Wiedziony kilkoma wpisami w wątku
www.racjonalista.pl/forum.php/s,21477, zastanawiam się nad zagadnieniem "lobbingu" w badaniach naukowych.
W Europie i Ameryce Płn. można się doliczyć po ok. kilkaset ministerstw, fundacji, organizacji rządowych, samorządowych, branżowych, stowarzyszeń, grup wyznaniowych, koncernów, korporacji, szalonych milionerów i diabli wiedzą, kogo jeszcze - którzy przyznają środki na badania naukowe (granty i stypednia): na różne cele i w różnej wysokości. Na całym świecie jest ich zapewne kilka (-naście?) tysięcy. Każdy z tych grantodawców ma własne komisje oceniające, procedury przyznawania i recenzentów wniosków, choć bywa, że uznani specjaliści są doradcami kilku grantodawców naraz - choć to wyjątki. Każdy z grantodawców ma własne preferencje i politykę finansowania, a także zakres specjalności, które finansuje. Wiele (większość?) takich organizacji posiada w swoim zakresie finansowanie badań medycznych, biologicznych i biotechnologicznych.
Wszystkie uczelnie wyższe, instytuty naukowe, wdrożeniowe, itp. posiadają też własne środki na badania naukowe; w Polsce nazywane są środkami na "badania własne" i "działalność statutową" lub "środkami specjalnymi". Przydzielają je swoim pracownikom, wg bardzo różnych pomysłów i algorytmów, na realizację zadań badawczych - wymyślanych zazwyczaj przez samych pracowników. Można zatem traktować takie jednostki naukowe jako kolejną grupę finansujących badania "grantodawców".
Kojarzę osobiście kilka rodzajów procedur rozpatrywania wniosków o granty, stosowanych w Polsce i innych krajach. I za nic nie potrafię sobie wyobrazić, w jaki sposób można zastopować badania w określonym kierunku. Dużo częściej się zdarza, że wniosek "przepada", gdyż został złożony np. przez bliskiego współpracownika docenta X, którego bardzo nie lub prof. Y, zasiadający w komisji oceniającej. Ale zasięg rąk prof. Y też jest dość ograniczony, gdyż nie może w zupełności zakwestionować świetnej recenzji wniosku napisanej przez prof. Z (bezstronnego w tej grze), a ponadto w komisji zasiada jeszcze dr Q, który nie znosi prof. Y, wiec będzie głosował zawsze odwrotnie, niż on - niezależnie w jakiej sprawie.

W wątku
www.racjonalista.pl/forum.php/s,21477 została zasugerowana możliwość blokowania badań przez "lobby....... (tu wpisz dowolną branżę)". Owe lobby (jeśli istnieje), zazwyczaj nie ma zielonego pojęcia, co się dzieje na własnym podwórku. Z paroma wyjątkami (firmy nowych technologii), laboratoria aplikacyjne koncernów zajmują się wdrożeniem kolejnego "bajeru i wodotrysku" mającego dać klientowi większą satysfakcję (a raczej: podstaw do reklamy stosownemu własnemu działowi) i guzik wiedzą, jakie badania prowadzone są na świecie. A tym bardziej nie mają pojęcia, jakie wnioski grantowe są składane.
Co więcej - poważne wydawnictwa naukowe (kilkanaście tysięcy na świecie) bardzo chętnie publikują wszelkie, byle na poziomie, wyniki badań uderzające w wielkie koncerny. Daje to zawsze pikantny smaczek - no i gwarantuje częste cytacje, co dla wydawnictwa jest kwestią przeżycia. Koncerny w ogóle są na cenzurowanym - organizacje "ekologiczne" (ale także popularne gazety) specjalizują się wręcz w upublicznianiu badań kwestionujących jakość i bezpieczeństwo produktów z wielkich koncernów. Po takim "naukowym uderzeniu" lobby producentów ledwo się podnosi - zazwyczaj finansują badania (czytaj: pośrednio lub bezpośrednio korumpują lub próbują korumpować naukowców) mające udowodnić tezę odwrotną. Wyniki takiego odzewu publikowane są rzadko (czyżby z powodów błędów metodologicznych?).
Moim zdaniem, badania można zablokować wyłącznie zakazem prawnym (patrz: idiotyczne ograniczenia dot. badań biotechnologicznych). Na pewno zdarzają się wyjątki, ale w 99.9% nie da się fizycznie dotrzeć do opiniodawców wniosków grantowych i decydentów - bo rzadko jest to jedna osoba. I nie do wszystkich grantodawców na świecie. To po prostu niemożliwe. Uważam, że "blokowanie badań przez lobby branżowe" to jęki kiepskich naukowców lub ludzi wierzących w spiskową teorię dziejów, przy której żydo-komuno-masoneria to bułka z masłem.
A może się mylę?