pism wysokonakladowych dla pan (Claudia chyba), gdzie zdjecie p. Wisniewskiego, lidera zespolu bylo podpisane jego slowami: "Jestem biznesmenem" - tak, artysta sie obroni jest bedzie biznesmenem, ale to nie o to chodzi w kulturze i w tworczosci... Przynajmniej nie powinien być to model. -- Choć oczywiście przypadki konkretne mogą być najróżniejsze - w moim wydaniu naklady na kulture to nie zupelna rozsamosc z lozeniem na artystow, a co najmniej warto zaznaczyć, że czyś pomylonym jest przyjmowanie przez artystę postawy jedynie roszczeniowej, ze panstwo powinno dac. O zbawiennych skutach mecenatu w kulturze w ciagu dziejów można pisać bardzo wiele, ale przeciez artysta też może być przedsiębiorczy i zaradny finansowo. Dla mnie oczywiście modelem musi być sam WOLTER, który w swoich pamietnikach pisal jakos tak: tworca kojarzy się raczej z bieda i przymieraniem glodem, szybko stwierdzilem, ze to nie dla mnie (tzn. nie tworczosc literacka, ale przymieranie glodem). Wolter był swietnym tworca i do kultury wniosl wiele. Nie był bogaty - był bogaczem, w Ferney dal prace chyba dla ok. 1000 osob, oczywiście nie można powiedziec, ze zarobil to na tworzeniu, choc z pewnoscia wiele na tym zyskal, jednak majatku dorobil się tak jak to zwykle bywa - na operacjach finansowych i inwestycjach, oczywiście nie obylo się od spekulacji i przekretow, Wolter nie był swietoszkiem  Zapewne jego z powodzeniem i przedsiębiorczością wiązała się jego ciekawa wizja filozofa: Prawdziwy filozof może czasem zirytować się na oszczerstwo, które go ściga, może okryć wieczną pogardą podłego sprzedawczyka, który znieważa dwa razy na miesiąc rozum, dobry smak i cnotę, może nawet mimochodem ośmieszyć tych, co lżą literaturę w sanktuarium, w którym czcić ją winni. Obce mu są jednak intrygi, potajemne praktyki i mściwość. Umie, jak mędrzec z Montbard i mędrzec z Voré, czynić ziemię bardziej urodzajną, a jej mieszkańców szczęśliwszymi. Prawdziwy filozof uprawia pola leżące odłogiem, pomnaża liczbę pługów, a przez to samo i liczbę mieszkańców, daje zajęcie ubogiemu i wzbogaca go, zachęca do zawierania małżeństw, opiekuje się sierotą, nie szemrze przeciwko koniecznym podatkom i sprawia, że rolnik jest w stanie płacić je ochoczo. Nie żąda niczego od ludzi, a daje im wszystko, co dać jest zdolen. Pała wstrętem do obłudników, ale żałuje zabobonnych. Na koniec, umie być przyjacielem-- Rozumiem, ze nie kazdy musi czuc i doceniac wartosc kultury, ale w znaczeniu globalnym i ogolnospolecznym powinno sie myslec inaczej, "literackie hobby" to hobby, a tworczosc to tworczosc. Oczywiście należy brać pod uwagę racje "obu stron" i obu wartosci: kultury i gospodarki - kultura nie może egzystować i się rozwijąc na podstawie tych warunków jakie wymaga rozwój gospodarki, a gospodarka nie może się rozwijać na podstawie tego co dobre byłoby dla kultury. Zarazem obie są wartościami ogólnospołecznymi (deprecjonowanie jednej kosztem drugiej nie może brać się z racjonalnych przesłanek, lecz wyłącznie czysto ideologicznych) i w ramach dobra społecznego należy pozwolić się rozwijać zarówno gospodarce (wolny rynek), jak i kulturze (nierynkowy mecenat, również państwa). Należy potępić tych liberałów, którzy są zaślepieni na wartości kultury, jak i tych artystów, którzy potępiają wolny rynek. Nie uważam wolnego rynku za wartość samą w sobie, za "bóstwo" jak sarkastycznie mówią przeciwnicy liberałów, lecz za użyteczny i przede wszystkim skuteczny instrument gospodarczy. Ale gdy ten instrument się totalizuje, to należy się temu sprzeciwić, bo wolny rynek absolutnie nie jest w stanie rozwiązać wszystkich najważniejszych dylematów i wyzwań, jak często majaczą radykalni liberałowie.pozdrawiam Mariusz ps. Porownywanie tej kwestii do dylematow ojca Rydzyka jest naprawde przykrym dla mnie objawem calkowitego lekcewazenia wszystkiego co mozna ujac pod slowem "kultura"... pozdrawiam
|
|
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|