 |
Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » Religie
| Napisano | Autor | Tytuł | | 22-12-2012 23:58 | Paul Wha Tever (22 punktów) | Moj niezly kryzys wiary
12 na 12 | Przechodze kryzys wiary, a wszystko zaczelo sie od tego ze chcialem ja umocnic…
Mam 24 lata, wychowalem sie w rodzinie katolickiej, topowo polskiej czyli kosciol raz w tygodniu w niedziele i starczy. Wiele rzeczy w zyciu nie rozumiem… katastrof, biedy i glodu, zabojstw. Zaczalem od tego uciekac poprzez szukanie Boga. Jestem chlopakiem dosc neurotycznym, mimo tego ze wychowalem sie w spokojnym domu, mam bardzo niskie poczucie wartosci. Lubie jak jest zle i sie nad soba uzalam - czuje sie wtedy bezpiecznie. Kiedy jest dobrze, mam niesamowite poczucie winy. Nie wiem dlaczego. Czuje ze mam za duzo, ze jestem swiania bo inni w afryce umieraja z glodu a ja mam to i tamto. Kompletnie nie umiem sie tym cieszyc. Kiedy dobrze sie bawie ze znajomymi, mam te wrazenie ze jest za dobrze i spadnie na mnie kara. Zastanawialem sie skad wziely sie we mnie takie wlasnie schematy myslenia? Skad tyle konfliktow we mnie naroslo? Poczucie winy powodowalo czesto nocne nerwice lekowe, balem sie, ze robie cos zle, ze pojde do piekla. Nie wiedzialem jaki jest w koncu ten Bog. Psycholog tez nie pomogl, stwierdzil ze mam problem z wiara, a ze mieszkam w UK, nie mogl urazic moich uczuc religijnych i powiedziec chlopie w co ty wierzysz… ale dal mi to do w pewien sposob do zrozumienia.
Nim trafilem do psychologa ze swoimi problemami, zaczalem intensywnie szukac Boga. Wysluchawszy wielu swiadectw o tym jak "slowo" zmienilo zycie innych ludzi, zaczalem czytac Biblie. Stary testament wprowadzil we mnie jeszcze wiecej konfliktow roznego rodzaju. Widzialem tak Boga na przemian kochajacego, msciwego, sadyste i zazdrosnego. Wyrzucajacego ludzi z raju i wprowadzajacego niepokoj i cierpienie. Potem wyprowadzajacego Izraelitow z Egiptu, a za chwile zsylajacego na nich jadowite weze, karzacego do 3go pokolenia. Wchodzacego z Diablem w zaklady - Czy Hiob zrobi to czy to? Nie wpominajac nawet o potopie. Kompletna paranoja. Przeczytalem troche i postanowilem jednak zaczac od nowego testamentu. Ewangelie bardzo ciekawe, ogolnikowe i zadna ich czesc do mnie nie przemowila jakos szczegolnie. Czulem delikatnie ze proboje je cos sobie jednak wmowic i cos dla siebie znalezc jak inni. Ewangelie wprowadzily do mojego zycia jeszcze wiecej zamentu. Majac problem z zaakceptowanie swojego zycia slyszalem tam o tym ze zycie trzeba stracic, zeby je zyskac, ze Bog woli tych ktorzy podkreslaja swoje grzechy (czyli obwiniaja sie), co jeszcze bardziej wznudzilo we mnie poczucie winy za wszystko. Czulem ze lepiej sie obwianiac aby spodobac sie Bogu. Wiadmosc o Bozej milosci przeplatana z kategoryzowaniem (przpowiesc o ziarnie) i straszeniu pieklem (ziarno wrzucone do ognia). Z jednej strony slysze ze Bog mnie tak kocha, ze oddal za mnie zycie bezinteresownie, a z drugiej ze jedyna droga do zbawienia to Jezus Chrystus i podarzanie za nim (czyli jednak milosc na warunkach). Kazanie na gorze to juz kompletna paranoja. 70% sie zagadzam, to dobre przeslanie, ale wzmianki o odcinaniu sobie reki itd, to kompletna paranoja. Kosciol sie dzis z tego wycofuje i jakos zawsze kompletnie zmieni znaczenie, ze to niedoslownie, ze on w zasadzie chcial podkreslic tylko swoja ogromna milosc, ale kurcze mysle sobie, po co Jezus w ogole tak w takim razie mowil do zwyklych prostych ludzi zyjacych w tych czasach. Nie rozmawial przeciez przez przepowiesci z filozofami, tylko zwyklymi prostymi ludzmi tamtych czasow, ktorzy za pewne rozumieli to doslownie.
Milosc do Boga tylko po to aby uniknac wiecznej kary? To przeciez milosc ze strachu - neurotyczna, ktora nic nie ma do czynienia z prawdziwa miloscia. Poza tym mowia mi ze Pan Bog mnie kocha bezwarunkowo, a przyglodajac sie jego przeslaniu, nigdy nie bede wstanie go wykonac, bede sie obwinial i nigdy nie bede soba. Strace ze soba kompletnie kontakt, probujac bym tym, kim Bog wsposcilby do swojego krolestwa.
Przelom nastapil kiedy wstapilem na droge neokatechumenalna, wtedy jakby wszystko zrozumialem, zasady dzialania tej religii, to kilka z moich uwag:
Na kazdej katechezie jest doslowne wmawianie, ze nie znalezlismy sie tam z przypadku, ze to Bog tak chce i skierowal tak drogami abys tam trafili. Wybrani, ktorzy usluszeli ten glos z 1500 innych ludzi, ktorzy uczeszczaja do kosciola (tu przytaczane sa wersy o soli). To tworzy podswiadomie pewny obowiazek wobec Boga, ze na pewno to on nas tam skierowal i odchodzac z grupy mowimy "nie" samemu Bogu i nowej "historii" ktora chce z nami rozpoczac, co zreszta potwierdzone jest dobrze wyselekcjonowanymi czytaniami z Biblii. Tu posuwaja sie do naprawde fanatycznego spojrzenia na zwykle nieznaczace nic wydarzenia z zycia np. fakt, ze jakis chlopak zostal zwolniony z pracy na kilka dni przed zjazdem byl odczytywany jako znak, ze mial na ten zjazd jechac.
Do tego sa powielane bluznierstwa (w moim przekonaniu) WIELOKROTNIE o tym ze Bog jest sprawca cierpienia, aby czlowiek mogl dzieki temu dostrzec Boga w swoim zyciu - kolejna podswiadoma przestroga, aby z grupy nie odchodzic i isc "droga" Boga.
Wyraznie powiedziane ze chrzest kiedys otrzymywalo sie po wielu latach nauki i wydawaniu owocow. Tak wiec ten, ktory dostalismy z kosciola, bedac dziecmi, jakgdyby nie czyni nas prawdziwymi chrzescijaninami i trzeba isc droga po to aby sie nim stac. Stanowoczo jest tez powiedziane, ze samo chodzenie do kosciola jak reszta ludzi, nie jest wystraczajace do zbawienia i tylko przemiana zycia i podarzenie droga doprowadzi nas do tego. Wieloktornie bylo powiedziane stwierdzenie ze albo droga (tu nawiazanie do Izraelitow idacych na pustyni) albo smierc. "Innej drogi nie ma, nie macie co tu robic jezeli nie odnajdujecie sie w historii itd" | Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
8 na 8 | Paul Wha Tever (22 punktów) | Czytaj dalej... | Jest ogromny nacisk na wspolnote, bylo dokladnie tez powiedziane zdanie w ktorym stwierdzono ze wiary nie da przezywac sie osobiscie tylko jako wspolnota.
Wiele sprzecznych informacji i tez, ktore mialem wrzenie ze tworzyly sieczke z mojej glowy. Tworzyly sporo wewnetrzynych konflitkow z samym soba przez co czlowiek nie wiedzial juz co ma myslec, dochodzil do braku zaufania do samego siebie i zaczynal na slepo im wierzyc. Do tego bylo powiedziane ze musimy nauczyc sie bycia pokornym wobec katechistow (czyli rozumiem ze mamy ich bezwarunkowo sluchac). Byly katechezy o akceptacji siebie i swojej historii a jednoczesnie proba znienawidzenia samego siebie, pograzania sie i obwiniania (byl tu nawet rysowany dziwny schemat o schodzeniu na dno, gdzie byl narysowany krzyz, aby potem moc stac sie nowym czlowiekiem i schody na gore). Nie rozumiem jak mozna zaakceptowac siebie i swoja historie przy jednoczesnym pograzaniu siebie w oskarzeniach.... Mowi sie o lagodnosci Boga a oczekuje zdecydowanego zadeklarowania ("mowcie tak tak lub nie nie" - cytat z ewangelii). Mowi sie o milosci a za chwile straszy kara. Mowi sie o akceptacji i dziekowaniu za zycie, a za chwile obiecuje lepszej jakosci zycie i szczescie idac droga - czyli oczekiwanie na lepsze, jakby to co jest teraz bylo zle. Bog daje wolnosc a za chwile o tym ze wszystkim w zyciu kieruje i nie jestesmy tu z przypadku.
Do tego ci katechisci wciaz podkreslaja ze mowia pod wplywem Ducha Swietego.
Przed kazdym czytaniem jest pokreslone "jak duch otworzy ucho", czyli podswiadoma presja ze trzeba sluchac innaczej moze jestem mniej warty skoro Duch mi ucha nie otwiera?
Kazdy ostatni glos rozsadku jest latwo tlumaczony jako glos zlego. Tak tez wymuszana jest frekfencja, przed wyjazdem straszono tym ze zly dopilnuje i zrobi wszystko abysmy nie dali rady tam pojechac, pod koniec wyjazdu ze teraz zly bede chcial nas z tej zdrogi zwiesc.
Na katechezy trafilem poprzez plakat plus swiadectwo dziewczyny podczas mszy (jezeli dobrze pamietam to byla to ta sama dziewczyna, ktora pod koniec zjadzu przy wszystkich stwierdzila ze po roku jednak nie widzi zmian w swoim zyciu, jednak z ambony dawala kompletnie inne swiadectwo) i absolutnie nie mialem pojecia ze to jakas organizacja ze stopniami/strukturami itd z jakims Arguelo na czele. Myslalem ze jest to czesc kosciola, dopiero na wyjezdzie okazalo sie o co chodzi, ze jest to droga, zajmujaca kilka lat z poszczegolnymi stopniami itd.
Do tego nasluchalem sie od pewnej dziewczyny wielu pieknych swiadectw, plakala i opowiadala przed wszystkimi. W drodze powronej rzucila haslo o tym ze ona musi isc w niedziele do kosciola, bo inaczej sie boi ze Bog zesle na nia kare.
Zebym nie fakt, iz interesowalem sie dlugi czas psychologia, zapewnie niezauwazylbym tych mechanizmow ktore sa tam dosc sprytnie wykorzystane. Z grupy wystapilem i oczywiscie pozostal niesmak. Uswiadomoilem sobie, ze to wszystko to sa rowniez cechy calego kosciola.
Przeczytalem Biblie jeszcze raz i zrozumialem jaki jest to stek bzdur. O smierci czychajacej jak zlodziej - bardzie przygotowani, jakby ta ostatnia minuta miala znaczenie na fakt czy bede czy nie beda zbawiony. Przeciez jest to dokladne kontrolowanie umyslu porzez strach.
Wniosek jest jeden, jezeli Bog bylby miloscia to pieklo byloby puste. Tak jednak nie jest, Faustyna Kowalska i inni, pisza jak strasznie jest w tych miejscach, ile cierpienia itd. Poza tym gdyby mialobyc puste to po co ten sens cierpienia. Dzis kosciol mowi, ze Pan jest miloscia i ze czlowiek idzie tam z wlasnego wyboru. To juz szczyt bzdur kto normalny, 100% swiadomy decyduje sie na wieczne cierpienie? Latwo jest kogos osadzic za zycia. On jest taki czy siaki, ale... nie bierze sie pod uwage uwarunkowan genetycznych, wychowania w braku milosci, znecanie sie przez rodzicow, ktore popchnely ta osobe do bycia tym kim byla. Po smierci mam nadzieje ze kazdy bedzie 100% swiadom decyzji, a logika mi podpowiada ze w takim stanie kto by siebie skazal na ciepirnie.
Prosilem Boga o to zeby dal mi siebie poznac, zeby wzial kontrole nad moim zyciem, w kryzysie o znak ze mu na mnie zalezy we lzach. Cisza. Za chwile smiech i niedowierzanie ze gadam z czyms czego nie ma.
Chce tak bardzo byc wolny, isc z dala od kosciola, zapomniec o tym, byc soba, i zyc jak chce, ale sluchajac tego od dziecka, boje sie ze moze spotka mnie za to kara? To jest tak gleboko w mojej podswiadomosci. Ze bez Boga stane sie zlym, ze to on jest filarem milosci, ze stane sie egoista, zle skoncze i na koncu on mnie jeszcze wrzuci do piekla (jezli jednak istnieje i sie myle). Znam ludzi innych wiar i niewierzacych, ktorzy sa naprawde jednymi z najszlachetniejszych ludzi jakich znam. Inni, niewierzacy, zyja i sie bawia, nie mysla i nie maja tego typu problemow. Widze tez ze kazda wiara twierdzi ze jest prawdziwa. Islam tez ma skuteczne egrocyzmy itd. A tu slysze ze jednyna droga jest przez JEzusa, to gdzie pojda ci dobrzy ludzie innych wyznan? Paranoja, jedyne o czym mysle od kilku dni to samobojstwo. Czuje sie tak oszukany i w tym wszystkim zagudbiony. Czuje ze nie potrafie nawet zaufac samemu sobie, bo jestem egoista. Najpierw od malego wmawiali mi ze jestem zly, grzeszny aby potem oferowac mi droge do "raju"...
Na tego typu pytania ksiadz z reguly konczy rozmowe, i mowi ze trzeba ufac... :/ ze nasze umysly tego nie pojma.
Pozdr
Mod: Pisz, proszę, po polsku.
|
|
 | 10 na 10 | Jacek Tabisz (30006 punktów) | Odp: Czytaj dalej... | Uwolniłeś się od paskudnego wirusa umysłu. Ludzie bez tego są bardziej etyczni, bo szanują prawdę (czyli rzeczywistość). Są też bardziej etyczni, bo nie robią dobrych rzeczy ze strachu przed urojonym bogiem (a jest ich wielu, w różnych kręgach kulturowych), ani z żądzy urojonej nagrody (raj, lepsze wcielenie, moksza, nirwana etc), ale po prostu robią dobre rzeczy dlatego, że kochają innych ludzi szczerze, sami z siebie, nie po coś. Do miłości wobec ludzi dołącza się współczucie dla zwierząt, które też są po części świadome i nie są przez nikogo "dane w posiadanie człowiekowi". Tak więc stało się coś dobrego, masz powód, aby się cieszyć. Teraz polecam Ci "Boga urojonego" Dawkinsa, "Bóg nie jest wielki" Hitchensa, czy inną dobrą, wolnomyślicielską książkę. Każdy ateista ma swoje spojrzenie, nie zgodzisz się ze wszystkim, ale z pewnością głos wielkich humanistów i racjonalistów sprawi, że poczujesz się lepiej i sam zaczniesz odkrywać rzeczy, którym niepotrzebnie ufałeś i te, których nie zauważałeś.
|
|
|  | 1 na 1 Adaś MiaŁczyński (1403 punktów) (zablokowany) | > Ludzie bez tego [bez religii - przyp. mój] robią dobre rzeczy dlatego, że kochają innych ludzi szczerze, sami z siebie, nie po coś.Chyba, że akurat nie kochają, wtedy za chińskiego boga  nic dobrego zrobią.
|
|
 | 6 na 6 | maciejo (3492 punktów) | Religia to opium dla mas. Powinieneś być szczęśliwy, że się z tego wyzwoliłeś. Trzeba mieć odwagę myśleć samodzielnie, podejmować własne decyzje. Kryzys wiary nie jest powodem do smutku. Potraktuj to tak jak wyzwolenie się z nałogu, który zatruwał Ci umysł.
|
|
|  | Marek Bielecki (2227 punktów) (zablokowany) | > Religia to opium dla mas.Autorem tego sloganu jest Karol Marks. A czym jest marksizm?...
|
|
| |  | 5 na 5 | Mateusz Kożuch (2120 punktów) | > Autorem tego sloganu jest Karol Marks. A czym jest marksizm?...  No i co z tego? Ale to są bardzo prawdziwe słowa i nieważne kto je wypowiedział.
Headbangers www.youtube.com/watch?v=W0ISLSGF7sQ
|
|
| | |  | Marek Bielecki (2227 punktów) (zablokowany) |
>No i co z tego? Ale to są bardzo prawdziwe słowa
Tak prawdziwe, jak i pozostałe elementy tej sztucznej ideologii.
|
|
| | | |  | 4 na 4 | Andrzej Bogusławski (52275 punktów) | . >>>>No i co z tego? Ale to są bardzo prawdziwe słowa >Tak prawdziwe, jak i pozostałe elementy tej sztucznej ideologii. Już Pan wykazał się tu wielka znajomością różnorodnych spraw, teraz znajomością filozofii Marksa się popisuje. Niech Pan się nareszcie wykaże znajomością "naturalnej" ideologii katolicyzmu, czyli przedmiotu Pańskiej głębokiej wiary.
@@@ .
|
|
| |  | 5 na 5 | Andrzej Bogusławski (52275 punktów) | . > >>>Religia to opium dla mas.> Autorem tego sloganu jest Karol Marks.Na pewno? Mnie się jednak wydaje, że jakiś ideolog chrześcijański. Cała teoria religii Marksa temu stwierdzeniu przeczy. > A czym jest marksizm?...  Różnie z tym bywało, ale najczęściej ma tyle samo wspólnego z Marksem, co rzymskie chrześcijaństwo z Jezusem, czyli niewiele. PS. Podstawa religijnej krytyki jest taka oto: człowiek tworzy religię, nie zaś religia - człowieka. Religia jest to mianowicie samowiedza i poczucie samego siebie u człowieka, który bądź siebie jeszcze nie odnalazł, bądź już znów zagubił. Ale człowiek - to nie jest istota oderwana, istniejąca gdzieś poza światem. Człowiek - to świat człowieka, państwo, społeczeństwo. To państwo, to społeczeństwo stwarzają religię, odwróconą na opak świadomość świata, są one bowiem same odwróconym na opak światem. Religia jest ogólną teorią tego świata, jego encyklopedycznym skrótem, jego logiką w popularnej formie, jego spirytualistycznym point d' honneur, jego entuzjazmem, jego sankcją moralną, jego uroczystym dopełnieniem, jego ogólną racją bytu i pocieszeniem. Jest urzeczywistnieniem istoty ludzkiej w fantazji, dlatego że istota ludzka nie posiada prawdziwej rzeczywistości. Walka przeciw tej religii jest więc pośrednio walką przeciw owemu światu, którego duchowym aromatem jest religia.
Nędza religijna jest jednocześnie wyrazem rzeczywistej nędzy i protestem przeciw nędzy rzeczywistej. Religia jest westchnieniem uciśnionego stworzenia, sercem nieczułego świata, jest duszą bezdusznych stosunków. Religia jest opium ludu.
Prawdziwe szczęście ludu wymaga zniesienia religii jako urojonego szczęścia ludu. Wymagać od kogoś porzucenia złudzeń co do jego sytuacji to znaczy wymagać porzucenia sytuacji, która bez złudzeń obejść się nie może. Krytyka religii jest więc w zarodku krytyką tego padołu płaczu, gdyż religia jest nimbem świętości tego padołu płaczu.
Krytyka zniszczyła urojone kwiaty, upiększające kajdany, nie po to, by człowiek dźwigał kajdany bez ułud i bez pociechy, ale po to, by zrzucił kajdany i rwał kwiaty żywe. Krytyka religii uwalnia człowieka od złudzeń po to, by myślał, działał, kształtował własną rzeczywistość jako człowiek, który wyzbył się złudzeń i doszedł do rozumu; aby obracał się dokoła samego siebie, a więc dokoła swego rzeczywistego słońca. Religia jest jedynie urojonym słońcem, które dopóty obraca się dokoła człowieka, dopóki człowiek nie obraca się dokoła samego siebie.Mam tu bardzo podobne poglądy. Miedzy innymi od Marksa właśnie zaczerpnięte. Pańska wiedza o Marksie jest na tym samym poziomie co o chrześcijaństwie, trochę propagandy ideologicznej, trochę komunałów i wszystko to razem, raczej z fideistycznych stron w internecie niż z książek. Miłego dnia. @@@ .
|
|
 | -2 na 2 Marek Bielecki (2227 punktów) (zablokowany) | Miałeś po prostu zniekształconą wizję Boga i chrześcijaństwa. Odpocznij i zacznij od nowa. Mieszanie psychologii i wiary jest faktycznie szkodliwe.
|
|
|  | 9 na 9 | Andrzej Bogusławski (52275 punktów) | . > Miałeś po prostu zniekształconą wizję Boga i chrześcijaństwa.Czy można mieć bardziej zniekształconą, niż ma pan Marek Bielecki. www.racjonalista.pl/forum.php/z,6/t,43451> Odpocznij i zacznij od nowa.Tak, wiedza na temat Biblii i historii chrześcijaństwa jest bardzo przydatną. Natomiast zupełnie nie warto, przy jej przyswajaniu, korzystać z materiałów katolickiej propagandy. > Mieszanie psychologii i wiary jest faktycznie szkodliwe.Po prostu nie sposób poważnie wypowiadać na temat wiary bez podstawowej wiedzy o jej psychologicznych uwarunkowaniach. Miłego dnia. @@@ .
|
|
9 na 9 | Luxuria (526 punktów) | Odp: Moj niezly kryzys wiary | No cóż... twoja historia jest chyba... typowa. Nie wiem, czy to cię pociesza, czy nie, ale sporo osób tracących wiarę musiało się gdzieś po drodze rozprawić z morzem poczucia winy, które czasami potrafi o sobie dać znać po latach (np. wzbudzone przez rodzinę "no jak to, do kościoła z nami nie pójdziesz, no jak to, to jak ty chcesz dzieci wychować w jakichś wartościach?).
Poczuciem winy za samą niewiarę, poczuciem winy za nieprzestrzeganie nakazów (niechodzenie do kościoła = grzech śmiertelny, życie z kimś bez ślubu to samo), za żądanie dowodów na istnienie boga zanim się uwierzy (jestem niewiernym Tomaszem) i tak dalej i tak dalej. W większości są to pierdoły.
Aha, no i strach. Na przykład przed śmiercią. Nie wiem, jak inni tutaj, ale ja czuję się kompletnie oszukana, bo miało być niebo, a wygląda na to, że jednak raczej nic nie ma. Jak człowiek nie jest przyzwyczajony do tej myśli to jest nieco ciężej to zaakceptować. To wszystko jest dość dołujące.
Życzę wytrwałości i powodzenia w wychodzeniu z tego bagna, na pewno się da, da się cieszyć z życia :>
|
|
 | 7 na 7 | Hodża (11172 punktów) | >Aha, no i strach. Na przykład przed śmiercią. Nie wiem, jak inni tutaj, ale ja czuję się kompletnie oszukana, bo miało być niebo, a wygląda na to, że jednak raczej nic nie ma. Jak człowiek nie jest przyzwyczajony do tej myśli to jest nieco ciężej to zaakceptować. To wszystko jest dość dołujące.
Wyluzuj. Ludzie naprawdę cierpiący przed śmiercią często pragną tylko jednego, by przestać cierpieć a w duszy mają to, czy istnieje Bóg, raj i piórkowane aniołki. I to do takiego stopnia, że - nie raz bywały takie przypadki - sami sobie odbierają życie. Ale nawet jeśli nie jest to aż tak drastyczne, regułą jest (i wiem to z obserwacji niektórych starszych osób), że udręczenie chorobą powoduje, że jakakolwiek perspektywa dalszego istnienia w niepewnym stanie skupienia staje się dodatkową udręką i ludzie ci z ulgą przyjmują fakt końca.
Kościół pragnie wzbudzić strach poprzez ciągłą groźbę piekła i czyśćca. Wyjątkowo podły sposób terroryzmu psychologicznego.
Tak naprawdę nie ma większego szczęścia, niż koniec wszelkiego cierpienia. Trzeba żyć tak długo, jak się da i najlepiej, jak się da, ale pokonać śmierć można tylko w jeden sposób: wyzwalając się z lęku przed niebytem.
Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
|
|
|  | 1 na 1 | Luxuria (526 punktów) | >Wyluzuj. Ludzie naprawdę cierpiący przed śmiercią często pragną tylko jednego, by przestać cierpieć a w duszy mają to, czy istnieje Bóg, raj i piórkowane aniołki. I to do takiego stopnia, że - nie raz bywały takie przypadki - sami sobie odbierają życie.
Wiem że tak jest, ale to, że przed końcem życia będzie jakieś cierpienie nie poprawia mi nastroju w tej chwili. Większość życia jest jednak fajna, więc to, że się skończy, i to jeszcze pewnie nie przyjemnie, ciężko postrzegać jako coś pozytywnego. Tzn w ogóle argument "nie przejmuj się, koniec życia jest tak beznadziejny, że będziesz chciała umrzeć" nie jest pocieszający, niestety. Raczej zamiast jednego mam teraz dwa strachy :p
|
|
| |  | 3 na 3 | Hodża (11172 punktów) | > Tzn w ogóle argument "nie przejmuj się, koniec życia jest tak beznadziejny, że będziesz chciała umrzeć" nie jest pocieszający, niestety. Raczej zamiast jednego mam teraz dwa strachy :pNo ładne rzeczy. A miało być odwrotnie. Nie przejmuj się i tak, dosyć ma dzień swojej własnej biedy  Pozdrawiam.
Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
|
|
| |  | 4 na 4 | Ania. (14138 punktów) | >Wiem że tak jest, ale to, że przed końcem życia będzie jakieś cierpienie nie poprawia mi nastroju w tej chwili. Większość życia jest jednak fajna, więc to, że się skończy, i to jeszcze pewnie nie przyjemnie, ciężko postrzegać jako coś pozytywnego. Czy odczuwasz nieistnienie sprzed Twoich narodzin, jako coś dokuczliwego? Nie sądzę, ja w każdym razie nie mam żadnych wrażeń z tym związanych. Dlaczego obawiać się nieistnienia po życiu, skoro mamy tak błogi komfort braku wrażeń z nieistnienia przed życiem?
Czy Twoja obawa nieistnienia nie zabiera Ci spokoju, nie powoduje dyskomfortu, który jest zbędny? Nie masz na to wpływu, musisz kiedyś przestać istnieć, jak każdy.
Czy nie warto zadbać teraz o to, aby czas, jaki Ci przypadnie, wykorzystać naprawdę maksymalnie, zamiast zadręczać się zupełnie niepotrzebnie i bez sensu?
|
|
15 na 15 big_zyd (37761 punktów) (zablokowany) | Mądrze pisał Milan Kundera: To wielka ulga zrozumieć, że jesteś wolny, że nie masz żadnego powołania.
Kiedy się uśmiecham, boli mnie twarz. (dr Frank-N-Furter)
|
|
6 na 6 | panTeista (6808 punktów) | >Przechodze kryzys wiary,
Kryzys wiary to oznacza skłanianie się ku rzeczywistości takiej jaką jest naprawdę. Czyli bez mitologicznie bajecznych sił nadprzyrodzonych.
Nadzieją na deklerykalizację Polski są wybory i Ruch Palikota.
|
|
13 na 13 | Ania. (14138 punktów) | Nie ma żadnego obowiązku wiary.
Bo to nie trzyma się kupy, bóg, który mógł wznosić góry, spalać miasta, nie reagował na ludobójstwo, głód, zarazy. Jaki to bóg by był? Okrutny i zimny...
Fajnie opisał to Mark Twain w książce, czy wręcz nowelce o aniele. Anioł był... czymś w rodzaju psychopaty. Doskonale wpisał się w postać szatana, który daje obietnice, a później spełnia je, ale nie tak jak byśmy chcieli. Tłumaczył to tym, że on nie rozróżnia dobra od zła w taki sposób jak my to robimy. Polecam - o ile pamiętam to "Tajemniczy przybysz".
Jeśli odrzucamy wrednego, psychopatycznego boga, zostaje nam świat taki, jaki jest. Różny. Niesprawiedliwy. Piękny. Zabójczy. Krótki czas na odkrywanie go, na przeżycie chwil. Czy przez to mniej wartościowy? Bynajmniej!
Odrzucenie wiary ułatwia życie na wielu poziomach, przede wszystkim docenia się to, co się ma. Zamiast roić sobie o wymęczeniu się, aby zasłużyć na coś po śmierci, koncentrujemy się na tu i teraz. Nie znaczy to że palimy i mordujemy, przeciwnie - nas nikt nie rozgrzeszy. Odpowiedzialność za to, co robimy nie zniknie, dlatego chyba świadomi niewierzący są często bardziej "moralni" od większości wierzących.
Polecam "Boga urojonego", ułatwia sprawę.
|
|
6 na 6 | eipi (774 punktów) | Witaj, z zainteresowaniem przeczytałem Twoją historię. Rzeczywiście jest dość typowa. W sumie nie zrozumiałem tylko, czy oczekujesz jakiejś porady, czy raczej "dajesz świadectwo". Ja przeszedłem inną drogę, przez Odnowę w Duchu Świętym, sporo już lat temu - wspominam o tym, byś wiedział, że chyba rozumiem, o czym piszesz i sam też wiem, o czym piszę. Trudno mi jednoznacznie ocenić ten okres, prócz tego, że towarzyszyła mu wielka huśtawka emocjonalna i zapewne przeżywasz coś podobnego. To przejdzie. To co najważniejsze już rozocząłeś: myśleć. Masz też wystarczająco dużo inteligencji i krytycyzmu by dostrzegać pewne mechanizmy, socjo- i psychologiczne. To bardzo pomocne, a rozpoznajesz trafnie. By postawić kropkę nad "i": wiele z tych mechanizmów jest typowych dla sekty (którą zresztą chrześcijaństwo od początku było). Nie oceniałbym jednak na tej podstawie ludzi - niektórzy to być może świadomi manipulanci, jednak proces jest raczej bezosobowy, sterowany przez złośliwy mem, który wyewoluował właśnie w taki sposób, by umysłami sterować (który prezes Tabisz dobrze określił wirusem umysłu). Szczególnie podatne są na niego osoby neurotyczne. Być może jest to w jakimś związku z faktem, że biblijmy Bóg ma podonie niestabilną osobowość (ktoś, nie pamiętam kto, pokusił się o analizę Boga, jako posaci literackiej  A propos: druga bardzo ważna sprawa, to uświadomić sobie, że Bóg jest właśnie postacią literacką. Ni mniej ni więcej. Dopóki będziesz opowieści z ewangelii, czy ST trakować jako odnoszące się (mniej lub bardziej symbolicznie) do pewnej rzeczywistej postaci (której naturę i intencje trzeba na tej podstawie zrozumieć), dopóty będziesz tkwić w Matrixie i emocjonalnej huśtwace. Tymczasem fakt jest prosty: o tzw. Bogu wiesz dokładnie tyle, ile o nim napisano (w Torze, Ewangeliach, listach apostolskich, pismach ojców Kościoła, encyklikach papieskich itd. na Dzienniczku s. Faustyny kończąc). Innymi słowy, tyle co na temat Sherlocka Holmesa, czy (apage satanas!  Harry'ego Pottera. Owszem, są jeszcze przejawy "działania Boga w Twoim życiu" - czyli Twoje interpretacje faktów. Uwarunkowane w sposób przemożny tym co przeczytałeś lub usłyszałeś na ten temat. Gdy sobie to dobrze uświadomisz, cała wspaniałość i groza boskości i chrześcijańskiego "przepowaidania" pryska, jak przekłuty balon. Oczywiście, może pozostać po tym rozczarowanie, niesmak, czy smutek - ale to też tylko emocje i też przejdą. Co dalej? Nadal obserwować i myśleć, "sine ira et studio". Po pewnym czasie stanie się dla Ciebie oczywiste, jak nietrzymający się kupy, sprzeczny wewnętrznie i z empirą - mimo wszelkich telogogicznych zabiegów i wybiegów - jest system w który wierzyłeś. Jeśli zachowasz jakąś wiarę w Boga, będzie to Bóg tak różny od wszystkiego, co znamy i co przypisuje mu Kościół, że w zasadzie nie ma sensu nazywać go w ten sposób. Jeśli szukasz "podpórki" w postaci lektury: - w przeciwieństwie do prez. Tabisza odradzam Hitchensa - z całytm uznaniem dla Autora, książka napisana okropnie (może kwestia poslkiego tłumaczenia, a może amerykańskiego adresata) - Dawkins'a czyta się świetnie, choć jest tochę powierzchowna (kwestia objętości!), z czego nie należy wnioskować, że słaba - jeśli chodzi o odtrutkę na doktrynę chrześcijańską niezastąpiona wydaje mi się jej histora w wydaniu Karl-Heinza Dechnera: "I znowu zapiał kur" (t. 1 i 2) oraz inne pozycje (np. smakowity "Krzyż pański z Kościołem). Uwaga: terapia szkowa! I niestety trudno dostępne. - polecam także Denneta i Susane Blackmore (klasyczne pozycje: "The meme machine", "Consciousness - short interoduction"), czy nieco trudnieszą, ale świetną pozycję prof. B. Korzeniewskiego "From Neurons to Self-Consciousness" - po ich lekturze w zasadzie nie sposób zachować złudzenia co do posiadania "duszy nieśmiertelnej" (ze wszystkimi konsekwencjami) Pozdrawiam i życzę wszystkie dobrego w Nowym Roku! Sapere aude!
|
|
3 na 3 | Paweł Rek (rexus) (2343 punktów) | Gratuluję.  Wychodzenie z każdego uzależnienia jest powiązane z cierpieniem. Zacznij palić papierosy i rzuć, to trochę odwróci uwagę podświadomości od boga chrześcijańskiego i przekieruje na nikotynę.  Musisz się teraz koniecznie przeprogramować. Spróbuj autohipnozą, pisałeś, że masz trochę wiedzy i praktyki z zakresu psychologii. Dużo gadaj z religiantami i zadawaj te pytania, które tutaj przytaczałeś. Śmiej się ile wlezie z tej całej ich głupoty i z siebie też, że byłeś taki naiwny wierząc w te dyrdymały. Generalnie musisz się dużo śmiać. Musisz się nawet zmuszać do śmiechu, bo w stanach przygnębienia nie będziesz odczuwał takiej potrzeby, ale możesz przychytrzyć samego siebie. W ogóle to więcej wiary w siebie człowieku. Jesteś kimś ważnym, wzbudziłeś tutaj żywe zainteresowanie. pozdro
|
|
1 na 1 mawki (20 punktów) (zablokowany) | Przeszedłem bardzo podobną drogę, choć przez inną formaję i w innym skrzydle kościoła się obracałem - czytanie pisma nigdy nie powodowało moich wątpliwości, posiłkowałem się oficjalnymi interpretacjami i jako tako to grało, tym bardziej że obracałem się w kręgach katolicyzmu "tradycyjnego" sympatyzującego z bractwem Piusa X etc... tam nie było wątpliwości że wyprawy krzyżowe były złe, "boskie" czystki etniczne w ST nie wywoływały żadnego dysonansu... takie tam dziecinne fascynacje wiarą, walką "za Boga i Ojczyznę"  ale przyszło kiedyś dorosnąć - Wątpliwości wzięły się przede wszystkim z pouczeń moralnych, które traktowałem bardzo serio a które w zderzeniu z realnym życiem nie sprawdzały się po prostu, niczego nie tłumaczyły w niczym nie pomagały, chyba ze w dostrzeganiu wszędzie jakiegoś mitycznego "zła" "grzechu" i wywoływaniu poczucia winy co do własnych "wykroczeń" i frustacji z powodu tego jaki to świat jest zły... Wątpliwości i to poważne miałem zawsze, ale wychodziłem z założenia że nawet jeżeli Boga nie ma, moralność katolicka jest po prostu najdoskonalsza, gdy życie zaczęło przynosić więcej doświadzczeń niż miał nastolatek, w podobnym do Ciebie wieku przekonałem się, że ta moralność jest mocno kulawa, arbitralna, nieludzka... potem poszło już z górki, pomocna też była świadomość syfu jaki jest w Kościele, gdzie można robić największe świństwa a jak się dostarcza odpowiednią ilość szmalu do kościelnej kasy - ma się wpływy, to księża dla siebie nawzajem zrobią wszystko, żeby dosłownie wszystko zamieść pod dywan, są wyjątki ale nie wiem jak przyzwoity człowiek może funkcjonować w tak zakłamanej instytucji robiąc jakieś tylko pozorne ruchy przeciwstawiające się bagnu jakim ona jest...
Cóż to jest prawda?
|
|
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|