Racjonalista - Strona głównaDo treści
Czy Polska może stać się kolejną ofiarą Euro?

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Gospodarka i ekonomia
NapisanoAutorTytuł
28-03-2013 10:55Grzegorz (2117 punktów)Czy Polska może stać się kolejną ofiarą Euro?
Ocena 4 na 4
Temat powraca jak bumerang, a szczególne w sytuacjach kiedy do łańcuszka eurobankrutów dołączają kolejne gospodarki.

W poniedziałkowym NYT pojawiła się ciekawa wypowiedź Paula Krugamana. ,dziś komentowana w polskich mediach.

Cytat:

Polska jako jeden z nielicznych krajów w regionie uniknęła załamania gospodarczego, które dotknęło peryferyjne kraje Unii Europejskiej - pisze Krugman w poniedziałkowym wydaniu "NYT".
Wprawdzie wzrost gospodarczy Polski spowolnił nieco na skutek oszczędności budżetowych, ale "jak na europejskie standardy, Polska ma się świetnie i jest podnoszącym na duchu przypadkiem kraju, który uniknął gospodarczego horroru" - ocenia.
Krugman uważa, że tajemnicą polskiego sukcesu jest fakt, iż kraj zachował własną walutę, uwalniając też kurs złotego. "W rezultacie w latach, w których do peryferyjnych krajów Europy napłynęły duże kapitały, w Polsce następowała aprecjacja złotego, a gdy nadszedł kryzys, (Warszawa) mogła skorygować szybko realny kurs jego wymiany" - pisze publicysta.
"I co teraz chcą zrobić polscy przywódcy? Oczywiście wejść do strefy euro" - ciągnie Krugman. Według niego przypadki załamań gospodarki Grecji, Hiszpanii, Portugalii czy Cypru sumują się i dowodzą, że euro to pułapka, a kraje w nią złapane mogą "łatwo znaleźć się w sytuacji, w której nie ma dobrych rozwiązań na wypadek kryzysu".


wypowiedź w całości: krugman.bl(*)/03/27/poland-is-not-yet-lost/

Temat Euro już był na forum zapewne niejednokrotnie podejmowany, wracam do niego nie tylko z uwagi na to, że nam się wydłuża lista krajów, które wpadły w pułapkę ale też w kontekście dwóch informacji jakie w zalewie powszechnej papki miały prawo umknąć nawet racjonaliście
1) grubo ponad połowa Polaków nie chce wprowadzenia euro (wyniki całkiem niedawnych badań opinii publicznej)
2) rząd RP choć nadal nie wskazuje dat konsekwentnie do strefy euro zmierza i próbuje się w tym przedmiocie dogadać z opozycją

Osobiście jestem, jak na razie, przeciwnikiem wprowadzania tej waluty w naszym kraju choć może ktoś jest w stanie przedstawić przekonujące argumenty za.

Zastanawiam się też czy owe porady, płynące zza oceanu, należy traktować jako głos rozsądku kogoś patrzącego na zjawisko z zewnątrz, czy może jako element rywalizacji USA i Europy?
A przy okazji co sądzicie o tak pozytywnej ocenie obecnego stanu naszej gospodarki?

Pozdrawiam
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

Hodża (11172 punktów)
>Temat powraca jak bumerang, a szczególne w sytuacjach kiedy do łańcuszka eurobankrutów dołączają
>kolejne gospodarki.

>Osobiście jestem, jak na razie, przeciwnikiem wprowadzania tej waluty w naszym kraju choć może ktoś
>jest w stanie przedstawić przekonujące argumenty za.

O ile sobie przypominam, bankiem emisyjnym euro jest EBC z siedzibą we Frankfurcie nad Menem.

Pytanie zatem brzmi - czy powinniśmy przyjmować niemiecką walutę? To pytanie siłą rzeczy wykracza poza ekonomię i wchodzi w obszar polityki, historii, socjologii, kulturoznastwa. Gdyby tu zorganizować think tank specjalistów z tych dziedzin, można by debatować miesiącami i opublikować pod koniec gruby tom będący, jak podejrzewam, protokołem rozbieżności...

Osobiście nie mam już żadnych wątpliwości, że euro to szemrana impreza. Jeśli mogę wyrazić swój sprzeciw wobec przyjęcia tej waluty, niniejszym to czynię.

>Zastanawiam się też czy owe porady, płynące zza oceanu, należy traktować jako głos rozsądku kogoś
>patrzącego na zjawisko z zewnątrz, czy może jako element rywalizacji USA i Europy?

Też, na pewno. Świat to gra interesów. Prawdą dziś nie zajmują się nawet duchowni a i dla filozofów to słowo chyba też jest podejrzane. Prawdziwe mogą być tylko, jak się wydaje, wskazania istniejących sprzeczności, walka przeciwieństw.

Zawsze tak było. Nihil novi sub sole.


Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
28-03-2013 13:13 
 Ocena 1 na 1
lumbago (2520 punktów)
(zablokowany)
> O ile sobie przypominam, bankiem emisyjnym euro jest EBC z siedzibą we Frankfurcie nad Menem.
> Pytanie zatem brzmi - czy powinniśmy przyjmować niemiecką walutę?

O ile sobie przypominam, siedziba parlamentu europejskiego znajduje się w Brukseli, pytanie zatem brzmi, kiedy Polacy podejmą kolejny wysiłek narodowo-wyzwoleńczy i zorganizują powstanie przeciwko Belgii?
Hodża (11172 punktów)
>> Pytanie zatem brzmi - czy powinniśmy przyjmować niemiecką walutę?
>O ile sobie przypominam, siedziba parlamentu europejskiego znajduje się w Brukseli, pytanie zatem brzmi, kiedy Polacy podejmą kolejny wysiłek narodowo-wyzwoleńczy i zorganizują powstanie przeciwko Belgii?

Na ile jest to niemiecka waluta pokazują obecne działania Niemiec wokół Cypru, Grecji itd. Oczywiście, że jest to w praktyce niemiecka waluta. Niemcy, jeśli będzie trzeba, zrzucą spadochroniarzy na Akropol, byle tylko nie okazało się, że obywatele Niemiec mają w swoich portfelach śmieci. Wydaje mi się, że Niemcy zrobią wszystko, co możliwe, by ocalić euro a będą to robić dla swojego, a nie europejskiego interesu. Chyba zresztą nie mają wyjścia. Przykro, że ten niemiecki ekonomiczny czołg przy okazji rozjeżdża demokrację.


Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
01-04-2013 21:11 
 Ocena 3 na 3
Jacek Tabisz (30006 punktów)
Wybacz, ale zdziwił mnie ten Twój tekst. Może powinniśmy też podjąć wojnę z Niemcami? Tak było "fajnie" przed początkiem jednoczenia się Europy... O to, czy euro jest walutą niemiecką zapytaj najlepiej Holendrów i Francuzów. Jeśli chodzi o kryzys, to nie euro wywołało problemy Grecji, ale ona nadużyła zaufania innych państw i spowodowała, iż miały one niezapracowany problem z euro.
11-04-2013 17:20 
 Ocena 1 na 1
bohandas (842 punktów)
>Wybacz, ale zdziwił mnie ten Twój tekst. Może powinniśmy też podjąć wojnę z Niemcami? Tak było "fajnie" przed początkiem jednoczenia się Europy... O to, czy euro jest walutą niemiecką zapytaj najlepiej Holendrów i Francuzów. Jeśli chodzi o kryzys, to nie euro wywołało problemy Grecji, ale ona nadużyła zaufania innych państw i spowodowała, iż miały one niezapracowany problem z euro.

Otóż to - Grecja pożyczyła duże pieniądze, następnie je skonsumowała, a winni są oczywiście inni, czyli ci źli Niemcy i ich Euro. W tym kontekscie ciekawie wyglądają badania, według których większośc Greków nie chce powrotu do drahmy - dobrze wiedzą czym by to się dla nich skończyło.
KORIUS (14106 punktów)
(zablokowany)
>Zastanawiam się też czy owe porady, płynące zza oceanu, należy traktować jako głos rozsądku kogoś
>patrzącego na zjawisko z zewnątrz, czy może jako element rywalizacji USA i Europy?
-Nie uważam się za fachowca od ekonomii, ale od początku dziwiło mnie jak może istnieć jeden pieniądz w krajach o różnych poziomach gospodarki. Pieniądz, jego kurs, wartość, od tego jest aby reagować odpowiednio na rynek. W tej dziedzinie zbytnie usztywnienia i ujednolicenia nie są korzystne. Nie jestem w szczególnej opozycji do rządu, ale w tej dziedzinie jednak tak. Wygląda to jakby proste argumenty i przykłady krajów, którym grozi bankructwo nie docierały, a wypełnienie umowy stowarzyszeniowej z Unią było świętym przykazaniem, ważniejszym od bezpieczeństwa ekonomicznego państwa. Dobrze wiedzieć, że jakiś amerykański ekonomista ma podobne zdanie i nie są to tylko moje wydumane teorie.


Religia jest kompletnym nonsensem i ogromną szkodą dla ludzkiej cywilizacji. - Steven Weinberg
28-03-2013 13:08 
 Ocena 2 na 2
lumbago (2520 punktów)
(zablokowany)
> przykłady krajów, którym grozi bankructwo

Sądzisz że sytuacja np. Grecji czy Cypru jest konsekwencją przyjęcia takiej a nie innej waluty?
28-03-2013 13:26 
 Ocena 2 na 2
Grzegorz (2117 punktów)
>Sądzisz że sytuacja np. Grecji czy Cypru jest konsekwencją przyjęcia takiej a nie innej waluty?

To zależy co masz na myśli mówiąc sytuacja. To, że doprowadzili gospodarkę do takiego a nie innego miejsca jest konsekwencją prowadzonej polityki, niegospodarności i tysiąca innych czynników, natomiast to, że w zaistniałej sytuacji nie mogli zdeprecjonować swojej waluty (co byłoby mimo wszystko, moim zdaniem, lepszym rozwiązaniem) wynikło z tego, że nad walutą nie panują.

Pozdrawiam
lumbago (2520 punktów)
(zablokowany)
> w zaistniałej sytuacji nie mogli zdeprecjonować swojej waluty (co byłoby mimo wszystko, moim zdaniem, lepszym rozwiązaniem).

Dla jednych lepszym, dla innych gorszym, na końcu ktoś zawsze musi za to zapłacić.
Grzegorz (2117 punktów)
>Dla jednych lepszym, dla innych gorszym, na końcu ktoś zawsze musi za to zapłacić.

To prawda - jak to mówią nie ma darmowych obiadów, a w zaistniałej sytuacji płacą wszyscy, za tych którzy nabroili

Jest jednak gorszy aspekt całej sytuacji - staramy się doprowadzić do konserwacji dotychczasowego systemu, a pozorne rozwiązania odsuwają na bok dyskusje o koniecznych (moim zdaniem) zmianach.

Pozdrawiam
bohandas (842 punktów)
>To zależy co masz na myśli mówiąc sytuacja. To, że doprowadzili gospodarkę do takiego a nie innego miejsca jest konsekwencją prowadzonej polityki, niegospodarności i tysiąca innych czynników, natomiast to, że w zaistniałej sytuacji nie mogli zdeprecjonować swojej waluty (co byłoby mimo wszystko, moim zdaniem, lepszym rozwiązaniem) wynikło z tego, że nad walutą nie panują.

To nie jest tak, że "mogliby zdeprecjonować własną walutę", gdyż nie do Greków należałaby decyzja w sprawie kursu drahmy tylko do rynku - przy takim zadłużeniu i klimacie na rynkach z greckiej drahmy nic by nie zostało - Grecy mieliby hiperinflację i bezwartościowy pieniądz. A jak to wygląda, wiedzą ci którzy doświadczyli tego na własnej skórze w latach 1980-90 w Polsce.

W dyskusji na temat kryzysu Grecji i innych państwa południa często zapomina się, że główny problem tkwi w długu - gdyby Grecja nie żyła za cudze pieniądze, to i kryzys miałby tam zupełnie inne oblicze.
Grzegorz (2117 punktów)
>To nie jest tak, że "mogliby zdeprecjonować własną walutę", gdyż nie do Greków należałaby decyzja w sprawie kursu drahmy tylko do rynku - przy takim zadłużeniu i klimacie na rynkach z greckiej drahmy nic by nie zostało - Grecy mieliby hiperinflację i bezwartościowy pieniądz. A jak to wygląda, wiedzą ci którzy doświadczyli tego na własnej skórze w latach 1980-90 w Polsce.

Ależ oczywiście że mogliby - Polska też to zrobiła w 2009 roku z całkiem jak dotąd dobrym skutkiem. Myślisz że znalazłby się ktoś kto by drahmę skupował w tych warunkach aby zapobiec jej deprecjacji ?
Mimo wszystko nie porównujmy Grecji anno domini 2012 do Polski 1980. Nie wiem z pewnością czy faktycznie nie doszłoby do paniki ale rynek ma to do siebie że choć jest oczywiście podatny na emocje to wie też kiedy zacząć kupować. Szczególnie że spadłaby mocno relatywna cena na towary i usługi oferowane przez greckie firmy.

>W dyskusji na temat kryzysu Grecji i innych państwa południa często zapomina się, że główny problem tkwi w długu - gdyby Grecja nie żyła za cudze pieniądze, to i kryzys miałby tam zupełnie inne oblicze.

Ależ nie zapominam - po prostu mowa była o możliwych rozwiązaniach. Masz absolutną rację gdyby nie kompletnie nieodpowiedzialne podejście do finansów publicznych problem by zapewne nie zaistniał.

Pozdrawiam
bohandas (842 punktów)
>Ależ oczywiście że mogliby - Polska też to zrobiła w 2009 roku z całkiem jak dotąd dobrym skutkiem.

Co takiego Polska zrobiła w 2009 roku?

>Myślisz że znalazłby się ktoś kto by drahmę skupował w tych warunkach aby zapobiec jej deprecjacji ?

Kto i przede wszystkim za co broniłby tej waluty?

>Mimo wszystko nie porównujmy Grecji anno domini 2012 do Polski 1980. Nie wiem z pewnością czy faktycznie nie doszłoby do paniki ale rynek ma to do siebie że choć jest oczywiście podatny na emocje to wie też kiedy zacząć kupować. Szczególnie że spadłaby mocno relatywna cena na towary i usługi oferowane przez greckie firmy.

Mały kraj, 10 mln ludzi, ponad 300 mld euro długu, bez znaczącego przemysłu - kto by im dalej pożyczał pieniądze?
Grzegorz (2117 punktów)
>Co takiego Polska zrobiła w 2009 roku?

To:


No ściśle mówiąc to był przełom 2008/2009

>Kto i przede wszystkim za co broniłby tej waluty?

Ano właśnie. To była odpowiedź na postawioną przez Ciebie kwestię że Grecja nie zdewaluowałby swojej waluty bo o jej wartości decyduje rynek. Tyle że rynek w jej sytuacji mógłby wręcz pomóc. Inna sprawa to że gdyby Grecja do strefy euro nie weszła prawdopodobnie nie byłoby całego tego zmieszania - nikt by jej tyle nie pożyczył, a drachma prawdopodobnie dewaluowałaby się płynnie - stosownie do ruchów na rynku i wyników greckiej gospodarki.

>Mały kraj, 10 mln ludzi, ponad 300 mld euro długu, bez znaczącego przemysłu - kto by im dalej pożyczał pieniądze?

Pożyczano Grecji bo jako kraj ze strefy euro cieszyła się dobrym ratingiem, do pewnego czasu pewnie nawet wielu wierzyło w to że spełnia ona kryteria wejścia do tejże strefy. Co do gospodarki to jest to poza głównym tematem ale np. PKB per capita Grecja miała jeszcze niedawno (2011 r.) sporo większy niż Polska teraz być może jest porównywalny. Grecja stoi turystyką i usługami choć po okresie totalnej zapaści niedawno odnotowana pewien wzrost greckiego eksportu.

Pozdrawiam
12-04-2013 16:35 
 Ocena 1 na 1
bohandas (842 punktów)
>Ano właśnie. To była odpowiedź na postawioną przez Ciebie kwestię że Grecja nie zdewaluowałby swojej waluty bo o jej wartości decyduje rynek. Tyle że rynek w jej sytuacji mógłby wręcz pomóc. Inna sprawa to że gdyby Grecja do strefy euro nie weszła prawdopodobnie nie byłoby całego tego zmieszania - nikt by jej tyle nie pożyczył, a drachma prawdopodobnie dewaluowałaby się płynnie - stosownie do ruchów na rynku i wyników greckiej gospodarki.

Mam wrażenie, że się niezbyt precyzyjnie wyraziłem: moim zdaniem drahma zostałaby zdewaluowana w taki sposób, że cała gospodarka grecka by zwyczajnie padła (upadek banków -> utrata środow przez osoby fizyczne i firmy -> upadek przedsiębiorstw pozbawionych środków własnych i możliwości zaciągnięcia kredytu obrotowego -> dramatyczne bezrobocie + bezwartościowy pieniądz).

Kryzysy zazwyczaj nie dzieją się w sposób łagodny, waluta w warunkach kryzysu nie dewaluuje się w sposób płynny - to jest żywioł. Gdyby tak mogło być, to nigdzie nie mielibyśmy krachów na walutach i bankructw państw, zresztą sama Grecja już kiedyś defaultowała.

>Pożyczano Grecji bo jako kraj ze strefy euro cieszyła się dobrym ratingiem, do pewnego czasu pewnie nawet wielu wierzyło w to że spełnia ona kryteria wejścia do tejże strefy. Co do gospodarki to jest to poza głównym tematem ale np. PKB per capita Grecja miała jeszcze niedawno (2011 r.) sporo większy niż Polska teraz być może jest porównywalny. Grecja stoi turystyką i usługami choć po okresie totalnej zapaści niedawno odnotowana pewien wzrost greckiego eksportu.

Owszem, ale także pożyczano Polsce w czasach PRL'u, pożyczano Argentynie i innym państwom, które później zaliczyły bankructwo i skutki nigdy nie były tak łagodne, jak dla Greków obecnie - obcięcie 13 i 14 emerytur bądź pensji, tudzież obniżki wynagrodzeń w sektorze państwowym i likwidacja przywilejów oraz wzrost podatków.

A PKB nakręcony kredytem jest bez realnego znaczenia: rząd zaciąga ogromne pożyczki -> strumień pieniędzy płynie do ludzi i firm -> rośnie konsumpcja i PKB... i tak rok po roku, aż u kredytodawców strach wygra z chciwością i wtedy okazuje się czym ten wzrost PKB naprawdę był...
Grzegorz (2117 punktów)
>Mam wrażenie, że się niezbyt precyzyjnie wyraziłem: moim zdaniem drahma zostałaby zdewaluowana w taki sposób, że cała gospodarka grecka by zwyczajnie padła (upadek banków -> utrata środow przez osoby fizyczne i firmy -> upadek przedsiębiorstw pozbawionych środków własnych i możliwości zaciągnięcia kredytu obrotowego -> dramatyczne bezrobocie + bezwartościowy pieniądz).

Gdyby nie to że wiarygodność całej strefy euro była wsparta silnymi gospodarkami takimi jak niemiecka Grecja nie miałaby tak tanich kredytów więc by się tak nie zadłużyła. Nie sądzę więc że doszłoby do tak drastycznego scenariusza. Po prostu w pewnym momencie rząd gracki musiałby przystopować swoją radosną konsumpcję bo nikt by grackich papierów nie kupował.

>Owszem, ale także pożyczano Polsce w czasach PRL'u, pożyczano Argentynie i innym państwom, które później zaliczyły bankructwo i skutki nigdy nie były tak łagodne, jak dla Greków obecnie - obcięcie 13 i 14 emerytur bądź pensji, tudzież obniżki wynagrodzeń w sektorze państwowym i likwidacja przywilejów oraz wzrost podatków.

Wszystko to prawda ale Grekom pożyczano bo za nimi stał EBC. Banki kupowały "bezpieczne" obligacje bo dawały one podstawę do zaciągania dalszych kredytów. EBC akceptował te obligacje i udzielał pod nie pożyczek niżej oprocentowanych niż ich oprocentowanie przez rząd Grecji stąd się brał na nie popyt w europejskich bankach.

>A PKB nakręcony kredytem jest bez realnego znaczenia: rząd zaciąga ogromne pożyczki -> strumień pieniędzy płynie do ludzi i firm -> rośnie konsumpcja i PKB... i tak rok po roku, aż u kredytodawców strach wygra z chciwością i wtedy okazuje się czym ten wzrost PKB naprawdę był...

Trudno się z tym nie zgodzić. W końcu wyszło szydło z wora. Gdyby nie możliwość nadmiernego zadłużania się sytuacja wyglądała by inaczej ale o tym już pisałem wyżej.

Pozdrawiam
KORIUS (14106 punktów)
(zablokowany)
>Sądzisz że sytuacja np. Grecji czy Cypru jest konsekwencją przyjęcia takiej a nie innej waluty?
-Sądzę, że im to nie pomogło w uniknięciu kłopotów, a następne kraje czekają w kolejce. Gospodarkę musowo dostosowywać to tzw. kryteriów konwergencji. Niby nic złego w nich nie ma, ale gdy jakieś wskaźniki są naciągane i sztucznie podtrzymywane, to prędzej czy później musi to runąć jak PRL.


Religia jest kompletnym nonsensem i ogromną szkodą dla ludzkiej cywilizacji. - Steven Weinberg
Irracja (4721 punktów)
    ... a może Euro jako druga waluta? Euro ma swoje zalety jeżeli chodzi o całość gospodarki europejskiej, jako waluta rozliczeniowa wobec innych państw Europy oraz wobec reszty świata. Natomiast posiada wady wobec gospodarki poszczególnych państw i regionów, zwłaszcza gdy stan tych gospodarek bardzo się różni...


... nauka jest nienawistna teizmowi, gdyż prowadzi do deizmu. A ten wyklucza wpływ "Boga i kleru" na życie doczesne...
29-03-2013 19:22 
 Ocena 1 na 1
maciejo (3492 punktów)
>-Nie uważam się za fachowca od ekonomii, ale od początku dziwiło mnie jak może istnieć jeden pieniądz w krajach o różnych poziomach gospodarki.

A zwłaszcza w państwach, z których każde ma własny bank centralny, własną politykę ekonomiczną. Poszczególne stany USA również mają różny poziom dochodu i rozwoju ale cały kraj ma jedną, wspólną politykę monetarną. W obecnym systemie, gdzie często nieodpowiedzialne rządy niszczą gospodarki swoich krajów - jak na Cyprze, czy w Grecji jedyną szansą na skuteczną politykę antykryzysową w strefie Euro jest polityka monetarna taka jak w USA.
Borys Swoboda (1408 punktów)
Nie, żebym był zwolennikiem Euro, ale Krugmana nie warto słuchać. Ten geniusz twierdzi, że fałszywa informacja o inwazji kosmitów mogła by nas wyciągnąć z kryzysu


If we discovered that space aliens were planning to attack and we needed a massive buildup to counter the space alien threat and really inflation and budget deficits took secondary place to that, this slump would be over in 18 months. And then if we discovered, oops, we made a mistake, there aren't any aliens, we'd be better.


Libertarianizm to nie rurki z kremem.
Grzegorz (2117 punktów)
>Nie, żebym był zwolennikiem Euro, ale Krugmana nie warto słuchać. Ten geniusz twierdzi, że fałszywa informacja o inwazji kosmitów mogła by nas wyciągnąć z kryzysu

cóż Krugman to keynesista pełną gębą i stąd to odkrywcze stwierdzenie. Z resztą również w linkowanym wpisie swoich preferencji nie ukrywa. Co nie zmienia faktu że skokowa deprecjacja PLN akurat w tym momencie nam mocno pomogła.

Pozdrawiam
28-03-2013 18:28 
 Ocena 3 na 3
Borys Swoboda (1408 punktów)











Libertarianizm to nie rurki z kremem.
Scarabaeus (2198 punktów)
Myślę, że problem jest bardziej skomplikowany.

Własną walutą można łatwiej manipulować by uniknąć kryzysu, tylko czym to się różni od zabierania oszczędności z kont bankowych czy obniżania zarobków?
Czy nie jest tak, że mając własną walutę łatwiej ukryć takie postępowanie a winę za osłabienie waluty zrzucić na kryzys światowy bądź cokolwiek innego?

Na ile kryzys strefy euro jest kryzysem wspólnej waluty a na ile jest to kryzys systemu bankowego?

Wydaje mi się, że odpowiedzi nie są tak oczywiste a w mediach brakuje merytorycznych komentarzy i prób wytłumaczenia. Informacje są przekazywane tak by "przeciętny" odbiorca mógł je zrozumieć. Są przeważnie nazbyt uproszczone i dalekie od rzeczywistych problemów.
28-03-2013 14:18 
 Ocena 1 na 1
Grzegorz (2117 punktów)
>Własną walutą można łatwiej manipulować by uniknąć kryzysu, tylko czym to się różni od zabierania oszczędności z kont bankowych czy obniżania zarobków?

To prawda - inflacja jest po prostu kolejnym "podatkiem". Tu jednak jest jeszcze jedna kwestia, o której za chwile, czyli kto ponosi konsekwencje.

>Czy nie jest tak, że mając własną walutę łatwiej ukryć takie postępowanie a winę za osłabienie waluty zrzucić na kryzys światowy bądź cokolwiek innego?

Tak jak piszesz sytuacja nie jest prosta. Co do zasady jestem przeciwnikiem interwencjonizmu problem w tym, że gospodarka od lat siedzi na "keynesistowskiej" huśtawce. Mamy więc co mamy - pytanie natomiast brzmi - kto ponosi koszty? W zaistniałej sytuacji koszty ponosi cała strefa euro. Co gorsza, przekonanie o tym że niby wszystko jest dobrze, bo przecież jakoś pomogliśmy, marginalizuje wszystkie te głosy które postulują dokonanie rzeczywistych i trwałych zmian systemowych, bo czego niby owi reformatorzy chcą skoro jest już OK.

Z jednej strony deprecjacja waluty lokalnej to inflacja, z drugiej np. wzrost konkurencyjności produkcji przeznaczonej na eksport. Na krótka metę lekarstwa interwencjonistyczne działają faktycznie pobudzająco, a potem ... wiele zależy od kondycji pacjenta.
Moim zdaniem na dłuższa metę to nie jest żadne rozwiązanie ale przecież nikt, niestety, nie zabiera się do reformowania systemu i jego "urynkowienia" więc to co by stanowiło rozwiązanie trwalsze jest poza zasięgiem możliwości.
De facto pozostawały nam trzy możliwości: bankructwo kraju, dewaluacja waluty lokalnej (wobec przyjęcia euro - nie możliwe) i zrzuta wszystkich innych członków na "syna marnotrawnego" czyli przeniesienie konsekwencji finansowych na wszystkich podatników w całej strefie. Co więcej - ponieważ leku nie dało się zastosować więc nie zaistniał też jego pozytywny aspekt w postaci np. pobudzenia gospodarki czy wzrostu eksportu, nie ma też szans aby wyleczyć przyczyny. Zamiast terapii, lepszej czy gorszej mamy kroplówkę i nadzieję że "jakoś to będzie".
Wzięcie za przysłowiową mordę rozbuchanych wydatków budżetowych jest akurat jednym z pozytywnych aspektów całej sprawy, tyle, że w krajach napędzanych publicznymi "inwestycjami" oznacza to niemal automatycznie recesję.

>Na ile kryzys strefy euro jest kryzysem wspólnej waluty a na ile jest to kryzys systemu bankowego?

Moim zdaniem kryzys strefy euro ma podobne podłoże co kryzys amerykański czyli problem polityki w gospodarce i taniego kredytu, napędzanego niskimi stopami procentowymi (wejście do strefy euro oznaczało przecież istotne obniżenie stóp w tych krajach które euro przyjęły). Nie bez znaczenia były też naciągane wskaźniki które państwa wchodzące do strefy euro "osiągały" które przełożyły się na ich fikcyjną zdolność kredytową - zamiast więc amerykańskich "NINJA" kupujących nieruchomości mieliśmy zadłużające się ponad miarę kraje.

Pozdrawiam
Scorp (5381 punktów)

>"Poland is one of Europe's relative success stories".

To oczywiście wina Tuska i jego Rostowskiego, ministra finansów od 2007.

>1) grubo ponad połowa Polaków nie chce wprowadzenia euro (wyniki całkiem niedawnych badań opinii publicznej)

W opinii publicznej głos durnia liczy się tyle samo co głos dobrego fachowca. Gdyby tak zbadać, jaki procent Polaków chce mniej pracować i za to więcej zarabiać, - 80 czy 90%?

>Osobiście jestem, jak na razie, przeciwnikiem wprowadzania tej waluty w naszym kraju...

A ja jestem za wszystkim, co czyni nas częścią Zachodu i oddala od Wschodu.

Powodzenie gospodarki zależy od pracowitości i mądrości społeczeństwa, nie od nazwy waluty.
-
Grzegorz (2117 punktów)
>W opinii publicznej głos durnia liczy się tyle samo co głos dobrego fachowca.

Podczas wyborów mamy to samo. Zwracam na to uwagę tylko w kontekście tego jak na opinię wyborcy zapatruje się wybrana przez niego władza.

>A ja jestem za wszystkim, co czyni nas częścią Zachodu i oddala od Wschodu.
>Powodzenie gospodarki zależy od pracowitości i mądrości społeczeństwa, nie od nazwy waluty.

Ba żeby tu chodziło o nazwę, ale tu chodzi o to kto decyduje min. o podaży pieniądza.

Pozdrawiam
Scorp (5381 punktów)
>Ba żeby tu chodziło o nazwę, ale tu chodzi o to kto decyduje min. o podaży pieniądza.

Zdaje się, że NBP i jego odpowiedniki w poszczególnych krajach, w strefie EURO też.
-
28-03-2013 20:08 
 Ocena 1 na 1
Grzegorz (2117 punktów)
>Zdaje się, że NBP i jego odpowiedniki w poszczególnych krajach, w strefie EURO też.

NBP tak bo mamy PLN

Euro jest pod kontrolą kartelu banków centralnych - EBC.

Pozdrawiam
28-03-2013 15:03 
 Ocena 1 na 1
Celecrin (6386 punktów)

>Powodzenie gospodarki zależy od pracowitości i mądrości społeczeństwa, nie od nazwy waluty.
Dokładnie. Zwalanie winy na Euro jest ulubionym tematem w USA, bo Euro jest ich solą w oku. Natomiast, kraje PIGS są same sobie winne, bo nie posiadają pracowitych i mądrych społeczeństw. Dodatkowo niektórych zabiła chciwość (Irlandia, Hiszpania).
Grzegorz (2117 punktów)
>Dokładnie. Zwalanie winy na Euro jest ulubionym tematem w USA, bo Euro jest ich solą w oku. Natomiast, kraje PIGS są same sobie winne, bo nie posiadają pracowitych i mądrych społeczeństw. Dodatkowo niektórych zabiła chciwość (Irlandia, Hiszpania).

Tak, motyw walki o dominację też mi przyszedł do głowy.

W ogóle im bardziej się nad tym zastanawiam tym bardziej mi się wydaje, że ogłoszenie bankructwa (no przynajmniej Grecji) nie było wcale złym pomysłem.

Pozdrawiam
28-03-2013 16:02 
 Ocena 1 na 1
diogenes (42753 punktów)
>W opinii publicznej głos durnia liczy się tyle samo co głos dobrego fachowca.

Skoro jest tak z głosem wyborczym, to dlaczego miałoby byc inaczej z innym głosem?

"...w środowisku biznesu i wolnych zawodów osądy intuicyjne nie zawsze biorą się z autentycznej fachowości. Wiele lat temu odwiedziłem dyrektora inwestycyjnego w dużej instytucji finansowej, który powiedział mi, że zainwestował dziesiątki milionów dolararów w akcje spółki Ford...Kiedy zapytałem, w jaki sposób doszedł do takiej decyzji, odpowiedział, że był niedawno na targach samochodowych i firma zrobiła na nim kolosalne wrażenie." (D. Kahnemann, Pułapki myślenia)

I tak fachowiec zamiast przeanalizować kondycję firmy zainwestował we własne wrażenia. W sprawach gospodarki głos fachowca to mniej więcej tyle, co prognoza pogody w tv. Kryzysy gospodarcze są najlepszym tego dowodem: nikt nie ma wglądu we wszsytkie reguły rynku, którymi można by na niego dowolnie wpływać (np. zadawalając wszsytkich uczestników rynku). Poziom nieoznaczoności rynku (=poziomowi jego poznania) jest jego immanentną cechą. Mózg człowieka to nie tylko kora. Mózg fachowca również.

Okres ważności moich postów kończy się z chwilą ich opublikowania.
28-03-2013 16:55 
 Ocena 2 na 2
Scorp (5381 punktów)
>W sprawach gospodarki głos fachowca to mniej więcej tyle, co prognoza pogody w tv.

No to zamienić Rostowskiego na śliczną pannę pogodynkę z Polsatu!

>Kryzysy gospodarcze są najlepszym tego dowodem:

Nie są. Przeinwestowanie, nadmiar kredytów, chciwość, większe wydatki niż dochody - i kryzys gotów. Potem trzeba zacisnąc pasa, zreformować wydatki - i po kryzysie.

>... nikt nie ma wglądu we wszsytkie reguły rynku, którymi można by na niego dowolnie wpływać (np. zadawalając wszsytkich uczestników rynku).

...nikt... i wszyscy...

> Poziom nieoznaczoności rynku (=poziomowi jego poznania) jest jego immanentną cechą.

Poziom nieoznaczoności przyrody też. I co? Nic, technika radzi sobie, katastrofy się zdarzają i nie ma ogónej teorii ich całkowitego wykluczenia.

> Mózg człowieka to nie tylko kora. Mózg fachowca również.

I co? Czy to jakiś argument?

>Okres ważności moich postów kończy się z chwilą ich opublikowania.

Chyba jeszcze wcześniej.
-
28-03-2013 17:22 
 Ocena 1 na 1
diogenes (42753 punktów)
>Przeinwestowanie, nadmiar kredytów, chciwość, większe wydatki niż dochody - i kryzys gotów.

Skoro przyczyny są tak banalne, to dlaczego armii fachowców nie udaje się zapobiegać kryzysom? Może jednak nie o to chodzi?

>> Mózg człowieka to nie tylko kora. Mózg fachowca również.
>I co? Czy to jakiś argument?

Jak najbardziej.
Zdecydowanie przeceniamy racjonalność fachowców.
Nawet racjonalista jest mniej racjonalny niż mu się wydaje.

Okres ważności moich postów kończy się z chwilą ich opublikowania.
28-03-2013 23:25 
 0 na 2
Scorp (5381 punktów)

>Skoro przyczyny są tak banalne, to dlaczego armii fachowców nie udaje się zapobiegać kryzysom? Może jednak nie o to chodzi?

O to właśnie. Istotne są warunki. Wolność gospodarowania. Każdy ma prawo zaciągać długi ile chce, licząc że mu się powiedzie.

Zapobiegać kryzysom można tylko odbierając ludziom wolność.

>Zdecydowanie przeceniamy racjonalność fachowców.

Nie wydaje się. Samochody i domy projektują fachowcy a użytkują amatorzy. Stąd wypadki drogowe i pożary od papierosa.

>Nawet racjonalista jest mniej racjonalny niż mu się wydaje.

Nie ma skali ma do pomiaru racjonalności ani dobrej definicji 'racjonalisty', ani też nie wiemy co się komu wydaje - dlatego rewelacje takie jak ta można... pominąć. Jako bezsensowny banał.

>Okres ważności moich postów kończy się z chwilą ich opublikowania.

Przestań nudzić z tym okresem ważności swoich postów. Lepiej się postaraj żeby były bardziej sensowne.
-
31-03-2013 20:29 
 Ocena 2 na 2
diogenes (42753 punktów)
>Każdy ma prawo zaciągać długi ile chce, licząc że mu się powiedzie.

Nonsens. Gdyby tak było, kredytodawcy nie sprawdzaliby możliwości spłacania długów.
Zaciągaj długi, które jesteś w stanie spłacić. Chyba, że jesteś sprytniejszy od tych, którzy udzielają ci długu.

>Zapobiegać kryzysom można tylko odbierając ludziom wolność.

Stawiam na edukację.

>>Zdecydowanie przeceniamy racjonalność fachowców.
>Nie wydaje się. Samochody i domy projektują fachowcy a użytkują amatorzy.

Fachowiec to pojęcie względne.
Mówimy o fachowcach w dziedzinie ekonomii.
Domy projektują fachowcy z dziedziny budownictwa, a użytkują inni fachowcy, np. informatycy, księgowi lub złodzieje.

>Nie ma skali ma do pomiaru racjonalności...

Nie muszę mieć miernika racjonalności, aby ocenić racjonalność zachowania, np. próby wzbicia się w powietrze wymachując uszami.

>...nie wiemy co się komu wydaje.

?
Np. tobie wydaje się, że nie ma dobrej definicji racjonalisty, albo że moje posty pozbawione są sensu.



Okres ważności moich postów kończy się z chwilą ich opublikowania.
28-03-2013 20:03 
 Ocena 2 na 2
KORIUS (14106 punktów)
(zablokowany)
>A ja jestem za wszystkim, co czyni nas częścią Zachodu i oddala od Wschodu.
-Ale istotne jaki jest ten Zachód. Jeżeli zaczyna sprzeniewierzać się wszystkiemu co wcześniej zapewniło mu sukces, usztywnia gospodarkę, wprowadza coraz więcej przepisów sterujących, ograniczeń, to nie musowo za tym ślepo podążać. Można uczyć się na cudzych błędach. Włochy i Hiszpania to też Zachód. Polityka imigracyjna państw zachodnich bynajmniej nie jest godna naśladowania.

>Powodzenie gospodarki zależy od pracowitości i mądrości społeczeństwa, nie od nazwy waluty.
-Nikt tak nie twierdzi. Ale zależy od tego kto i gdzie może podjąć decyzje wpływające na wartość danej waluty w konkretnej sytuacji ekonomicznej na danym obszarze.

Religia jest kompletnym nonsensem i ogromną szkodą dla ludzkiej cywilizacji. - Steven Weinberg
ratus (4786 punktów)
(zablokowany)
Ile dyskutantów, tyle opinii. Argumenty są dwa: "mi się podoba", lub "mi się nie podoba".
A fakty realne są takie:
Zgłosiliśmy akces do UE. Przyjęto nas, zawierając w umowie (oczywiście skracam i upraszczam) obietnicę wsparcia naszej gospodarki furą pieniędzy - co jest na bieżąco realizowane - a w zamian, (oprócz innych zobowiązań), przystąpimy do unii walutowej.
Czy ta umowa jest (okaże się) zbawienna, czy rujnująca - jest zawarta i musimy ją wypełnić, jeśli nie chcemy (jako Polska) stracić wiarygodności i zostać pariasem na światowym rynku.

Więc zamiast teoretyzować, jakby tu wycyckać UE nie dając nic w zamian, lepiej się zastanowić, jak nie przegrać szansy którą otrzymaliśmy.

Włodarze naszej gospodarki wiedzą o tym znakomicie, ale żeby nie burzyć tzw. "opinii publicznej" udają, że "biora pod uwagę, czego chcą Polacy". A czego chcą Polacy, najlepiej wie niejaki Krugman...
28-03-2013 17:29 
 Ocena 1 na 1
diogenes (42753 punktów)
>Zgłosiliśmy akces do UE.

Kiedy to było?
Czas płynie szybciej niż się politykom wydaje.
Unia była kiedyś jakimś rozwiązaniem, teraz dobrym wyjściem może być rozwiązanie Unii.

Okres ważności moich postów kończy się z chwilą ich opublikowania.
ratus (4786 punktów)
(zablokowany)

>Unia była kiedyś jakimś rozwiązaniem, teraz dobrym wyjściem może być rozwiązanie Unii.

Tak, jak to mawiał Dziadek Poszepszyński: "Szast, prast - i po wszystkim!"

28-03-2013 20:08 
 Ocena 2 na 2
Hodża (11172 punktów)
>Unia była kiedyś jakimś rozwiązaniem, teraz dobrym wyjściem może być rozwiązanie Unii.

Między nami mówiąc, podobno kilku szefów finansów głównych państw strefy Euro marzy o tym, aby takie rozwiązanie Unii było możliwe. Rzecz w tym,że nie jest możliwe rozwiązanie unii walutowej na skutek tego, że została utracona informacja, pozwalająca podzielić kasę między poszczególne państwa. Zdaje się, że projektanci pociągu "Euro" nie przewidzieli biegu wstecznego.



Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
28-03-2013 20:45 
 Ocena 1 na 1
Grzegorz (2117 punktów)
> Zdaje się, że projektanci pociągu "Euro" nie przewidzieli biegu wstecznego.

Pierwotni projektanci systemu euro w ogóle nie zakładali, że system wspólnej waluty obejmie kraje o tak różnych potencjałach gospodarczych, ba wyraźnie wskazywali że to niemożliwe. Ale co tam niemożliwe, dla polityków nie istnieją takie określenia (chyba że mowa o realizacji obietnic przedwyborczych ) - aby udowodnić, że mamy do czynienia z "podobnymi" gospodarkami opracowano system wskaźników, których osiągnięcie gwarantuje zdolność do wejścia w mechanizm ERM II i potem przyjcie wspólnej waluty.

Jak zaczęły się poważne problemy Grecji rozpoczęło sie poszukiwanie rozwiązań, nie mogę teraz znaleźć linków ale pamiętam, że nawet ogłoszono nagrodę dla ekonomisty, który wskaże dobrą metodę wyłączenia kraju z unii walutowej. Chyba nie wyszło bo wymyślono to co wymyślono, a efekty są coraz ciekawsze.
Dość zabawną dodatkową ciekawostką jaką ostatnio spostrzegłem jest to, że ci sami spece które straszą na co dzień ludzi deflacją niczym ogniem piekielnym, w przypadku państw południa europy zastosowali kurację którą sami nazwaliby deflacyjną ale dla niepoznaki zyskała ona dość zabawne miano "dewaluacji wewnętrznej"

Posługując się Twoim porównaniem - nie dość, że najprawdopodobniej nie mamy wstecznego to jeszcze próbujemy cały czas przepychać różnego gabarytu pociągi po torach zaprojektowanych dla wąskotorówki.

Pozdrawiam

PS (dopisane)

m.wyborcza(*)_niedopracowane_od_samego.html

Cytat:

Według Delorsa "kryzys zadłużenia nie świadczy o tym, że idea wspólnej waluty jako taka była zła, lecz o tym, że została niewłaściwie zrealizowana przez polityków nadzorujących jej wprowadzenie". Głównym błędem polityków było zignorowanie dysproporcji pomiędzy jednoczącymi się europejskimi gospodarkami. W unię monetarną połączono gospodarki silne i słabe, rozwinięte i zacofane przemysłowo a przede wszystkim krańcowo różne pod względem kultury prowadzenia państwowych finansów.

28-03-2013 18:41 
 Ocena 3 na 3
szarley (54913 punktów)
>A fakty realne są takie:
>Zgłosiliśmy akces do UE. Przyjęto nas, zawierając w umowie (oczywiście skracam i upraszczam) obietnicę wsparcia naszej gospodarki furą pieniędzy - co jest na bieżąco realizowane - a w zamian, (oprócz innych zobowiązań), przystąpimy do unii walutowej.

Zaproponujmy Unii kompromis : niech będzie wspóna waluta. Złoty polski
28-03-2013 19:08 
 Ocena 2 na 2
Grzegorz (2117 punktów)
>Zaproponujmy Unii kompromis : niech będzie wspóna waluta. Złoty polski

Jestem za, a ponieważ nazwa zobowiązuje niech będzie oparty na standardzie złota

.... no i jeśli chcemy być konsekwentni oczywiście niech ta cała gotówka zgodnie z nazwę będzie polska

Pozdrawiam
28-03-2013 21:08 
 Ocena 3 na 3
Grzegorz (2117 punktów)
>Czy ta umowa jest (okaże się) zbawienna, czy rujnująca - jest zawarta i musimy ją wypełnić, jeśli nie chcemy (jako Polska) stracić wiarygodności i zostać pariasem na światowym rynku.

Jestem absolutnie zwolennikiem zasady pacta sunt servanda pomiędzy ludźmi i podmiotami gospodarczymi ale w przypadku polityki międzynarodowej uważam że przydałoby nam się trochę starego dobrego brytyjskiego podejścia:
Cytat:

Anglia nie ma wiecznych wrogów ani wiecznych przyjaciół, ma tylko wieczne interesy.


Jakoś marginalizacji Brytyjczyków na arenie międzynarodowej nie dostrzegłem mimo że się z niejednej umowy (w tym z nami) wymigali. Z resztą zasad jest wiecznie żywa - ostatnio Cameron zapowiadał referendum dot. dalszego uczestnictwa GB w unii.

Pozdrawiam
29-03-2013 06:40 
 Ocena 2 na 2
ratus (4786 punktów)
(zablokowany)
No cóż, "na wojnie i w miłości - wszelkie chwyty sa dozwolone". A że interesy - to rodzaj wojny, więc... pogadajmy o interesach - powiedział pająk do muchy.
Można też rozważać utworzenie unii gospodarczej z Rosją i Chinami, z PLN jako wspólna walutą.
Jestem przekonany, że cokolwiek się wydarzy i tak połowa narodu bedzie zdania, że należało postąpić inaczej i zdradzono nas o świcie, jak powiedział poeta...
Grzegorz (2117 punktów)
>Można też rozważać utworzenie unii gospodarczej z Rosją i Chinami, z PLN jako wspólna walutą.

W sumie ... czemu nie. Polska tak jak Anglia powinna się kierować swoim interesem a nie sentymentami. Fajnie jest zawrzeć małżeństwo z miłości ale w tym z rozsądku czasem dłużej (i wygodniej) da się przetrwać.

>Jestem przekonany, że cokolwiek się wydarzy i tak połowa narodu bedzie zdania, że należało postąpić inaczej i zdradzono nas o świcie, jak powiedział poeta...

zaprawdę - masz rację

Pozdrawiam
30-03-2013 08:10 
 Ocena 1 na 1
Grzegorz (5685 punktów)
>Czy ta umowa jest (okaże się) zbawienna, czy rujnująca - jest zawarta i musimy ją wypełnić, jeśli nie chcemy (jako Polska) stracić wiarygodności i zostać pariasem na światowym rynku.

Dość emocjonalne podejście, chociaż nasz rząd też takie stosuje. Jeśli zrujnujemy się z powodu "solidarnego" przyjęcia euro to będziemy dużo mniej wiarygodni niż jeśli wyślizgamy się z niewygodnej umowy.

Zwłaszcza że w ogóle trudno mówić o jakiejkolwiek "stracie wiarygodności" skoro w umowie o przyjęciu euro nie ma określonej konkretnej daty, formalnie nie spełniamy też kilku niezbędnych warunków... wystarczy po prostu się z tym nie spieszyć.
ratus (4786 punktów)
(zablokowany)
>Zwłaszcza że w ogóle trudno mówić o jakiejkolwiek "stracie wiarygodności" skoro w umowie o przyjęciu euro nie ma określonej konkretnej daty, formalnie nie spełniamy też kilku niezbędnych warunków... wystarczy po prostu się z tym nie spieszyć.

Zgoda. To, co napisałem, to nie miało być wskazanie "jedynie słusznej opcji", ale jednej z możliwych interpretacji problemu. Jak zwykle w interesach, obowiązuje zasada "coś za coś" i o tym chciałem przypomnieć.

Ale: Gdy euro jest w kłopotach, nasz akces do tego sojuszu byłby zapewne łatwy. Może się okazać, że przyjdzie czas, gdy UE postawi nam takie warunki, które nam się bardzo nie będą podobały. "Bo w tym cały jest ambaras, by dwoje chciało na raz!"
Selanos (12869 punktów)
>1) grubo ponad połowa Polaków nie chce wprowadzenia euro

No i co z tego? UE nie jest instytucją demokratyczną, jeżeli w Unii społeczeństwo nie chce czegoś za pierwszym razem, głosowanie będzie się przeprowadzać tak długo, aż społeczeństwo się zgodzi. Wystarczy popatrzeć na ratyfikację traktatu lizbońskiego w Irlandii. Raz się ludziom nie podobało, to robimy drugie referendum + naciski z Brukseli.
30-03-2013 10:07 
 Ocena 1 na 1
ratus (4786 punktów)
(zablokowany)
>>1) grubo ponad połowa Polaków nie chce wprowadzenia euro

I z całą pewnością 99% Prawdziwych Polaków!
MarcinK (9189 punktów)

>Osobiście jestem, jak na razie, przeciwnikiem wprowadzania tej waluty w naszym kraju choć może ktoś

Jaki masz stosunek do tego:

Cytat:
Podsumowując:

- koszt utraty stabilizującej roli płynnego kursu walutowego jest ograniczony przez fakt, że w warunkach mobilnych przepływów kapitałowych kurs walutowy może także stanowić źródło zaburzeń gospodarczych;

- słabości rynku pracy i wysoki deficyt strukturalny ograniczają skuteczność alternatywnych wobec polityki pieniężnej mechanizmów przeciwdziałających skutkom wstrząsów gospodarczych; spełnienie wymagań Paktu Stabilności i Wzrostu powinno jednak w przyszłości umożliwić efektywne wykorzystywanie automatycznych stabilizatorów fiskalnych jako narzędzia łagodzenia wahań gospodarczych;

- stopień integracji gospodarki polskiej ze strefą euro jest wysoki i rosnący, co znajduje odzwierciedlenie w relatywnie silnej zbieżności cykli koniunkturalnych. W rezultacie prawdopodobieństwo występowania w Polsce wstrząsów asymetrycznych po przystąpieniu do strefy euro jest stosunkowo niewielkie;

- członkostwo w unii monetarnej powinno przyspieszyć niektóre zmiany w strukturze gospodarki, które powinny sprzyjać ograniczeniu ryzyka wystąpienia wstrząsów asymetrycznych w Polsce;

- koszt ewentualnego dodatkowego zacieśnienia polityki pieniężnej w celu spełnienia kryterium inflacyjnego będzie niewielki.


To z 2004 roku:

www.nbport(*)i-zagrozenia/koszty-zagrozenia

A to z 2009:

www.nbport(*)rozenia/dlugookresowe-korzysci
30-03-2013 19:21 
 Ocena 1 na 1
Grzegorz (2117 punktów)
>>Osobiście jestem, jak na razie, przeciwnikiem wprowadzania tej waluty w naszym kraju choć może ktoś
>Jaki masz stosunek do tego

Te informacje z NBP są z dzisiejszego punktu widzenia po prostu zabawne. Mówiąc o korzyściach w zasadzie odmienia się przez wszystkie przypadki likwidację ryzyka kursowego i coś w tym jest bo zasadniczo trudno dziś, po tych kilku latach dopatrzeć się innych na które się wskazywało wcześniej. Tylko że realnie problem ryzyka kursowego wystąpił u nas jako czynnik istotny w zasadzie w jednym momencie, a i to było skutkiem nie zmaterializowania się ryzyka lecz zbyt ryzykownej gry firm które próbowały nie tyle zabezpieczyć się przed ruchem cen ile zarabiać na różnicach kursowych - sprawa słynnych swapów walutowych.
Oczywiście firmy prowadzące handel (czy świadczącą usługi) w obrocie międzynarodowym muszą jakoś sobie radzić w warunkach zmienności kursowej ale to przecież nic takiego niezwykłego - to samo muszą robić wszystkie firmy działające poza strefą euro.
Ryzyko kursowe może oznaczać pewne straty jak też całkiem ekstra przychody w zależności od kierunku ruchu tego kursu. Słabsza waluta daje nam większą konkurencyjność. Przypomina mi się niemal nieustanna walka jaką prowadzi centralny bank japoński o utrzymanie słabego jena, albo naciski na Chiny aby urealniły kurs yuana który był (i nadal jest) sztucznie zaniżany.

Wzrost wiarygodności kredytowej? Obecnie Polska ma sama z siebie całkiem niezłe oceny, a nasza gospodarka mimo (a może właśnie dzięki) nieprzyjęciu euro radzi sobie względnie dobrze.

Cytat:

Integracja finansowa polega na tym, że oddzielne rynki narodowe zaczynają wspólnie funkcjonować jak jeden rynek krajowy.


nawet trudno to skomentować - rzeczywistość weryfikuje to boleśnie (utrata konkurencyjności przez gospodarkę powiedzmy Grecji w stosunku do niemieckiej). Mimo formalnej jedności widać od samego początku, że poszczególne kraje ciągną w swoją stronę i zmierzają do ochrony swoich rynków wewnętrznych nawet kosztem zarzutów przed KE o naruszenie zasad swobodnej konkurencji. Inaczej mówiąc - mrzonka jakich mało.

Są też części których zwyczajnie nie rozumiem np. jak zdaniem autora tej wypowiedzi wprowadzenie Euro miałoby przyczyniać się do zwiększenia możliwości dywersyfikacji? Po prostu nie widzę związku waluty z tym na ile zróżnicowane mamy aktywa.

Zgoda co do obniżenia stóp procentowych - tylko czy to jest aż taki pozytyw? Zbyt łatwy dostęp do kredytów moim przynajmniej zdaniem jest jedną z przyczyn eurokryzysu (zadłużały się głównie państwa i podmioty publiczne). Był też przyczyną kryzysu w USA. Na prawdę chcemy kolejnych baniek spekulacyjnych? Zgoda - kredyty pomagają przedsiębiorcom tyle że trzeba trzymać rękę na pulsie i w porę zakręcać kurek - rzeczywistość pokazuje że łatwo jest odkręcić ale zakręcać już nie koniecznie.

Mogę się natomiast zgodzić z obniżeniem kosztów sektora finansowego. Na ile ma to jednak aż tak istotne znaczenie dla całości gospodarki (no pomijając Cypryjską )

Moje negatywne podejście do Euro od początku jest jednak spowodowane nie tyle spodziewanymi korzyściami/kosztami ile tym, że po prostu pomysł na wspólną walutę jest pomysłem dość powiedziałbym dziwnym. EU nie stanowi jednego organizmu (a bajki o wspólnym konkurencyjnym rynku to po prostu bajki) i jeszcze długo nie będzie go stanowić.

Nie chciałbym się tu rozpisywać ale dość fajnie ujął to prezes Saxo Bank. Nie ze wszytkim się zgadzam ale wskazał moim zdaniem całkiem trafnie słabości euro.

Delors mówi o politycznym nacisku na rozszerzanie strefy euro mimo znacznych dysproporcji gospodarek które je przyjęły. Euro zatem było od początku bardziej narzędziem politycznym niż gospodarczym. Przypuszczam (choć to może zabrzmi jak teoria spiskowa) że w całym tym planie kryje się "metoda faktów dokonanych" - skoro tak trudno było doprowadzić do bliższej integracji metodami politycznych negocjacji obecnie mówi się o konieczności ustanowieni paktu fiskalnego czy integracji polityki bankowej z uwagi na kryzys strefy euro - doprawdy dziwny zbieg okoliczności

Natomiast przedstawione przez NBP koszty i problemy w odróżnieniu od "korzyści" w niczym nie straciły na aktualności.
Nie zgadzam się z twierdzeniami keynesizmu uważam, że nie sprawdził się i nie sprawdza na dłuższą metę, destabilizuje gospodarkę - de facto interwencjonizm sam z siebie powoduje cykliczne dekoniunktury i konieczność ciągłego manipulowania stopami procentowymi, jest jednak jedno ale - skoro nic nie wskazuje na to aby nasze szanowne władze zaczęły choćby myśleć o wprowadzeniu rozwiązań bardziej wolnorynkowych (ba tendencje są wręcz przeciwne) pozbawianie się możliwości wpływu na stopy procentowe czy też na kurs waluty jest po prostu nie mądre. Mówiąc obrazowo skoro gramy w towarzystwie szulerów i znaczonymi kartami to do licha nie wyrzucajmy asów z rękawa.

Pozdrawiam
01-04-2013 18:11 
 Ocena 2 na 2
MarcinK (9189 punktów)
>Tylko że realnie problem ryzyka kursowego wystąpił u nas jako czynnik istotny w zasadzie w jednym momencie, a i to było skutkiem nie zmaterializowania się ryzyka lecz zbyt ryzykownej gry firm które próbowały nie tyle zabezpieczyć się przed ruchem cen ile zarabiać na różnicach kursowych - sprawa słynnych swapów walutowych.

Nie tylko - ja pamiętam 2007 i 2008 rok i lament w mediach naszych eksporterów o tym, że kurs walutowy zabija opłacalność ich biznesu. Nawet Pawlak się w to zaangażował - dokładnie to samo słychać teraz z Szwajcarii.

> Przypomina mi się niemal nieustanna walka jaką prowadzi centralny bank japoński o utrzymanie słabego jena, albo naciski na Chiny aby urealniły kurs yuana który był (i nadal jest) sztucznie zaniżany.

Pytanie co per saldo się nam bardziej opłaca.

>Wzrost wiarygodności kredytowej? Obecnie Polska ma sama z siebie całkiem niezłe oceny, a nasza gospodarka mimo (a może właśnie dzięki) nieprzyjęciu euro radzi sobie względnie dobrze.

Względnie to nie znaczy, że nie można lepiej. Przyjmując średnią różnicę stopy procentowej na 2,5% to koszt odsetkowy standardowego 30-letniego kredytu hipotecznego na 200 000 PLN byłby wyższy na dzisiaj o ponad 100 000 zł, a niezabezpieczonego kredytu inwestycyjnego na 100 000 PLN na 5 lat to ponad 10 000 zł (czyli o około 30% więcej). Niższa rata to nie tylko niższy koszt odsetkowy ale też większa dostępność kredytowa - u nas wydatki inwestycyjne firm są relatywnie, w stosunku do Europy, niskie więc mógłby to być znaczący bodziec do ich pobudzenia.

> nawet trudno to skomentować - rzeczywistość weryfikuje to boleśnie (utrata konkurencyjności przez gospodarkę powiedzmy Grecji w stosunku do niemieckiej). Mimo formalnej jedności widać od samego początku, że poszczególne kraje ciągną w swoją stronę i zmierzają do ochrony swoich rynków wewnętrznych nawet kosztem zarzutów przed KE o naruszenie zasad swobodnej konkurencji. Inaczej mówiąc - mrzonka jakich mało.

Co przez to rozumiesz? W jaki sposób członkowie strefy euro chronią swe rynki względem siebie?

>Zgoda co do obniżenia stóp procentowych - tylko czy to jest aż taki pozytyw? Zbyt łatwy dostęp do kredytów moim przynajmniej zdaniem jest jedną z przyczyn eurokryzysu (zadłużały się głównie państwa i podmioty publiczne). Był też przyczyną kryzysu w USA.

Sam podważasz swój argument jednocześnie wskazując dolara. Jak dla mnie najbardziej spektakularnym przykładem zbyt łatwej dostępności kredytowej są państwa bałtyckie. To odpowiednia polityka finansowa, a nie konkretna waluta jest tu kluczem.

> Na prawdę chcemy kolejnych baniek spekulacyjnych? Zgoda - kredyty pomagają przedsiębiorcom tyle że trzeba trzymać rękę na pulsie i w porę zakręcać kurek - rzeczywistość pokazuje że łatwo jest odkręcić ale zakręcać już nie koniecznie.

Uważam, że niezależnie od podjętych działań kolejnych baniek i tak nie unikniemy - tak świat zbudowany. Nie pomoże tu bynajmniej brak euro jako takiego.

>Moje negatywne podejście do Euro od początku jest jednak spowodowane nie tyle spodziewanymi korzyściami/kosztami ile tym, że po prostu pomysł na wspólną walutę jest pomysłem dość powiedziałbym dziwnym. EU nie stanowi jednego organizmu (a bajki o wspólnym konkurencyjnym rynku to po prostu bajki) i jeszcze długo nie będzie go stanowić.

Z argumentem "dziwny" dziwny trudno mi polemizować. Jeśli miałbym spróbować to zapytałbym czy euro jest tak zasadniczo różne od dolara? Czy gospodarki Kaliforni i Luizjany są tak bardzo konwergentne? Jaka, oprócz tradycji, jest ta znacząca różnica?

>Nie chciałbym się tu rozpisywać ale dość fajnie ujął to prezes Saxo Bank. Nie ze wszytkim się zgadzam ale wskazał moim zdaniem całkiem trafnie słabości euro.

Problem z Saxo bankiem jest taki, że oni to nieustannie głoszą od 2009 roku i jakoś prognozy ziścić się nie mogą. Na tych prognozach bazował choćby nasz rodzimy eurogeddon i na razie poniósł spektakularną klęskę. Wypowiedzi ekonomisty, który, jak przeczytałem na sieci, określa się mianem libertarianina, czyli dość jednoznacznie usadawia się po jednej stronie dyskursu ekonomicznego, mają też aspekt mocno kontrowersyjny.

Dla przeciwwagi:
gospodarka(*)lepsze-jeszcze-przed-euro.html

Cytat:
Spójrzmy na liczby. Cokolwiek by mówiono i pisano o końcu świata transatlantyckiego, dolar i euro nadal królują absolutnie i niepodzielnie. Dolar ma bazę monetarną (to łączna ilość pieniądza fizycznie, bezpośrednio wyemitowanego przez bank centralny) na poziomie mniej więcej 15 bln, euro ok. 13 bln. Potem długo, długo nic i pojawiają się takie waluty, jak chiński juan, którego jest około 6 bln, japoński jen posiadający bazę rzędu 4,5 bln, czy brytyjski funt - ok. 2,5 bln.
Reszta w globalnym rozrachunku nie odgrywa większego znaczenia. Dominacja dolara, choć ciągle pozostaje najsilniejszy, cały czas się zmniejsza, zaś jego rola staje jest coraz mniej uniwersalna. Przyczyną tej sytuacji było przede wszystkim utworzenie strefy euro. Od tamtej pory nie opłaca się już krajom trzecim wiązać waluty z dolarem, by unikać ryzyka walutowego, bo przecież takie rozwiązanie nie zabezpiecza przed wahaniami kursów dolara do euro.
Moim zdaniem w dłuższym okresie porzucone zostanie również wycenianie ropy w dolarach - pokłosie politycznego sojuszu USA i Arabii Saudyjskiej - które staje się coraz trudniejsze do uzasadnienia. Na dodatek dziś to Europa, a nie Stany Zjednoczone dysponują większością światowych rezerw złota. Euro jest więc kluczem do tego, jak będzie wyglądała walutowa przyszłość globalizacji.


cdn
02-04-2013 00:03 
 Ocena 1 na 1
Grzegorz (2117 punktów)
>Nie tylko - ja pamiętam 2007 i 2008 rok i lament w mediach naszych eksporterów o tym, że kurs walutowy zabija opłacalność ich biznesu. Nawet Pawlak się w to zaangażował - dokładnie to samo słychać teraz z Szwajcarii.

Prawda - biadania są zawsze przy silnej złotówce, a 2008 r. był pod tym względem na prawdę wyjątkowy.
Teraz jest względnie cicho. PLN dla eksporterów to zapewne momentami źródło problemów ale z drugiej strony w przypadku dewaluacji podnosi ich konkurencyjność i to za darmo - nie muszą podnosić jakości nie muszą obniżać cen. Importerzy pewnie mają dokładnie odwrotne przemyślenia

>Pytanie co per saldo się nam bardziej opłaca.

No na chwile obecną PLN nam się opłacił przypuszczam, że gdyby nie ta dewaluacja raczej nie byłoby tak zielono.

>Względnie to nie znaczy, że nie można lepiej.

To co piszesz to oczywiście prawda bez dwóch zdań. Problemem który mnie niepokoi jest to że wiele ogromnych wydatków inwestycyjnych czyni w naszym kraju nie biznes, a państwo i jego emanacje. Nasz dług też już jest niepokojący szczególnie jak się spod dywanu wymiecie kilka sztuczek. To dlatego nie koniecznie cieszy mnie owa łatwość w pozyskaniu kredytu.
Jeśli jednak mówimy o inwestycjach w moim pojęciu problem kredytowania w jakimkolwiek projekcie inwestycyjnym jest wtóry wobec kwestii projektowanych przychodów. Rozmawiam sporo z inwestorami w tym zagranicznymi. Największym ich problemem jeśli chodzi o nasz rynek jest siła nabywcza.
Przy dużych inwestycjach realizowanych przez wiarygodne firmy kredytowanie nie jest problemem, często przychodzą z "własnym" bankiem, znam też banki, które wręcz szukają inwestycji do sfinansowania. Problem w tym, że wszelkie projekcje dla strony przychodowej są gorsze u nas niż dla takiego samego biznesu powiedzmy w zachodniej części kontynentu. Różnica w samych kosztach nie pozwala na osiągnięcie odpowiedniej rentowności przedsięwzięcia.
W ostatecznym rozrachunku nie jest kwestią jakie ponosimy koszty tylko jak na się całe przedsięwzięcie zamyka finansowo. Tu bym upatrywał przyczyn braku inwestowania w Polsce mimo potencjalnie niższych kosztów prac (choć z tym już tez bywa różnie)

>Co przez to rozumiesz? W jaki sposób członkowie strefy euro chronią swe rynki względem siebie?

Poszukaj spraw przed KE związanych z niedozwoloną pomocą publiczną. Jest tego od groma co i rusz ktoś próbuje jakoś wspomóc "swoich".

>Sam podważasz swój argument jednocześnie wskazując dolara. Jak dla mnie najbardziej spektakularnym przykładem zbyt łatwej dostępności kredytowej są państwa bałtyckie. To odpowiednia polityka finansowa, a nie konkretna waluta jest tu kluczem.

Cóż sam wyżej wskazujesz że obniżka stóp procentowych zwiększy dostępność do kredytów. Porównaj naszą obecna stopę i stopę dla euro. Wprowadzając Euro pozbawiamy się narzędzi do prowadzenia polityki finansowej.

>Uważam, że niezależnie od podjętych działań kolejnych baniek i tak nie unikniemy - tak świat zbudowany. Nie pomoże tu bynajmniej brak euro jako takiego.

Zgoda ale po co je napędzać. Pamiętasz zapewne złote lata carry tradingu.

>Z argumentem "dziwny" dziwny trudno mi polemizować. Jeśli miałbym spróbować to zapytałbym czy euro jest tak zasadniczo różne od dolara? Czy gospodarki Kaliforni i Luizjany są tak bardzo konwergentne? Jaka, oprócz tradycji, jest ta znacząca różnica?

Tyle że Luizjana czy Kalifornia nie prowadzą własnej polityki gospodarczej. USA jest krajem federacyjnym a nie federacją krajów o własnych partykularnych i często sprzecznych interesach.

>Problem z Saxo bankiem jest taki, że oni to nieustannie głoszą od 2009 roku i jakoś prognozy ziścić się nie mogą.

Tak Saxo ma swoje bodaj coroczne prognozy. Pewnie że jest to opinia jednostronna i co więcej nie jestem aż tak negatywnie nastawiony jednak jak się zestawi ta wypowiedź z tym co mówi było nie było jeden z twórców euro Delors uważam że należy poważnie przyjrzeć się problemom jakie wywołuj euro samo w sobie. Z resztą z tego co pamiętam już próbowano znaleźć receptę na tą nierównowagę tj. na zyski jakie z euro czerpie gospodarka niemiecka kosztem innych gospodarek które tracą w stosunku do niej konkurencyjność.

Tezy przedstawione w linkowanym przez Ciebie wywiadzie można już powoli weryfikować bo minęły ok. 2 lata i zamiast radzenia sobie mamy jednak pogłębiający się kryzys. Wtedy była mowa głównie o problemie Grecji teraz sytuacja dotknęła innych państw i prawdopodobnie to jeszcze nie koniec.
Mogę absolutnie zgodzić się z wnioskiem że to dobra pora na to aby bardzo mocno przyglądać się sytuacji bez huraoptymizmu:
Cytat:
Można wyobrazić sobie wiele scenariuszy, w których wszystko idzie w złym kierunku. Dajcie sobie czas, by zobaczy ć, w jakim kierunku pójdzie wspólne zarządzanie Europą. Sprawdźcie, jak wam się podoba model nowego przywództwa. Wróćcie do rozmowy o euro nie wcześniej niż w 2013 roku, wtedy wszyscy powinniśmy widzieć sytuację dużo precyzyjniej niż dziś, gdy wszędzie panują chaos i histeria.

no i mamy ten 2013 trudno powiedzieć aby sytuacja się poprawiła na tyle żeby teraz już bez wątpliwości wprowadzać euro, moim zdaniem znaków zapytani jest nawet więcej.

cdn
03-04-2013 09:49 
 Ocena 2 na 2
MarcinK (9189 punktów)

>Prawda - biadania są zawsze przy silnej złotówce, a 2008 r. był pod tym względem na prawdę wyjątkowy.

Pytanie dlaczego nie miałby się powtórzyć. Patrząc na wykres naszego Wigu 20 to on do czasu rekordowych poziomych w najlepszym momencie był niższy o około 30%, a podobno jesteśmy zieloną wyspą. Czy to oznaczało, że ten wzrost po prostu wynikał z napływu kapitału spekulacyjnego i dużego popytu na ryzyko w tamtym czasie?

DAX czy S&P dobiły czy nawet przebiły czasy przedkryzysowe, a my tkwimy w lesie. To by oznaczało, że ta nasza waluta jest bardzo podatna na spekulacje co euro by wykluczyło.

> Importerzy pewnie mają dokładnie odwrotne przemyślenia

Pytanie na ile pewność prowadzenia biznesu jest wartością dodaną. Z moich rozmów z eksporterami są oni zdecydowanie za przystąpieniem.

>No na chwile obecną PLN nam się opłacił przypuszczam, że gdyby nie ta dewaluacja raczej nie byłoby tak zielono.

Być może ale też z drugiej strony można też wskazywać na relatywną słabość naszego eksportu jako składnika PKB (w porównaniu do takich Czech czy Węgier), małe skomplikowanie rynku finansowego (co w tej sytuacji okazało się zaletą) oraz stosunkowo duży rynek wewnętrzny.

Innymi słowy pytanie na ile ta nasza zielona wyspa była wynikiem dewaluacji, a na ile była spowodowana powyższymi czynnikami?

> To dlatego nie koniecznie cieszy mnie owa łatwość w pozyskaniu kredytu.

Tyle, że akurat my mamy tą kotwicę budżetową, która jednak swoją rolę spełniła - tu się za wiele nie zmieni, a na pewno spadnie koszt obsługi naszego zadłużenia więc pod względem wydatków publicznych wydaje mi się to dużym plusem.

> Największym ich problemem jeśli chodzi o nasz rynek jest siła nabywcza.

Siła nabywcza jest problemem jeśli inwestor zamierza sprzedawać na naszym rynku - jeśli zamierza eksportować to raczej znaczenie mają tylko koszty. Siła nabywcza też w pewnej części jest pochodną kursu walutowego.

>Problem w tym, że wszelkie projekcje dla strony przychodowej są gorsze u nas niż dla takiego samego biznesu powiedzmy w zachodniej części kontynentu. Różnica w samych kosztach nie pozwala na osiągnięcie odpowiedniej rentowności przedsięwzięcia.

Znowu wahania walutowe mogą to znacząco zmieniać - tu zdaje się za dużo zmiennych trzeba wziąć pod uwagę.

>W ostatecznym rozrachunku nie jest kwestią jakie ponosimy koszty tylko jak na się całe przedsięwzięcie zamyka finansowo. Tu bym upatrywał przyczyn braku inwestowania w Polsce mimo potencjalnie niższych kosztów prac (choć z tym już tez bywa różnie)

Ja nie pisałem o inwestorach zagranicznych ale rodzimych. Zagraniczni mogą się finansować na własnych rynkach (co sam wskazujesz) więc tu raczej problemu nie widzę.

>Poszukaj spraw przed KE związanych z niedozwoloną pomocą publiczną. Jest tego od groma co i rusz ktoś próbuje jakoś wspomóc "swoich".

Zdarza się ale są jednak duże obwarowania - w klasycznej gospodarce też to nagminnie się dzieje i chyba lepsza ta KE niż rządy narodowe, które zdecydowanie łatwiej ulegają nawet nielicznym grupom elektoratu.

> Wprowadzając Euro pozbawiamy się narzędzi do prowadzenia polityki finansowej.

Pytanie czy rzeczywiście akurat stopy procentowe są tym czynnikiem, który tak korzystnie kształtuje naszą gospodarkę. Zakładając, że nie wpadliśmy w recesje przez płynny kurs walutowy to stopy procentowe akurat tu nie miały wielkiego udziału - obojętnie jakie by były kapitał w kilka miesięcy odpłynął zagranice i chyba nic nie było w stanie go zatrzymać. Za mali jesteśmy by te nasze stopy były faktycznie jakimś bezpiecznikiem w warunkach kryzysu.

>Zgoda ale po co je napędzać. Pamiętasz zapewne złote lata carry tradingu.

Zapewne wrócą - żadne większe zmiany raczej nie zaszły.

>USA jest krajem federacyjnym a nie federacją krajów o własnych partykularnych i często sprzecznych interesach.

Do jakiegoś poziomu prowadzą tyle, że mają ujednolicone, jak inne stany, podatki federalne. Pytanie czy ich polityka stanowa jest tak znacząco różna od polityki państw narodowych UE?

> Z resztą z tego co pamiętam już próbowano znaleźć receptę na tą nierównowagę

Jak dla mnie podstawowym problemem było włączenie w jeden system walutowy oszczędnej północy i wyluzowanego południa. To przecież nie tak, że tylko Niemcy na tym zyskują - nie chce się pamiętać, że podatnik niemiecki de facto gwarantował stabilność walutową i niskie oprocentowanie długu co skrzętnie wykorzystały PIGSy. Źle im do tego czasu bynajmniej nie było.

>Tezy przedstawione w linkowanym przez Ciebie wywiadzie można już powoli weryfikować bo minęły ok. 2 lata i zamiast radzenia sobie mamy jednak pogłębiający się kryzys.

Cypr to przecież nie problem - nie będzie tez Słowenia jak do niej dojdzie. Problemem były Włochy i Hiszpania, a tam na razie przynajmniej odsunięto problem na dalszą przyszłość.

>no i mamy ten 2013

Możliwe choć dostępu do wiarygodnych danych nie mam. Z drugiej strony pytanie czy taki kurs euro nie dałby nam istotnej przewagi konkurencyjnej - tu już znowu powrót do obliczeń.
Grzegorz (2117 punktów)
>... Czy to oznaczało, że ten wzrost po prostu wynikał z napływu kapitału spekulacyjnego i dużego popytu na ryzyko w tamtym czasie?

Myślę że to dobra diagnoza, na rynku finansowym działają pewne mechanizmy całkowicie automatyczne co jest spowodowane najprawdopodobniej stosowaniem algorytmów zaszytych w programy komputerowe. Całkiem niedawno czytałem ciekawy artykuł w tym przedmiocie - stosowanie odpowiednich programów jest powszechne a spekulacje maja nie tylko ogromną skalę ale tez odbywają się w dość krótkich odcinkach czasu.

>DAX czy S&P dobiły czy nawet przebiły czasy przedkryzysowe, a my tkwimy w lesie. To by oznaczało, że ta nasza waluta jest bardzo podatna na spekulacje co euro by wykluczyło.

To dobry argument przemawiający za euro

>Pytanie na ile pewność prowadzenia biznesu jest wartością dodaną. Z moich rozmów z eksporterami są oni zdecydowanie za przystąpieniem.

Tak przypuszczam strefa euro to nasz strategiczny odbiorca. Jenak możliwość zyskania na konkurencyjności pozostaje mocnym argumentem.

>Być może ale też z drugiej strony można też wskazywać na relatywną słabość naszego eksportu jako składnika PKB (w porównaniu do takich Czech czy Węgier), małe skomplikowanie rynku finansowego (co w tej sytuacji okazało się zaletą) oraz stosunkowo duży rynek wewnętrzny.
>Innymi słowy pytanie na ile ta nasza zielona wyspa była wynikiem dewaluacji, a na ile była spowodowana powyższymi czynnikami?

Nasi bracia z za wielkiej wody wskazują to jako czynnik decydujący, od tego rozpocząłem ten wątek na forum. Zwróciłeś w tym miejscu uwagę na coś moim zdaniem bardzo istotnego co pominęli - rynek wewnętrzny oraz fakt że Polacy nie ograniczyli w tym czasie konsumpcji.

>Tyle, że akurat my mamy tą kotwicę budżetową, która jednak swoją rolę spełniła - tu się za wiele nie zmieni, a na pewno spadnie koszt obsługi naszego zadłużenia więc pod względem wydatków publicznych wydaje mi się to dużym plusem.

Tak progi bezpiecznościowe okazały się dobrym pomysłem natomiast co do kosztu obsługi zadłużenia to efekt ten będzie aktualny dla "nowego zadłużenia" oraz dla emisji denominowanych w euro, dla "starego" będzie musiało nastąpić przeliczenie, nie wiem jak to będzie dokonane pewnie nastąpi rolowanie obligacji i zapewne będzie trzeba jakoś uatrakcyjnić ta nową ofertę jeśli ma zaoferować niższe oprocentowanie.

>Siła nabywcza jest problemem jeśli inwestor zamierza sprzedawać na naszym rynku - jeśli zamierza eksportować to raczej znaczenie mają tylko koszty. Siła nabywcza też w pewnej części jest pochodną kursu walutowego.

Fakt mówiłem o tych którzy inwestują z zamiarem produkcji na nasz rynek. Co do siły nabywczej to wskazałbym jednak raczej dysproporcje w wysokości wynagrodzeń.

>Znowu wahania walutowe mogą to znacząco zmieniać - tu zdaje się za dużo zmiennych trzeba wziąć pod uwagę.

Moim zdaniem zmienić musiały by się po prostu dochody Polaków.

>Zdarza się ale są jednak duże obwarowania - w klasycznej gospodarce też to nagminnie się dzieje i chyba lepsza ta KE niż rządy narodowe, które zdecydowanie łatwiej ulegają nawet nielicznym grupom elektoratu.

To był przykład w odpowiedzi na Twoje pytanie. Z punktu widzenia ochrony konkurencyjności KE pełni w tym przedmiocie jak najbardziej pozytywna rolę. Fakt że takie działania są podejmowane jest pokłosiem partykularyzmu poszczególnych krajów a to wskazuje na realne problemy w procesie realnej integracji gospodarczej. Tu powracam do kwestii jak duże jest rzeczywiste przyzwolenie krajów UE na głębszą integrację. Nie twierdzę że to się nie uda ale twierdzę że po pierwsze jest ona ewidentnie niewystarczająca dziś i może nie przejść gładko w przyszłości.

>Pytanie czy rzeczywiście akurat stopy procentowe są tym czynnikiem, który tak korzystnie kształtuje naszą gospodarkę. Zakładając, że nie wpadliśmy w recesje przez płynny kurs walutowy to stopy procentowe akurat tu nie miały wielkiego udziału - obojętnie jakie by były kapitał w kilka miesięcy odpłynął zagranice i chyba nic nie było w stanie go zatrzymać. Za mali jesteśmy by te nasze stopy były faktycznie jakimś bezpiecznikiem w warunkach kryzysu.

Poluzowanie polityki pieniężnej i zwiększona podaż pieniądza odbija się na kursie waluty. Dodatkowo można i było to robione dokonywać interwencji na rynku walutowym poprzez sprzedaż euro za PLN.

>Do jakiegoś poziomu prowadzą tyle, że mają ujednolicone, jak inne stany, podatki federalne. Pytanie czy ich polityka stanowa jest tak znacząco różna od polityki państw narodowych UE?

Nie mam tu aż takiej wiedzy aby jednoznacznie coś stwierdzać ale przypuszczam że jednak nie da się porównać stopnia integracji stanów w ramach USA z naszym kontynentem.

>Jak dla mnie podstawowym problemem było włączenie w jeden system walutowy oszczędnej północy i wyluzowanego południa. /.../

Tak "swobodne" podejście do finansów publicznych to z pewnością czynnik numer jeden. Ja tylko zwracam uwagę że choć podatnik niemiecki może tego wcale tak nie odbierać ale to że dziś płaci za naszych kontynentalnych luzaków to nie do końca jest kwestia ofiarności i solidaryzmu. Niemcy najwięcej zyskali i zyskują dzięki euro.

>Cypr to przecież nie problem - nie będzie tez Słowenia jak do niej dojdzie. Problemem były Włochy i Hiszpania, a tam na razie przynajmniej odsunięto problem na dalszą przyszłość.

Czy to jest czy nie jest problem to zależy od punktu widzenia. Dla tych którzy mieli w tamtejszych bankach rachunki optyka jest inna. Oczywiście w skali globalnej nie jest to jakiś wielki pieniądz a jednak jak to mówią niesmak pozostaje i metoda jaka się posłużono jest wysoce dyskusyjna.

Dzięki za dobre i trafne argumenty (w końcu o nie prosiłem) jak napisałem niżej w odpowiedzi - nie jestem jakimś zaprzysięgłym wrogiem wspólnej waluty nie wieszcze też jej klęski myślę że po prostu należy, o czym tez wspominasz dobrze przeliczyć koszty i korzyści. Nie można zamykać oczu na zalety posiadania własnej waluty i na wady jakie ujawnia samo euro.

Pozdrawiam
01-04-2013 18:13 
 Ocena 3 na 3
MarcinK (9189 punktów)
cd

>Delors mówi o politycznym nacisku na rozszerzanie strefy euro mimo znacznych dysproporcji gospodarek które je przyjęły. Euro zatem było od początku bardziej narzędziem politycznym niż gospodarczym.

Każdy duży projekt, a akurat euro było wręcz gigantycznym, od polityki nie ma sposobu uciec. Bardzo łatwo w tym kontekście wskazuje się Grecję ale jak dla mnie akurat ona jest nietrafionym przykładem z 3 zasadniczych powodów:

1. Faktem już powszechnie znanym jest to, że Grecy sfałszowali statystyki by znaleźć się w tym elitarnym gronie. Trudno tutaj mieć do kogoś pretensje no chyba, że o tym decydenci wiedzieli;

2. Grecja w 2004 zafundowała sobie olimpiadę co też znacząco wpłynęło na ich sytuacją finansową: biznes.int(*)iada-dobila-grecje,531062,6837

3. Grekom niestety pozostały w głowach jakieś tradycje imperialistyczne co miało też wpływ na kształt ich wydatków - to piąty największy na świecie importer zbrojeniowy w latach 2006-2010, a liczy ten raj zaledwie 11 mln mieszkańców: www.altair.com.pl/news/view?news_id=5854

> Przypuszczam (choć to może zabrzmi jak teoria spiskowa) że w całym tym planie kryje się "metoda faktów dokonanych" - skoro tak trudno było doprowadzić do bliższej integracji metodami politycznych negocjacji obecnie mówi się o konieczności ustanowieni paktu fiskalnego czy integracji polityki bankowej z uwagi na kryzys strefy euro - doprawdy dziwny zbieg okoliczności

Ja tu nie widzę nic niezwykłego - normalnie podejmuje się jakieś nadzwyczajne działania dopiero w obliczu jakiegoś kryzysu - euro jako takie chyba się "z tłumu" specjalnie nie wyróżnia.

>Nie zgadzam się z twierdzeniami keynesizmu uważam, że nie sprawdził się i nie sprawdza na dłuższą metę, destabilizuje gospodarkę - de facto interwencjonizm sam z siebie powoduje cykliczne dekoniunktury i konieczność ciągłego manipulowania stopami procentowymi, jest jednak jedno ale - skoro nic nie wskazuje na to aby nasze szanowne władze zaczęły choćby myśleć o wprowadzeniu rozwiązań bardziej wolnorynkowych (ba tendencje są wręcz przeciwne) pozbawianie się możliwości wpływu na stopy procentowe czy też na kurs waluty jest po prostu nie mądre.

Pytanie jakie jest panaceum na to wszystko? Uważasz, że cykle koniunkturalne w odpowiednim modelu mogą całkowicie zaniknąć? Jakoś nie nie wyobrażam sobie, że jest wśród modeli jakiś Święty Graal, który wszystkie dotychczasowe bolączki odeśle do lamusa - to już dla mnie trochę magia.

Wielokrotnie czytałem, że jakoby standard złota ma być tym panaceum - czy rzeczywiście?
www.trystero.pl/archives/11804

A tu polemika: www.adamduda.pl/2012/02/25/sztywne-kursy/
Można tez tu dołączyć powyższy wywiad z Robertem Mundellem.

> Mówiąc obrazowo skoro gramy w towarzystwie szulerów i znaczonymi kartami to do licha nie wyrzucajmy asów z rękawa.

Patrząc po jakości naszej debaty publicznej wolałbym żeby zakazać jakiegokolwiek referendum, a decyzje pozostawić jakiemuś komitetowi technokratów przy NBP - fascynujące jest np. to: pl.wikipedia.org/wiki/Iluzja_euro . Wg mnie wprowadzenie euro powinno być maksymalnie decyzją ekonomiczną, a debata sprowadza się do tego czy w warzywniaku wzrosną ceny marchewki. Mnie przekonują twarde dane (choć tutaj wychodzą standardowe wady prognoz wieloletnich), a na razie wszelkie kompleksowe i wieloletnie analizy wskazują, że bardziej nam się opłaca być "w" niż poza. Kwestią dla mnie otwartą jest "kiedy", a nie "czy" no chyba, że sytuacja geoekonomiczna znacząco się zmieni.
02-04-2013 00:40 
 Ocena 1 na 1
Grzegorz (2117 punktów)
>Każdy duży projekt, a akurat euro było wręcz gigantycznym, od polityki nie ma sposobu uciec.

Pewnie ale jeśli mamy sytuację w której posługujemy się tego typu rozumowaniem:
Cytat:
W normalnych warunkach doradzałbym wejście. Nie tylko ze względu na to, że akcesja byłaby korzystna dla waszej gospodarki, ale również w imię powodzenia zjednoczeniowego projektu europejskiego.

to mnie osobiście zapala się czerwona lampka. Na ile wejście oznacza korzyści gospodarcza a na ile jest elementem czysto politycznym?
Nie ulega kwestii że aby projekt euro zaczął działać prawidłowo konieczna jest głębsza integracja fiskalna i gospodarcza czy wręcz polityczna - pytania na ile wśród krajów UE istnieje przyzwolenia na taką integrację? Moim zdaniem powinno się to wszystko jeśli już to odbyć w odwrotnej kolejności inaczej jest to uprawianie polityki faktów dokonanych.

>Ja tu nie widzę nic niezwykłego - normalnie podejmuje się jakieś nadzwyczajne działania dopiero w obliczu jakiegoś kryzysu - euro jako takie chyba się "z tłumu" specjalnie nie wyróżnia.

Moim zdaniem konieczność takiej integracji wpisana była w euro od samego początku, bez niej ten eksperyment od początku zawierał w sobie "bombę zegarową". Trochę może tu przejaskrawiam ale czy nie mamy do czynienia ze zmuszaniem krajów EU do większej integracji pod naciskiem kryzysu, który, w jakimś stopniu jest przynajmniej pogłębiany przez fakt wprowadzenia euro.

>Pytanie jakie jest panaceum na to wszystko? Uważasz, że cykle koniunkturalne w odpowiednim modelu mogą całkowicie zaniknąć? Jakoś nie nie wyobrażam sobie, że jest wśród modeli jakiś Święty Graal, który wszystkie dotychczasowe bolączki odeśle do lamusa - to już dla mnie trochę magia.
>Wielokrotnie czytałem, że jakoby standard złota ma być tym panaceum - czy rzeczywiście?
>www.trystero.pl/archives/11804
>A tu polemika: www.adamduda.pl/2012/02/25/sztywne-kursy/
>Można tez tu dołączyć powyższy wywiad z Robertem Mundellem.

Nie ukrywam że jestem akurat zwolennikiem "standardu złota". To jest temat na całkiem osobną dyskusję. Może jakiś nowy wątek warto rozpocząć.
Oczywiście jak w każdym sporze rożnych podejść i szkół każdy chwali swoje rozwiązania. Mnie do parytetu przekonują głównie dwie sprawy:

1) pieniądz ma charakter rynkowy - niezależny od wyborczych obietnic
2) pieniądz nie jest oparty na przepisie o prawnym środku płatniczym tylko na określonej wartości i prawie własności. Wymusza to całkiem odmienna do dzisiejszej politykę banków choćby w kwestii rezerw

Jak pewnie słusznie zauważysz w tym miejscu sobie sam w kolano strzelam bo przecież wychwalałam dewaluację więc od razu wyjaśnię że wychwalam ja jako mniejsze zło w warunkach w których wprowadzenie np. parytetu oceniam niestety na bardzo mało prawdopodobne.

Wpływ parytetu na koniunkturę wydaje mi się dość oczywisty - od dawna funkcjonujemy w świecie nieustannego zaciągania kredytu względem przyszłych okresów opartego na prognozowanej stopie wzrostu gospodarczego. Wyraża się to min. nieustanną inflacją. W takich warunkach jakikolwiek zastój gospodarczy (bo mimo wszystko nie wierzę w to aby przestały istnieć cykle koniunkturalne w ogóle) staje się niemal natychmiast kryzysem bo przecież nasz wzrost gospodarczy jest już po części skonsumowany.
Można wiec w skrócie powiedzieć ze nie chodzi o likwidację cykliczności w gospodarce tylko o to jakie owa cykliczność niesie skutki - jeśli mówiąc obrazowo moje dochody obniżają się to moja sytuacja inaczej wygląda kiedy po prostu mam mniej niż miałem, a inaczej kiedy a konto tych zarobków już się zadłużyłem.

>Patrząc po jakości naszej debaty publicznej wolałbym żeby zakazać jakiegokolwiek referendum, a decyzje pozostawić jakiemuś komitetowi technokratów przy NBP - fascynujące jest np. to: pl.wikipedia.org/wiki/Iluzja_euro . Wg mnie wprowadzenie euro powinno być maksymalnie decyzją ekonomiczną, a debata sprowadza się do tego czy w warzywniaku wzrosną ceny marchewki. Mnie przekonują twarde dane (choć tutaj wychodzą standardowe wady prognoz wieloletnich), a na razie wszelkie kompleksowe i wieloletnie analizy wskazują, że bardziej nam się opłaca być "w" niż poza. Kwestią dla mnie otwartą jest "kiedy", a nie "czy" no chyba, że sytuacja geoekonomiczna znacząco się zmieni.

Referendum - nie koniecznie, natomiast na pewno sprawę trzeba porządnie zbadać bez sentymentów. A na chwile obecną należałoby czekać przynajmniej do czasu zakończenia kryzysu.

Pozdrawiam
03-04-2013 10:09 
 Ocena 2 na 2
MarcinK (9189 punktów)

>to mnie osobiście zapala się czerwona lampka. Na ile wejście oznacza korzyści gospodarcza a na ile jest elementem czysto politycznym?

Zapewne zawsze przy dużych projektach kompromisów uniknąć nie sposób - choćby nasze wejście do UE - na dzień wejścia przecież wszystkich wymagań akcesyjnych nie spełnialiśmy. Nie mówię, że to dobrze ale chyba tak już musi być.

> Moim zdaniem powinno się to wszystko jeśli już to odbyć w odwrotnej kolejności inaczej jest to uprawianie polityki faktów dokonanych.

W czasie hossy euro było gigantycznym sukcesem. Teraz rozmawiamy w warunkach największego kryzysu od lat 30-tych ubiegłego stulecia. Ciekaw jestem komentarzy za kilka lat.

>Trochę może tu przejaskrawiam ale czy nie mamy do czynienia ze zmuszaniem krajów EU do większej integracji pod naciskiem kryzysu, który, w jakimś stopniu jest przynajmniej pogłębiany przez fakt wprowadzenia euro.

To chyba efekt kryzysu jako takiego, a nie euro - dla przykładu Islandia poważnie zastanawia się nad wprowadzeniem wspólnej waluty gdzie w dobrych czasach nie był to temat specjalnie priorytetowy.

>Nie ukrywam że jestem akurat zwolennikiem "standardu złota". To jest temat na całkiem osobną dyskusję. Może jakiś nowy wątek warto rozpocząć.

Widzę, że rozpocząłeś - chętnie poczytam. Zamieszczę tez tam jedną uwagę.

>Wyraża się to min. nieustanną inflacją. W takich warunkach jakikolwiek zastój gospodarczy (bo mimo wszystko nie wierzę w to aby przestały istnieć cykle koniunkturalne w ogóle) staje się niemal natychmiast kryzysem bo przecież nasz wzrost gospodarczy jest już po części skonsumowany.

Ja nie widzę problemu z kredytowaniem jako takim tyle, że, jak wszystko w życiu, trzeba to robić z głową. Kluczowym dla mnie pytaniem jest, który system per saldo zapewnia lepsze warunki rozwoju.

>Referendum - nie koniecznie, natomiast na pewno sprawę trzeba porządnie zbadać bez sentymentów. A na chwile obecną należałoby czekać przynajmniej do czasu zakończenia kryzysu.

Być może ale tu znów wyliczenia - z drugiej strony ten kurs dałby nam chyba dość mocną przewagę konkurencyjną.

Na koniec jeszcze jedna uwaga - moim zdaniem euro nie upadnie ze względu na gigantyczny koszt takiej operacji. Gdyby faktycznie miało do tego dojść to dopiero wtedy byśmy zrozumieli co to jest "kryzys" bo to byłaby matka wszelkich poprzednich. Osobiście nie chciałbym by za mojego życia do czegoś podobnego doszło nawet jeśli ktoś ma jakiś genialny plan by czymś to zastąpić - problem, że zanim on zacznie działać to minie przynajmniej, i to już raczej huraoptymistyczny scenariusz, dekada, a ta dekada byłaby całkowitym chaosem.
03-04-2013 15:35 
 Ocena 2 na 2
Grzegorz (2117 punktów)
>Zapewne zawsze przy dużych projektach kompromisów uniknąć nie sposób - choćby nasze wejście do UE - na dzień wejścia przecież wszystkich wymagań akcesyjnych nie spełnialiśmy. Nie mówię, że to dobrze ale chyba tak już musi być.

Wejście do pewnego "klubu państw" to jedno - ot wielostronna umowa międzynarodowa, poziom integracji gospodarczej czy politycznej tych państw to drugie i tu już są poważne zgrzyty, choćby wokół słynnej konstytucji, a zupełnie trzecią sprawą jest, wobec problemów integracyjnych, wprowadzać wspólną walutę i to w warunkach braku rozwiązań "awaryjnych". Stąd moja obawa że polityczny optymizm "nieco" przeważył przemyślenia ściśle gospodarcze.

>To chyba efekt kryzysu jako takiego, a nie euro - dla przykładu Islandia poważnie zastanawia się nad wprowadzeniem wspólnej waluty gdzie w dobrych czasach nie był to temat specjalnie priorytetowy.

Są tacy którzy w samym euro widzą przyczyny kryzysu, ja bym tak daleko nie szedł ale nie ulega kwestii, że jego wprowadzenie z jednej strony podniosło zdolność kredytową państw, które z niej skwapliwie skorzystały, z drugiej uniemożliwiło zastosowanie możne nie najlepszego ale na pewno najszybszego środka aby całą sprawę zakończyć. Może szkoda, że nie poszliśmy w trzecim kierunku możliwym czyli bankructwa?

>Ja nie widzę problemu z kredytowaniem jako takim tyle, że, jak wszystko w życiu, trzeba to robić z głową. Kluczowym dla mnie pytaniem jest, który system per saldo zapewnia lepsze warunki rozwoju.

Moim zdaniem trzeba zwrócić uwagę że nie ma czegoś takiego jak stały rozwój. System nie musi sobie "radzić" z rozwojem, system musi sobie radzić z kryzysami a te przynajmniej w myśl teorii jakie przedstawiłem w kolejnym wątku być może są częścią składową, wręcz cechą systemu.

>Na koniec jeszcze jedna uwaga - moim zdaniem euro nie upadnie ze względu na gigantyczny koszt takiej operacji. Gdyby faktycznie miało do tego dojść to dopiero wtedy byśmy zrozumieli co to jest "kryzys" bo to byłaby matka wszelkich poprzednich. Osobiście nie chciałbym by za mojego życia do czegoś podobnego doszło nawet jeśli ktoś ma jakiś genialny plan by czymś to zastąpić - problem, że zanim on zacznie działać to minie przynajmniej, i to już raczej huraoptymistyczny scenariusz, dekada, a ta dekada byłaby całkowitym chaosem.

Nie wieszczę upadku euro, w końcu USA też zasypało pustym pieniądzem niebotyczną wydawałoby się dziurę. Kto by wcześniej pomyślał że zerowo oprocentowane papiery (ba ujemnie) znajdą nabywców. Tu już zagrała polityka na najwyższym szczeblu nawet Chinom zależało na zachowaniu status quo.

Chciałbym po prostu aby Polska skorzystała maksymalnie na tym, że jeszcze euro nie ma i aby nie pchała się do tej integracji walutowej na zasadzie - tak szybko jak to możliwe bo podpisaliśmy umowę.

Pozdrawiam
Konowal (6291 punktów)
>Stąd moja obawa że polityczny optymizm "nieco" przeważył przemyślenia ściśle gospodarcze.
Nie do końca. ie wszystkie państwa straciły gospodarczo, a niektóre nawet zyskały, zaś "awaryjnie" też potrafią swoje interesy ochronić.
> Może szkoda, że nie poszliśmy w trzecim kierunku możliwym czyli bankructwa?
To fakt, ale niestety nie decydują o tym rynki tylko politycy.

>Chciałbym po prostu aby Polska skorzystała maksymalnie na tym, że jeszcze euro nie ma
ano chciałoby się :-/

Socjalizm albo zdrowie - wybór należy do ciebie
Rozumiej, abyś mógł wierzyć - wierz, abyś mógł zrozumieć.
św. Augustyn
AndyPSV (-14 punktów)
(zablokowany)
Usunięte przez moderatora

Wróć do listy wątków działu Gospodarka i ekonomia
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365