Jedna waluta i.... nic. Jak słusznie zauważyłaś.
Wartość waluty, dowolnej zresztą, jest zmienna zależnie od miejsca w którym dokonuje się transakcji jak i od innych okoliczności.
Jeśli ktoś żyje za mniej niż 1$ to znaczy tylko tyle, że za 1$ w tej okolicy da się żyć. Pamiętasz może, ile znaczył za komuny dolar w Polsce? A jakimi krezusami byli przez krótki moment w historii polscy turyści na Litwie?
Wartość wszystkiego zależy od okoliczności.
Stąd, tak na prawdę nie ma znaczenia, czy waluta jest jedna czy wiele - tak czy siak ten sam towar w jednych okolicznościach kosztowałby inaczej niż w innych.
Co zaś przemawia za jedną walutą to eliminacja transakcji spekulacyjnych - czyli skupywania banknotów/udziałów w walucie X przy pomocy waluty Y wyłącznie celem odczekania na okoliczności, w których wymiana powrotna przyniesie korzyści. Lub, w wypadku dużych graczy, wytworzeniu takich okoliczności.
Niefortunnie się bowiem składa, że rynek walutowy... jest rynkiem - czyli tak samo jak na każdym innym wartością towaru żądzą prawa popytu i sprzedaży. Wszystko jest ok, jeśli obroty na rynku walutowym stanowią niewielką część w porównaniu z normalnym, "towarowym" ruchem waluty. Wartość waluty pozostaje bowiem wówczas nadal sprzężona z wartością towarów na terenie jej obowiązywania.
Jeśli jednak dzieje się inaczej staje się możliwy tak zwany "atak na walutę" - duży kupiec może dokonać kontrolowanych zakupów lub sprzedaży znacznej ilości danej waluty i w ten sposób wpłynąć na jej wartość.
O ile w wypadku rynku akcji jest to znośne, choć zakazane, o tyle w wypadku rynku walutowego to czysta zbrodnia. Zbrodnia, bo dla w sumie niewielkiego, w stosunku do ilości pieniądza uwięzionego w walucie, zysku zmienia się wartość waluty w której żyją miliony ludzi. A więc w prost zmieniają się ich jakość życia.
Zaś co do twojej bluzki - w najmniejszym stopniu nie jest to kwestia waluty. Ani też technicznych zagadnień produkcji.
"Drugi koniec świata" bazuje w swej sprzedaży na tym, że wartości towarów i pracy w miejscu wytworzenia i miejscu sprzedaży są skrajnie różne a koszty hurtowego transportu względnie niskie.
W wypadku Chin i Indii obywatele mają (jeszcze) stosunkowo niskie oczekiwania w stosunku do pracodawcy jak i w stosunku do jakości życia. Idzie za tym niewielkie obciążenie producentów tak zwanymi "kosztami poza płacowymi": ekologią, emeryturami, zdrowiem. To wszystko powoduje, że za tą samą pracę mogę zaoferować tamtejszym pracownikom możliwość nabycia znacznie mniejszej ilości dóbr materialnych i nie materialnych, niż musiałby tego dokonać nasz pracodawca.
Możliwości osiągnięcia Twojego celu są następujące: - rezygnacja przez Polaków z poziomu życia na rzecz posiadania jakiejkolwiek pracy. Czyli zbliżenie naszych oczekiwań co do jakości życia do oczekiwań Chińczyków; - zwiększenie "oporu transferowego" czyli łącznych kosztów przeniesienia towaru od producenta zewnętrznego na nasz rynek. Generalnie przy pomocy ceł, certyfikatów (jak znak CE) i kosztów transportu; - zrobienie Chińczykom dobrze - czyli płacenie za ich towary WIĘCEJ niż oni oczekują. Pozwoli to na uzyskanie dwu efektów: 1.) zmniejszy rozdźwięk cenowy między towarem krajowym a importowanym; 2.) poprawi poziom życia Chińczyków, a tym samym proporcjonalnie wzrosną ich oczekiwania co do jakości życia. W efekcie - wzrosną koszty.
Najgorszym natomiast rozwiązaniem jest wprowadzenie dotowanego rynku lokalnego. Na przykład - dopłat do rolnictwa. W tym wypadku sztucznie zaniża się pozorną cenę dotowanego produktu podnosząc koszty pozostałych (skądś trzeba brać pieniądze). W efekcie, mimo wyższych rzeczywistych kosztów wyrób lokalnego rolnika może być konkurencyjny z wyrobem zagranicznym. Niestety, nie na długo - zagranica, pozbawiona dopłat musi zwiększyć efektywność produkcji by sprostać presji cenowej. W efekcie, po naszej stronie po raz kolejny trzeba będzie zwiększyć dotacje. Niefortunnie, skutkiem całej operacji jest to, że rzeczywista efektywność dotowanej branży jest znikoma w porównaniu z zagranicą. Dokładnie o tyle niższa, ile procent ceny stanowi dotacja.
Tak jak ze szczurami - najpierw sypiesz ziarno, a jak już stracą czujność - trutkę. Tym mniej więcej są dopłaty - ziarnem po którym czeka na nas śmierć.
Pozdrawiam.
Pozdrawiam,
Tomasz Sztejka
|