Zasiadam przy biurku, biorę długopis do ręki i zastanawiam się, w jaki sposób przekazać, choćby "kropelkę" wiedzy, czy też raczej mądrości, którą odkrywałam w sobie od samego początku, przez te wszystkie lata...;przechodząc z jednej fazy rozwoju w drugą, z jednego doświadczenia w kolejne. Otóż jestem raczej typem "mówcy", czy też gaduły...i wolę wyrażać swe poglądy, przekonania itp. za pomocą słowa mówionego, a niżeli pisanego. Tak więc, być może w sposób "okrojony" zaprezentuje swój tok myślenia... Temat, który postaram się poruszyć, będzie stanowił, w pewnym sensie dość swobodną spekulację odnośnie- samokrytyki. A zatem, przechodząc już do właściwej kwestii..., sądzę iż autokrytycyzm, będący wytworem konsumpcyjnego społeczeństwa skutecznie obniża, naszą samoświadomość...i paradoksalnie staje się "pokarmem" nie dla twórczego rozwoju, lecz dla "ślepego" i z góry skazanego na niepowodzenie "pędu". A dzieje się tak..., ponieważ wychodząc z punktu oskarżenia, nie można odkryć w sobie żadnej "świadomości"; zaś nieprzerwana "gonitwa", nie jest niczym innym, jak tylko bezmyślnym, samonapędzającym się ruchem...Tak, więc jednym słowem, bardzo często funkcjonujemy, na wzór roju pszczół, zarówno na poziomie "myśli", jak i na poziomie "działania".W owym stanie "bycia", nie ma mowy o rzeczywistym "byciu". W zasadzie...sami nie wiedząc, w którą stronę zmierzamy...,wypełniamy owe luki pseudo poznaniem rzeczywistości...Nie rozumiejąc, czym ona jest w istocie, i w jaki sposób można ją odkryć, skazujemy się na wieczne więzienie frustracji. Prawdę mówiąc, istnieją tylko dwa bieguny,...i albo nasze myślenie staje się pełne, albo pozostaje stłamszone i standardowe, jak u większości... Oczywiście brak, realnej wiedzy sprawia, że czujemy się, coraz bardziej zagubieni..., w przytłaczającym nas świecie. To prosty przepis, na nieszczęśliwe życie, co też staje się prawdą. Przecież wciąż niezliczone rzesze osób, uskarżają się na brak "szczęścia". Choć paradoksalnie, stoi przed nami, więcej niż , kiedykolwiek..., sposobów jego osiągania, wciąż odczuwamy pustkę i niezadowolenie. I tak, stale dokonując pomiaru własnej wartości, zgodnie z kryterium krytyki wewnętrznej, subiektywnej, bądź zewnętrznej, społecznej..., żyjemy w poczuciu gorszości i niższości. Poniekąd zagłębiamy się, a raczej zostajemy "wchłonięci"...,przez własną depresję. Otóż, owy stan "załamania", całej psychiki, prędzej, czy później staje się końcowym skutkiem- wraz z jego następstwami- autokrytyki. Trzeba przyznać, iż brakuje nam jakiejkolwiek litości, względem siebie samych...; skoro, nie można już..., mówić o tak bardzo współcześnie niedostępnej, a raczej odrzucanej samoakceptacji. Liczne obawy i ciągłe potępianie...zarówno to subiektywne, jak i środowiskowe, skutecznie uniemożliwiają płynne działanie. Permanentna samokrytyka, wywołuje regres osobowościowy...; uwstecznienie, pomimo zwiększonej czasami ilości informacji i poszerzenia zakresu, własnego intelektu. Pomimo wiedzy, w owym stanie nasza percepcja i interpretacja, stają się zniekształcone..., "przesiąknięte" zapachem krytycyzmu. Snucie różnorakich..."scenariuszy" na przyszłość..., tworzenie wizualizacji spełnienia pragnień i i oczekiwań..., skupia niemal całą naszą uwagę. I tak, tracimy całą naszą energię i czas, na krytyczną z reguły, analizę przeszłości..., wytykanie sobie popełnionych błędów, a także na planowanie presyjnych zmian, na przyszłość...Nawet jeśli, zdołamy przeprowadzić uprzednio, zaplanowane zmiany..., i tak istniejąc już w przyszłości,...będziemy odczuwać dysonans, niezadowolenie..., gdyż zakorzenił się w nas pryzmat krytycyzmu, przez który spoglądamy, zarówno na siebie samych, jak i na innych. Obarczanie siebie odpowiedzialnością, za wszelkie postępy..., czy materialny sukces...paradoksalnie zatrzymuje owy "postęp", a jakikolwiek "sukces", czyni jedynie nierealną mrzonką. Nawet jeśli, sprawnie realizujemy, oczekiwania społeczeństwa..., wciąż odczuwamy wewnętrzną dysharmonię, to nieodparty dowód na to, iż kierunek narzucony nam z zewnątrz...i przyswojony, przez własne "ego", nie pomaga lecz szkodzi... Czy, rzeczywiście jesteśmy, aż tak beznadziejni, że nie zasługujemy na nic "lepszego"? Otóż...nie, nie tylko zasługujemy, ale i posiadamy prawo wyboru sposobu, traktowania własnego "Ja" . To Ty decydujesz, w co się dziś "ubierzesz", dotyczy to zarówno twego ciała, ale także mentalności oraz całego wnętrza... W zasadzie samokrytycyzm, jako twór materialnej cywilizacji, stanowi pewnego rodzaju zbiór kar, które sobie wymierzamy. Owe znęcanie się, nad własnym "umysłem"...permanentne stosowanie tego typu "przemocy", w sferze psychicznej...(tak...krytykę definiuję, w owym kontekście jako samoagresję i przemoc kierowaną, z reguły "do wewnątrz"), prowadzi w konsekwencji do wszelakich patologii. Jedynym wyjściem nie jest zmiana, lecz "zgoda". Bo czy, rzeczywiście walka z własnymi emocjami..., oraz wszechobecnym kultem "działania", ma jakikolwiek sens? Tak naprawdę stawianie, przed sobą kolejnego zadania, nawet jeśli miałoby ono służyć, wyzwoleniu od całej masy innych zadań i celów, będzie stanowiło jedynie dodatkową presję i zbędny ciężar.Tego typu strategie, doskonale już znamy, to właśnie one, stanowią przeszkodę na drodze "ku szczęściu". A głównym katalizatorem, owych schematów działania, jest samokrytycyzm. Kończąc powyższy wywód, mogę jedynie polecić rezygnację z samokrytycyzmu..., a jak to zrobić?...jeszcze powiem innym razem...W każdym razie zapraszam do refleksji, póki co... Pozdrawiam.... |