Wczoraj o 18:00 "Emerald Princess" czyli
Ślicznotka z Bermudów zakończyła sezon wizyt wycieczkowców w Gdyni.
Często z zachwytem i zazdrością wysłuchiwałem opowiadań moich krewnych i znajomych z o tym, jakie to morze jest cudne, i molo w Orłowie, i port gdyński z cumującymi w lecie wycieczkowcami egzotycznych bander, przycupniętymi na Dworcu Morskim przez kilka godzin, niczym wędrowne motyle w tonacji tęczy nad brzegiem przygodnego stawu.
Zazdrościłem kuzynce z Lublina wypieków na buzi wywołanych jeszcze ciepłymi wrażeniami z wycieczki na plażę; emocji w oczętach Tajemniczej Znajomej z Warszawy, po eskapadzie na Nabrzeże Prezydenta z panującym tam Darami
Pomorza I
Młodzieży w dyskretnej eskorcie unikalnego w kategorii Kawalerów Krzyży Złotych Orderu Virtuti Militari,
niszczyciela "Błyskawica" .
Ostatnio doszły mnie wieści, jakoby motylisko jakieś o wielopiętrowej urodzie miało w Gdyni zakończyć sezon wycieczkowy, więc gnany chęcią zweryfikowania lubelsko-morskich klechd oraz wstydem z indolencji w temacie, postanowiłem empirycznie sprawdzić ich zgodność z rzeczywistością.
Z przejęciem przystąpiłem do realizacji ambitnego planu logistycznego ekspedycji, czyli kupiłem bilet autobusowy i wsiadłem do niego. Do autobusu, znaczy.
Po półgodzinnej podróży obfitującej w kompletny brak przeciwności losu wysiadłem przy Kapitanacie Portu:

... i powędrowałem już pieszo na Nabrzeże Francuskie, znane z cumujących tam legendarnych transatlantyków, m/innymi:
m/s "Batory",
ts/s "Stefan Batory", czy
m/s "Chrobry", ostatni kawałek Polski pod stopami Gombrowicza.
Pieszo, ze względu na skandaliczny brak komunikacji lokalnej.
Po pokonaniu wspomnianych już 35 metrów bieżących, ujrzałem imponujący zad gigantycznego motyla górującego nad portem:

Fotkę zrobiłem prawie profanując (zakupionym na potrzeby ekspedycji), sportowym obuwiem, tablicę wmurowaną z okazji 60 rocznicy wyjazdu z kraju i 30 rocznicy śmierci Gombrowicza:

Kilka następnych fotek bakburty Księżniczki zrobiłem z końca pirsu Nabrzeża Portowego:

Zarejestrowałem też dowód dla niedowiarków, że Gdynia to miasto mające w głębokim poważaniu wszelkie bajkowe kanony i stereotypy, erotyczno-podróżnicze również.
Oto Odys z łezką kotwicznej kluzy tęsknie patrzy na zbierającą się do odlotu globtroterkę Emeraldę - będzie czekał na jej powrót następnego lata:

Bo gdyńskie Odysy łamią tradycyjny pogląd na szukanie szczęścia w ucieczce od "przystani" - po prostu spokojnie czekają w porcie macierzystym na następną Księżniczkę-Globtroterkę.

Jeszcze tęskny rzut obiektywu na zwiastun jesieni z "Emeraldą" w dalekim tle i "maleńką" wieżą Kapitanatu po lewej:

... i... byle do wiosny, i kolejnej odysei podróżniczej.

Miłego dnia.

P.S. Rufa "Motylka" tylko z tego względu, że nie wpuszczali na nabrzeże z przyczyn, oczywiście, organizacyjnych, więc foto z innej strony było niewykonalne, co z jeszcze innej strony może i dobrze, bo "Francuskie" cholernie długie.
Ma chyba z 500 kilometrów.
No, może metrów, ale tych długich.