Racjonalista - Strona głównaDo treści
Płatne studia dzienne - największa głupota naszego rządu!!!!!!

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Społeczeństwo i kraj
NapisanoAutorTytuł
05-08-2005 16:53K_GLPłatne studia dzienne - największa głupota naszego rządu!!!!!!
Jestem oburzony nowym planem naszego genialnego rządu o odpłatności studiów dziennych. Argumenty, które podaje wiceminister edukacji są jedną wielką bzdurą. Wcale nie jest prawdą, że na studia dostają się osoby z najzasobniejszych rodzin, które było stać na korepetycje. Dodatkowe lekcje biorą uczniowie, którzy nie umieją się sami uczyć. Na uczelnie dostają się ci, którzy mają ambicje i umiejętności. Na prywatne uczelnie idą w większości lenie, ludzie bez idei i ambicji, ludzie którym zależy tylko na papierku. Jeśli pani wiceminister rzeczywiście wierzy w to co mówi to powinna się zabrać za zmodernizowanie metod nauczania na poziomie szkoły średniej tak aby bez dodatkowych lekcji przeciętny uczeń mógłby uzyskać dobre wyniki w nauce i przy odrobinie dobrej woli miał szanse dostać się na państwową uczelnie. Rozumiem, że sytuacja finansowa uczelni nie jest wspaniała ale nie można rozwiązywać tego problemu kosztem studentów. Jeśli profesorowie narzekają na niskie pensje to niech zarabiają na w/w leniach ale nie na ambitnych i uzdolnionych. Poza tym bardzo nie podoba mi się pomysł zmiany zapisu w konstytucji. Zapewnienie równego dostępu do edukacji tzn. uzależnienie go od zdolności a nie od zasobności portfela to jeden z podstawowych obowiązków państwa. Zmiana zapisu w konstytucji o bezpłatnym dostępie mogłaby stać się podstawą do nadużyć. Jak najlepsza edukacja powinna być priorytetowym elementem polityki każdego rządu. I tak jak Bogdan Miś wypowiadał się o tym, że nie można urynkowić nauki(science) tak samo nie można urynkowić edukacji ponieważ skutki zarówno nauki jak i edukacji nie są odczuwalne od razu lecz dopiero po dłuższym czasie. Chciałbym zwrócić uwage również na inny problem związany z wyższą edukacją. Uczelnie zawsze były miejscem gdzie ludzie rozwijali swoje zainteresowania, a nie kształcili się do wykonywaniea zawodu. Aktualnie w Polsce się to zmieniło. Podkreśla się, że studia to szansa na zdobycie jakiejkolwiek sensownej (normalnie płatnej) pracy. Większośc pracodawców wymaga wyższego wykształcenia do wykonywania pracy, której mógłby się podjąć człowiek po szkole średniej po przejściu odpowiedniego kursu, który i tak nowy pracownik musi odbyć. Uważam tą sytuację za bezsensowną. Studia przestają już być domeną elity, stają się niezbędnym minimum. Przypuszczam, że w najblizszym czasie człowiek bez studiów (celowo pomijam określenie "wyższe wykształcenie" bo jak już powiedziałem przestaje ono być elitarne) będzie skazany na marginalizacje w życiu publicznym. Sądze, że jest to efekt źle zorganizowanego systemu edukacji. To średnie wykształcenie powinno gwarantować człowiekowi zdobycie pracy i możliwość realnego uczestnictwa w życiu publicznym, a nie studia. Uczelnie mają pomagać w rozwijaniu swej osobowości, uczyć kreatywności a nie przygotowywać do pracy.

Oless (982 punktów)Odp: Płatne studia dzienne - cud rozumu w rządzie :P
Absolutnie za płatnymi studiami dziennymi. Wszystko co płatne zawsze z praktyce i długoterminowo jest lepsze i efektywniejsze. Zrozumieli już to dawno Amerykanie gdzie edukacja jest płatna a dziecku od urodzenia zakładany jest fundusz na koncie gdzie zbiera się na edukację dziecka. Tylko w naszym zaściankowym postsocjalistycznym państewku wszystko jest "darmowe" czyli zipie i dogorywa jak Służba Zdrowia. W każdym normalnym kraju płaci się za korzyść jaką się osiąga. To jedyne racjonalne podejście.
Nieprawdą jest że uderzy to w najbiedniejszych studentów, ci i tak będą z opłat zwolnieni. Zapłacą Ci którzy mogą zapłacić.
Nawet w liceum są opłaty rodzicielskie a co dopiero na studiach których ranga uczelniana jest większa(lub wyższa dla purystów językowych). Nie wiem jaka wielkość czesnego jest brana pod uwage ale myślę że w przypadku niewielkiej kwoty każdy szanujący sie student jest w stanie zarobić na taka opłatę w jeden miesiąc wakacji. To jest jedyny krok w stronę wzrostu jakości wykształcenia i stanu polskich uczelni.Zastanówcie się dlaczego gdy macie troche więcej grosza wybieracie prywatnego dentystę.
Platne studia dzienne(wieczorowe czy zaoczne i tak juz sa płatne)przy pierwszym spojrzeniu sa bulwersujące, jak to usłyszałem tez wykrzykiwałem sprzeciw.Ale jak się zastanowicie nad tym to naprawde jest to własciwe rozwiązanie.
itachi
>Absolutnie za płatnymi studiami dziennymi. Wszystko co płatne zawsze z praktyce i długoterminowo jest lepsze i efektywniejsze. Zrozumieli już to dawno Amerykanie gdzie edukacja jest płatna a dziecku od urodzenia zakładany jest fundusz na koncie gdzie zbiera się na edukację dziecka. Tylko w naszym zaściankowym postsocjalistycznym państewku wszystko jest "darmowe" czyli zipie i dogorywa jak Służba Zdrowia. W każdym normalnym kraju płaci się za korzyść jaką się osiąga. To jedyne racjonalne podejście.
>Nieprawdą jest że uderzy to w najbiedniejszych studentów, ci i tak będą z opłat zwolnieni. Zapłacą Ci którzy mogą zapłacić.
>Nawet w liceum są opłaty rodzicielskie a co dopiero na studiach których ranga uczelniana jest większa(lub wyższa dla purystów językowych). Nie wiem jaka wielkość czesnego jest brana pod uwage ale myślę że w przypadku niewielkiej kwoty każdy szanujący sie student jest w stanie zarobić na taka opłatę w jeden miesiąc wakacji. To jest jedyny krok w stronę wzrostu jakości wykształcenia i stanu polskich uczelni.Zastanówcie się dlaczego gdy macie troche więcej grosza wybieracie prywatnego dentystę.
>Platne studia dzienne(wieczorowe czy zaoczne i tak juz sa płatne)przy pierwszym spojrzeniu sa bulwersujące, jak to usłyszałem tez wykrzykiwałem sprzeciw.Ale jak się zastanowicie nad tym to naprawde jest to własciwe rozwiązanie.
>

W pewnym sensie masz rację, ale ja się nie dziwię ludziom i tak dużo płacą, a kasy mało. W Polsce zbyt dużo wydajemy na nie wiadomo co (teoretycznie wiadomo, ale to nic dobrego i nic dla społeczeństwa). Trzeba chyba poszukać innego rozwiązania. W Irlandii nauka jest darmowa i wcale tak nie dogorywa. W wielu krajach cywilizowanych służba zdrowia jest darmowa, a płatna jest lepszej jakości.

Nie byłoby problemu gdybyśmy mieli np. zarobki Angielskie. Ciekawe czemu nie chcą podnieść płac minimalnych?

Pozdrawiam
Adam
Kto popiera dzienne płatne studia ten jest w błędzie. Nie widzę osobiście żadnych najmniejszych pretekstów potwierdzających słuszność tezy o płatnych studiach dziennych. Na zachodzie może i są płatne ale tam ludzie mają większe zarobki. W Naszym kraju nie będzie stać przeciętnego Polaka na płacenie za szkołę 2000 zł. za semestr jak jest w przypadku studiów zaocznych. To jest po prostu śmieszne co ten nasz "zasrany" rząd(za przeproszeniem) wymyślił. Mało ma kasy? Wyższe uczelnie są szkołami publiczymi i nie mają prawa zrobić studiów dziennych płatnych. Rozumiem gdyby kazali płacić 1000 zł. za rok ale jeżeli bedą żądali więcej to nikt im nie będzie płacił. Kto ich popiera z całą pewnością nie będzie miał do czynienia za studiami bo jest na to za głupi i tyle. Kto natomiast jest przeciwny temu gratuluję.
K_GL
>Absolutnie za płatnymi studiami dziennymi. Wszystko co płatne zawsze z praktyce i długoterminowo jest lepsze i efektywniejsze. Zrozumieli już to dawno Amerykanie gdzie edukacja jest płatna a dziecku od urodzenia zakładany jest fundusz na koncie gdzie zbiera się na edukację dziecka. Tylko w naszym zaściankowym postsocjalistycznym państewku wszystko jest "darmowe" czyli zipie i dogorywa jak Służba Zdrowia. W każdym normalnym kraju płaci się za korzyść jaką się osiąga. To jedyne racjonalne podejście.

Niewszystkim amerykanom uśmiecha się tyranie w celu zapewnienia możliwie najlepszej szkoły swoim dzieciom. W USA dobre wykształcenie uzyskują dzieci bogatych lub ewentualnie przpracowanych, nie mających czasu zająć się swoimi pociechami rodziców.

>Nieprawdą jest że uderzy to w najbiedniejszych studentów, ci i tak będą z opłat zwolnieni. Zapłacą Ci którzy mogą zapłacić.
>Nawet w liceum są opłaty rodzicielskie a co dopiero na studiach których ranga uczelniana jest większa(lub wyższa dla purystów językowych).

Opłata na komitet rodzicielski jak pamiętam nie jest obowiązkowa. Obowiązkowe jest jedynie ubezpieczenie i ewentualna opłata za internat. Za samą możliwość nauki nikt w państwowym liceum nie płaci.

>Nie wiem jaka wielkość czesnego jest brana pod uwage ale myślę że w przypadku niewielkiej kwoty każdy szanujący sie student jest w stanie zarobić na taka opłatę w jeden miesiąc wakacji. To jest jedyny krok w stronę wzrostu jakości wykształcenia i stanu polskich uczelni.Zastanówcie się dlaczego gdy macie troche więcej grosza wybieracie prywatnego dentystę.

Wielu studentów już teraz jest zmuszonych pracować w wakacje aby móc dokonać opłat podczas roku akademickiego. Poza tym w Polsce cieżko jest dostać normalnie płatną prace bez wykształcenia więc wpadamy w błędne koło. Jedyną możliwością staję się wyjazd z kraju.

>Platne studia dzienne(wieczorowe czy zaoczne i tak juz sa płatne)przy pierwszym spojrzeniu sa bulwersujące, jak to usłyszałem tez wykrzykiwałem sprzeciw.Ale jak się zastanowicie nad tym to naprawde jest to własciwe rozwiązanie.
>

Obawiam się, że proponowany przez panią wiceminister rozbudowany system kredytów i stypendiów będzie tak samo niewydony jak ZUS. Przedewszystkim część opłat będzie musiała pokryć koszty utrzymania systemu (np. osoby orzekające komu się pomoc należy, a komu nie), dodatkowo kolejna część pieniędzy będzie iść do kieszeni nauczycieli akademickich. Przypuszczam, że na studentów zostanie przeznaczona mała część z owego czesnego. Taki jest efekt wprowadzania rozbudowanych systemów.
Rita K. Sobczyk (147 punktów)
>Absolutnie za płatnymi studiami dziennymi. Wszystko co płatne zawsze z praktyce i długoterminowo jest lepsze i efektywniejsze. Tylko w naszym zaściankowym postsocjalistycznym państewku wszystko jest "darmowe" czyli zipie i dogorywa jak Służba Zdrowia. W każdym normalnym kraju płaci się za korzyść jaką się osiąga. To jedyne racjonalne podejście.

Buehehehe, prosze mi podać liste państw europejskich i wyszczególnić, gdzie studia sa płatne, a gdzie nie. Hmm a może Niemcy uważa Pan za postsocjalistyczny zaścianek?

>Nieprawdą jest że uderzy to w najbiedniejszych studentów, ci i tak będą z opłat zwolnieni. Zapłacą Ci którzy mogą zapłacić.

No i znów się Pan wykazuje ignorancją, bo biedny student ledwo zipie przy obecnym systemie, w którym studia, jak cała edukacja jest "bezpłatna"

>Nawet w liceum są opłaty rodzicielskie a co dopiero na studiach których ranga uczelniana jest większa(lub wyższa dla purystów językowych).

Hehe, opłaty rodzicielskie akurat nie sa obowiązkowe, natomiast inne składki tak, i w skali roku jest to spora suma.

>Nie wiem jaka wielkość czesnego jest brana pod uwage ale myślę że w przypadku niewielkiej kwoty każdy szanujący sie student jest w stanie zarobić na taka opłatę w jeden miesiąc wakacji.

Jeżeli ma to być niewielka kwota, którą student ma zarobić w czasie wakacji, to po co w ogóle takie opłaty? Niech będa takie jak w USA, w które jest Pan zapatrzony, czyli 20 000 USD rocznie.

>To jest jedyny krok w stronę wzrostu jakości wykształcenia i stanu polskich uczelni.Zastanówcie się dlaczego gdy macie troche więcej grosza wybieracie prywatnego dentystę.
Kpi Pan, a co to da? Np. czy sądzi Pan, że gdyby lekarze zarabiali o 100% więcej, to nie braliby łapówek? Czy łudzi sie Pan, że pieniądze z płatnych studiów zamieniłyby się w zmodernizowanie sal wykładowych lub książki do biblioteki?

>Platne studia dzienne(wieczorowe czy zaoczne i tak juz sa płatne)przy pierwszym spojrzeniu sa bulwersujące, jak to usłyszałem tez wykrzykiwałem sprzeciw.Ale jak się zastanowicie nad tym to naprawde jest to własciwe rozwiązanie.
>
Prosze podac konkretne argumenty przemawiające, że jest to właściwe rozwiązanie.
Oless (982 punktów)Płatne studia dzienne- niewygodna racja podnosząca ciśnienie
>Buehehehe, prosze mi podać liste państw europejskich i wyszczególnić, gdzie studia sa płatne, a gdzie nie. Hmm a może Niemcy uważa Pan za postsocjalistyczny zaścianek?

Tu nie chodzi o licytację ile państw ma jaki system. Tylko o moje osobiste przekonanie że płatne studia są słuszne.
Studia płatne w Euro są m.in w Anglii. Nie przypadkiem też podałem Stany do których hegemonii bezradnie próbują dorównać uczelnie europejskie. Niemcy nieszczególnie się tobie udały biorąc pod uwagę na protesty ile to cierpi na tym niemiecki budżet państwa (a jest to wynikiem socjalnej polityki obecnej tam od kilkunastu lat). Pomijam juz oczywistość że polski budżet nie potrafi ponieść takich obciążeń jak bogate Niemcy.

>Nieprawdą jest że uderzy to w najbiedniejszych studentów, ci i tak będą z opłat zwolnieni. Zapłacą Ci którzy mogą zapłacić.
>No i znów się Pan wykazuje ignorancją, bo biedny student ledwo zipie przy obecnym systemie, w którym studia, jak cała edukacja jest "bezpłatna"

Chyba nie umiesz czytać. Przecież jesli nie zapłaci nowych opłat to będzie zipiał tak jak teraz. Gorzej mu nie bedzie, a nawet lepiej biorąc pod uwagę że będzie pracował np. na nowym sprzęcie w laboratorium.

>Jeżeli ma to być niewielka kwota, którą student ma zarobić w czasie wakacji, to po co w ogóle takie opłaty? Niech będa takie jak w USA, w które jest Pan zapatrzony, czyli 20 000 USD rocznie.

W nic nie jestem zapatrzony. Znam relacje z Ameryki o tym żeby lepiej tam nie chorować albo o uważaniu z mechanikami. Natomiast w Polsce można to zrobić na polski sposób.Nie od razu Kraków zbudowano. Jeśli każdy zapłaci w roku 500zł * 2000 studentów daje to okrągły milion złotych dla każdego Wydziału.

>Kpi Pan, a co to da? Np. czy sądzi Pan, że gdyby lekarze zarabiali o 100% więcej, to nie braliby łapówek? Czy łudzi sie Pan, że pieniądze z płatnych studiów zamieniłyby się w zmodernizowanie sal wykładowych lub książki do biblioteki?

Człowieku o czym Ty piszesz.:D Co mają łapówki albo przedsiębiorczość instytucji do tego że dla rozwoju edukacji potrzebne są pieniądze. Gratuluje sofistyki naprawdę niezły jesteś Korupcję trzeba tępić, marnotrawstwo gonić ale nie zmienia to faktu że nic nie ma bez pieniądzy.

>>Platne studia dzienne(wieczorowe czy zaoczne i tak juz sa płatne)przy pierwszym spojrzeniu sa bulwersujące, jak to usłyszałem tez wykrzykiwałem sprzeciw.Ale jak się zastanowicie nad tym to naprawde jest to własciwe rozwiązanie.
>>Prosze podac konkretne argumenty przemawiające, że jest to właściwe rozwiązanie.

One były tylko Ty nawet nie odniosłeś się do nich ani nad nimi nie zastanowiłeś. Uczelnie męczą studentów zaocznych i wieczorowych , rżną na kasę ile wlezie a maja o wiele gorsze warunki od nas z dziennych których utrzymują. Pieniądze z budzetu brzmią dla laików bardziej przekonywująco tylko dlatego że każdy podświadomie łapie że to pieniadze z nikąd. Ale to nie są darmówki tylko pieniadze z naszych podatków. Jeśli studenci nie zapłacą za swoje studia zapłaca wszyscy. Jedynie uratowałoby Twój punkt widzenia udowodnienie że nie jest potrzebna reforma a uczelnie radzą sobie swietnie.
Podane juz przez kogos statystyki jasno pokazują że studenci dzienni to nie są najbiedniejsi studenci.

Rozumiem że ktoś się może nie zgodzić z moim zdaniem albo dla kogoś jest to bardzo niewygodne.Ale to bynajmniej nie zmieni lini moich wypowiedzi nawet je zaostrzy. Bawi mnie marazm ludzi wkraczających w dorosłe życie i pytających czy rodziców stać będzie na opłacenie studiów. W takiej Szwecji kultura młodego pokolenia jest tak silna że utrzymywanie się w wieku 20 lat jest normalne. Student u nas przez dwa miesiące w najgorszym wypadku jest w stanie zarobić 1200 zł(proponowana przez rzad opłata ma wynościć ~1000zł). Poza tym nie powinien on pracować na utrzymanie się na studiach tylko od tego powinny być stypenida i kredyty państwowe jak to zresztą już jest. Poziom naszej edukacji nie ma nic do rzeczy. Co z tego że Polak wie wiecej niż amerykanin? Fajnie cieszmy sie z tego ale czy dobry poziom pomoże w finansowych problemach naszych uczelni ? (Jeśli oczywiście one są) Takie samochwalenie jest kulą w płot. Skoro nasze wykształcenie jest takie super-hiper to czemu to my ciagle gonimy Europę a nie oni nas. To ciekawa dygresja w zwiaku z ostatnia ankietą wg której najwazniejszym czynnikiem rozwoju jest wykształcenie a na drugim ustrój.Ale to już temat na inną dyskusję..

P.S. Dla czytających ze zrozumieniem polecam teksty ze studenckiego magazynu Eurostudent:
www.eurostudent.pl/wiecej.php?id=117&od=0&szukaj=p%B3atne%20studia
www.eurostudent.pl/wiecej.php?id=304&od=0&szukaj=p%B3atne%20studia
www.eurostudent.pl/wiecej.php?id=502&od=0&szukaj=p%B3atne%20studia
www.eurostudent.pl/wiecej.php?id=528&od=0&szukaj=p%B3atne%20studia
Ubogacają wiedzę o naszym temacie.
placownikOdp: Płatne studia dzienne- niewygodna racja podnosząca ciśnienie
>(proponowana przez rzad opłata ma wynościć ~1000zł)

   Jeśli tak miałoby być, to koncepcja jest kulawa już na samym starcie. Bo co przez to osiągniemy? Jeśli obecnie bogaci studiują za darmo (zakładając, że tak jest) to wprowadzając odpłatność w tej skali uzyskamy stan, w którym ci sami bogaci będą płacili "trochę". Jeśli (wbrew deklaracjom) głównym celem wprowadzenia odpłatności byłoby gromadzenie dodatkowych środków przez uczelnie państwowe (a wszystko na to wskazuje), to należy to wprost powiedzieć.

   Pozdrawiam.

Oless (982 punktów)
>Jeśli (wbrew deklaracjom) głównym celem wprowadzenia odpłatności byłoby gromadzenie dodatkowych środków przez uczelnie państwowe (a wszystko na to wskazuje), to należy to wprost powiedzieć.

A to Placowniku ktoś to ukrywa ?
placownik
>>Jeśli (wbrew deklaracjom) głównym celem wprowadzenia odpłatności byłoby gromadzenie dodatkowych środków przez uczelnie państwowe (a wszystko na to wskazuje), to należy to wprost powiedzieć.

>A to Placowniku ktoś to ukrywa ?

   Nie jestem do końca pewny ironii tego pytania i dlatego tym, którzy potraktują je serio odpowiadam:

   Ukrywa to np. Pani Minister Anna Radziwiłł mówiąc: "Ja chciałam jeszcze raz przypomnieć, w Polsce w tej chwili od przynajmniej kilku lat studia są płatne dla prawie 2/3 studiujących. Problem polega na tym, żeby ta płatność, która jest jakoś konieczna póki państwo polskie nie będzie najbogatszym państwem świata, była bardziej sprawiedliwie i bardziej racjonalnie rozdzielona. To znaczy, żeby obowiązek płatności wiązał się z sytuacją materialną, czy też możliwość bezpłatności studiów wiązała się z sytuacją materialną, ewentualnie z wynikami w nauce, czyli z sytuacją indywidualną studenta, a nie jak jest dzisiaj wyłącznie z tym na jakiej uczelni jest i jaki tryb studiów prowadzi."

   Całość wywiadu : serwisy.gazeta.pl/tokfm/1,53880,2854582.html . Po zapoznaniu się z nim trudno odnieść wrażenie, że głównym celem przedsięwzięcia jest uruchomienie dodatkowego pozabudżetowego źródła finansowania państwowych szkół wyższych. A ja upieram się, że główny cel jest taki właśnie.

   Pozdrawiam.
Oless (982 punktów)
To nie było pytanie ironiczne czy nieszczere.
Ale fajnie ze ktoś argumentuje też w taki sposób.
Chociaż ja jestem przekonany że to bedą dodatkowe pieniądze.
Obniżenie dotowań z budżetu chyba nie wchodzi w rachubę. ?
A zatem finanse uczelni się powiekszą.
Celecrin (11895 punktów)
Cześć
Ludzie się strasznie egzaltują, szczególnie młodzi, którzy studia mają przed sobą.
Rozumiem taką postawę, to egoizm. Zdrowy, racjonalny, egoizm.
Jednak studia powinny być PŁATNE. Dokładnie "DARMOWE" z odroczoną płatnością.
Powodów jest mnóstwo.
Co znaczy "studia darmowe" ? Że profesorzy nie pobierają wynagrodzenia za nauczanie na dziennych? Nie, to znaczy, że WSZYSCY płacimy za studia. Każdego dnia. Płacimy pieniądze by w NASZYM kraju mieć wykształconych ludzi, bo do "czegoś" są potrzebni. Płaci nawet krawiec, sprzątaczka, wszyscy. NIC NIE JEST ZA DARMO.
Przede wszystkim nie rozumiemy, że Polska uczestniczy we współzawodnictwie. Na całym świecie trwa wojna o drenaż mózgów. Polska szczególnie podlega temu, chyba każdy to widzi. Ostatnia pielęgniarka wyjedzie z tego kraju pewnie za rok lub dwa. Lekarzy została połowa. Wyjeżdżają inżynierowie, informatycy, kierowcy, stolarze. Wszyscy. (Nie wyjeżdżają niestety, górnicy, rolnicy, hutnicy - kogo jeszcze dotujemy?)
Jednak przede wszystkim wyjeżdżają ludzie po studiach...Ilu młodych ludzi kombinuje skończyć studia, nauczyć się języka i wyjechać? 80%?
Zaraz, zaraz a KASA ZA WYKSZTAŁCENIE!? Z punktu widzenia kraju te pieniądze są wyrzucone w błoto! Wiem, wiem, bajeczka o tym, że nauczą się "czegoś" i wrócą do naszego pięknego kraju nad Wisłą budować czwartą Koreę. IMHO guzik prawda .
Każdy młody człowiek chce dobra dla siebie i swoich przyszłych dzieci. Rozumiem to. Ale masa 30 tys. takich ludzi, licząc koszt studiów jednego za około 150tys. PLN to 4,5 miliarda PLN. Koszmar, ale ten koszmar właśnie trwa.
Państwo powinno być jak dobrze nasmarowany zegarek. Wszystko powinno pasować. U nas oczywiście wszystko jest nie tak. Wiadomo, że Polska utrzymuje się generalnie z VAT, mniej z PIT, a jeszcze mniej z CIT. System europejski, można powiedzieć. Czyli utrzymuje ten kraj KLASA ŚREDNIA. Ludzie, którzy nie mogą uciec od płacenia podatków, bo dostają pensje. Nie odchodzą na wcześniejsze emerytury. Nie pracują w dotowanych przedsiębiorstwach. Kupują i konsumują. BY zadbać o rozwój klasy średniej studia powinny być darmowe, ale nie za darmo . Kończysz bracie studia, chcesz wyjechać? Proszę bardzo...150 000PLN lub pracujesz TU przez 10 lat. Można też pomyśleć o "spłacaniu" studiów. Jednak jestem przekonany, że to trzeba tę kwestię najszybciej urealnić.
Nie interesuje mnie tłumaczenie ideologiczne, obojętnie czy za płatnymi czy za darmowymi studiami.

Lacho calad
Robus
Kończysz bracie studia, chcesz wyjechać? Proszę bardzo...150 000PLN lub pracujesz TU przez 10 lat. Można też pomyśleć o "spłacaniu" studiów. Jednak jestem przekonany, że to trzeba tę kwestię najszybciej urealnić.

A może Polska nie powinna być wolnym krajem tylko czyms na wzor Białorusi?

Wina tego zamieszania jest rzad, więc zmieńmy rzad. Studnia dzienne powinny być bezpłatne. Większosc moich kolegów ze studiów(dziennych) mieszka w AKADEMIKACH płaca okolo 700 -800 zl m-cznie. Dlaczego mamy im jeszcze zacisnic pętle na szyji?

Nasze panstwo powinno poszukac pieniedzy w inny sposób niz przez edukacje. Dlaczego nie mozemy miec pieniedzy z udanej prywatyzacji( dlaczego sprzedaje sie polskie firmy panstwowe przynoszace nam zyski za bezcen?). Dlaczego sa Afery Starachowicka , FOZZ czy PKN Orlen?

Czy naprawde biedny student musi placic za to wszystko?
Dlaczego ma byc ofiara?
Celecrin (11895 punktów)
Cześć
Co tu do rzeczy ma Białoruś?
Jak dostajesz kredyt to możesz sobie nie spłacić?
Jak Ty człowieku rozumiesz wolność? Rozmawiamy o kwestiach etycznych.

Moje rozumowanie jest dość proste.
Studia powinny być darmowe. OK, ZGADZAMY SIĘ.
CEL to udostępnienie wiedzy jak najszerszej liczbie ludzi.

Stary ale one nie są darmowe, bo KTOŚ za to płaci. Ktosiem są wszyscy. Zdobędziesz wykształcenie za czyjeś ciężko zarobione pieniądze!
1. Po co studia, według Ciebie, mają być darmowe?
2. Powiedz mi, co zyskujemy (My, którzy płacimy) jak wykształcony młody lekarz wyjeżdża za granicę?

Mało tego. Dlaczego dzienne studia mają by za darmo, jak cała masa ludzi płaci ciężkie pieniądze, by się wykształcić, pracując przy tym? Podziwiam ich. Czym oni się różnią od innych studentów?
Jak równość, to równość. Płacą wszyscy, z tym, że jedni spłacają swoją pracą, a drudzy, dzięki pracy.

Lacho calad, drego morn
AgusOdp: Płatne studia dzienne - cud rozumu w rządzie :P
>Absolutnie za płatnymi studiami dziennymi. Wszystko co płatne zawsze z praktyce i długoterminowo jest lepsze i efektywniejsze. Zrozumieli już to dawno Amerykanie gdzie edukacja jest płatna a dziecku od urodzenia zakładany jest fundusz na koncie gdzie zbiera się na edukację dziecka.

Haha, porównujesz Polskę z USA? Ciekawe, który polski młody rodzic, dopiero co dorabiający się, któremu ledwo co starcza na podstawowe potrzeby miałby kasę do odłożenia na studia dla dziecka?
Zresztą, popatrzmy na ten Zachód, do którego tak usilnie nasi politycy próbują dobić... Poziom ich nauczania jest po prostu śmieszny. (co z tego, że mają świetne warunki i sprzęty) Wystarczy się im dobrze przypatrzyć...
Podam przykład znajomego, który pojechał do USA i w liceum jako wiodące przedmioty wziął biologię, chemię i fizykę (cos jak typowy biol-chem w pospolitym Polskim liceum). Dyrekcja wezwała jego rodziców, bo twierdziła,że chłopak sobie nie poradzi. Po miesiącu stał się on najlepszym uczniem w szkole (a w Polsce był takim trójkowiczem). Drugi przykład: Kolega w 2 klasie liceum wyjechał do Stanów na rok, chodził tam do szkoły. Jak wrócił do Polski musiał znów powtarzać 3 klasę, bo do polskiej matury nie byłby przygotowany wystarczająco. Trzeci przykład: Bdb uczeń z Niemiec przybył na studia do Polski. Oczywiście dostał się, bo zagraniczni uczniowie mają inny system przyjęć. Ale żeby utrzymać się na studiach musiał chodzić do znajomej mi pani profesor na korki,zresztą nie tylko do niej. I to tylko kilka przykładów, nię chcę się rozpisywać o większej ich ilości, ale świadczą one same o sobie. (swoja drogą ciekawe dlaczego w USA jest tak wielu importowanych uczonych, nawet więcej niż rodzimych...Np przeglądając prace naukowe uczonych z Amerykańskich uniwersytetów, choćby z chemii nie natrafi się za często na Amerykanina, 90% to inteligencja importowana ze Wschodu) Wniosek: Przejmowanie wzorców z Zachodu tylko obniży nasze standarty. Przykładem jest Nowa Matura, największa bzdura ujednolicająca nas z Zachodem, gdzie edukacja wcale nie stoi na najwyższym poziomie... Sama NM zdawałam, była śmiesznie prosta w porównaniu z egzaminami na studia... Nie podoba mi się, że promuje średniaków, że zdać ją może praktycznie każdy, bo żeby zdobyć te 30% nie trzeba się uczyć przez całe liceum. Kiedyś polski system edukacji wydawał na świat prawdziwie wykształconych ludzi z dużą wiedzą. Teraz-przechodzi to do przeszłości.

Płatne studia wcale nie wprowadzą lepszych efektów nauczania, mogą jedynie podwyższyć jakośc studiowania(ładne sale, kolorowe sprzęty...), a nie samą jego wartość(dobrze wykształceni obywatele).
Wprowadzą natomiast więcej problemów dla zdolnych niezamożnych ludzi.to jest pewne :/
koniczyna
W pierwszej 50-tce najlepszych uczelni na świecie 15 to uczelnie amerykańskie. Polskie załapały sie w 4 setce.
To o czymś świadczy?
Cóż z tego, że importują uczonych jeżeli ich na to stać aby stworzyć im super warunki naukowe?
Moja przyjaciółka - archeolog miała szczęście spędzić rok na stypendium w Stanfordzie u Iana Hoddera (archeologom, antropologom i etnologom naukowiec ten jest doskonale znany). Kolega również, tyle że on fizyk. Szalenie im się podobało. Każdy zaangażowany w to co robie, wspaniała atmosfera pomimo wysokiej konkurencyjności i rywalizacji naukowej. Jednym słowem pozytywny ferment naukowy.
Powrót do macierzystej uczelni i... rozpacz. Ale przystosowali się i żyją. A Stanford pozostał we wspomnieniach jako piękny sen.
koniczyna
I daliby bardzo dużo aby móc tam pracować naukowo na stałe
K_GL
>W pierwszej 50-tce najlepszych uczelni na świecie 15 to uczelnie amerykańskie. Polskie załapały sie w 4 setce.
>To o czymś świadczy?
>Cóż z tego, że importują uczonych jeżeli ich na to stać aby stworzyć im super warunki naukowe?

Dobrze byłoby podać kryteria według których była układana owa lista i przez kogo została ona stworzona. Stwierdzenie, że w pierwszej 50-tce najlepszych uczelni na świecie 15 to uczelnie amerykańskie niesie ze sobą niewiele informacji. W jakim sensie są one najlepsze? Najlepsze dla kogo? Dla naukowców? Studentów? Każdy może sobie różnie odpowiedzieć. W przypadku tego typu wiadomości potrzeba więcej konkretów bo może się okazać, że mamy do czynienia z czystą propagandą (marketingiem).
koniczynanajlepsze uczelnie
Najlepsze uczelnie świata

22-11-2004

Harvard, najstarszy uniwersytet amerykański to najlepsza uczelnia na świecie - wynika z rankingu, przygotowanego przez naukowców z Uniwersytetu Jiao Tong w Szanghaju.

Ranking 500 najlepszych szkół wyższych to jedyne takie zestawienie na świecie. Oceniał uczelnie wyłącznie pod względem poziomu prowadzonych w nich badań naukowych. Badaczy interesowały m.in. uzyskiwane przez naukowców Nagrody Nobla oraz liczba cytatów z prac w pismach naukowych. Nie uwzględniano zaś jakości zajęć dydaktycznych, warunków lokalowych czy zawartości bibliotek.

Z rankingu wynika, że najwyższy poziom naukowy prezentują uczelnie amerykańskie. W pierwszej 50 jest ich aż 37. Polskie uczelnie - Uniwersytety Warszawski i Jagielloński - znalazły się dopiero w czwartej setce, daleko za Uniwersytetem Moskiewskim i Uniwersytetetem w Szegedzie na Węgrzech. Ranking potwierdził również, że wyższy poziom naukowy prezentują bogate uczelnie. Najlepszym tego przykładem jest Harvard. Ma trzy razy mniej studentów niż UW, ale 17 razy większy budżet - 1,7 mld dol.

Pełną listę znajdziesz na www.ed.sjtu.edu.cn/ranking.htm

1. Harvard USA
2. Stanford USA
3. Cambridge W. Brytania
4. California w Berkeley USA
5. Massachusetts Inst. Tech. (MIT) USA
6 .California Inst. Tech. USA
7. Princeton Univ. USA
8. Univ. Oxford W.Brytania
9. Columbia Univ. USA
10. Univ Chicago USA

MK

Artykuł opublikowany w miesięczniku studenckim "Dlaczego"

Sorka, 37 amerykańskich uczelni, a nie 15.
Inf. z studia.korba.pl/uczenie_sie/1,18368,156,art.html

Mozna sobie tam poszperać.

Celecrin (11895 punktów)Odp: najlepsze uczelnie
Cześć
Link z USNews:
www.lmu.ed(*)2004_edition/2004_national.htm
Jak widzisz układ szkół amerykańskich jest trochę inny.
A tu światowy(we):
www.webometrics.info/top2000.asp
www.webometrics.info/
Bardziej ogólnie:
www.socialcapitalgateway.org/eng-rankings.htm
To tu jest źródło twoich danych
www.socialcapitalgateway.org/eng-rankings.htm
Zobacz Essential Resources. W każdym zestawieniu jest inna kolejność, co oznacza, iż do końca tym rankingom wierzyć nie można, a przynajmniej nie otrzymasz informacji absolutnej.

Lacho calad
koniczyna
Wielkie dzięki Przyda mi się.
Owszem kolejność trochę sie różni, ale nadal widzę przewagę uniwersytetów z USA.

liliOdp: Płatne studia dzienne - największa głupota naszego rządu!!!!!!

Jak wiadomo obecnie młodzi ludzie po studiach nie potrafią zbyt wiele, narzekają pracodawcy; są mało samodzielni, mało kreatywni, wszystko trzeba im wskazać paluszkiem, a potem jeszcze poprawiać wielokrotnie ich wypociny:to nie moja opinia-zaznaczam-tylko zasłyszana: Jeśli chodzi o studia, a także oświatę, to obawiałam sie tego, że na arenę powraca Pani Radziwił: Początki "cudu" oświatowego zaczęły się kiedy dorwałysię do reeeformooowania systemu edukacji P.w.w., P. Dzieżgowska pod przywództwem P. Handke. Obecnie już trudno rozeznać, czy dzieciaki mają zdobywać wiedzę i umiejętności, czy mają uczestniczyć w niekończących sie akcjach, konkursach it.p..
Czy to rodzice wychowują dziecko, czy nauczyciel, uznawany obecnie za ....na trudno mi znaleźć porównanie-nie chcę nikogo urazić. Nie wiem do czego to wszystko zmierza...A dzieci okropnie sie sie nudzą i wpadają na coraz "genialniejsze' pomysły...budzące przerażenie czasami...oj,żal...
itachi
>
>Jak wiadomo obecnie młodzi ludzie po studiach nie potrafią >zbyt wiele, narzekają pracodawcy; są mało samodzielni, mało >kreatywni, wszystko trzeba im wskazać paluszkiem, a potem >jeszcze poprawiać wielokrotnie ich wypociny:to nie moja >opinia-zaznaczam-tylko zasłyszana

Zgadza się, jest to wina systemu edukacji już od podstawówki, poza tym nie kładzie się nacisku na studiach, na praktyczną część zajęć oraz myślenie, kreatywność, umiejętności społeczne , przedsiębiorczość itd. Ja jestem za tym, żeby wprowadzać wszędzie zajęcia z filozofii (gdyż jest to dziezdina zajmująca się myśłeniem), przedsiębiorczości oraz cos w stylu 'burzy mózgów' już od podstawówki. Przykład burza mózgów- np. pomysły na zrobienie kariery, pomysł na rozkręcenie interesu od podstaw, pomysł na poprawę sytemu świadczeń socjalnych- oczywiście te problemy bardziej na studiach powinnny być poruszane, w podstawówce wiadomo że inne

>Jeśli chodzi o studia, a także oświatę, to obawiałam sie >tego, że na arenę powraca Pani Radziwił: Początki "cudu" >oświatowego zaczęły się kiedy dorwałysię do reeeformooowania >systemu edukacji P.w.w., P. Dzieżgowska pod przywództwem P. >Handke. Obecnie już trudno rozeznać, czy dzieciaki mają >zdobywać wiedzę i umiejętności, czy mają uczestniczyć w >niekończących sie akcjach, konkursach it.p..

Myślę, że to i to jest ważne, ale to co się dzieje w oświacie nie jest dobre. Poza tym dla mnie to żadna reforma, jedynie powrót do starych archaicznych form np. gimnazjum (po co taki twór?). Reformą byłyby zajęcia (których moge znależć więcej) o których wyżej napisałem bez względu jaką mamy piramidę edukacji (podstawówka, średnie, wyższe cy gimnazjum w między czasie). Reformą byłoby też wprowadzenie metod szybkiego nauczania do szkół, wiekszość uczniów nie wie i nie uczy się jak się uczyć szybko i efektywnie, a mamy tyle metod, dorobek neuropsychologów i pedagogów się powiększa i jest to smutne, że to wszystko idzie do lamusa.

>Czy to rodzice wychowują dziecko, czy nauczyciel, uznawany >obecnie za ....na trudno mi znaleźć porównanie-nie chcę >nikogo urazić.

Nauczyciel dzisiaj jest uznawany za co najwyżej śmiecia Oczywiście z całym szacunkiem dla nauczycieli, po prostu mówię co o nas sądzą uczniowie. Nie cieszy się żadnym autorytetem, a wiem bo jestem z tej branży, choć obecnie nie wykonuję tego zawodu. Powinni wykonywać zarówno rodzice i nauczyciele, ale nie ma się co wzajemnie oskarżać, dwie strony są leniwe (co do wychowania) i grono pedagogów i rodziców, no ale ja się w sumie też rodzicom nie dziwię, bo muszą zarabiać i pracować dużo w tym kraju, że potem się nie chce im wychowywać, albo nawet dzieci na oczy nie widzą.

>Nie wiem do czego to wszystko zmierza...A dzieci okropnie sie >sie nudzą i wpadają na coraz "genialniejsze' >pomysły...budzące przerażenie czasami...oj,żal...
>

Jak np. grass (czyli marihuana dla niewtajemniczonych ) chociaż lepsze to niż inne dragi (przyjmując że WHO ma raport, że 'maryśka' jest lekiem na lęki, nerwy i ból- a jak wiadomo teraz młodzież ma prawdziwy Weltszmerc czyli ból istnienia w głowie oraz strasznie znerwicowana jest co widać po nieciekawych minach blokersów i całej rzeszy dresów ) ... Poza tym nudzą się. Nie ma żadnych zajęć czy sportowych czy intelektualnych dla ludzi za drobną kaskę lub za darmo. U mnie blokersi 'urzędują' do 2-3 w nocy prawie codziennie, zwłaszcza w wakacje Oczywiście poziom intelektualny, większości blokersów zatrzymał się na poziomie 70 IQ czyli lekkiego uposledzenia
itachi
>Jestem oburzony nowym planem naszego genialnego rządu o
>odpłatności studiów dziennych. Argumenty, które podaje
>wiceminister edukacji są jedną wielką bzdurą. Wcale nie
>jest prawdą, że na studia dostają się osoby z
>najzasobniejszych rodzin, które było stać na korepetycje.

Tak nie jest to prawdą, sam studiowałem na państwowej i wiem, że bogaci to mniejszość. Jednak myślę, że na pewnych uczelniach (elitarnych) jest więcej bogatych, co nie oznacza, że jest ich większość, bo to nieprawda, ale mają oni jednak lepsze możliwości rozwoju m.in. mogą pogłębiać swoją wiedzę i braki przez korepetycje, kursy itd.

>Dodatkowe lekcje biorą uczniowie, którzy nie umieją się
>sami uczyć.

Tak zdecydowana większość to ludzie nie tak bardzo zdolni (co biorą korki), ale są zapewne też ambitni co biorą dodatkowe lekcje, gdyz stwierzają, że ambitny korepetytor może ich nauczyć więcej (ale to już raczej mowa chyba o bardzo ambitnych bogatych...).

> Na uczelnie dostają się ci, którzy mają ambicje
>i umiejętności.

Myślę, że już tak nie jest, z tego względu, że mamy wielu mądrych ludzi (oczywiście definiując dokładniej co kryje sie pod tym pojęciem, czy intelekt, czy ilość zdobytej wiedzy, bo te pojęcia ost. w naszych czasach się rozmyły, dla mnie mądrość kiedyś i dziś to była wiedza, a inteligencja to coś obok, w sumie w psychologii czy pedagogice na dzień dzisiejszy to 2 różne sprawy, ale dzisiaj się to rozmyło w społeczeństwie), są kierunki gdzie np. jest 30 osób chętnych (i wiele mądrych odpada) na jedno miejsce tak jak np. na UW na psychologię w tym roku. Podobnym zainteresowaniem cieszy sie socjologia, wielkim politologia i parę innych. Poza tym są ludzie z biednych rodzin, wielodzietnych i muszą pracować żeby mieć na edukację, stąd są na płatnych zaocznych. Te zjawisko powinni zbadać socjologowie, zrobić statystykę (może badają ?), gdyż my poruszamy sie tylko po opiniach subiktywnych i jest w tym mniejsza lub większa prawda. Studiowanie na prywatnych napewno nie jest zjawiskiem jednorodnym.

> Na prywatne uczelnie idą w większości lenie,
>ludzie bez idei i ambicji, ludzie którym zależy tylko na
>papierku.

I to nie jest do końca prawdą, chociażby te 30 na jedno miejsce co mówiłem wyżej. Jest dużo leni przyznam. Czasami lenistwo, wbrew pozorom jest oznaką inteligencji. Człowiek jest tak inteligentny, że myśli, że nie potrzebuje się dużo uczyć (wiem po sobie, bo kiedyś taki byłem, a moje IQ miota się zazwyczaj w ok.165, gdyż nie jest to wartość stała) i może sobie ułatwić drogę idąc na studia płatne. W sumie czasami pójście na łatwiznę może być dla niektóych racjonalne.

>Jeśli pani wiceminister rzeczywiście wierzy w to
>co mówi to powinna się zabrać za zmodernizowanie metod
>nauczania na poziomie szkoły średniej tak aby bez
>dodatkowych lekcji przeciętny uczeń mógłby uzyskać dobre
>wyniki w nauce i przy odrobinie dobrej woli miał szanse
>dostać się na państwową uczelnie.

W pełni popieram.

>Rozumiem, że sytuacja
>finansowa uczelni nie jest wspaniała ale nie można
>rozwiązywać tego problemu kosztem studentów. Jeśli
>profesorowie narzekają na niskie pensje to niech zarabiają
>na w/w leniach ale nie na ambitnych i uzdolnionych.

Byłoby wspaniale, powinni właśnie zarabiać na płatnych zaocznych (uważam je za łatwiejsze ze względu na ilość godzin oraz słaby poziom nauczania języków, jednak nie użyje określenia leń, bo niektórzy muszą pracować na studia, lub się nie dostali na państwowe z braku miejsc, nie chce nic uogólniać i wpisywać ludzi w schemat-dogmat) na państwowych oraz płatnych studiach prywatnych.

>Poza
>tym bardzo nie podoba mi się pomysł zmiany zapisu w
>konstytucji. Zapewnienie równego dostępu do edukacji tzn.
>uzależnienie go od zdolności a nie od zasobności portfela
>to jeden z podstawowych obowiązków państwa.

Tak... ale w większości krajów cywilizowanych (Europa, USA) są studia płatne, a państwowe oferują niższy poziom. W Polsce sytuacja jest odwrócona. Ja widzę jeden główny problem Polski, który wpływa na wszystkie sfery życia społecznego. Są to zbyt niskie zarobki, najniższe w UE i wcale dużo nie lepsze od niektórych krajów w UE nie będących z Europy Wsch.

>Zmiana zapisu w
>konstytucji o bezpłatnym dostępie mogłaby stać się podstawą
>do nadużyć.Jak najlepsza edukacja powinna być
>priorytetowym elementem polityki każdego rządu.

I tu znowu w pełni popieram. Wykształcone społeczeństwo to większy rozwój we wszelkich dziedzinach. Jest tylko mały problem, wykształceni nie chcą siedzieć w Polsce ze względu na zarobki. Polepszenie edukacji za mało nam da, jeśli student po studiach nie będzie mógł znaleźć pracy lub znajdzie za małe pieniądze, albo taką któej nie chciał/oczekiwał. Wyjdzie na to, że produkujemy masowo mgr tylko dla Amerykanów i Francuzów, Niemców itd. Na dzień dzisiejszy wizja rozwoju ambicji ambitnego studenta jest słaba, nie chodzi może tylko o pieniądze, ale także o prowadznie badań etc.. Wiem po sobie 2 razy studiowałem (pedagogika, psychologia), obecnie się doktoryzuje (psychologia) i pomimo, że mam dobrze finansowo, cięzko tu o karierę naukową, brak specjalistycznych ośrodków/centrów naukowych, garstkę badań prowadzi się tylko na dużych uczelniach. Poza tym wizja pracy naukowca w Polsce nie jest tak atrakcyjna jak za granicą (płace)

>I tak jak
>Bogdan Miś wypowiadał się o tym, że nie można urynkowić
>nauki(science) tak samo nie można urynkowić edukacji
>ponieważ skutki zarówno nauki jak i edukacji nie są
>odczuwalne od razu lecz dopiero po dłuższym czasie.

Ma pan racje i pan Miś także.

>Chciałbym zwrócić uwage również na inny problem związany z
>wyższą edukacją. Uczelnie zawsze były miejscem gdzie ludzie
>rozwijali swoje zainteresowania, a nie kształcili się do
>wykonywaniea zawodu. Aktualnie w Polsce się to zmieniło.

Ja mam wizję, żeby rozwijać to i to, problem w tym, że teraz masowa produkcja mgr-ów jest ważniejsza.

>Podkreśla się, że studia to szansa na zdobycie
&g
itachi
>Podkreśla się, że studia to szansa na zdobycie
>jakiejkolwiek sensownej (normalnie płatnej) pracy.

W Polsce tak. Znam ludzi co pokończyli 'dobre kierunki' i nie mieli pracy lub pracę za 800 zł i to np. w Warszawie. To absurd.

>Większośc pracodawców wymaga wyższego wykształcenia do
>wykonywania pracy, której mógłby się podjąć człowiek po
>szkole średniej po przejściu odpowiedniego kursu, który i
>tak nowy pracownik musi odbyć.

Zgadza się, ale to nie rząd za to odpowiada tylko pracodawcy, gdyż oni ustalają kryteria. Tylko skąd taka głupawka pracodawców?

>Uważam tą sytuację za
>bezsensowną.

Ja uważam całą RP za bezsensowną.

>Studia przestają już być domeną elity, stają
>się niezbędnym minimum.

Tak jest, ale są to chyba 'normalne koleje rzeczy'. Już wkrótce (może za 20 lat) wiele pracy za nas będą mogły wykonać roboty, więc pracownicy fizyczni nie będą tak potrzebni i studiowanie jest jak najbardziej racjonalne. Poza tym pomijając te roboty, teraz położony jest nacisk na siłę mózgu, a nie mięśni, a poza tym robole i umysły nadające się tylko do roboty fizycznej zobaczyły, że na nauce można zarobić lub pracować łatwiej, dlatego się kształcą. Znam ludzi (np. jeszcze z czasów podstawówki) po zawodówce co poszli potem od razu do technikum, a potem na studia, ponieważ widzą, że bez studiów ani rusz, a w podstawówie byli głąbami.

>Przypuszczam, że w najblizszym
>czasie człowiek bez studiów (celowo pomijam określenie
>"wyższe wykształcenie" bo jak już powiedziałem przestaje
>ono być elitarne) będzie skazany na marginalizacje w życiu
>publicznym.

To już się dzieje na naszych oczach. Pewnie potem elitą będzie tylko ktoś mający od 3-5 specjalizacji + doktorat (ewentualnie wyżej) i 2-3 języki.

>Sądze, że jest to efekt źle zorganizowanego
>systemu edukacji.

Tak, ale nie jest to zjawisko jednorodne, zbyt wiele czyników wpływa na ten stan rzeczy.

>To średnie wykształcenie powinno
>gwarantować człowiekowi zdobycie pracy i możliwość realnego
>uczestnictwa w życiu publicznym, a nie studia.

Ba, nawet zawodówka, ale nawet piekarzy i kucharzy potrzebują mniej, nie mówiąc już o spawaczach, ślusarzach i róznych innych 'specjalistach od metalu'- wiadomo coraz więcej specjalistycznych maszyn

>Uczelnie mają
>pomagać w rozwijaniu swej osobowości, uczyć kreatywności a
>nie przygotowywać do pracy.

Zgadza się oprócz zawodu powinna byc rozwijana kreatywność i osobowość (rózne umiejętności spóleczno-psychiczne np. EQ).
Wielkie wynalazki i odkrycia powstawały pod wpływem kreatywności, wyobrażni, ekscentryzmu i nie koniecznie/zawsze wiedzy (choć mile widziana)
quasar (219 punktów)
Płatne studia w Polsce to coś co powinno mieć miejsce już dawno temu. Osobiście uważam, że powinien istnieć system kredytowy dzięki czemu studiować mogliby uczniowie z biednych rodzin + stypendia ( sam pochodzę z biednej wiejskiej rodziny a pierwsze 2 lata studiów przeżyłem dzięki stypendiom). Człowiek dba o to za co musi zapłacić. Oczywiście nie zmusi to wszystkich leserów do pracy ale może chociaż część. A co do obecnej propozycji MENiS proszę zauważyć, że:
1. Polska armia zmierza w kierunku armii zawodowej o czym świadczy np. przedwczorajsza informacja o 18 miesiącach po których trafia się do rezerwy.
2. Spora ilość osób idzie na prywatne uczelnie żeby nie iść do wojska i są to uczelnie o niezbyt wysokim poziomie np W*I w Lodzi gdzie o ile mi wiadomo wystarczy zaliczyć jeden semestr, zeby zostać dopuszczonym do obrony pracy (a pracę można kupić co też jest powszechnie wiadome).
3. Na uczelniach prywatnych dorabia sobie spora grupa pracowników naukowych z uczelni państwowych. Im więcej studentów prywatnych tym więcej pan profesor może zarobić.

Wszystko to jest ze sobą w oczywisty sposób powiązane. Oczywiście są chlubne wyjątki uczelnie prywatne o wysokim poziomie nauczania jak zawsze.

K_GL
>Myślę, że już tak nie jest, z tego względu, że mamy wielu mądrych ludzi (oczywiście definiując dokładniej co kryje sie pod tym pojęciem, czy intelekt, czy ilość zdobytej wiedzy, bo te pojęcia ost. w naszych czasach się rozmyły, dla mnie mądrość kiedyś i dziś to była wiedza, a inteligencja to coś obok, w sumie w psychologii czy pedagogice na dzień dzisiejszy to 2 różne sprawy, ale dzisiaj się to rozmyło w społeczeństwie), są kierunki gdzie np. jest 30 osób chętnych (i wiele mądrych odpada) na jedno miejsce tak jak np. na UW na psychologię w tym roku. Podobnym zainteresowaniem cieszy sie socjologia, wielkim politologia i parę innych. Poza tym są ludzie z biednych rodzin, wielodzietnych i muszą pracować żeby mieć na edukację, stąd są na płatnych zaocznych. Te zjawisko powinni zbadać socjologowie, zrobić statystykę (może badają ?), gdyż my poruszamy sie tylko po opiniach subiktywnych i jest w tym mniejsza lub większa prawda. Studiowanie na prywatnych napewno nie jest zjawiskiem jednorodnym.
>> Na prywatne uczelnie idą w większości lenie,
>>ludzie bez idei i ambicji, ludzie którym zależy tylko na
>>papierku.
>I to nie jest do końca prawdą, chociażby te 30 na jedno miejsce co mówiłem wyżej. Jest dużo leni przyznam. Czasami lenistwo, wbrew pozorom jest oznaką inteligencji. Człowiek jest tak inteligentny, że myśli, że nie potrzebuje się dużo uczyć (wiem po sobie, bo kiedyś taki byłem, a moje IQ miota się zazwyczaj w ok.165, gdyż nie jest to wartość stała) i może sobie ułatwić drogę idąc na studia płatne. W sumie czasami pójście na łatwiznę może być dla niektóych racjonalne.

No cóż przyznaję, że zbytnio uogólniłem i uprościłem sprawe ale niestety ze swoich obserwacji wiem, że w większości na prywatne studia mało idzie ludzi ambitnych. Nie twierdze, że nie istnieją wyjątki.

>Ja widzę jeden główny problem Polski, który wpływa na wszystkie sfery życia społecznego. Są to zbyt niskie zarobki, najniższe w UE i wcale dużo nie lepsze od niektórych krajów w UE nie będących z Europy Wsch.

Myśle, że jeśli wogóle che się rozmawiać o płatnych studiach to najpierw trzeba byłoby rozwiązać właśnie ten problem.

>Jest tylko mały problem, wykształceni nie chcą siedzieć w Polsce ze względu na zarobki. Polepszenie edukacji za mało nam da, jeśli student po studiach nie będzie mógł znaleźć pracy lub znajdzie za małe pieniądze, albo taką któej nie chciał/oczekiwał. Wyjdzie na to, że produkujemy masowo mgr tylko dla Amerykanów i Francuzów, Niemców itd. Na dzień dzisiejszy wizja rozwoju ambicji ambitnego studenta jest słaba, nie chodzi może tylko o pieniądze, ale także o prowadznie badań etc..

Tak swoją drogą skoro Amerykanom, Francuzom, Niemcom tak bardzo są potrzezbni nasi specjaliści to może nie jest tak najgorzej z naszym systemem szkolnictwa wyższego, a cała dyskusja jest jedynie nakręcana przez media i niezadowolonych z płac profesorów.
Isabelle (126 punktów)
popieram! to całkowity idiotyzm i tragedia dla kieszeni przyszłych biednych studentów! za dwa lata czekają mnie studia, już widzę jak będę musiała żyć by sobie na nie pozwolić, jeśli będą płatne. juz obecnei studenci są znani z oszczędności i bądź co bądź biedy, a tu jeszcze każą nam za samą naukę płacić! SKANDAL! nie chce nic mówić - ale nasz cudowny rząd z roku na rok ma coraz durniejsze pomysły. pewnie pani minister już dzieci wykształciła, więc może wymyślać płacenie! ehhh - szkoda słów.
nastapiły ciemności, które tylko nauka mogła rozwiać...
placownik
   Protesty, oświadczenia, stanowiska, szum medialny zamiast rzeczowej dyskusji.

   Czy ma sens protest przeciwko wynikom badań?

   Anna Radziwiłł: "Wycinkowe co prawda, ale badania składu socjalnego, warunków materialnych obecnie studiujących wskazuje, że mówiąc bardzo potocznie biedniejsi płacą, bogatsi nie płacą. Wśród tego miliona studiujących za pieniądze jest większy procent młodzieży wiejskiej, większy procent młodzieży znajdującej się w trudnych warunkach bytowych niż na studiach bezpłatnych."

serwisy.gazeta.pl/tokfm/1,53880,2854582.html

   Utrzymanie bezpłatnych studiów wyższych leży w żywotnym interesie środowisk opiniotwórczych. Redaktorów naczelnych (np. "Trybuny"), choć niekoniecznie szeregowych dziennikarzy, naukowców (tych co namiętnie udzielają wywiadów na tematy wszelakie), choć niekonieczne szeregowych adiunktów, prawników (np. tych z Uniwersytetu Gdańskiego), wyższych urzędników państwowych i samorządowych itp. Nie są to na pewno osoby, które płacą podatki wg. najniższej stawki podatkowej. Jestem za to głęboko przekonany, że ich dzieci jeśli już płacą czesne, to tylko dlatego, że szkoła wyższa w której pobierają nauki leży poza granicami naszego pięknego kraju. Do tego dochodzą środowiska mieniące się lewicowymi, które są łatwo podatne na manipulację tych pierwszych, zwłaszcza w okresie kampanii wyborczej.

   A uwolnienie cen na usługi edukacyjne na poziomie (nominalnie przynajmniej) wyższym, ma wiele zalet. Za główną uważam ich urealnienie i powiązanie z jakością oferowanych usług. Ukochany przez naszych neoliberałów rynek (po pewnym czasie oczywiście) pokazał by, ile jest warte uzyskanie np. magisterium z prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim w porównaniu z magisterium uzyskanym w Wyższej Szkole Zarządzania i Prawa w Warszawie.

   Sprawą o kluczowym znaczeniu jest natomiast system stypendialny. I na nim powinna się koncentrować dyskusja. To tutaj pole do popisu mają ci, którzy mają serce po lewej stronie. I nie powinna tutaj moim zdaniem obowiązywać ośmieszona zasada każdemu po równo. Stypendium socjalne powinno przynajmniej pokrywać czesne na uczelni, na której stypendysta studiuje. Jeśli ma to być 5 000 zł za semestr we wspomnianej Wyższej Szkole Zarządzania i Prawa w Warszawie, to będzie to minimum 5 000 zł. Jeśli 12 000 zł za semestr na Uniwersytecie Jagiellońskim, to niech to będzie minimum 12 000 zł.

   Pozrawiam.
K_GL
>   Protesty, oświadczenia, stanowiska, szum medialny zamiast rzeczowej dyskusji.
>   Czy ma sens protest przeciwko wynikom badań?
>   Anna Radziwiłł: "Wycinkowe co prawda, ale badania składu socjalnego, warunków materialnych obecnie studiujących wskazuje, że mówiąc bardzo potocznie biedniejsi płacą, bogatsi nie płacą. Wśród tego miliona studiujących za pieniądze jest większy procent młodzieży wiejskiej, większy procent młodzieży znajdującej się w trudnych warunkach bytowych niż na studiach bezpłatnych."
>serwisy.gazeta.pl/tokfm/1,53880,2854582.html

Chciałbym zauważyć, że mniejsza ilość młodzieży wiejskiej na studiach dziennych może wynikać z gorszej edukacji na poziomie podstawowym i średnim. Osoba z gorszym przygotowaniem ma mniejsze szanse na zdanie matury z wysokim wynikiem. Nawet jeśli się dostanie na studia to gorsze przygotowanie może sprawić, że się nie utrzyma i będzie zmuszona podjąć prace oraz ewentualne studia zaoczne. Tak jak powiedziałem wcześniej aby rozwiązać ten problem rząd powinien skupić się na szkolnictwie podstawowym i średnim. Poza tym skoro badania warunków materialnych studentów mają charakter wycinkowy to niestety nie są one w pełni miarodajne. Należałoby przeprowadzić badanie nastawione konkretnie na tą sprawe. Jednakże musze przyznać, że przeczytanie tego wywiadu troche zmieniło moją ocene tego pomysłu chociaż i tak pozostaje sceptyczny.

>   A uwolnienie cen na usługi edukacyjne na poziomie (nominalnie przynajmniej) wyższym, ma wiele zalet. Za główną uważam ich urealnienie i powiązanie z jakością oferowanych usług. Ukochany przez naszych neoliberałów rynek (po pewnym czasie oczywiście) pokazał by, ile jest warte uzyskanie np. magisterium z prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim w porównaniu z magisterium uzyskanym w Wyższej Szkole Zarządzania i Prawa w Warszawie.

Nie sądze żeby poziom usług się polepszył jeśli zarobione pieniądze nie będą iść na rozwój samych uczelni tylko do kieszeni profesorów. Ktoś musiałby przypilnować na co idą pieniądze z czesnych. A jak już wcześniej wspomniałem pociągnełoby to dodatkowe koszty związane z utrzymaniem odpowiedniego systemu kontroli. Zresztą jeśli zmiana polegałaby rzeczywiście jedynie na przeniesieniu ciężaru opłat z biedniejszych na bogatszych to nie wpłynełby to znacząco na finanse uczelni. A co do porównania jakości oferowanego wykształcenia to już teraz możemy się o tym przekonać. Nie trzeba w tym celu czekać na wprowadzenie odpłatności studiów dziennych. Poza tym przesadza Pan z tym urealnieniem edukacji na poziomie wyższym. To, że studenci są słabo przygotowani do pracy wynika przedewszystkim ze złej metodologii nauczania. Uczelnie dopiero teraz przejmują zadanie przygotowania do życia zawodowego i wyraźnie sobie z tym nie radzą ponieważ nie to było ich pierwotnym celem o czym też już mówiłem w tym wątku

>   Sprawą o kluczowym znaczeniu jest natomiast system stypendialny. I na nim powinna się koncentrować dyskusja. To tutaj pole do popisu mają ci, którzy mają serce po lewej stronie. I nie powinna tutaj moim zdaniem obowiązywać ośmieszona zasada każdemu po równo. Stypendium socjalne powinno przynajmniej pokrywać czesne na uczelni, na której stypendysta studiuje. Jeśli ma to być 5 000 zł za semestr we wspomnianej Wyższej Szkole Zarządzania i Prawa w Warszawie, to będzie to minimum 5 000 zł. Jeśli 12 000 zł za semestr na Uniwersytecie Jagiellońskim, to niech to będzie minimum 12 000 zł.
>   Pozrawiam.
>

No cóż akurat ta propozycja wydaje się w miare sensowna.
bubu

>Chciałbym zauważyć, że mniejsza ilość młodzieży wiejskiej na studiach dziennych może wynikać z gorszej edukacji na poziomie podstawowym i średnim. Osoba z gorszym przygotowaniem ma mniejsze szanse na zdanie matury z wysokim wynikiem. Nawet jeśli się dostanie na studia to gorsze przygotowanie może sprawić, że się nie utrzyma i będzie zmuszona podjąć prace oraz ewentualne studia zaoczne. <

O jejku jejku , ale mądrości wymyśliłeś.Studiowałem z tą tak zwana młodzieża miejską i w kilku przypadkach- pożal się Panie Boże!miernota poparta korepetycjami zapłaconymi przez mamuśki.Czy wiesz Panie Mądry ilu wybitnych profesorów ma pochodzenie chłopskie?
A do szkół średnich gdzie dzieci wiejskie idą ? Na Marsa? Nie - do miast!
Konkluzja: nie pieprz Pietrze...
K_GL
>O jejku jejku , ale mądrości wymyśliłeś.

Nie wiem czy zauważyłeś, że napisałem tylko o możliwości takiego wytłumaczenia. Nie upieram się przy tym, że jest ono jedyne i najlepsze. Po to dyskutuje na forum, aby zweryfikować trafność swoich spostrzeżeń.

>Studiowałem z tą tak zwana młodzieża miejską i w kilku przypadkach- pożal się Panie Boże!miernota poparta korepetycjami zapłaconymi przez mamuśki.

Te pare przypadków o niczym jeszcze nie świadczy. Powinieneś porównać średni poziom wiedzy i nabytych umiejętności osób z miasta oraz osób ze wsi.

>Czy wiesz Panie Mądry ilu wybitnych profesorów ma pochodzenie chłopskie?

Nie wiem. Dobrze byłoby tu podać jakieś obiektywne statystyki "Panie Mądry". Najlepiej w takiej formie jak zrobiła to Koniczyna po moim zarzucie o zbyt małej liczbie informacji w jej wypowiedzi o statystyce najlepszych uczelni świata.

>A do szkół średnich gdzie dzieci wiejskie idą ? Na Marsa? Nie - do miast!

To prawda, że szkoły średnie znajdują się w miastach (przynajmniej nie słyszałem o szkole średniej na wsi chociaż nie wykluczam, że może takowa istnieć) ale zauważ, że szkoły średnie prezentują różny poziom. Słabsze nauczanie w podstawówce (oraz w gimnazjum) uniemożliwia dostanie się do dobrego liceum. Nauka w gorszym liceum/technikum powoduje słabsze przygotowanie do matury, egzaminów na studia i samego studiowania. Jedno pociąga za sobą drugie. Oczywiście zawsze mogą się zdarzyć osoby wybitne i ambitne, które same nadrobią różnice w poziomie nauczania i takie osoby moją szanse dostać się na studia dzienne. Wyjątki zawsze się zdarzają. Poza tym nigdzie nie napisałem, że dzieci wiejskie chodzą do szkół średnich znajdujących się na wsiach. Napisałem natomiast o gorszym nauczaniu na poziomie podstawowym i średnim

Konkluzja: nie pieprz Pietrze...

Następnym razem prosiłbym o większą liczbę argumentów zamiast ironii.
bubu

Proszę Pana, wysuwasz Pan tezy, nie mając nic wspólnego- jak mniemam- z edukacją na poziomie średnim, podstawowym,..
Poziom kształcenia na wsi i w miastach systematycznie się wyrównuje, o czym swiadczą wyniki zewnętrznych egzaminów.Znam to od podszewki, więc nie dziw się Pan, że mnie ponosi, gdy ktoś pitoli takie farmazony. Wiem, do jakich liceów trafiają uczniowie ze wsi i je kończą- wielu bez korków- co jest nie do pomyślenia w środowiskach miejskich.

Jeśli chodzi o profesorów z pochodzeniem chlopskim, to warto poczytać kilka biografii. Nie myśl Pan, że mu tu je wkleję.

Ps: Jestem z Małopolski, a tu jak wiadomo uczy się dzieci i młodzież wszędzie na jednakim wysokim poziomie.
Vide: Raporty oświatowe
koniczynapolski cyrk naukowy
załączam arcyciekawy link www.naukowcy.republika.pl/

koniecznie poczytajcie
Oless (982 punktów)Odp: polski cyrk naukowy
>załączam arcyciekawy link www.naukowcy.republika.pl/

Jest super!
Patuszkin (2279 punktów)Odp: Płatne studia dzienne - największa głupota naszego rządu!!!!!!
Nic nie napiszę w tym wątku, bo mam nerwy na samą myśl o tym co mógłbym napisać. A byłoby to coś, po czym świat by się zawalił.
Grzegorz (2117 punktów)
Cóż moja opinia będzie krótka - "There's no free lunch"

Nie istnieją żadne darmowe studia podobnie jak "darmowa" służba zrowia i inne "darmowe" rzeczy, poczytaj kiedyś ustawę budżetową na spółkę z ustawami podatkowymi.
Płacę obecnie ponad 50% moich własnych dochodów za "darmowe" studia, opiekę socjalną itp.
Przez pół roku pracuję za darmo a mimo to nauczyciel, lekarz policjant - zarabiają grosze, a ja za moją kasę jestem traktowany jak piąte koło u woza przez sfrustrownych (co jest w końcu całkiem zrozumiałe) "klientów" tego janosikowego systemu. Wszak to nie ja im płacę tylko "państwo" - a ja się tylko pytam skąd to państwo ma na ich wypłaty?
Ta cała "darmocha" kosztuje nas wszystkich ogromne pieniądze.
Chory system - chore rozwiązania - chory kraj, a jak ktoś się wychyli i powie prawdę - obrywa

Pozdrawiam
Wilhelm
Richtig! Nie ma nic za darmo, a te fikcje nalezaloby czym predzej wykreslic z konstytucji, bo przecie kpina w zywe oczy. Moja mama przechodzila niedawno operacje i za same badania wstepne zaplacila od 1000 zeta. Oki, moglby ktos powiedziec: rzecz obyla sie prywatnie, ale jesli potrzebna jest operacja, a w przychodni mowi sie, ze limit NFZ zostal wyczerpany na badania krwi, to pojakiego grzyba ma emeryt jeszcze bulic skladke, skoro wiadomo, ze i tak moze sie niedoczekac uslugi, ktora mu przysluguje? Najgorsze jest to, ze sam system jest niewydolny! A wracajac do tematu: studiowalem w Polsce i wiem jak bylo. Zgadzam sie, ze za studia trzeba placic, lecz musze miec gwarancje, ze te pieniadze trafia tam, gdzie trzeba, a nie do kieszeni jakiegos profesora czy tez zostana pozarte przez biurokracje.

Tam, gdzie konczy sie religia, tam zaczyna sie etyka.
placownik
>Nie istnieją żadne darmowe studia podobnie jak "darmowa" służba zrowia i inne "darmowe" rzeczy

   Nie istnieją.

   Czasami jednak jest tak, że syn Nowaka uczy się za pieniądze Kowalskiego. Jak już się nauczy i zacznie pracować (daj Boże), to może się zdarzyć tak, że Kowalski będzie leczony za pieniądze syna Nowaka. Jest to zasada solidaryzmu społecznego. W takiej lub innej formie stanowi ona fundament funkcjonowania każdego społeczeństwa.

   Działania indokrynacyjne ideologów neoliberalizmu gospodarczego koncentrują się na uświadamianiu płacącym za studia nie swoich dzieci i leczenie nie swoich rodziców, że ich pieniądze są wydawane w sposób nieracjonalny, czemu często trudno zaprzeczyć. W żaden sposób nie wynika jednak z tego faktu potrzeba odejścia od wspomnianej zasady.

   Na pewno natomiast, istnieje potrzeba prowadzenia stałych działań "uświadamiających" syna Nowaka, że nie uczy się za darmo i Kowalskiego, że za jego leczenie ktoś jednak płaci. Traktowałbym to jako element wychowania obywatelskiego.

   Idealizm? Być może. Cóż to szkodzi.

   Pozdrawiam.
Grzegorz (2117 punktów)
>   Czasami jednak jest tak, że syn Nowaka uczy się za pieniądze Kowalskiego. Jak już się nauczy i zacznie pracować (daj Boże), to może się zdarzyć tak, że Kowalski będzie leczony za pieniądze syna Nowaka. Jest to zasada solidaryzmu społecznego. W takiej lub innej formie stanowi ona fundament funkcjonowania każdego społeczeństwa.

Hmmm coś mi w tym rozumowaniu zgrzyta i to mocno. Pominąłeś fakt, że Kowalski nie tylko płaci za studia młodego Nowaka, ale także opłaca składkę ubezpieczeniową na swoje koszty leczenia (a konkretnie 3 różne składki) i następną na swoją emeryturę - do tej dokłada się jeszcze pracodawca.
To co opisałeś jest raczej dysfunkcją systemu ubezpieczeń, a nie solidaryzmem społecznym.
No bo na licho byłaby Kowalskiemu, kasa syna Nowaka gdyby ubezpieczyciel realizował swoje obowiązki?
Ogółem Kowalski w formie podatków i danin uiszcza faktycznie ok. 80% swojego zarobku, jeśli uwzględnić, że to właśnie on jest płatnikiem VAT (jako nie-vat'owiec go sobie nie odliczy) akcyzy, podatków i opłat lokalnych, opłat granicznych i ceł - słowem tych składników wliczonych w cenę kupowanego produktu, które nie są uzasadnione kosztami produkcji, dystrybucji i reklamy. Wszystko to po to aby na stare lata stać się przedmiotem opieki społecznej i ciężarem dla syna Nowaka?

>   Działania indokrynacyjne ideologów neoliberalizmu gospodarczego koncentrują się na uświadamianiu płacącym za studia nie swoich dzieci i leczenie nie swoich rodziców, że ich pieniądze są wydawane w sposób nieracjonalny, czemu często trudno zaprzeczyć.

Słowo "indoktrynacja" źle mi się kojarzy, skoro jak sam piszesz pieniądze są wydawane nieracjonalnie to chyba działania nie są indoktrynacyjne tylko uświadamiające, a to zasadnicza różnica.

>W żaden sposób nie wynika jednak z tego faktu potrzeba odejścia od wspomnianej zasady.

Tzn. że nadal "władza" ma marnować pieniądze i co za tym idzie ludzki wysiłek włożony w to aby je zarobić, po to aby pod hasłami solidaryzmu kwitły bankrutujące, dysfunkcyjne systemy socjalne? IMO - nie na tym polega solidaryzm, to jest po prostu societas leonida (lwia spółka - jeden ma głównie korzyści, a drugi głównie koszty), a nie normalny układ społeczny.

>   Na pewno natomiast, istnieje potrzeba prowadzenia stałych działań "uświadamiających" syna Nowaka, że nie uczy się za darmo i Kowalskiego, że za jego leczenie ktoś jednak płaci.

Ależ tego nie da się uświadomić nikomu na sucho. Jak zacznie płacić - zobaczy zależności wcześniej - nie. Syn Nowaka uczy się ze swojego punktu widzenia za darmo, a Kowalski płaci za wszystko - za swoje leczenie także płaci i nie jest jego winą, że ubezpieczyciel marnuje jego składkę.

>   Idealizm? Być może. Cóż to szkodzi.

Sam w sobie idealizm może i nie, ale bieda, że go co czasem ktoś stara się wcielić w życie
Nie jestem wrogiem solidaryzmu społecznego, ale nie można jak śmieci pod dywan, zamiatać pod ów solidaryzm usprawiedliwień dla rozboju, który jest skutkiem tego, że społeczeństwo (a może raczej jego przewodnie siły) nie życzy sobie zobaczyć prawdy i woli życie w błogiej nieświadomości na cudzy koszt.

Pozdrawiam

placownik
   Na początek spróbujmy zbliżyć się do faktów. Piszę zbliżyć się, gdyż fakty, zwłaszcza liczbowe, są w ekonomii bytami o pewnym stopniu zmienności. Dzięki działaniom indoktrynacyjnym (będę się jednak upierał przy tym określeniu) neoliberałów, zmierzającym do wytworzenia wrażenia, że ekonomia jest nauką ścisłą, zmienność faktów ekonomicznych dla wielu może być sporym zaskoczeniem. Przykład? Stopa bezrobocia. Dzięki zmianie sposobu liczenia wzrosła o około 2%. Wracając do tematu.

   W swoim pierwszym poście piszesz :
>Płacę obecnie ponad 50% moich własnych dochodów za "darmowe" studia
   W drugim
>Ogółem Kowalski w formie podatków i danin uiszcza faktycznie ok. 80% swojego zarobku

   Oczywiście trudno mi ocenić na ile bliskie rzeczywistości jest Twoje pierwsze stwierdzenie. Nie sądzę zresztą aby było to wykonalne. Jednak drugie stwierdzenie odnosi się do statystycznego Kowalskiego i w tym przypadku można odwołać się do użytecznego wskaźnika jakim jest:
>Dzień Wolności Podatkowej to dzień, w którym symbolicznie przestajemy płacić państwu, a zaczynamy zarabiać na siebie. Do obliczenia, kiedy ów dzień przypada, służy stosunek udziału wydatków publicznych do produktu krajowego brutto
cytuję za:
pl.wikiped(*)C5"_Wolności_Podatkowej

   Według tego samego źródła, w roku 2005 dzień ten neoliberałowie obchodzili 22 czerwca. Tak więc obciążenie statystycznego Kowalskiego o którym piszesz, można oszacować w 2005 r. na nieco ponad 47%. Warto przy tym zauważyć, że aczkolwiek wyliczenia tego wskaźnika dla konkretnych osób są praktycznie niewykonalne, to jednak z dużą dozą pewności można stwierdzić, że zarówno dla osoby bezrobotnej jak i dla członka Klubu Konesera grupującego miłośników dobrych alkoholi i cygar, do którego przynależność deklaruje były Prezes ORLENU Zbigniew Wróbel, wskaźnik ten ma wartość zdecydowanie niższą. (Uff. Wyprodukowałem zdanie, którego konstrukcja godna jest Leona Boda Bielskiego)

   Nieco wyżej piszesz:
>Pominąłeś fakt, że Kowalski nie tylko płaci za studia młodego Nowaka, ale także opłaca składkę ubezpieczeniową na swoje koszty leczenia (a konkretnie 3 różne składki) i następną na swoją emeryturę

   Składka ubezpieczeniowa płacona przez Kowalskiego nie jest przeznaczona na jego (Kowalskiego) koszty leczenia, lecz na NFOZ. Z tej składki płacone są koszy leczenia wszystkich ubezpieczonych. To właśnie jest elementem realizacji zasady solidaryzmu społecznego. Płacone są także apanaże prezesów, dyrektorów, koszty utrzymania bizantyjskich siedzib działów, pododdziałów, delegatur tej instytucji, a także płace skrybów, którzy w pocie czoła wyliczają czy pieniądze skończą się w czerwcu, czy też wystarczy ich do lipca. To są koszty, niekoniecznie uzasadnione delikatnie mówiąc, praktycznej realizacji wspomnianej wyżej zasady.

   To samo tyczy składki emerytalnej płaconej przez Kowalskiego w jej części obowiązkowej (I filar).

   Piszesz:
>Słowo "indoktrynacja" źle mi się kojarzy, skoro jak sam piszesz pieniądze są wydawane nieracjonalnie to chyba działania nie są indoktrynacyjne tylko uświadamiające, a to zasadnicza różnica

   Słowa tego użyłem świadomie. Indoktrynację dostrzegam w dążeniu do narzucenia jedynie słusznego wniosku jaki ma wypływać z takiego stanu rzeczy, a który sprowadza się do konieczności ograniczania zakresu działania zasady solidaryzmu społecznego, a nie konieczności doskonalenia istniejącego systemu (być może skonstruowania całkowicie nowego?). Czy z faktu istnienia korupcji w systemie sądowniczym można wysnuwać wniosek o konieczności ograniczenia jego działania np. tylko do sprawców najcięższych przestępstw? Analogia nieco naciągana, przyznaję, ale coś chyba jest na rzeczy.

   Szkoda, że podjąłeś wątku wychowania obywatelskiego.

   Pozdrawiam.
Grzegorz (2117 punktów)
>   Na początek spróbujmy zbliżyć się do faktów /.../

Tak - ekonomia to nie jest nauka tak ścisła, spróbuj jednak wydać więcej niż masz w portfelu, a przekonasz się jak bardzo ścisłe są jej reguły a szczególnie reguła - nic za darmo.

>   W swoim pierwszym poście piszesz (...) ponad 50% moich własnych dochodów za "darmowe" studia

To wyliczenie bez uwzględnienia faktu, że kupując jakąkolwiek rzecz w celach konsumpcyjnych pokrywam w jej cenie - m.in. VAT, akcyzę i CIT . Obliczenie to uwzględnia natomiast składki na obowiązkowe ubezpieczenia bo są to faktyczne kwoty jakie ja zarabiam, a które są w momencie wypłaty potrącane

>   W drugim Ogółem Kowalski w formie podatków i danin uiszcza faktycznie ok. 80% swojego zarobku

Tu już uwzględniłem, to co wyżej pominąłem, o czym z resztą wyraźnie napisałem w moim poście

>Tak więc obciążenie statystycznego Kowalskiego o którym piszesz, można oszacować w 2005 r. na nieco ponad 47%.

Obliczenie to nie uwzględnia zupełnie tego, że statystyczny Kowalski płaci wszystkie podatki jakie są na niego przerzucane w cenie każdego kupowanego produktu. Poza tym biada komuś kto nie jest "statystyczny" - jeśli obok pracy podejmujesz działalność gospodarczą musisz opłacić dodatkową składkę zdrowotną (za co??? przecież się nie multiplikujesz) i to na dodatek odrębnie dla każdego rodzaju działalności

> /.../ wskaźnik ten ma wartość zdecydowanie niższą.

Oczywiście, powiem nawet więcej - ludzie którzy faktycznie mają pieniądze, nie płacą podatków wcale, cały ciężar pokrywają średniacy i ci poniżej średniej - gdyby nie represjonować tego, że ktoś pracuje i odnosi sukces, progresją podatkową - mniej kasy by uciekało do rajów podatkowych.

>   Składka ubezpieczeniowa płacona przez Kowalskiego nie jest przeznaczona na jego (Kowalskiego) koszty leczenia, lecz na NFOZ. Z tej składki płacone są koszy leczenia wszystkich ubezpieczonych.

Wybacz ale to nie ma nic do rzeczy. Opłacam składkę = przysługuje mi świadczenie z moich czy z nie moich pieniędzy - nie za darmo, za realną znaczną, płatną miesięcznie, składkę.
Płacąc ją płacę za skalkulowane przez ubezpieczyciela ryzyko, za jego administrację, za jego reasekurację ubezpieczeniową, apanaże prezesa i cokolwiek jeszcze, ale również za moje potencjalne świadczenia medyczne - i o to chodzi w ubezpieczeniach, nikt tu nie robi łaski.

>To właśnie jest elementem realizacji zasady solidaryzmu społecznego.

IMHO to po prostu wywiązywanie się z zawartej i suto opłacanej umowy. Solidaryzm społeczny stwarza klimat do tego aby powstawały takie rozwiązania, takie umowy, taki rynek. Solidaryzm IMHO nakazuje aby państwo umożliwiało działalność podmiotów w tym zakresie, a być może nawet ją wspierało, z zasady tej jednak zupełnie nie wynika, że państwo ma samo ją wykonywać, a każdy Kowalski czy Nowak ma być pozycją po pasywnej stronie w budżecie publicznym. Solidaryzm może nakazywać aby z uwagi na stabiloność systemu składka była obowiązkowa, ale nie powinien wskazywać gdzie/komu mam ją wpłacić - czyż nie?

> Płacone są także apanaże prezesów, dyrektorów, koszty utrzymania bizantyjskich siedzib /.../

Ano są i będą, dopóki będą to instytucje publiczne i niby - niekomercyjne, system musi być sprywatyzowany i wypuszczony na wolny rynek, wtedy ten problem się skończy, żaden prywatny właściciel nie będzie okradał sam siebie.

>   Słowa tego użyłem świadomie.

Tak myślałem - dlatego podjąłem dyskusję.

>Czy z faktu istnienia korupcji w systemie sądowniczym można wysnuwać wniosek o konieczności ograniczenia jego działania np. tylko do sprawców najcięższych przestępstw? Analogia nieco naciągana, przyznaję, ale coś chyba jest na rzeczy.

Analogia jest w sam raz - słyszałeś zapewne o sądownictwie polubownym - to świetna idea zmniejszająca obciążenie i koszty sądownictwa publicznego. To co jest potrzebne to dobra wola. Oczywście nie może on dotyczyć zakresu prawa karnego czy administracyjnego ale całej reszty - i owszem

>   Szkoda, że podjąłeś wątku wychowania obywatelskiego.

Trochę podjąłem - napisałem że nie da się niczego nauczyć na sucho - człowiek najlepiej uczy się na przykładach praktycznych. Jeśli nauczyciel jest frustratem, który ma w nosie swoja pracę, nie ma szacunku do siebie i swojego przedmiotu to taka persona nie pociągnie za sobą uczniów. Taki typ zdyskredytuje wiedzę którą wykłada choćby była to prawda obiektywna w najczystszej postaci. To samo dotyczy chemii, historii i świadomości obywatelskiej.

Pozdrawiam

placownik
>Obliczenie to nie uwzględnia zupełnie tego, że statystyczny Kowalski płaci wszystkie podatki jakie są na niego przerzucane w cenie każdego kupowanego produktu

   Owszem. Uwzględnia. Genialna prostota formuły polega na tym, że zamiast w trudzie i znoju zliczać wszystkie możliwe źródła wpływów do budżetu, do obliczeń przyjmuje się wszystkie wydatki publiczne. A wydatki, aby mogły być poniesione, muszą znaleźć pokrycie we wpływach. Jeśli nie bieżących, to przyszłych (deficyt budżetowy). A jedynym źródłem wpływów są obywatele, czyli my. W ten prosty sposób uwzględniane są wszystkie wpływy, z CIT-ów, PIT-ów, VAT-ów, akcyz, opłat celnych, opłat skarbowych, mandatów wystawianych przez policję, itd. Termin wydatki publiczne obejmuje również wydatki samorządów, tak więc uwzględniane są również źródła dochodów nie zasilające budżetu państwa. Na przykład podatki od posiadania psa.

>>Składka ubezpieczeniowa płacona przez Kowalskiego nie jest przeznaczona na jego (Kowalskiego) koszty leczenia, lecz na NFOZ. Z tej składki płacone są koszy leczenia wszystkich ubezpieczonych.

>Wybacz ale to nie ma nic do rzeczy. Opłacam składkę = przysługuje mi świadczenie z moich czy z nie moich pieniędzy - nie za darmo, za realną znaczną, płatną miesięcznie, składkę.

   Jest właśnie tak jak napisałeś teraz, a nie tak jak w poprzednim poście. I różnica jest zasadnicza. W przypadku świadczeń zdrowotnych nigdy nie wystąpi sytuacja, w której spotkasz się z odmową świadczenia z powodu wyczerpania się kwoty Twoich składek. Może Ci się natomiast zdarzyć (jeżeli będziesz dostatecznie długo żył w stanie emerytalnym), że Twoje pieniądze zgromadzone w II filarze się skończą. Bo to rzeczywiście są Twoje pieniądze.

>z zasady tej jednak zupełnie nie wynika, że państwo ma samo ją wykonywać

   Święta prawda. Tyle tylko, że ja wcale tak nie twierdzę. Upieram się jedynie, że indoktrynacja neoliberalna powoduje utrwalanie się przekonania, że zawsze, nieomal z definicji państwo będzie to robiło gorzej niż nastawione na zysk i działające pod presją konkurencji przedsięwzięcia prywatne. Ten dogmat nie zawsze się sprawdza. Uważam w związku z tym, że w każdym przypadku wymaga to indywidualnej analizy a neoliberałowie takiej potrzeby nie uznają. Świetnym przykładem może być działalność Otwartych Funduszy Emerytalnych. Zastanów się ile osób spośród płacących składkę dąży do uzyskania informacji o tym jaki procent tej składki jest przeznaczany na pokrycie kosztów działalności instytucji finansowej zarządzającej ich funduszem, albo jaki procent tej składki to zysk tej instytucji? Jaka część osób prowadzących takie analizy podejmuje w ich wyniku decyzję o zmianie funduszu? A przecież takie decyzje miały tworzyć presję na efektywność działania tych firm. Przyznasz chyba, że to fikcja!

>>Czy z faktu istnienia korupcji w systemie sądowniczym można wysnuwać wniosek o konieczności ograniczenia jego działania np. tylko do sprawców najcięższych przestępstw? Analogia nieco naciągana, przyznaję, ale coś chyba jest na rzeczy.

>Analogia jest w sam raz - słyszałeś zapewne o sądownictwie polubownym - to świetna idea zmniejszająca obciążenie i koszty sądownictwa publicznego. To co jest potrzebne to dobra wola. Oczywście nie może on dotyczyć zakresu prawa karnego czy administracyjnego ale całej reszty - i owszem

   Twój argument trafia w sedno. Pokazuje jak kulawa była ta analogia.

   Pozdrawiam.
Grzegorz (2117 punktów)
>   Owszem. Uwzględnia /.../

Problem w statystyce jest taki, że jeśli ja płacę 30K podatku PIT, a mój sąsiad w zasadzie wcale go nie płaci (bo jest pijaczkiem na rencie na którą sobie ciężko zapracował wieloletnim pijaństwem) to średnio wpłacamy do kasy publicznej po 15K Jeśli średniak Kowalski płaci 47% to oznacza tylko, że sporo ludzi płaci grubo ponad 50% po to aby inni płacili np. 20% lub wcale.

IMHO obciążeniem publicznym jest każdy rodzaj świadczenia "niedobrowolnego". Wśród tych świadczeń jest np. coś takiego jak OC samochodowe, które o dziwo można opłacić w dowolnej firmie ubezpieczeniowej i nikomu nie dzieje się krzywda, aż dziw bierze, że państwo na takie liberalne rozpasanie automobilistom pozwala

>   Jest właśnie tak jak napisałeś teraz, a nie tak jak w poprzednim poście. I różnica jest zasadnicza. W przypadku świadczeń zdrowotnych nigdy nie wystąpi sytuacja, w której spotkasz się z odmową świadczenia z powodu wyczerpania się kwoty Twoich składek.

Chyba jednak nie piszemy o tym samym, bo to co napisałem potem to to samo co napisałem przedtem - weźmy ubezpieczenie "AC" samochodowe. Tak długo jak go płacisz - przysługuje Ci pewna określona ochrona. Zupełnie nie jest istotne czy ubezpieczyciel wypłaci Ci kasę z pieniędzy pobranych od innego składkowicza czy np. z zysku ze sprzedaży nieruchomości, która miał i sprzedał. Jeśli wszystkie wypłaty będą realizowane tylko ze składek - firma najprawdopodobniej zbankrutuje. Tak się właśnie dzieje z ZUS - wydaje pobrane składki, bierze kasę z budżetu i dodatkowo zaciąga kredyty w bankach - po to aby zmniejszyć na papierze deficyt budżetowy. System ten ma tylko jedną szansę na przeżycie - musi stale, dynamicznie rosnąc ilość zatrudnionych (opłacających składki). Ciągły wzrost gospodarczy bez recesji to oczywiście mżonka, dlatego muszą rosnąc inne obciążenia np. podatki aby sfinansować ten deficyt. Oczywiście wzrost fiskalizmu ma swoje granice, powyżej których następuje krach - takie sytuacje miały miejsce dwukrotnie w Szwecji, gdzie socjaldemokraci ostro przesolili. U nas kryzys finansów publicznych trawa nieprzerwanie od wielu lat i tylko jako taki wzrost gospodarczy, który uwiarygodnia nasze państwo (oraz wejście do UE), powoduje, że na aukcjach schodzą jakoś nasze obligacje i żyjemy sobie na krechę - oczywiście za to trzeba będzie kiedyś zapłacić.

>Może Ci się natomiast zdarzyć (jeżeli będziesz dostatecznie długo żył w stanie emerytalnym), że Twoje pieniądze zgromadzone w II filarze się skończą. Bo to rzeczywiście są Twoje pieniądze.

Hmmm czytałeś może swoją umowę? Nie wiem jak Ty, ale ja mam kilka wyjść z sytuacji:
1) wypłacić sobie całość - w całości
2) wypłacić całość - w ratach
3) zamienić całość na "dożywocie"

w opcji 3 ja i ubezpieczyciel bawimy się w ryzyko, jeśli pożyję długo on straci, jeśli krótko - zyska.

> indoktrynacja neoliberalna powoduje utrwalanie się przekonania, że zawsze, nieomal z definicji państwo będzie to robiło gorzej niż nastawione na zysk i działające pod presją konkurencji przedsięwzięcia prywatne.

Bo właśnie tak jest - to nie dogmat to efekt obserwacji tego co się dzieje. Nie widziałem jeszcze takiej agendy państwowej, która robiłaby cokolwiek dobrze (nie mówię już nawet, że lepiej niż firma prywatna)

>Ten dogmat nie zawsze się sprawdza.

Częściowo się zgodzę tzn. zdaża się że "prywaciarz" jest równie nieskuteczny co urzędnik, ale to nie znaczy, że lepiej mieć w tym miejscu urzędnika - on zawsze będzie mimo wszystko droższy.

>Świetnym przykładem może być działalność Otwartych Funduszy Emerytalnych.

Przykładem przepraszam na co? Biorąc pod uwagę ograniczenia w zakresie inwestowania, notoryczne spóźnienia z wpłatą odpowiedniej części składek przez ZUS itp. OFE (przynajmniej niektóre) dokonują niemal "cudów". Oczywiście wolałbym aby nie było żadnych filarów i żadnych ograniczeń, ale w naszym antyliberalnym systemie OFE to i tak coś niesamowitego. Jeśli są jakies przegięcia to przynajmniej mogę zmienić fundusz - ZUS'u zmienić nie mogę.

Zastanów sie nad jednym pytaniem - jesli system ubezpiczeń społcznych czy zdrowotnych, jest taki korzystny dla obywatela to czemu jest obowiązkowy? Czy musi Cie ktoś zmuszać do robienia rzeczy, które są dla Ciebie korzystne?

>/.../ Przyznasz chyba, że to fikcja!

No cóż - każdy może, nie każdy musi - "ignorantia ... nocet" nie tylko w prawie. OFE to właściwy kierunek ale jeszcze nie o takie rozwiązanie by chodziło. Ostatnio pojawiło się jeszcze IKE - to jest dopiero fikcja, ale znów - to też w miarę dobry kierunek,
problemem nie jest ani OFE ani IKE tylko ZUS. Chętnie skorzystałbym z IKE, tylko czemu mam tam wpłacać coś co sobie musze od ust oderwać, a nie np. część tego co przejada ZUS?

>   Twój argument trafia w sedno. Pokazuje jak kulawa była ta analogia.

Czyli uważasz że takie sądownictwo jest bez sensu?
Tak w naszym kraju, przy naszej kulturze i poziomie etyki w działalności, z pewnością masz rację - ja tylko uważam, że ta kultura działalności musi się zmienić.

Pozdrawiam
placownik
   Spróbujmy wrócić do początku naszego sporu. Napisałem :Jest to zasada solidaryzmu społecznego. W takiej lub innej formie stanowi ona fundament funkcjonowania każdego społeczeństwa. Nie zanegowałeś tego stwierdzenia. Ważna oczywiście jest jakość tego fundamentu, ale niebagatelną sprawą są jego rozmiary. Neoliberałowie dążą do maksymalnego ograniczenia jego rozmiarów uzasadniając to dążenie lichą jakością (korupcja, indolencja urzędników, itd.). Co się dzieje, gdy fundament okazuje się zbyt słaby? Można stosować klamrowanie, stemplowanie, podpieranie itp. (to rola policji, w skrajnych przypadkach armii). Jeśli i to nie pomoże coś się zaczyna walić (kryteria uliczne, zamieszki, dzikie strajki, rabunki itd.), a potem nowa ekipa architektów przystępuje do przebudowy.

   Utrzymywanie fundamentu w jako takim stanie realizuje się poprzez świadczenia ze strony Państwa na rzecz obywateli co wymaga oczywiście środków, które są gromadzone poprzez pobór, nazwijmy je tak, danin.

   Mają one to do siebie że:

    są obowiązkowe

    ich wysokość jest zróżnicowana i zależna od sytuacji materialnej płacących

   Świadczenia z kolei cechują się tym, że

    są świadczone tylko niektórym i to w zróżnicowanej wysokości, przy czym ich wysokość zależy od sytuacji materialnej świadczeniobiorcy

    wysokość indywidualnego świadczenia nie jest w żaden sposób związana z wysokością daniny pobranej od konkretnego świadczeniobiorcy.

   Argumentacja neoliberałów traktuje jako dogmat założenie, że im mniejsza kwota pobieranych danin tym lepiej. Kładą duży nacisk na indywidualną odpowiedzialność każdego obywatela za jego sytuację materialną. Przytaczają z lubością ludowe mądrości typu: "każdy kowalem własnego losu, jak sobie pościelisz tak się wyśpisz". Swoją argumentację wzmacniają wskazywaniem na nieefektywność rozdziału świadczeń realizowanego przez organy Państwa.

   Nawiasem mówiąc podświadoma zapewne (efekt indoktrynacji) akceptacja neoliberalnej retoryki, legła u podstaw spontanicznej wypowiedzi Cimoszewicza w reakcji na pierwsze informacje o ofiarach powodzi w 1997 r.: "Potwierdza się, że trzeba być przezornym i trzeba się ubezpieczać, a ta prawda jest ciągle mało powszechna". Nie przypominam sobie, aby neoliberałowie przyklaskiwali tej wypowiedzi. A chyba powinni.

   Mam wrażenie, że nasz spór dotyczy dwóch spraw. Pierwsza to zasadność dogmatycznego podejścia do określania optymalnej wielkości kwoty danin. Druga to realność możliwości poprawy efektywności procesu rozdziału świadczeń realizowanego przez Państwo. W pierwszej sprawie jak się już zdążyłeś zorientować, jestem przeciw dogmatom. W drugiej, nie widzę innej możliwości. Może to brak wyobraźni, ale nie wyobrażam sobie scedowania tej sfery działalności Państwa na instytucje komercyjne.

   Pozdrawiam.

Grzegorz (2117 punktów)
>Jest to zasada solidaryzmu społecznego. W takiej lub innej formie stanowi ona fundament funkcjonowania każdego społeczeństwa. Nie zanegowałeś tego stwierdzenia.

Oczywiście że nie - zgadzam się z tym stwierdzeniem, ale jak sam piszesz dalej:

>Ważna oczywiście jest jakość tego fundamentu, ale niebagatelną sprawą są jego rozmiary.

dla mnie właśnie ważny jest "zakres stosowalności" tej zasady.

>Neoliberałowie dążą do maksymalnego ograniczenia jego rozmiarów uzasadniając to dążenie lichą jakością (korupcja, indolencja urzędników, itd.).

Tak - im mniej ingerencji państwowej tym lepiej, oczywiście w granicach zdrowego rozsądku, przecież nadal chcemy funkcjonować w ramach państwa i ma ono swoje niezwykle istotne zadania - zapewnienie bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego, uprawianie polityki zagranicznej, określanie ram prawnych dla funkcjonowania podmiotów w państwie, zapewnienie wolności osobistej jednostki itp.

>   Utrzymywanie fundamentu w jako takim stanie realizuje się poprzez świadczenia ze strony Państwa na rzecz obywateli /.../

Trudno to zanegować, toteż spór nie dotyczy tego, że płacimy podatki, a państwo je redystrubuuje i przeznacza na określone cele, a tego ile można kasy ściągnąć z ludzi i na co można je przeznaczać.

Duży aparat władzy, duży zakres celów jakie ma owa władza wykonywać oznacza zmniejszenie wolności i swobody obywateli (państwowe monopole, szeroki zakres słono płatnych koncesji, zezwoleń, ingerencja państwa we wszystko itp.), duże koszty konsumowane przez rozbudowany system biurokratyczny, no i niestety powstawanie i rozwój mechanizmów korupcyjnych (bo władza deprawuje). Na to wszystko potrzebne są duże kwoty, a to oznacza duże podatki. Tu wrócę do solidaryzmu społecznego - "silni" powinni dbać o "słabych" - tak, ale jeśli owi "słabi" zaduszą "silnych" podatkami to kto ma potem o nich zadbać? Potraktujmy przez chwilę tych "bogaczy" (zarabiających ok. 1/6 pensji eurourzędnika niskiego szczebla) jak stado owiec do strzyżenia - dobry gospodarz nie doprowadza do tego aby mu stado wyzdychało. W interesie słabych jest żeby byli jacyś silni. Kto zapłaci podatek i jaki, w kraju gdzie nikt nie będzie pracował poza funkcjonariuszami publicznymi? Nie wierzę w cuda gospodarcze, ani w perpetuum mobile. Na porywy serca - musza się znaleźć pieniądze.

>   Argumentacja neoliberałów traktuje jako dogmat założenie, że im mniejsza kwota pobieranych danin tym lepiej.

IMHO - mają rację, ale szanuje Twoją opinię i dogmatów sam nie lubię.
Tylko, że dla mnie dogmat to coś na co nie ma dowodów, a wiara w dogmat jest niezależnym od rozsądku imperatywem, tu mamy do czynienia z koncepcją, która jest zupełnie logiczna, rozsądna i spójna.

>Kładą duży nacisk na indywidualną odpowiedzialność każdego obywatela za jego sytuację materialną. Przytaczają z lubością ludowe mądrości typu: "każdy kowalem własnego losu, jak sobie pościelisz tak się wyśpisz". Swoją argumentację wzmacniają wskazywaniem na nieefektywność rozdziału świadczeń realizowanego przez organy Państwa.

Nie zgadzasz się z tym? Ludzie nie powinni być odpowiedzialni za swoją sytuację materialną? O naszym losie ma decydować urzędnik, nie my? Rozdział środków przez państwo jest efektywny?

> /.../spontanicznej wypowiedzi Cimoszewicza w reakcji na pierwsze informacje o ofiarach powodzi w 1997 r. /.../ Nie przypominam sobie, aby neoliberałowie przyklaskiwali tej wypowiedzi. A chyba powinni.

Stan klęski żywiołowej to inna bajka - wielu ubezpieczycieli ma klauzule, zwalniające ich z odpowiedzialności, dotyczące stanów nadzwyczajnych w swoich polisach - nikt mu nie przyklasnął, bo palnął bzdurę. Takie kataklizmy to sytuacje szczególne, ich opanowanie i pomoc poszkodowanym to jest rola państwa i wątpię aby liberałowie temu zaprzeczali.

>   Mam wrażenie, że nasz spór dotyczy dwóch spraw /.../

Nie podzielam sądu o dogmacie, bo idee liberałów nie pasują IMHO do definicji dogmatu (pisałem wyżej)

>Może to brak wyobraźni, ale nie wyobrażam sobie scedowania tej sfery działalności Państwa na instytucje komercyjne.

IMHO pierwsze co potrzeba, to określić sobie, co jest a co nie jest rolą państwa. Taka mała opowiastka dla zilustrowania mojego poglądu:
Jeszcze pod koniec lat 80-tych i na początku 90 rolą państwa było np. dostarczanie prądu, wody, gazu, usług telekomunikacyjnych do naszych mieszkań. Role tą wypełniały w jego imieniu przedsiębiorstwa państwowe i inne podobne twory. Jak wypełniały - powiem tyle że ja na telefon czekałem 7 lat a słyszałem i o okresach ponad 20-to letnich
Po przeprowadzeniu reformy ustrojowej i powołaniu samorządów terytorialnych, część zadań państwa trafiła do gmin, stąd też część usług użytecznych publicznie nazywa się komunalnymi (takie rozwiązanie jest dość powszechne). Teraz dla odmiany organy administracji samorządowej miały zaspokajać potrzeby społeczne - początkowo robiły to w ramach jakichś zakładów budżetowych i tym podobnych dziwactw, aż wymyślono, że gmina jako osoba prawna, może być założycielem lub udziałowcem spółki handlowej. Od tej pory nikogo już nie dziwi, że np. wodę dostarcza firma XYZ sp. z o.o., a telefon bez czekania możemy założyć w TP S.A. a ostatnio w wielu innych firmach. Wilk syty i owca syta gmina wywiązuje się ze swoich zadań ale juz nie jest dostarczycielem usług komunalnych, a jedynie umożliwia ich świadczenie na swoim obszarze lub ewentualnie w nich współuczestniczy kapitałowo. Myślę że moja przypowiastka jest dość czytelna. Ta zmiana juz się dokonała - państwo odpuściło, czy jest zatem realne aby państwo wylazło i z innych zadań, które na nim ciążą i oddało podatnikom kasę, którą na to przeznacza - sądzę że tak, jest jeszcze sporo takich dziedzin min. należą do nich ubezpieczania zdrowotne i społeczne. Tak wyglada mój pogląd czy jest dogmatyczny? Może tak stwierdzisz, ale ja uważam go za racjonalny. Jeśli nie masz politycznej alergii na Tuska, proponuje lekturę:
media.wp.pl/wiadomosc.html?kat=23754&wid=7787227

Pozdrawiam
placownik
>spór (...) dotyczy tego (...) ile można kasy ściągnąć z ludzi

   Nie do końca tak. Napisałem, że dotyczy on zasadności dogmatycznego podejścia do określania optymalnej wielkości kwoty danin. Możemy się spierać, czy to podejście rzeczywiście jest dogmatyczne, przez co rozumiem - nie wymagające dowodu, czy jeszcze inaczej - nie wymagające dyskusji. Przy czym nie tyle chodzi tu o Twoje podejście, ile o dominujące w mediach podejście neoliberalne. Reprezentanci tego nurtu niemal z zasady nie podejmują dyskusji z wątpiącymi w słuszność zasady im mniejsze podatki tym lepiej. Dla mnie dyskusja, to nie to samo co wykład ekonomii neoliberalnej. Natomiast ciągłe powtarzanie tego samego w zasadzie wykładu, różniącego się tylko formą w zależności od talentów popularyzatorskich wykładowcy, nosi wszelkie cechy indoktrynacji.

   Jeżeli ograniczymy zakres zadań realizowanych przez Państwo (w tym również przez samorządy) nie spowoduje to zaniku potrzeb poprzez realizację tych zadań zaspokajanych (w sposób mniej lub bardziej efektywny i skuteczny). Potrzeby te, by uniknąć katastrofy, będą musiały być zaspokajane w inny sposób. W jaki ? Czy przez samych obywateli? Ja w cuda nie wierzę. Więc może przez sprawne, efektywnie działające organizacje pozarządowe, użytku publicznego?. Z pozoru niegłupie rozwiązanie. Jak zapewne wiesz, mogliśmy 1% kwoty należnego od nas fiskusowi podatku, przeznaczyć na finansowanie dowolnie przez nas wybranej organizacji użytku publicznego. To nie Państwo ma decydować tylko my. Uznasz to zapewne za słuszny kierunek, choć kwoty podatku to nie zmniejsza. Więc mogliśmy wybierać czy dać na np. Gliwicki Klub Karate KYOKUSHIN, czy może lepiej na Galicyjski Klub Górski, a może na Kampanię Przeciw Homofobii? Pomijam absurdalność takiego wyboru. Interesuje mnie raczej, skąd ta niezachwiana pewność, że Kampania lepiej spożytkuje te środki, a nie przeżre ich i nie przepije, a homofobia jak straszyła tak nadal straszyć będzie.

   Na pewno istnieją inne możliwe rozwiązania. Chciałbym, aby ktoś usiłował przynajmniej, do nich przekonać. Tym niemniej za Państwem (w tym również za samorządami) przemawia jeden, niebagatelny argument. Wyborca może wpływać poprzez różne grupy nacisku, a w ostateczności za pośrednictwem urny wyborczej, na realizację przez Państwo sposobu zaspokajania swych potrzeb. Wyborca ma bat na polityków. Na organizacje pozarządowe takiego bata nie ma. Na organizacje komercyjne jedynym batem jest rynek. A rynek wiadomo. Im mniej regulacji tym lepiej. Dla rynku oczywiście.

>spór (...) dotyczy tego (...) na co można je przeznaczać.

   Na ten temat chyba jeszcze nie spieraliśmy się.

>Potraktujmy przez chwilę tych "bogaczy" (zarabiających ok. 1/6 pensji eurourzędnika niskiego szczebla) jak stado owiec do strzyżenia - dobry gospodarz nie doprowadza do tego aby mu stado wyzdychało.

   W stadzie są również dobrze odżywione osobniki porośnięte wełną długą aż do ziemi, korzystające z wieloletnich zwolnień podatkowych. Powinniśmy być zadowoleni z tego, że mamy zajęcie przy ich karmieniu? Nie dziwię się wcale, że Pani Łopackiej to nie zadowala. Ale to tak tylko na marginesie.

>Nie zgadzasz się z tym? Ludzie nie powinni być odpowiedzialni za swoją sytuację materialną? O naszym losie ma decydować urzędnik, nie my?

   Skoro piszesz o losie, to czy los ludzi nieodpowiedzialnych ma mnie kompletnie nie obchodzić? A los ich dzieci? A niestety miewają ich sporo! Odpowiedzialni są w tej dziedzinie bardziej wstrzemięźliwi. To właśnie jeden z wyrazów ich odpowiedzialności.

>Rozdział środków przez państwo jest efektywny?

   Przecież tego ani przez chwilę nie twierdziłem.

>> /.../spontanicznej wypowiedzi Cimoszewicza w reakcji na pierwsze informacje o ofiarach powodzi w 1997 r. /.../ Nie przypominam sobie, aby neoliberałowie przyklaskiwali tej wypowiedzi. A chyba powinni.

>Stan klęski żywiołowej to inna bajka - wielu ubezpieczycieli ma klauzule, zwalniające ich z odpowiedzialności, dotyczące stanów nadzwyczajnych w swoich polisach.

   Wielu, czyli nie wszyscy. Może nie tylko trzeba się było ubezpieczyć, ale jeszcze u właściwego ubezpieczyciela? Klęska żywiołowa, a nawet większa katastrofa ze sporą ilością ofiar powoduje, że neoliberalni politycy zapominają o swoich zasadach, a przypominają sobie o swoich wyborcach. Jest dla mnie zagadką, dlaczego Cimoszewicz zapomniał wtedy i o jednym i o drugim.

   Na Tuska nie mam alergii, chociaż 3x15 budzi mój zdecydowany sprzeciw. Dla zbyt dużej grupy owiec będzie to oznaczało strzyżenie tuż przy skórze i wzrost zależności ich losu od urzędników, przeciwko czemu oponujesz. Natomiast jeśli chodzi o jego stosunek do naszego prawa ma moje pełne poparcie, gdyby chodziło o wybór na członka rady dobrego prawa, której powstanie zapowiada.

   Pozdrawiam.

_______________
Niech strój słów podkreśla urodę myśli
Grzegorz (2117 punktów)
>   Nie do końca tak /.../

OK rozumiem, starałem się tylko sprowadzić problem ze sfery intelektualnej dysputy do sfery praktycznych wydatków. Można patrzeć na wybory do parlamentu jak na dzień święta ludzkiego ducha, który tryumfuje nad pierwotnym chaosem , ale ja wolę patrzeć na ten dzień jak na rzadki moment, w którym mogę zadecydować nie tyle o realizacji świętych lub nie-świętych ideologii, ale o tym jaki sposób gromadzenia i wydawania pieniędzy przez władzę mi odpowiada.
IMHO jest tak : liberałowie "dogmatycznie" uważają, że nie ma władzy bez pieniędzy i vice versa. Z drugiej strony "władza" jest tym co ogranicza "wolność". Im więcej władzy - tym mniej wolności, a im więcej kasy ma władza tym więcej jest tej władzy - ot i cały "dogmat" w moim prymitywnym ujęciu. Rozejrzyj się dookoła - na budżet naszego kraju składają się coraz to nowe świadczenia obywateli, coraz wyższe np. zamrożenie progów podatkowych spowodowało, że ludzie, którzy mieli to wielkie szczęście, że ktoś im dawał podwyżki aby inflacja nie obniżyła ich realnego dochodu, nie dostając w zasadzie nic więcej realnie (bo nominalnie może trochę), płacą co raz większy podatek wpadają w dalsze podziałki progresywnej skali.
Popatrz na paliwo - kosztuje obecnie ok 4,20-4,30 z czego 1,5-1,7 to koszty paliwa, marże handlowe, koszty pośredników i przewoźników itd. - cała reszta ceny to podatki

>Reprezentanci tego nurtu niemal z zasady nie podejmują dyskusji z wątpiącymi w słuszność zasady im mniejsze podatki tym lepiej.

Może z powodów, o których napisałem wyżej - władza musi stać w opozycji do wolności, im więcej ingerencji owej władzy w życiu ludzkim, tym mniej wolności, zaś liberalizm jak nazwa wskazuje to ideologia wolnościowa.

>   Jeżeli ograniczymy zakres zadań realizowanych przez Państwo (w tym również przez samorządy) nie spowoduje to zaniku potrzeb /.../. Potrzeby te, by uniknąć katastrofy, będą musiały być zaspokajane w inny sposób. W jaki ? Czy przez samych obywateli?

Oczywiście że potrzeby nie znikną ale IMHO nie będzie żadnej katastrofy, pisałem o tym w poprzednim poście, podając za przykład usługi komunalne, które niemal wszędzie są już sprywatyzowane. Drugi przykład może bardziej drastyczny - kiedyś wszystko kupowałeś w państwowym sklepie, państwowe organy "dbały" o to aby ludziom w kolejce sprzedawać po jednej kostce masła, wydawały kartki żywnościowe itp. Wydawało się, że bez państwa ludzie umrą z głodu, a "spekulanci" zniszczą kraj - tak to przedstawiano - czy tak faktycznie było / jest? Czy skoro nie potrzebujemy państwowej ingerencji i obecności w sferze kupna papierosów, mięsa, czekolady, butów, paliwa i czort wie czego jeszcze, to potrzebujemy jej w ubezpieczeniach, oszczędnościach, inwestycjach?

>Uznasz to zapewne za słuszny kierunek, choć kwoty podatku to nie zmniejsza.

Tak słusznie domniemasz - kierunek IMHO jest dobry, bo pozwala decydować o swoich pieniądzach i przekazać je tam gdzie uważam, że spełnią swoją rolę

> Interesuje mnie raczej, skąd ta niezachwiana pewność, że Kampania lepiej spożytkuje te środki, a nie przeżre ich i nie przepije, a homofobia jak straszyła tak nadal straszyć będzie.

Ano nie ma takiej pewności, ale widzisz ja patrzę na to tak - tego roku wpłaciłem "Kampanii" powiedzmy 1000 zł. Widzę że działa licho - w przyszłym roku nie wpłacę nic, jeśli tak postąpi więcej ludzi "Kampania" będzie musiała albo zacząć działać albo się rozwiązać z braku funduszy. Teraz - jeśli te same pieniądze płacę do US to rząd zadecyduje gdzie kasa pójdzie i teraz i przez najbliższe 4 lata i będę miał guzik do powiedzenia nawet jeśli ktoś jawnie będzie tą kasę przejadał lub kradł.

>   Na pewno istnieją inne możliwe rozwiązania. Chciałbym, aby ktoś usiłował przynajmniej, do nich przekonać.

No przecież staram się - ale pewnie jestem zbyt kiepskim agitatorem

>Wyborca może wpływać poprzez różne grupy nacisku, a w ostateczności za pośrednictwem urny wyborczej, na realizację przez Państwo sposobu zaspokajania swych potrzeb. Wyborca ma bat na polityków.

Sorry ale jakoś nie widzę tego w praktyce. Pomijam już kwestię że bat raz na 4 lata - to nie bat

>Na organizacje pozarządowe takiego bata nie ma. Na organizacje komercyjne jedynym batem jest rynek. A rynek wiadomo. Im mniej regulacji tym lepiej. Dla rynku oczywiście.

Zgadza się, ale ten bat jest niemal co dzień. Rynek to paskudna sprawa - każdy chciałby nim sterować, ale jeszcze nikomu się nie udało - skutecznie, na dłuższą metę i bez fatalnych skutków ubocznych

>   Skoro piszesz o losie, to czy los ludzi nieodpowiedzialnych ma mnie kompletnie nie obchodzić? A los ich dzieci?

Ależ nie chodzi o "obchodzenie" tylko o to czy, to właśnie do nich, trafia publiczna kasa, czy do fundacyjek publicznych notabli i ich małżonek, do kieszeni urzędników rozbuchanego aparatu biurokratycznego. Czy wiesz, że nawet dość skromne oszczędności w systemie skarbowym (prostsze procedury podatkowe, mniej druków, mniej odliczeń, mniej ludzi zatrudnionych przy ich sprawdzaniu i przetwarzaniu) sfinansowałyby niemal cały roczny deficyt ZUS, który obecnie musi być pokrywany z podatków (14 mld.).

>   Wielu, czyli nie wszyscy. /.../

Ech ta moja ostrożność napiszę tak - jeszcze nie spotkałem ubezpieczyciela, który takiej klauzuli by nie miał w warunkach ubezpieczenia (proponuję rzucić okiem na własną umowę, to się przekonasz) ale nie widziałem warunków wszystkich. Wszyscy wielcy i liczący się - mają.

Pozdrawiam
placownik
   Jedną z niebagatelnych zalet wszelkich dyskusji jest to, że uczestnictwo w nich zmusza mnie do powtórnych przemyśleń własnych poglądów, w czym niewątpliwie pomaga ich jasne i dokładne sprecyzowanie.

   Spróbuję więc jeszcze raz doprecyzować mój pogląd w sprawie nad którą dyskutujemy.

   Uważam, że nie zawsze i nie wszędzie obniżanie ogólnej kwoty płaconych podatków, a jeszcze dokładniej wielkości tej kwoty wyrażonej jako % PKB okazuje się obojętne lub korzystne dla większości obywateli. Dlatego też, posługiwanie się w dowolnej dyskusji argumentem sprowadzającym się do tezy im mniej podatków tym lepiej odbieram jako traktowanie tej tezy jako dogmat. Wszelkie wypowiedzi publiczne przedstawiające tezę przeciwną (zawsze, wszędzie) jako bezwarunkowo prawdziwą i wynikającą z bezspornych ustaleń ekonomii traktowanej jako nauka, uważam za działania indoktrynujące mające na celu wywołanie u odbiorcy takich wypowiedzi wrażenia, że jest to prawda tak oczywista, że nie wymaga dowodu.

   Nie chcę wypowiadać się ani za, ani przeciw tezie głoszącej, że w Polsce w 2005 roku obniżenie kwoty podatków wyrażonej w % PKB okaże się obojętne lub korzystne dla większości obywateli Polski. Twierdzę natomiast, że brak jest rzetelnych podstaw do przyjęcia lub odrzucenia tej tezy.

   Podobnie uważam, że nie zawsze i nie wszędzie wyspecjalizowane agendy rządowe (lub samorządowe) są mniej efektywne od instytucji pozarządowych w dystrybucji zebranych poprzez przymusowe daniny środków finansowych

   A teraz do rzeczy.

>Można patrzeć na wybory do parlamentu jak na dzień święta ludzkiego ducha, który tryumfuje nad pierwotnym chaosem, ale ja wolę patrzeć na ten dzień jak na rzadki moment, w którym mogę zadecydować nie tyle o realizacji świętych lub nie-świętych ideologii, ale o tym jaki sposób gromadzenia i wydawania pieniędzy przez władzę mi odpowiada.

   Oprócz kartki wyborczej wyborca ma jeszcze inne możliwości wpływu na działania i władzy wykonawczej i ustawodawczej. Te inne wymagają od niego co prawda znacznie większego zaangażowania i inwencji. Ale są. W przypadku organizacji pozarządowych czy wręcz firm komercyjnych wyborca takich możliwości nie ma, o czym już pisałem.

>>Jeżeli ograniczymy zakres zadań realizowanych przez Państwo (w tym również przez samorządy) nie spowoduje to zaniku potrzeb /.../. Potrzeby te, by uniknąć katastrofy, będą musiały być zaspokajane w inny sposób. W jaki ? Czy przez samych obywateli?

>Oczywiście że potrzeby nie znikną ale IMHO nie będzie żadnej katastrofy, pisałem o tym w poprzednim poście, podając za przykład usługi komunalne

   Nieporozumienie. Pisząc o katastrofie miałem na myśli możliwe reakcje społeczne na drastyczne ograniczenie zakresu stosowania zasad solidaryzmu społecznego. Nie chodziło mi rzecz jasna o skutki zastąpienia przedsiębiorstw państwowych przedsięwzięciami komercyjnymi. Natomiast przykład usług komunalnych, konkretnie wywozu odpadów komunalnych może być pouczający. Wrócę jeszcze do niego przy następnej okazji.

>Teraz - jeśli te same pieniądze płacę do US to rząd zadecyduje gdzie kasa pójdzie i teraz i przez najbliższe 4 lata i będę miał guzik do powiedzenia nawet jeśli ktoś jawnie będzie tą kasę przejadał lub kradł.

   Jeśli większość obywateli, a chyba tak jest, podziela Twoje przekonanie, że może skuteczne reagować tylko raz na 4 lata przy okazji bytności przy urnie, to stanowi to niestety kolejny dowód na słabość demokracji w Polsce. Ale wcale nie stanowi to dowodu, że tak być musi.

>>Na pewno istnieją inne możliwe rozwiązania. Chciałbym, aby ktoś usiłował przynajmniej, do nich przekonać.

>No przecież staram się - ale pewnie jestem zbyt kiepskim agitatorem

   Jako agitator sprawdzasz się nie najgorzej. Tyle , że ja nie miałem na myśli agitacji. Nie tęsknię za tą metodą przekonywania.

>Czy wiesz, że nawet dość skromne oszczędności w systemie skarbowym (prostsze procedury podatkowe, mniej druków, mniej odliczeń, mniej ludzi zatrudnionych przy ich sprawdzaniu i przetwarzaniu) sfinansowałyby niemal cały roczny deficyt ZUS, który obecnie musi być pokrywany z podatków (14 mld.).

   Nie wiem, ale jeśli zajrzysz na:
kprm.gov.pl/zppg/strategiapod2.pdf
to na stronie 55 znajdziesz dane, które przekonają Cię (mam nadzieję), że koszty poboru podatków to kwota nie większa niż 4 mld zł. Gdyby koszty te zredukować do zera, to i tak do 14 mld jeszcze nieco zabraknie. Czyżbyś wierzbę wziął za gruszę?

   Pozdrawiam.

_______________
Niech strój słów podkreśla urodę myśli
Grzegorz (2117 punktów)
Przepraszam, że tak częściowo ale mam teraz mało czasu, więc najprościej mi będzie udzielić odpowiedzi na to co namacalne czyli na zagadnienie kasy:

>   Nie wiem, ale jeśli zajrzysz na: >kprm.gov.pl/zppg/strategiapod2.pdf
>to na stronie 55 znajdziesz dane, które przekonają Cię (mam nadzieję), że koszty poboru podatków to kwota nie większa niż 4 mld zł.

Powiem tak - wydatki bieżące to nie to samo co "koszty systemu podatkowego". Trudno dziwić się szefowi resortu, że stara się pokazać to z takiej strony, czyli, iż koszty funkcjonowania jego podwładnych są niskie, a co ma pisać, że trwoni pieniądze

Przede wszystkim wydatki bieżące nie obejmują z całą pewnością kosztów inwestycyjnych, ale o tym później najpierw proponuję choćby pobieżną lekturę:

www.rzeczp(*)206/ekonomia/ekonomia_a_6.html

Polecam szczególnie zielony pasek z lewej strony artykułu, to wyliczenie ile kosztuje naszą gospodarkę samo rozliczenie się raz do roku ze skomplikowanego PIT'a serii 30. Dodajmy do tego że każdy VAT-owiec składa rozliczenie VAT 7 - co miesiąc. Oczywiście podmiot gospodarczy co miesiąc składa rozliczenie PIT 5 (niezależnie od PIT'a rocznego).
Myślę, że szacunkowo, z samych tych czynności posługując się podaną metodologią i udziałem poszczególnych podatków w kosztach podanym w Twoim linku, można wyliczyć powiedzmy 6-8 mld kosztów rozliczeń - licząc bardzo oględnie, a jeszcze nie ruszyliśmy samego tematu artykułu, czyli kosztów nadinterpretacji i błędnych decyzji, którym czasem trudno się dziwić w tak zakręconym systemie podatkowym - cyt. "tylko w ciągu pierwszych sześciu miesięcy tego roku samo Ministerstwo Finansów musiało zwrócić podatnikom 573,38 mln zł"
No to skromnym szacunkiem dołożymy kolejny 1 mld wydatków samego ministerstwa w roku, skoro w 6 miesięcy było prawie 600 tys.

Idziemy dalej. Oto wykaz instytucji skarbowych w moim województwie:
www.mf.gov.pl/dokument.php?dzial=146&id=12223

Uważny obserwator naliczy 29 adresów, czyli 29 nieruchomości, z których jakaś część byłaby niepotrzebna, gdyby nie ogromna ilość papierów, do rozliczenia których potrzebna jest ogromna armia pracowników, których w końcu trzeba gdzieś posadzić. Ile można uzyskać, ze sprzedaży zbędnego biurowca w centrum Gdańska czy Gdyni? Ile z jego wynajmu?

Myślę, że gdyby mieć więcej czasu, bez większego wysiłku można dojść do kwoty znacznie większej niż 14 mld / rocznie (dlatego napisałem o skromnych oszczędnościach, głównie polegających na uproszczeniu procedur, zmniejszeniu ilości druków, redukcji zatrudnienia)
Podkreślam - koszty systemu skarbowego, to nie tylko bieżące wydatki aparatu skarbowego związane z poborem podatku. Zauważ że całkiem omijam kwestie hamowania przez system fiskalny rozwoju przedsiębiorczości, niszczenia przez błędne decyzje firm, które z trudem odbudowują swoją pozycję (np. NTT).

Pozdrawiam
placownik
>najpierw proponuję choćby pobieżną lekturę:

>www.rzeczp(*)206/ekonomia/ekonomia_a_6.html

>Polecam szczególnie zielony pasek z lewej strony artykułu, to wyliczenie ile kosztuje naszą gospodarkę samo rozliczenie się raz do roku ze skomplikowanego PIT'a serii 30.

   Zgoda. Barokowość naszego systemu podatkowego sprawia, że podatnicy i płatnicy podatku tracą miliony godzin własnego czasu na rozliczenie się z fiskusem. Są to koszty społeczne. Zdecydowanie zbyt wysokie. Jednak koncept polegający na szukaniu oszczędności dla budżetu w istotnej redukcji tego czasu, jest pomysłem, jak ze snu szalonego księgowego Biedronki.

   Ze snu lub raczej niespokojnej drzemki w jaką zapadł po wielogodzinnych nieskutecznych próbach wymyślenia sposobu dalszego ograniczenia kosztów osobowych tej wiece zasłużonej na tym polu firmy. Oto jaki pomysł podpowiedziała mu jego niestrudzona podświadomość. Jak wiadomo, zatrudniony w Biedronce przez średnio 30 dni w miesiącu po średnio 10 godzin dziennie otrzymuje średnio miesięcznie 500 zł netto. Czyli 1,67 zł za godzinę. Jeśli by zwolnić wszystkich pracowników, którym dojazd do pracy zajmuje ponad godzinę (wartą 1,67 zł) , a na ich miejsce zatrudnić takich, dla których czas dojazdu ograniczałby się do 10 minut (wartych 0,28 zł) to firma zaoszczędziłaby na każdym pracowniku 41,70 zł miesięcznie !

   Bez żartów! Jeśli program gospodarczy PO bazuje na tego typu pomysłach, to może lepiej jeszcze się zastanów, czy warto na nią głosować.

   Pozdrawiam.

_______________
Niech strój słów podkreśla urodę myśli
Grzegorz (2117 punktów)
>   Zgoda. Barokowość naszego systemu podatkowego sprawia, że podatnicy i płatnicy podatku tracą miliony godzin własnego czasu na rozliczenie się z fiskusem. Są to koszty społeczne. Zdecydowanie zbyt wysokie. Jednak koncept polegający na szukaniu oszczędności dla budżetu w istotnej redukcji tego czasu, jest pomysłem, jak ze snu szalonego księgowego Biedronki.

Niekoniecznie taki znowu sen - zauważ, że jeśli podatnik traci (w postaci realnych kosztów, lub nieosiągniętych dochodów) powiedzmy 1 mln. zł. to budżet traci ~ 200 tys. samego podatku dochodowego, bo wszak opodatkowane są faktyczne dochody, nie dochody potencjalne a tym mniej poniesione koszty, które zmniejszają podstawę do opodatkowania (nb. jest to kolejna strata dla budżetu).
Jeśli firma zamiast wytworzyć i sprzedać produkty za jakąś wartość, poświęca czas na kombinatorykę rozliczeniową to właśnie o tyle mniej środków spłynie do wspólnej kiesy, ile wynosiłby podatek od nie zarobionych pieniędzy oraz o tyle o ile koszty zajmujących się tym ludzi zmniejszają dochód firmy.
Jako domorosły księgowy wiem ile można zyskać w czasie, który przeznaczam na boje rozliczeniowe. Z praktyki własnej wiem, że przy nawet nie specjalnie złożonej strukturze sprzedaży, czynności rozliczeniowe i płatnicze zabierają ogromną ilość czasu, który można by przeznaczyć na coś innego - coś co przyniosłoby zyski, a nie tylko koszty dla których jedynym uzasadnieniem jest skomplikowany system.
Zamordowanie działalności gospodarczej, barkowym systemem podatkowym to straty dla budżetu nie dające się policzyć, a nawet szacować trudno - to wszyscy ci ludzie i te podmioty, które zbankrutowały (a mogły dawać dochód właścicielom i podatki budżetowi) oraz te, które "przenoszą" część swojej działalności do "szarej strefy" gospodarczej kombinując ile sie da bo opłaca się kombinować.
Nie chce być nudny ale jak już pisałem - to wszystko wierzchołek góry lodowej nie dotykający jeszcze spraw dokumentowania działalności gospodarczej, rozliczeń celnych i ich kosztów, kosztów pracy ludzkiej wynikających z przepisów prawa pracy, słowem tych wszystkich elementów, które napędzają bezrobocie, są przyczyna katastrofalnie niskich płac, tworzą coś czego nawet z dużym trudem nie można nazwać zdrowym rynkiem pracy. W którymś z postów powyżej napisałem że tym słabym powinno zależeć na istnieniu silnych, może trochę inaczej powinienem to ująć - państwu i nam wszystkim powinno zależeć aby wykształciła się jakaś baza materialna - takie "stado do strzyżenia" bo z próżnego wiadomo, że i Salomon nie naleje. Brak mechanizmów zachęcających ludzi do zarabiania to samobójstwo

Pozdrawiam
placownik
   Przepraszam, że tak szatkuję, ale brak mi czasu na całościową wypowiedź.

>roczny deficyt ZUS, który obecnie musi być pokrywany z podatków (14 mld.).

   To jeden z wątków przewodnich naszej dyskusji. Nawiązał do niego również Celecrin. Gdybym twierdził, że ZUS jest świetnie działającą instytucją, to dyskusja ze mną byłaby czystą stratą czasu, a mam nieskromną nadzieję, że tak nie jest. Jednak nie mogę zgodzić się z tym, aby kwota 14 mld zł deficytu, była miarą niesprawności działania tej firmy. Częstotliwość z jaką teza ta jest w różnych kontekstach powtarzana, rzadko co prawda formułowana wprost (nomen omen), nasuwa na myśl cytat z klasyka propagandy : Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą.

   A prawda jest nieco inna. Dotychczasowy system emerytalny bazował właśnie na zasadzie solidaryzmu społecznego. Składki płacone przez płatników miały finansować wypłaty dla emerytów. Spadek liczby płatników połączony ze wzrostem liczby emerytów wróżył temu systemowi rychły krach. Stąd paląca konieczność reformy. W wyniku rozpoczęcia jej wdrażania spora część strumienia środków płynącego dotychczas od płatników składek została przekierowana do OFE-ków. Coroczne wypełnianie powstałej luki musiał wziąć na siebie budżet. Jest to koszt reformy, do której przeprowadzenia bogate kraje Zachodu dopiero się przymierzają. Nie twierdzę, że całe 14 mld składa się na ten koszt. Ale na pewno stanowi on lwią część tej kwoty. I chyba uczciwość wymaga, aby o tym pamiętać.

   Pozdrawiam.


_______________
Niech strój słów podkreśla urodę myśli
Grzegorz (2117 punktów)
>   A prawda jest nieco inna. Dotychczasowy system emerytalny bazował właśnie na zasadzie solidaryzmu społecznego. Składki płacone przez płatników miały finansować wypłaty dla emerytów. Spadek liczby płatników połączony ze wzrostem liczby emerytów wróżył temu systemowi rychły krach. Stąd paląca konieczność reformy. W wyniku rozpoczęcia jej wdrażania spora część strumienia środków płynącego dotychczas od płatników składek została przekierowana do OFE-ków. Coroczne wypełnianie powstałej luki musiał wziąć na siebie budżet. /.../ I chyba uczciwość wymaga, aby o tym pamiętać.

    Tak, należy o tym pamiętać, ale żeby naprawdę wykazać się uczciwością trzeba pamiętać też wiele innych rzeczy. Do tych rzeczy należy - przejedzenie środków ZUS, z czasów kiedy był on jeszcze faktycznie funduszem (stare dzieje PRL-u), przejedzenie środków uzyskanych z prywatyzacji - było kilka projektów zmierzających do tego, aby ZUS odbudować na bazie tych właśnie pieniędzy - nie udało się, przeprowadzono natomiast jak pamiętasz "fantastyczną" powszechną prywatyzację (hehe po sprzedaż akcji można było nawet kilkaset złotych wyciągnąć).

   Pomysł jaki jest realizowany, czyli wydatkowanie bieżących składek i dopłacanie z budżetu, to ciągnąca się od wielu lat prowizorka, którą miały naprawić kolejne rządy - no i naprawili Trwa to już tak długo, że ludzie zaczęli uważać, że na tym właśnie polega system ubezpieczeń, tak jak kiedyś mały i duży Fiat były synonimami słowa "samochód". Otóż nie - nie na tym polega i tu właśnie sprawdza się hasło o "tysiąckrotnym powtarzaniu" - dziesiątki lat wypaczonej praktyki, nie powinny powodować, że to co jest nazwiemy "systemem ubezpieczeń", podczas gdy jest rozdawnictwem w najgorszym stylu dodatkowo obarczonym wysokimi kosztami własnymi.

    Może gdybym widział tą jedną możliwość, też bym tak rozumował, ale miałem kiedyś szanse spotkać się ludźmi z USA i ich systemem, który działa tak jak IMHO działać powinien. Dotyczył on grupy pracowników pewnej amerykańskiej firmy, gdzie odprowadzali oni jakiś % swoich dochodów, na prywatny fundusz emerytalny, zarządzany przez fundusz powierniczy, który środki te inwestował, do tego jeszcze pracodawca się dokładał. Po kilkunastu latach pracy (nie pamiętam już, ale zdaje się, że mogło to być już po 10 latach tyle, że wtedy wypłaty były dość małe), mogłeś zostać i pracować dalej, lub iść ... na emeryturę, która gwarantowała wypłatę świadczeń miesięcznych na w miarę godziwym poziomie, lub wypłatę zgromadzonej kwoty, wraz z zarobionym zyskiem, lub gromadzenie środków dalej, bo fundusz mógł po prostu dalej zarządzać zgromadzonym już kapitałem i dalszymi wpłatami. Ot taki trochę II i III filar, ale pozbawiony gorsetu, który utrudnia funduszom inwestowanie z większym ryzykiem ale i z większymi zyskami. Oczywiście pojawia się tu problem ryzyka inwestycyjnego np. bessa giełdowa potrafiła nieźle przetrzepać fundusze, które źle zdywersyfikowały swoje portfele, z drugiej strony, dobrze wykorzystana hossa powodowała niebywały wzrost aktywów i ludzie otrzymywali solidną gotówkę, o której trudno nawet w naszych warunkach pomarzyć. Z tego co wiem ok. 30% pracowników w USA, nie korzysta z publicznego ubezpieczenia, tylko z takich, lub podobnych, rozwiązań, a mimo to ekonomiści uważają, że bez solidnej reformy, system publiczny zbankrutuje w ciągu ~50 lat gdyby dotyczył wszystkich oczywiście mógłby paść wcześniej.

Pozdrawiam
placownik
   Przepraszam za długą przerwę. Mam jednak niestety wrażenie, że temat się nie zdezaktualizował i dlatego do niego wracam.

>Pomysł jaki jest realizowany, czyli wydatkowanie bieżących składek i dopłacanie z budżetu, to ciągnąca się od wielu lat prowizorka, którą miały naprawić kolejne rządy - no i naprawili

   A ja z uporem maniaka swoje. Na dziś łączna kwota składek przekazana przez ZUS do OFEK-ów to 50 mld zł. Taką kwotę budżet musiał ZUS-owi zrekompensować. To, jak już pisałem, koszt reformy systemu. Dzieląc 50 mld na pięć lat (od 2000 do 2004, bo w 2005 ZUS przekazał jedynie 130 mln) otrzymujemy okrągłe 10 mld rocznie. Jest to szacunek z dołu. Tak więc na kwotę 14 mld zł tegorocznej dopłaty z budżetu do ZUS-u składa się 10 mld kosztów reformy i kwota 4 mld, którą można potraktować jako wynikającą ze złego funkcjonowania systemu, a w szczególności samego ZUS-u jako instytucji. 4 mld to niewyobrażalnie dużo, ale 4 to nie 14! (dane pochodzą z emerytura.hoga.pl/ofe_zus.asp )

   A teraz z beczki słowackiej

>można np. zauważyć, że niedawno wprowadzony w Słowacji podatek liniowy, spowodował, iż w pierwszym kwartale wykonanie wpływów budżetowych sięgnęło niemal 50%

   Po pierwsze celem wprowadzenia podatku liniowego w naszych warunkach nie jest wzrost wpływów do budżetu. Mówi się raczej o spadku tych wpływów.

   Po drugie: przed wprowadzeniem na Słowacji podatku liniowego obowiązywały tam dwadzieścia trzy różne stawki podatkowe. Nie ma żadnego porównania do naszych trzech, stąd trudno odpowiedzialnie wyrokować, że efekt wprowadzenia podatku liniowego w naszych warunkach będzie podobny jak na Słowacji.

   Po trzecie: zawrotna wysokość wykonania planowanych rocznych wpływów budżetowych w samym I kwartale, świadczyć może o niezmiernie wysokim ryzyku tej operacji. Oczywiście to również trzeba odnieść do warunków słowackich. Być może świadczy to o nie najwyższych kwalifikacjach słowackich planistów. Ale taki wynik trudno uznać za błąd w planowaniu. To nie planowanie lecz wróżenie z fusów.

   Czy naszym planistom z PO pójdzie lepiej? Mam poważne wątpliwości. Już sama nośność medialna założenia 3x15 budzi podejrzenia co do tego, czy rzeczywiście jest ono wynikiem rzetelnych kalkulacji. Dlaczego nie 14-15-16? Też ładnie wygląda.

   Pozdrawiam

Niech strój słów podkreśla urodę myśli
Grzegorz (2117 punktów)
>   Przepraszam za długą przerwę. Mam jednak niestety wrażenie, że temat się nie zdezaktualizował i dlatego do niego wracam.

Przerwa - no problem a temat pewnie pozostanie aktualny przynajmniej do czasu odkrycia systemu optymalnego dla każdego w każdym czasie i warunkach (a więc pewnie na zawsze)

>   A ja z uporem maniaka swoje. Na dziś łączna kwota składek przekazana przez ZUS do OFEK-ów to 50 mld zł. Taką kwotę budżet musiał ZUS-owi zrekompensować. /.../

OFE ma, zgodnie z tym co piszesz, być finansowane w znacznym stopniu przez budżet, a mimo to emerytury wypłacane przez ZUS mają być znacząco niższe, co ma z kolei zrekompensować, częściowo, w przyszłości, wypłata z "drugiego filara" - widzisz tu logikę? ZUS płacze, że przekazuje środki do OFE, a tu udowadniasz, że w zasadzie to nie ZUS, a budżet Sorry ale to nie tak - ZUS pochłania z budżetu nie 14 mld. lecz 43 mld. Owo 14 mld. deficytu, to czysty deficyt, a więc różnica pomiędzy sumą składek i dofinansowania z budżetu, a sumą wypłaconych świadczeń. Jest on obecnie wyrzucony poza budżet, aby formalnie (bo przecież nie faktycznie) zapobiec przekroczeniu progu przewidzianego dla deficytu, po którym kolejny budżet nie mógłby już deficytu założyć żadnego. Słowem - kreatywna księgowość górą

>   A teraz z beczki słowackiej
>   Po pierwsze celem wprowadzenia podatku liniowego w naszych warunkach nie jest wzrost wpływów do budżetu. Mówi się raczej o spadku tych wpływów.

Spadek jest możliwy i trzeba się z nim poważnie liczyć, ale niekonieczny. Trzeba wziąć pod uwagę kasację odliczeń podatkowych oraz fakt, że może przestać się opłacać kombinować za małe kwoty (hehehe czyżby nadchodziła bessa na rynku usług świadczonych przez biura rachunkowe) co być może uszczknie coś z obecnej "szarej strefy".
BTW na Słowacji też było sporo zaskoczenia, że tak poszło jak poszło.

>trudno odpowiedzialnie wyrokować, że efekt wprowadzenia podatku liniowego w naszych warunkach będzie podobny jak na Słowacji.

Analogia to nie dowód - oczywiście, chodzi tylko o to, że podatek liniowy to nie jakiś wymysł z piekła rodem, niosący za sobą same problemy, biedę i automatyczne obniżenie dochodów budżetu - jak widać, nie musi tak być.
Toczy się zabawny spór "na procenty", chociaż w ustawie budżetowej procentów nie ma - są kwoty. Zwiększone dochody można sobie zapewnić nie tylko ciągłym dojeniem średniaków, ale np. poprzez zwiększenie ilości "źródeł" czyli np. dzięki wzrostowi ilości podatników - dobrze prosperujących firm i dobrze zarabiających pracowników. Cóż, jakoś się w naszej kulturze gospodarczej nie przebiła chyba zasada, że zysk robi obrót, a nie tylko marża.

>   Czy naszym planistom z PO pójdzie lepiej? Mam poważne wątpliwości.

Może Cię zdziwię ale ja też mam wątpliwości, jedyne co mi się wydaje niewątpliwe, to fakt że tak jak jest nie może być dalej, jeśli nie chcemy się faktycznie doprowadzić do zapaści. IMHO byliśmy przez ostatnie lata świadkami głównie chowania głowy w piasek i jednocześnie nadstawiania cudzej d.... pozostaje mieć nadzieję, że albo ktoś się w reszcie odważy albo, co jest gorszym wyjściem, go do tego widmo katastrofy zmusi.

>   Pozdrawiam

Wzajemnie
Grzegorz (2117 punktów)
To co przedstawiam w tym poście to może nie do końca polemika z Twoimi racjami, bardziej - przedstawienie mojego poglądu.

>   Uważam, że nie zawsze i nie wszędzie obniżanie ogólnej kwoty płaconych podatków, a jeszcze dokładniej wielkości tej kwoty wyrażonej jako % PKB okazuje się obojętne lub korzystne dla większości obywateli /.../

Z tak postawionym stwierdzeniem nie da się polemizować. Nie mogę powiedzieć, że "zawsze i wszędzie, dla większości obywateli ...(tu wszystkie te elementy które poruszyłeś)". To podsumowanie pomogło mi zrozumieć Twój punkt widzenia i co do zasady trudno się z nim nie zgodzić, szczególnie w sferze teorii. Można natomiast zastanowić się nad realnymi, obserwowanymi, aspektami zjawiska, można np. zauważyć, że niedawno wprowadzony w Słowacji podatek liniowy, spowodował, iż w pierwszym kwartale wykonanie wpływów budżetowych sięgnęło niemal 50%. Można dostrzec, że pieniądz publiczny, jeśli ma być nie tylko ściągany ale i wydatkowany rozsądnie, wymaga tworzenia kosztownych systemów ochrony przed jego sprzeniewierzaniem - kontrola skarbowa, kontrola instytucjonalna NIK, system zamówień publicznych i funkcjonujące w związku z nim agendy władzy publicznej. Popatrz ile instytucji, a w nich, ilu ludzi znajduje zatrudnienie, w związku z koniecznością gospodarowania środkami budżetowymi. Pytanie - czy utrzymywanie tego systemu jest korzystne dla większości społeczeństwa? Jakiś być musi, ale czy nie lepiej dla wszystkich, aby był zminimalizowany? System realizowanych celów, warunkuje ilość administracji publicznej, rozmaitość i ilość wydatków, wpływa na koszty związane z ludźmi, którzy cele te mają realizować (ich pensje, wyposażenie miejsc pracy, nadzór nad wykonywanymi przez nich czynnościami itp.)

Dla jasności sprawy może i ja podsumuję trochę. To prawda - dogmatyczne ujęcie niczemu dobremu nie służy, to prawda, że pewnie nie wszystko, nie wszędzie, nie zawsze i nie wszystkich zadowoli. Mówmy jednak o faktach nie tylko o teoriach. Solidaryzm społeczny kosztuje i kosztować musi, ale koszty redystrybucji środków, oraz dysfunkcje skomplikowanych systemów powodują, że z wartkiej strugi dochodów budżetu, na cele, które z owym solidaryzmem się wiążą, idą środki relatywnie niewielkie, bo ilość funkcji państwa, które wszak innego źródła finansowania niż podatki nie mają, jest zbyt duża. W obniżaniu podatków, nie chodzi o samo obniżenie wpływów do budżetu, ale o równoległe zmniejszenie kosztów, ilości celów finansowanych z niego. Ograniczając koszty, można zarówno zmniejszyć obciążenia podatkowe, jak i jednocześnie przeznaczyć większa ilość środków gdzie indziej. Aby nie być gołosłownym przejdę do faktów i przedstawię Ci kilka liczb z naszej obecnej ustawy budżetowej 2005 porównam miejscami do 2003 i 2004 r. aby przekrój był lepszy :

Wszystkie wydatki - 210 mld. (w roku 2003 - 194 mld , 2004 r. - 199 mld.)

43 mld - obowiązkowe ubezpieczenie społeczne (w 2003 r. było to 53 mld., 2004 r. - 47 mld.)
55 mld - różne rozliczenia (coś w stylu wszystko inne niewymienione - razem)
26 mld. obsługa długu publicznego
12 mld. - obrona narodowa
11 mld - Administracja publiczna + organy władzy centralnej (w 2003 było 8 mld., 2004 - 9 mld.)
10 mld. - pomoc społeczna
9,6 mld. - koszty szkolnictwa wyższego BTW - temat postu to darmowe studia - ładna mi darmocha (w 2003 było to 6,7 mld , 2004 - 7,8 mld.)

Zwracam uwagę, że w stosunku do roku 2003 o 3 mld. wzrosły koszty administracji publicznej o 3 mld. koszty szkolnictwa wyższego, a ilość wydatków globalnie o 16 mld., mimo, że spadły koszty ubezpieczeń społecznych - rozwikłam tą "tajemnicę" - ZUS nie kosztuje mniej, zaczął on pożyczać pieniądze od banków komercyjnych dzięki czemu wykazywany deficyt mógł ulec zmniejszeniu, zadłużenie to, oczywiście wraz z odsetkami, spłaci budżet w przyszłych latach.

Jak widzisz nasz budżet, po pominięciu pozycji zbiorczej (różne rozliczenia) składa się głównie z obsługi zadłużenia i ubezpieczenia społecznego. Administracja publiczna, kosztuje więcej niż pomoc społeczna, niemal tyle co obrona narodowa. Szkolnictwo wyższe (nie cała oświata) kosztuje niemal trzy razy więcej niż ochrona zdrowia. Myślę, że to mówi co nieco o praktyce społecznego solidaryzmu u nas. Wniosek mój jest taki - nasze państwo funkcjonuje głównie po to, aby płacić ludziom emerytury, spłacać zadłużenie (powstałe głównie poprzez niedowład systemu emerytalnego) oraz opłacać własne koszty funkcjonowania.

Pytania:
Czy to jest dobre rozwiązanie dla większości społeczeństwa, że kraj w którym żyją, to w sferze faktów, jeden wielki zakład ubezpieczeń społecznych? Czy to nie jest dysfunkcja roli państwa? Czy w sytuacji gdyby system ubezpieczeń społecznych oparty był na ubezpieczeniach komercyjnych, nie powstałaby rezerwa umożliwiająca, zarówno obniżenie podatków, jak i zwiększenie wydatków na inne cele? Jaka cześć społeczeństwa faktycznie korzysta ze świadczeń ZUS - wiekszość? Czy ubezpieczenie emerytalne, wyczerpuje zadania z zakresu solidaryzmu społecznego tak jak wyczerpuje środki budżetowe?

Dodam jeszcze do kompletu, że składki na ubezpieczenie społeczne nie są dochodami budżetu, zatem mówimy tu o wartości dofinansowania braków z innych źródeł - nie o utrzymaniu całego systemu. Przypomnę też, że koncepcja ubezpieczenia społecznego polegała pierwotnie na tworzeniu ze składek funduszu, którego środki miały być bezpiecznie inwestowane, aby z nich i zysków funduszu, dało się spłacać bieżące zobowiązania względem ubezpieczonych - to byłoby IMO racjonalne wcielenie idei solidaryzmu społecznego, do tego systemu, można przecież w momentach dekoniunktury gospodarczej (kiedy np. wzrasta bezrobocie i jest mniej składek) dorzucić jakiś grosz z budżetu państwa, ale żeby sama dopłata, stanowiła ok. 1/4 całego dochodu publicznego - to przecież paranoja

Pozdrawiam
Celecrin (11895 punktów)
Cześć Grzechu
Zgadzam się z Tobą w 95%, ale trzymam z placownikiem.

Zgadzam się Tobą, bo mamy prawie identyczne poglądy. Uważam, że Polskę "ciągnie w dół" ZUS i KRUS. Ha! Studia piekielnie drogo kosztują, a więc nie są "za darmo".
JEDNAK
Chcę Ci powiedzieć, iż możesz dodać do Ubezpieczeń ok. 20 mld dla KRUS. Razem to będzie ok. 65mld (ta suma jest w innych).
Za taką sytuację odpowiedzialne sa pewne decyzje. Uchwalono FA-TAL-NĄ ustawę o wsześniejszych emeryturach! Sprawa dotyczyła też polityki przyznawania rent. Zobacz kto podjął te fatalne w skutkach decyzje
Dziś każdy Polak TWIERDZI, iż przechodzi się na emeryturę w wieku 55 lat. Z ostatniej chwili: wcześniejszych emerytur chcą też: celnicy, nauczyciele, rybacy. Kto następny?

Jeszcze jest sprawa Szwecji. Jakoś nie trzeba im 19 % podatku liniowego by mieć się dobrze. Kolejna zagadka.


Lacho calad, drego morn
Grzegorz (2117 punktów)
>Chcę Ci powiedzieć, iż możesz dodać do Ubezpieczeń ok. 20 mld dla KRUS. Razem to będzie ok. 65mld (ta suma jest w innych).
>Za taką sytuację odpowiedzialne sa pewne decyzje. Uchwalono FA-TAL-NĄ ustawę o wsześniejszych emeryturach! Sprawa dotyczyła też polityki przyznawania rent. Zobacz kto podjął te fatalne w skutkach decyzje
>Dziś każdy Polak TWIERDZI, iż przechodzi się na emeryturę w wieku 55 lat. Z ostatniej chwili: wcześniejszych emerytur chcą też: celnicy, nauczyciele, rybacy. Kto następny?

Ano właśnie - beneficjetów przybywa, obciążonych ubywa, z tego co słysząłem rozważa się (nie tylko w Polsce, nasz system tak bardzo nie odbiega od innych w Europie, tylko że jest znacznie biedniejszy) wprowadzanie dodatkowych "podatków emerytalnych" coś jak "podatek zjednoczeniowy" w zachodnich landach niemieckich

>Jeszcze jest sprawa Szwecji. Jakoś nie trzeba im 19 % podatku liniowego by mieć się dobrze. Kolejna zagadka.

Nie taka znów zagadka, kiedyś pokusiłem się o opisanie krótkiej historii gospodarczej, oraz aktualnego systemu podatkowego Szwecji - jak masz czas i ochotę poczytaj zachęcam Szwecja to mit, który juz klka razy poniósł spektakularną klęskę:

www.racjonalista.pl/forum.php/s,24642#w25091

Jesli płaci sie średnio niemal 60 % podatku, a marża handlowa to 100 - 450% (głównie są daniny publiczne - podobny system widać u nas w cenach paliwa, gdzie jest więcej podatków niż czegokolwiek innego) to wiadomo z czego się "cud" finansuje. Tak czy inaczej, obecnie cudu już nie ma - polecam mój post, ten z linka powyżej, tam są konkretne liczby.

Pozdrawiam
mohawk (2936 punktów)
>Ha! Studia piekielnie drogo kosztują, a więc nie są "za darmo".
Ponieważ nie czytałem całej dyskusji, więc być może źle interpretuję Twoje słowa, ale to mi wygląda na klasyczne przeinaczenie ultraliberałów, którzy na każdym kroku wyśmiewają nieodpłatną edukację. Otóż nikt nie twierdzi, że edukacja jest bezpłatna w sensie zerowego kosztu wytworzenia - to byłby ekonomiczny nonsens. Jednak jej faktyczna nieodpłatność z punktu widzenia pobierającego naukę ma miejsce, mimo wprowadzanych w różnych szkołach mniej lub bardziej 'kuchennymi drzwiami' opłat za różne usługi. O ile mnie pamięć nie myli ja przebrnąłem swoje studia płacąc jedynie przy okazji egzaminu wstępnego i kilku złotych za kartę biblioteczną.
Celecrin (11895 punktów)
Cześć
Chodziło mi o ogólne koszty studiów. Roczny koszt studiów jest gdzieś TU podany, to około 10mld lub więcej, rocznie.
Na głowę Polaka to by było 280 PLN. Tyle z podatków musimy płacić na "darmowe" studia.
Jestem oczywiście za darmowymi studiami. Sam nie płaciłem za nie, podobnie jak Ty. Jednak uważam, że trzeba pamiętać, iż "darmowe studia" są inwestycją naszego państwa, coś na kształt rachunku ciągnionego. Moim zdaniem, nie stać nas na fundowanie studiów ludziom, którzy wyjadą za granicę, bowiem koszt ich wykształcenia NIGDY się nie zwróci. W tym sensie mówię, że studia nie są za darmo.


Lacho calad, drego morn
mohawk (2936 punktów)
>Chodziło mi o ogólne koszty studiów. Roczny koszt studiów jest gdzieś TU podany, to około 10mld lub więcej, rocznie.
>Na głowę Polaka to by było 280 PLN. Tyle z podatków musimy płacić na "darmowe" studia.
Rozumiem. Ja zaś uważam za niezwykle ważne podkreślanie - w obliczu liberalnej demagogii - oddzielenia faktu korzystania z usług edukacyjnych od ponoszenia kosztów ich świadczenia. Argument ośmieszający bezpłatną edukację - jako bezpłatną tylko 'rzekomo' - słyszę na każdym kroku z ust różnych ultraliberalnych doktrynerów.

>Jestem oczywiście za darmowymi studiami. Sam nie płaciłem za nie, podobnie jak Ty. Jednak uważam, że trzeba pamiętać, iż "darmowe studia" są inwestycją naszego państwa, coś na kształt rachunku ciągnionego. Moim zdaniem, nie stać nas na fundowanie studiów ludziom, którzy wyjadą za granicę, bowiem koszt ich wykształcenia NIGDY się nie zwróci. W tym sensie mówię, że studia nie są za darmo.
W tej kwestii się zgadzam, choć - znowu - sprawę uważam za daleką od czarno-białej jednoznaczności. Ludzie - przynajmniej w swej masie - nie wyjeżdżają przecież bez powodu, czy dla przyjemności; jestem przekonany, że większość wolałaby zostać, jednak nie widzi dla siebie perspektyw w kraju. Ciekaw jestem czy dałoby się wprowadzić jakiś mechanizm zwrotu kosztów kształcenia przez osoby opuszczające Polskę na stałe. Nie jestem pewien, ale były chyba - podobne w rozpatrywanym aspekcie - przypadki, gdy Wojskowa Akademia Techniczna zażądała zwrotu kosztów kształcenia od tych swoich absolwentów, którzy nie pozostali w wojsku.
agnus dei
najwieksza glupota tego 'lewicowego' rzadu jest to, ze promuje jakiekolwiek platne studia - takze zaoczne i wieczorowe - kazdy obywatel powinien miec szanse na 5 lat bezplatnej wyzszej edukacji - i to dopiero bylaby sprawiedliwosc spoleczna. gdyby studiowal dluzej - niech placi.
ja uwazam, ze burzuazja po studiach po prostu boi sie konkurencji - ludzie z dolow spolecznych wcale nie sa od nich glupsi - po prostu mniej wyksztalceni i obyci.
i to obycie, umiejetnosc radzenia sobie w tym srodowisku jest glowna bronia burzuazji - daja sobie lepiej rade we wlasnej klasie - i jednoczesnie jest glowna bariera postepu spolecznego dla osob wywodzacych sie z nizin... tak wiec choc tyle: te 5 lat bezplatnej nauki powinno byc wkladem dla idei wyrownywania szans - bo burzuazyjne dzieci i tak sobie lepiej radza.
i tu ostrzezenie dla burzujow... jesli bedziecie sie zamykac jako klasa - czeka was to samo co feudalow - zniszczenie! nie wierzycie?
V0lrath (3440 punktów)
Niestety już po wyborach - ale może komuś się te informacje przydadzą (może przed wyborami prezydenckimi...).
Politechnika Warszawska wystosowała list do kandydatów i członków partii z pytaniem o ich stosunek do edukacji oraz do kwestii płatności za studia. Tu jest link: www.polibuda.info/strategia_edukacji/
outsider (2469 punktów)
Jeśliby przyjąć - za hodowcami tego i owego - sąd o istotności dziedziczenia zdolności umysłowych, należałoby przyklasnąć jak najwyższej odpłatności za studia: toż status materialny rodziców to całkiem skuteczne kryterium wyboru najlepszych z najlepszych w młodym, nie sprawdzonym jeszcze życiowo pokoleniu - jeśli jednak przyjąć, że sprawy są bardziej złożone niż to sobie hodowcy (tego i owego) wyobrażają, i kwalifikacje umysłowe to rzecz nieco bardziej skomplikowana niż uwarunkowany genetycznie przyrost masy mięśniowej, mleczność czy szybkośc z derbach...

Dochodzimy do tego, do czego tak czy owak doszli Amerykanie - najwiekszy importer netto szarych komórek najwyższej jakości: najbogatszym (Amerykanie) niekoniecznie rodzi się najzdolniejsze potomstwo - że wiedzą o tym i genetycy pisać już nie bedę, bo co kogo obchodzą jakieś tam teorie...

Możemy jako społeczeństwo nie inwestować w przyszłość, możemy to pozostawić każdemu z osobna, gdy chodzi o jego progeniturę. Kto jednak w takim razie zapracuje na nasze emerytury: my sami? Nie da się - nie ma należytych mechanizmów kontroli i prędko ich nie będzie, a co może zostać rozkradzione - zostanie na pewno, w tym punkcie zgodziłbym się z hodowcami: tego i owego.


Co mówisz o Bogu? Ślisko tu od krwi ludzkiej
(Nieboska komedia}

Wróć do listy wątków działu Społeczeństwo i kraj

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365