Racjonalista - Strona głównaDo treści
Wyjasnienie - ostrzeżenie

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Bazgroły
NapisanoAutorTytuł
06-06-2014 00:04de Vill (1165 punktów)Wyjasnienie - ostrzeżenie
Nie zdążyłem, wątek przedawniony, więc nie pozostaje nic innego jak zacząć nowy.
Wstęp można odpuścić i przejść do rzeczy, czyli w dół, do tego co niżej pod linkiem prowadzącym do tego przedawnionego wątku.

Spędziłem kilka tygodni daleko od Polski, wśród fajnych ludzi i teraz mam nieodparte wrażenie, że trafiłem, wróciłem do katolickiego domu wariatów.
I to nie przeciętnego, ale do oddziału zamkniętego.
Niby nic nowego, ale jak się z tym na stale obcuje to następuje przyzwyczajenie i się tego tak nie zauważa. Wystarczy wyjechać na trochę tam gdzie normalniej i widać jakim patologicznym skansenem Polska się stała.

Poprzedni wpis był robiony nerwowo, na szybko, tuż przed wyjazdem, po tym jak mnie pewien prezes i jego zastępca solidnie wkurzyli swoją pazernością, w końcu nie wytrzymałem i gdy im powiedziałem, że nowe autko jednego (za sześciocyfrową sumkę) i nowa chałupka drugiego, to za ciężką pracę, ale nie ich, a ludzi których zatrudniają, taka sekretarka właściwie stale zajęta, pracuje więcej i ciężej niż obaj wzięci do kupy, a zarabia ochłapy, więc nazywając sprawy po imieniu to obaj są mocno przepłacanymi pasożytami, to się oczywiście na mnie śmiertelnie obrazili.
Ja tam nie mam problemu gdyby ktoś mnie nazwał pasożytem to bym się nie obraził... bo sam tak siebie nazywam. Dodanie sobie ładnie brzmiącej nazwy jak udziałowiec, inwestor czy biznesmen nie zmieni faktu, że żyję, zarabiam głównie na cudzej pracy, czyli jestem pasożytem.

Rękę dam sobie uciąć, że gdyby im dać milion, a co tam milion, 10 miesięcznie, to obaj by sobie to zracjonalizowali, jak im podobni zawodowi prezesi, że to słuszna zapłata za ich ciężką pracę. Za tydzień startuje kopanina w Brazylii, mecze wieczorem i nocą, więc niejeden prezes, narzekający regularnie na socjalistycznych nierobów, długo i ciężko "popracuje" siedząc przed zajmującym prawie pół ściany gabinetu odbiornikiem. Ten obrażony na mnie na pewno. 4 lata temu tak "pracował", przed ekranem ,tylko w innych godzinach bo turniej był w RPA, wiem bo parę razy przy tej "pracy" towarzyszyłem.

Wieczorem po spotkaniu z tą dwójką jeszcze coś załatwiałem z krewnym, był wściekły, według jego słów to pewna wyjątkowa menda, która narobiła gnoju i którą powinien się zająć prokurator ma już przyszykowane miękkie lądowanie na świetnie płatnym stanowisku (chodzi o mendę rodzaju męskiego) i to mnie dodatkowo wkurzyło.

Zrobiłem coś niepojętego dla tych dwóch opisanych i przeróżnych skowrinsynków, zapłaciłem sporo by harować fizycznie, przez półtora miesiąca, praktycznie cały dzień, za darmo, jak jaki niewolnik. To nie masochizm, robiłem coś pożytecznego i jest satysfakcja.

Teraz rozmyślam nad czymś bliższym. Niedźwiedzia tylko w cyrku i zoo widziałem, a w okolicy rumuńskiego Brasov jest azyl dla niedźwiedzi, to jednak bardziej wczasy i mają tylko trzy miejsca. Chorwackie Kuterevo, tańsze, prymitywniejsze, a sądząc z fotek to zapasy z takim futrzakiem niewykluczone.
A dalej jak o zwierzaki chodzi i sporo drożej jest np. RPA- azyl dla gepardów. Drogo, ale podaję by co poniektórych ucieszyć. Tam jest bariera wiekowa, tylko ludzie między 18 a 55 rokiem życia są przyjmowani.


Najwyższy czas rozjaśnić poprzedni wpis.
www.racjonalista.pl/forum.php/s,615079#w615266

Pewnego dnia, w jednym z kasyn Atlantic City, gdy odpoczywałem w kasynowej restauracji po grze w pokera, zadowolony, bo miałem dobrze ponad tysiąc dolarów więcej niż kilka godzin wcześniej, dosiadł się do mnie jakiś osobnik, zagaił rozmowę i bez zbędnych ceregieli poinformował, że jest ktoś, kto z wielką chęcią zobaczyłby moje palce i przy okazji balls zmiażdżone przez imadło, bowiem cholernie mu się nie spodobało co te palce wyprodukowały na jego temat. Po czym, nie dając mi dojść do słowa, oświadczył, że zaprzeczenie tylko pogorszy moją sytuację i na sto procent skończę jako pokarm dla świń albo ryb atlantyckich. Wyjął notes i z niego odczytał, że tego i tego dnia, o tej i tej godzinie, tam i tam napisałem to i to. Podał też co wie o mnie, gdzie i z kim mieszkam, gdzie ona pracuje, gdzie mieszkają i kim są jej rodzice, że jej starsza siostra mieszka daleko - w Phoenix i spodziewa się dziecka, a ja mam krewnych, emigrantów z Polski, w Kanadzie, w Toronto.
Na koniec dodał, że mnie to płazem nie ujdzie i mam spodziewać się najgorszego. Wstał i wyszedł, a ja nigdy wcześniej ani później nie byłem tak zaskoczony i zdumiony jak wtedy. To było jak bokserski nokaut.
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

de Vill (1165 punktów)
Oszołomiony wróciłem do siebie, odpaliłem kompa i znalazłem te wpisy. Sprzed niespełna dwóch miesięcy, z dwóch dni, z publicznego kompa bo nasz był w serwisie.
Nie do uwierzenia, internet pełen wszelakiego guana, nie trzeba wielkiego wysiłku by ze sto wpisów, podobnych do tych moich paru, napisanych przez różnych ludzi o tym facecie, znaleźć. Dla pewności posprawdzałem, w wyszukiwarce wpisując nazwisko i dodając słowa w rodzaju asshole. Sporo tego, potężnie chamskich też nie brakowało, a moje były tylko mocno złośliwe. Ten facet to był tylko o jaki stopień niżej od najgorszych kreatur republikańskich, więc nic dziwnego, że wzbudzał niechęć i antypatię wielu.
Nic mi nie pasowało, czemu akurat ja? Niemożliwe by próbowano i co ważniejsze dano radę zdobyć dane aż tylu piszących, dotarcie i odkrycie mnie to już była spora, kosztowna i skomplikowana operacja. Bez zapisu z kamer to było praktycznie niemożliwe, ale jak dopasowano twarz do nazwiska i jak trafiono na adres?

Teraz gdy Snowden się pojawił, ze swoimi rewelacjami, bardzo możliwe, że to było o wiele prostsze niż wtedy myślałem. Jeśli służby inwigilowały emigrantów to wystarczyło tylko się dostać do mojej teczki. Wizja Orwella faktem.

Doszedłem w końcu do wniosku, że pewnie miałem wyjątkowego pecha, facet miał gorszy dzień, wpadł akurat na mnie, może paru innych, wkurzył się i postanowił, mając taką możliwość, dać nauczkę.

Gdy moja partnerka wróciła z pracy opowiedziałem co zaszło. Nie uwierzyła, uznała to za mój, bardzo głupi, żart.
Później opowiedziałem znajomym, reakcja podobna, nikt tego nie wziął serio. Nie dziwiłem się, sam wyśmiałbym kogoś opowiadającego taką nieprawdopodobną historię. Mnie oczywiście do śmiechu nie było, pocieszałem się, że gdyby faktycznie miano mnie w paskudny sposób torturować i ukatrupić to to by się stało bez ostrzeżenia, a teraz gdy o tym wiem, opowiedziałem to jest to jakieś zabezpieczenie.
Zgłosić to na policję? Jeszcze uznają, że bredzę i licho wie czy nie wyląduję na obserwacji w jakim szpitalu psychiatrycznym. Odpadało.

Regularnie mnie różne nieprzyjemne myśli nachodziły. Kot lubi się pobawić zdobyczą zanim ją wykończy i może jest podobnie, może facet ma nieuleczalnego raka i mu wszystko jedno i właśnie załatwia i opłaca bandziorów? Taki paskudny osobnik jest zdolny do wszystkiego...
Do głowy mi też przyszło, że to nie robota wykpionego przeze mnie X, a jakiegoś jego wroga Y i jestem pionkiem, faktycznie mnie utłuką, a ten X będzie miał jednak kłopoty. Niby kompletna fantazja, ale bardzo nieprzyjemna, fatalnie na samopoczucie wpływająca.
Ładunek wybuchowy w samochodzie? Zapewne kompletna bzdura, ale gdzieś to w głowie siedziało i przy zapalaniu auta nerwy były. Ciężarówka staranuje albo zepchnie, absurdalne, ale gdy na drodze taki potwór na kołach się zbliżał to niepewnie się czułem. Sfingowany napad i kulka w łeb, albo nocne włamanie i zastrzelenie nas obojga?
Nic dziwnego, że przyszło mi do głowy, że dobrze byłoby jednak nabyć broń palną by poczuć się pewniej. Skończyło się, tak jak myślałem, kłótnią z partnerką, jako dziewczynka, po rodzinnej tragedii, postanowiła, że nigdy się u niej w domu broń palna się nie pojawi. Zdania nie zmieniła, jeśli kupię broń to koniec z nami, najpierw ja wylecę z domu, za chwilę broń, a przy okazji doszła do wniosku, że to wszystko to był mój wymysł w celu nabycia broni. Może i bym próbował ją przekonać i na swoim postawił, ale w New Jersey broń jest domowa, można mieć na terenie prywatnym, by nosić publicznie, potrzebne zezwolenie, a o nie trudno. Ja na pewno bym nie dostał, napisanie we wniosku, że stale jej potrzebuje bo obawiam się o życie z powodu czterech wpisów w internecie spowodowałaby to co zgłoszenie się na policję, uznano by mnie za mocno odchylonego od normy psychicznej, równie dobrze mógłbym napisać, ze to dla ochrony przed diabłem z Jersey (nie chodzi oczywiście o żadnego z hokeistów New Jersey Devils). Ryzykować ewentualne kłopoty nosząc nielegalnie nie miałem zamiaru. Odpuściłem.
Zresztą jedyne co by to dało to złudne poczucie, że w razie czego się obronię. Prawda jest taka, że gdyby jakieś zlecenie było, to byłbym martwy zanim zdołałbym sięgnąć po broń i to nawet mając ją pod ręką, w domu. Wtedy tak jednak nie myślałem, a jeśli nawet taka myśl przez głowę przeszła to odrzucałem.
de Vill (1165 punktów)
Jednak bardziej obawiałem się czegoś mniej drastycznego i krwawego, np. fałszywego oskarżenia o oszukiwanie w kasynie, co w najlepszym razie skończyłoby się wilczym biletem i nie wszedłbym już do żadnego. Najbardziej jednak obawiałem się podrzucenia, czy to do domu, czy do auta, narkotyków, po czym anonimowego telefonu na policję. Tego, że jakiś przekupiony, skorumpowany policjant mnie gdzieś na drodze zatrzyma i je podrzuci, aresztując od razu, też całkiem nie wykluczałem.
Z czegoś takiego to bym się nie wygrzebał i przy odpowiedniej ilości wylądował na kilkanaście lat w więzieniu. Emigrant bez pracy, bez udowodnionego dochodu, spędzający sporo czasu w kasynach to idealny kandydat na handlarza i nikt by nie uwierzył, że to prowokacja i wrobienie mnie. Nie miałem pewności nawet co do mojej partnerki, faktycznie pojęcia nie miała co robię i w końcu pieniądze, które zarabiałem mogły być nie z gry, a z handlu narkotykami.
Przyszło mi więc do głowy by zdobyć, nabyć szkolonego do wykrywania narkotyków psa, jakiego emeryta albo z jakiś innych powodów nienadającego się do normalnej służby. Obwącha auto, dom i jakby co to może w porę znajdzie. Powiedziała, że mnie już całkiem odbija... Wściekłem się i powiedziałem, że jak nam coś podrzucą to i ona może mieć kłopoty.
To nabyłem i zainstalowałem kamery, z czujnikiem ruchu, typu dzień-noc (podczerwień), włącza się toto i nagrywa gdy jakiś ruch wykryje, a i alarm można przyłączyć. Kupno i instalacja sporo kosztowały, ale jak ktoś podlezie nocą i spróbuje się włamać to go wykryją, a alarm odstraszy. Już pierwszej nocy rozległ się alarm. Wyrwany ze snu pofrunąłem niemal pod sufit, tętno skoczyło do ponad 200 uderzeń, złapałem bejsbola, wyłączyłem alarm, sprawdziłem dom, podwórko nic nie zauważyłem tylko pies sąsiadów wyszczekiwał w ich domu, pewnie go alarm obudził i wystraszył bo głośny to on był. O dalszym spaniu mowy jednak nie było, po ponad dwóch godzinach kolejny alarm! Tym razem błyskawicznie byłem przy oknie i jak poprzednio nic nie zauważyłem, a pies sąsiadów znowu zaczął szczekać .
Gdy się zaczęło przejaśniać przejrzałem zapis z kamer i sprawcę alarmów odkryłem. To był kot, pierwszy alarm był gdy przechodził przez nasze podwórko podczas swojej nocnej eskapady , drugi gdy z niej wracał. To zabawnie wyglądało, kot robi kilka kroków i nagle wystrzela w górę, po czym ucieka (alarm się włączył) ale wtedy mnie nie śmieszyło.
Nie było wyjścia, trzeba było alarm od tych kamer odłączyć, ona poszła przepraszać sąsiadów , a to kocisko regularnie, prawie co noc się nagrywało.
Wewnątrz domu też zainstalowałem kamery, jakby kto wlazł w trakcie naszej nieobecności i coś narkotykowego podrzucił to zapis mógłby mi pomóc i uchronić od mamra. W aucie zresztą też, bateryjne, włączałem je jak pojazd opuszczałem, gdyby ktoś drzwi lub bagażnik otworzył to byłby zarejestrowany.
Jak widać to się zaczęło już powoli o paranoję ocierać.

Gdy przyleciałem do Polski na pogrzeb. mimo tej całej paskudnej sytuacji, nieco odetchnąłem. Po kilku dniach oddech był głębszy i stopniowo dzień po dniu zaczynałem się normalniej czuć. Pobyt się zaczął przedłużać i przedłużył się na lata.

Podsumowując: parę głupich wpisów internetowych niesamowicie zafajdało mi życie. To, że kosztowało sporo zdrowia to małe piwo jest.

Teraz, po latach dochodzę do wniosku, że najpewniej chodziło tylko o to, bym się czuł jak się czułem, czyli jak zwierzyna łowna i by mnie psychicznie wykończyć.
de Vill (1165 punktów)
Wyjaśnienie dotyczące kasyna/ kasyn. Mieszkaliśmy o jakie 20 minut jazdy autem od Atlantic City, drugim dużym, po Las Vegas, ośrodkiem zalegalizowanego hazardu. To miasto to było najbliższe miejsce w okolicy gdzie można się zrelaksować i fajnie spędzić czas, sam spacer sławnym bulwarem, całość to bodaj prawie 9 km, może zająć parę godzin, a jak się zacznie po drodze zachodzić w różne miejsca to dzień na tym bulwarze zleci nie wiadomo kiedy.
Zawsze gdy tam wpadaliśmy, miałem ochotę zajść do któregoś z kasyn, ona nie miała jednak takiej chęci i nigdy nie dała się namówić by do środka zajrzeć, a mnie jakoś nie pasowało wejście samemu, nigdy w takim przybytku nie byłem i kompletnie idiotyczna myśl do głowy przychodziła, że jak tam sam wejdę to wszyscy zauważą, że zjawił się "kasynowy prawiczek".

Pewnej soboty pojechaliśmy do Atlantic City w czwórkę, z jej rodzicami. Oni mieli ciągotki hazardowe i postanowili wpaść na godzinkę do jednego z kasyn, a ja ochoczo do nich dołączyłem. Spróbowaliśmy szczęścia na automacie, a było na nim już ponad 1,5 mln do wygrania, potem oni zasiedli do ruletki, ja też chwilę pograłem, a następnie nieco już oswojony, zacząłem się rozglądać i chodzić po kasynie. Dotarłem do pokoju ze stołami pokerowymi, było parę wolnych miejsc i zdobyłem się na odwagę by zagrać. To był stół z najmniejszymi stawkami. Czas przy nim szybko zleciał, tak że w końcu zniecierpliwiony teść po mnie przyszedł, wstałem z wygranymi kilkudziesięcioma dolarami. Przypadkowa, szczęśliwa wygrana, ale ona mnie zainspirowała. Wymieniłem żetony na pieniądze i potem schowałem je na szczęście by przypadkiem nie wydać.

Wieczorem zacząłem w internecie poszukiwania i po paru dniach byłem właścicielem paru książek, podręczników pokerowych i dwóch gier, Casino Master oraz Texas Hold'em Poker. Gdy tylko był czas je studiowałem i trenowałem, grając na komputerze za wirtualne pieniądze. Po sprawdzeniu prawdopodobieństw z gier kasynowych i pograniu w nie, wypróbowaniu przeróżnych systemów mających pomóc w wygrywaniu, odrzuciłem wszystko, prócz blackjacka, najpopularniejszego pokera, oraz ruletki (w tym wypadku to zabawa dla relaksu bo to prościutka gra). Blackjack jest czysto matematyczny, tabele, jak grać w danym momencie, matematycy dawno temu opracowali, liczenie kart, które zeszły ze stołu, pomagające zlikwidować przewagę kasyna, też już ma ponad pół wieku i też to robota matematyków (w Casino Masters miałem kilka metod liczenia do wyboru). Na komputerze w blackjacka wygrywałem, ale z jego pomocą, program liczył za mnie karty, a w razie błędnej decyzji w grze ją korygował bym zagrał zgodnie z tymi tabelami. Możliwe też, że gra odbywała się jedną talią, a im ich więcej tym lepiej dla kasyna, bo liczenie kart wtedy mocno się "rozrzedza". Ponoć kasyna używają się nawet ośmiu talii.
Jako ciekawostkę podam, że wszelkie zapiski w kasynie przy tej grze są zabronione, więc co bardziej profesjonalni gracze w blackjacka do zapisywania, zapamiętywania stanu kart, które zeszły, używają stóp. Po prostu należy szybko w pamięci zliczyć, zsumować karty, które właśnie zniknęły ze stołu i w zależności od tego co wyjdzie odpowiednio ustawić, skrzywić prawą lub lewą stopę. Jeśli z liczenia kart wyjdą minusy to preferują one kasyno, plusy gracza. Ja minusy "zapisywałem" lewą stopą, ale można oczywiście odwrotnie, trzeba nabrać wprawy by stopę jednakowo ustawiać i odróżniać ustawienia blisko siebie czy to jest -2 czy -3. Po każdym rozdaniu następuje, lub nie, korekta ustawienia stopy albo nawet jej zmiana na drugą.
Stawki o które się gra ustala się wedle tego liczenia, im więcej minusów tym mniej należy obstawiać, z plusami oczywiście postępuje się odwrotnie. Ponoć są ludzie -komputery, którzy opanowali pamięciowo i te tablice i liczenie i, co w tym najłatwiejsze, optymalne dobieranie stawek, zdolni wygrywać z kasynami, ale raczej cudów nie ma, kasyna mają swoje sposoby by takiego delikwenta, zwłaszcza jeśli za dużo wygrywa, się pozbyć i jestem mocno sceptyczny, czy taki ktoś z tego da radę wyżyć. Ja kilka razy spróbowałem w kasynach blackjacka, wymęczyło mnie to liczenie i wykręcanie stóp, wygrać nic nie wygrałem i dałem sobie spokój.
06-06-2014 00:14 
 Ocena 1 na 1
de Vill (1165 punktów)
Poker. Tu kasyno nie jest uczestnikiem gry, więc jest wszystko jedno kto wygra, bierze tylko swoją działkę za udostępnienie stołu i kart (ja to żartobliwie nazywałem opłatą ubezpieczeniową od noża albo kulki w brzuch) i wystarczy być lepszym od około 70 procent grających by wychodzić na swoje, częściej wygrywać niż przegrywać. Potrzebna do tego wiedza, praktyka i trochę szczęścia i chętni do gry amatorzy.

Gdy uznałem, że już co nieco wiem i umiem pojechałem do kasyna. Wygrałem nieco ponad 300 dolarów, pamiętam, bo sobie to przemnożyłem przez 30 dni miesiąca i wyszło niemal dokładnie 10 000. To mnie zachęciło do dalszej nauki i treningów.
Zacząłem dwa razy w tygodniu, po pracy, zajeżdżać do kasyna, różnie bywało trafiały się oczywiście przegrane, ale ogólnie to na plus wychodziłem. Jej, wiedząc, że ją hazard wkurza, nic nie powiedziałem, a właściwie poinformowałem, że muszę zostawać dłużej w pracy. Skutek tego okazał się dość łatwy do przewidzenia.
Pewnego dnia, gdy skończyłem grę i już wychodziłem, włączyłem telefon i ten niemal natychmiast zadzwonił.
Ona z drugiej strony. Rozmowa brzmiała mniej więcej tak:
- Jesteś w pracy?
- Właśnie wychodzę...
- Uhm i byłeś tak bardzo zajęty, że musiałeś telefon wyłączyć?!
- Bateria słaba, ładowarki nie mam to wyłączyłem...
- Słaba? Moja na szczęście mocna i dodzwoniłam się do pracy, podali, że od dawna cię nie ma, potem zadzwoniłam do twojego szefa i wyobraź sobie nie miał pojęcia, że miałeś i masz jakieś nadgodziny! Do domu nie masz po co wracać, zostań z nią!
Wyłączyła się. Od razu oddzwoniłem.
- Nie rozłączaj się i posłuchaj. Jestem w Caesars, w kasynie, sam, tuż przed twoim telefonem skończyłem grę w pokera i jestem nieco bogatszy niż dwie godziny temu. Spróbuję kogoś z tu obecnych złapać by to potwierdził.
Zacząłem zaczepiać ludzi i prosić by parę słów do telefonu, skąd dzwonię, powiedzieli, i w końcu dwie mi pomogły w tym starsza pani.
-W poprzednie dni było to samo, grałem w kasynie. Nie mam żadnego romansu! Wiem, że tego grania nie akceptujesz i dlatego prawdy nie powiedziałem, przepraszam. Jakaś rekompensata ci się należy. Ta sukienka, która tak ci się ostatnio podobała, ale wysoka cena zniechęciła, powinna jeszcze być, ten butik niedaleko stąd, pójdę i ją kupię, ekstra pieniądz jest, albo.. lepiej będzie jak sama przyjedziesz, obejrzysz jeszcze raz dokładnie i przymierzysz. Idę tam i jeśli będzie zadzwonię byś przyjechała.
Cisza z drugiej strony.
Dotarłem na miejsce, kiecka była.
Zadzwoniłem, odebrała - jest, przyjeżdżaj, przypilnuję by nikt nie kupił, czekam. Znów się nie odezwała, ale przyjechała.
No i moją wygraną zainkasował butik.
de Vill (1165 punktów)
Od tego dnia już oficjalnie po pracy dwa razy w tygodniu odwiedzałem kasyna. Robiłem wyliczenia i wychodziło, że gdybym się na to całkowicie przerzucił, to grając jak gram, za te same stawki, zarobię więcej, procentowo nawet sporo więcej, niż harując na etacie i to zajmie nie osiem, a dwie, trzy godziny dziennie. Kusząca perspektywa. W końcu podjąłem decyzję, poszedłem do szefa i powiedziałem coś w tym stylu, że ja tu haruję, ani chybi niedługo zacznę tracić zdrowie, wzrok mi się pogorszy, kręgosłup skrzywi, nadgarstek zdegeneruje, a taki pasożyt- prącie rady nadzorczej, za popierdzenie przez dwie godziny w fotel dostaje ponoć 8000, sporo więcej niż ja zarabiam przez miesiąc, to jest skandal, skurwysyństwo i żądam podwyżki. Otrzymałem odpowiedź, że teoretycznie to mam rację, a praktycznie to podwyżka może kiedyś będzie, a jak teraz chcę zarabiać więcej to droga wolna, mogę szukać lepiej płatnego zajęcia. Tego się spodziewałem i nie zostało nic innego jak się zwolnić.

Przez trzy, cztery miesiące nie przyznałem się, że teraz moje miejsce pracy to stół pokerowy w kasynie. Drugi miesiąc był fatalny, zarobiłem mniej niż na etacie, ale pociechą było to, ze jednak wyszedłem na plus.
Poparcie i wsparcie dostałem od teściów, którzy podeszli do sprawy po amerykańsku, pragmatycznie.
Oni: Są z tego pieniądze?
Ona: Są.
Oni: Większe niż były z pracy?
Ona: Większe.
Oni: To dlaczego dziewczyno narzekasz i się martwisz?! Powinnaś się cieszyć!

Trwało trochę zanim ustaliłem poziom stawek dla mnie optymalny, gdy grałem o wyższe sumy pojawiła się blokada, lęk przed przegraną i moja jakość gry się obniżała. Musiałem wrócić do poziomu, w którym czułem się najbardziej komfortowo i już na tym stanąłem, nie był to ten najniższy z którego startowałem.

Miałem zasady których się trzymałem. Gram zawsze za określoną sumę starając się wygrać określoną. Jeśli wygram, osiągnę już pewien pułap, odkładam z tego 70 procent, staram się tego nie ruszać, to moja pewna wygrana na ten dzień, w wyjątkowej sytuacji, gdy trzeba sprawdzić, a brakuje dobiorę, ale tylko raz (wygram od razu uzupełnię tyle ile zabrałem). Potem gram już tylko tymi wygranymi 30 procentami i jeśli się uda je pomnożyć, znów odkładam nadwyżkę z tego, itd do czasu aż te 30 procent początkowej wygranej w końcu przegram, albo co się bardzo rzadko zdarzało nie przegram, ale będę miał już dość gry. W przypadku przegranej, spłukania się z pieniędzy przerywam grę i nie kontynuuję, nie sięgam po kartę kredytową, nie wracam do stołu, nie próbuję się odegrać. Trudno to opanować, bo chęć natychmiastowego odegrania się jest mocna, ale jest to najgłupsze co można zrobić, prawdopodobieństwo, że się odegra jest dużo mniejsze od poniesienia kolejnych strat. Trzeba po prostu uznać, że to nie mój dzień, karta nie idzie, rywale za mocni i pogodzić się ze stratą. Poza tym natychmiastowe odgrywanie się, próba tego, to pierwszy stopień do uzależnienia lub już uzależnienie. A takich nie brakowało, najwięcej ich płci obojga widywałem przy automatach.
Ja w wypadku przegranej, jeśli pogoda była w miarę sprzyjająca od razu wychodziłem, najczęściej docierałem na plażę i robiłem długi spacer brzegiem Atlantyku. Szum morza dobrze działa na nerwy, uspokaja. Gdy pogoda była paskudna to zazwyczaj zasiadałem do ruletki, obstawiając, zazwyczaj bezmyślnie, za najmniejsze możliwe stawki , to co najprostsze, czyli kolory. Zdarzało się zabawiać, wyszło czerwone, to obstawiłem czarne i na odwrót. Wydaje się, że obstawiając przeciwny kolor do tego, który wyszedł powinno się częściej wygrywać, ale nic z tego. W takiej grze, o stałe niskie stawki, zazwyczaj się przegra, ale niewiele.
Systemów do gry w ruletkę jest sporo, żaden nie jest na dłuższą metę skuteczny. Oczywiście można wygrać, nawet dużo ale tak jak i w innych grach kasynowych nie można regularnie wygrywać, bo wszystkie one tak wymyślone i ustawione by preferować, w mniejszym lub większym stopniu kasyno, dawać mu przewagę nad graczem.
de Vill (1165 punktów)
Kiedyś gdy przegrałem, jednym z tych którzy zgarnęli moją kasę był mocno wiekowy, dobrze trzymający się mężczyzna. Wstałem, podziękowałem za grę, on chyba skorzystał z okazji bo zrobił to samo. Wyszliśmy razem i mieliśmy przy tym typową amerykańską rozmowę - small talk. Pogratulowałem wygranej, podziękował, powiedział, że traktuje grę jako trening umysłowy, grywa najczęściej w internecie, a tu, czy do Vegas wpada na tydzień mniej więcej co dwa miesiące, bo nie ma to jak gra z żywymi ludźmi bezpośrednio. Na pieniądzach mu nie zależy, ma ich dosyć, gra dla zabawy. Jeśli mam ochotę to postawi mi drinka by mi osłodzić przegraną. Pogoda była paskudna, wiało i padało, nie było nawet 11, za cztery godziny śladu po tym nie będzie, więc się zgodziłem.
Poszliśmy do baru, pogadaliśmy i w końcu spytał skąd jestem, widać mój akcent mu spokoju nie dawał.
Ja;Poland.
On:Poland, General Maczek, czy znam, wiem?
Ja: Znam, druga wojna, Overlord, Normandia, wyzwolenie Belgii , Holandii.
On: Świetnie, to ja coś pokażę, mój talizman.
Wyciągnął solidne etui, otworzył i pokazał wnętrze. Etui okrywało stare prawo jazdy z okresu drugiej wojny. Tyle że to nie było zwykłe prawo jazdy, a wojskowe - na czołg Sherman. W czasie drugiej wojny, nie mając nawet 20 lat, był kierowcą czołgu, uczestniczył w lądowaniu w Normandii w 1944 kierując przy tym czołgiem amfibią, tak zwanym DD (Donald Duck) tank.
Na jednym drinku się nie skończyło, przegadaliśmy wiele godzin, ja głównie pytałem i słuchałem, jednocześnie żałując, że nie mam czegoś w rodzaju dyktafonu, do nagrania tego co mówił, pod ręką. Wolałem po tym nie ryzykować powrotu autem i musiałem dzwonić by przyjechała mnie zabrać.

6 czerwca 70 rocznica lądowania. Jeśli on żyje to ma prawie 90 lat.

Ostatnio parę razy trafiłem na linki do tego
www.roulettebotplus.com/384c8.lp/sub=178556
Z ciekawości sprawdziłem i to nowe niesamowite, wygrywające cudo, to jest brodaty praprapradziadek ruletkowych systemów, jeszcze z XVIII wieku! Tak zwana progresja lub Martingale. Metoda na wiele niskich wygranych i nieuniknioną prędzej czy później totalną klęskę. Omijać! Tak jak i inne "wygrywające" systemy. Wygrywających nie ma, nie było i nigdy nie będzie.

Byłbym zapomniał jest przecież pewien geniusz ze Świdnicy, zwący się Ryszard Onopiak, który jeszcze w ubiegłym wieku sprzedawał opatentowane przez niego genialne wygrywające systemy w lotto Victory Systems. Dalej sprzedaje tyle że inne, to zapewne jego facjata
pl.linkedin.com/pub/ryszard-onopiak/84/17/544
Prawdziwy altruista, zna sposoby na wygrywanie i dzieli się z innymi za marne pieniądze 39 zł za najtańszy system, 139 za trzy systemy.
U wrednych oszustów takie i im podobne systemy, programy komputerowe je tworzące, są za darmo.

O Atlantic City najlepszy film fabularny zrobił, co ciekawe, Francuz - Louis Malle. Z tytułem problemu nie było - po prostu wybrano Atlantic City. Film z 1980, gdy miasto było w przebudowie (widać to często w tle), zaczynało się powoli dźwigać z upadku. Nie wiem czy to było świadome, raczej nie, ale wyszedł mu paradokument. Kręcił w plenerze, w autentycznych miejscach i sporo z budynków widocznych w filmie za kilka lat już nie istniało, a miejsca, ulice czy ten bulwar wyglądały zupełnie inaczej. Dla mnie to co w filmie widzę było i jest w większości obce. Film czasem się pojawia na kanałach filmowych UPC.

A jak kto ciekaw do czego ludzie zdolni i się nie zetknął, to proponuję poszukać co w czasie drugiej wojny światowej wyrabiali Japończycy z Jednostki 731 (Unit 731, po angielsku można sporo więcej znaleźć). Gdyby dało radę cofnąć się w czasie to bym im naszego geniusza ze Świdnicy podesłał, pięknie by go ogolili.
Wenancjusz (16441 punktów)
Witam!
Nie powiem, ale czytałem z zainteresowaniem, choćby dlatego, że kiedyś zagadnienie przewidywania wygranych w grach losowych mnie intrygowało dość mocno do czasu gdy Hugo Steinhaus (matematyk, ekonomista skończył Uniwersytet Lwowski, po wojnie mieszkał i pracował we Wrocławiu) wyleczył mnie z tej obsesji (wydał książeczkę na temat gier nie pomnę tytułu, powinien być w internecie). On uświadomił mi co to są gry "sprawiedliwe" i "niesprawiedliwe". Wyjaśnił mi też istotę przypadkowości w grach losowych (chodzi o totolotka). Z tego wszystkiego pozostał mi tylko sentyment do gry w brydża, której nie unikam, gdy mam okazję. Oczywiście brydża sportowego jako wydania najbardziej zbliżonego do gry "sprawiedliwej". Zaglądałem do metod proponowanych przez różnych "myślicieli", wynalazców systemów, na końcu picerów i oszustów obiecujących powodzenie w grach liczbowych (cały czas odnoszę się do totolotka). Sprzedają swoje pomysły za darmo, co już świadczy o podejrzanej konduicie takich metod. Logika narzuca sama, że jeśli metoda jest skuteczna, to dlaczego mieszka w mieszkaniu komunalnym i jeździ 15-letnim rzęchem? Dlaczego tej świetnej metody sam nie zastosował na sobie, a szuka szczurów do eksperymentu? Więc systemy i "niezawodne" metody proponowane przez różnych cwaniaczków mnie nie obchodzą. Jeśli takie systemy by były, to firma totolotek już dawno by splajtowała, a twórca takiego systemu nie podzieliłby się nim z nikim. Nie sprzedaje się kury znoszącej złote jajka. Kolego szanowny. Napisałeś dość sążnisty praktycznie artykuł przybliżywszy w ten sposób, mi bynajmniej, egzotyczny światek gier i graczy. Jest troszkę inny jak ostatnie posty forumowiczów. Szczególnego niesmaku doświadczyłem po postach na temat informacji o śmierci gen. Jaruzelskiego. Wzajemne kłótnie forumowiczów zjechały z tematu wiodącego na żenujące wzajemne wytyki i przycinki. Kolego, wprowadziłeś troszkę świeżości. Czytałem z przyjemnością i zaciekawieniem. Pozdrawiam.


Ich bin besser als mein Ruf

Wróć do listy wątków działu Bazgroły
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365