Czytuję sobie od czasu do czasu ekonomiczne artykuły, głównie dla rozrywki, a nawet - dla śmiechu, i co trochę napotykam w nich na bardzo dziwne słowa, przywołujące na myśl jeszcze dziwniejsze obrazy. Trudno pozostać obojętnym wobec ich natłoku szczególnie w tekstach, które wzywają do ekonomicznych reform. Okazuje się bowiem, że ekonomiczne reformy, żeby były skuteczne, muszą być zawsze "twarde", "brutalne" i "bezwzględne". Zastosowana terapia w ekonomii zawsze musi być "bezkompromisowa", "nie idąca na żadne ustępstwa", a najlepiej - "szokowa" (na tyle, żeby "przeorać" to i owo). Można do niej społeczeństwa jedynie "zmusić", co jest możliwe tylko, jeśli się je weźmie w "karby" i "nagnie" do nowych wymagań, "zapędzi do pracy" z "pełną konsekwencją". Itp. itd. Być może to tylko projekcja, ale czy to zdrowe, żeby ludzi z taką zwichniętą wyobraźnią dopuszczać do zabaw na żywej gospodarce, a przede wszystkim - na ludziach? To w gospodarce już nie można na ładne oczy, po dobroci, z własnej woli, rąsia za rąsię i buzi-buzi, tylko od razu trzeba wyciągać pejcze, obroże i kajdany? Co Państwo na to?  Podkład muzyczny - coś dla kontrastu: youtu.be/qxtxax7uNaw |