Kiedyś, spacerując w wyjątkowo ciepły i słoneczny wrześniowy dzień parkowymi ścieżkami w lesistych okolicach wzgórza Bronisławy, na którym wznosi się kopiec Kościuszki, usłyszałem w zaroślach dźwięk melodii granej na flecie prostym. Zaintrygowało mnie to, gdyż ani czas, ani tym bardziej miejsce nie wydawało się odpowiednie do tego rodzaju koncertów; a muzyk był zaiste znakomity, a chociaż instrument bardzo niewyszukany, wprawne ucho natychmiast mogło rozpoznać biegłość znamionującą wirtuoza.
Ponieważ dźwięk dochodził z gęstych, okrytych wciąż jeszcze żywą zielenią niskich zarośli okalających starą austriacką bramę fortu, zaciekawienie skłoniło mnie, by zobaczyć tego niezwykłego grajka, który najwyraźniej grał sobie a muzom, nieświadom tego, że w tej opustoszałej o tej porze okolicy towarzyszy mu jakieś audytorium...
... i wtedy poczułem pewien irracjonalny lęk.
*
Wedle jednej z legend, które składają się na barwny, do dziś inspirujący świat mitologii greckiej, bóg Hermes, opiekun podróżnych, złodziei i pozostałych przedsiębiorców, w tym również pogrzebowych, bzyknął w chwili zapomnienia przypadkowo napotkaną nimfę, która skutkiem tego zrodziła potworka. Nie wiadomo dokładnie, którą tak zaszczycił, bowiem różne źródła podają odmienne imiona; najczęściej jest wymieniana Dryope. Również co do ojcostwa nie można być pewnym - cóż, nie można się dziwić owym niejasnościom jako że zapewne z uwagi na odrażającą prezencję latorośl ta nie była powodem do dumy dla żadnego z mieszkańców Olimpu.
Pan był bożkiem (bo nie pełnokrwistym bogiem) typowo rustykalnym, chętnie włóczącym się bez wyraźnego celu (przynajmniej dopóki nie zauważył jakiejś dwunożnej istoty) po wiejskich okolicach, lasach i pomieszkującym w skalnych grotach. Wydaje się, mówiąc bez ogródek, że był rodzajem seksualnego maniaka i dewianta w stanie permanentnej rui, który tak długo ścigał każde stworzenie zdolne do kopulacji, aż zdołał zaspokoić swoją chuć. Biorąc pod uwagę to, że miał, jako się rzekło, wygląd potworny (stanowił rodzaj hybrydy ludzko-zwierzęcej z koźlimi nogami i rogami) musiał zapewne być doskonałem biegaczem; inaczej marne raczej byłyby jego szanse na miłosne harce.
Kiedys wszak trafiła mu się nimfa imieniem Syrinx, która zdołała ujść do swoich towarzyszek ukrytych w trzcinach nad brzegiem strumienia; tam, aby ją ratować, zamieniły ją w jedną z trzcin. Ale rozochocony Pan zagiął na nią parol i mimo wszystko postanowił wydmuchać nimfę; a ponieważ nie wiedział, w które źdźbło powinien dąć, ściął kilka i zrobił z nich instrument, w którym dźwięk powstaje w ten sam sposób, co gwizd wiatru w odsłoniętej szyjce butelki: powietrze wirując wewnątrz rurki wytwarza szybkie drgania, które stabilizują się wywołując fale dźwiękowe.
Na pamiątkę po tym niezbyt udanym spotkaniu i po nimfie, która mu wycięła taki numer, nazwał ten instrument syringą, no i od tego zaczęła się jego kariera jako muzyka.
Ta też przebiegała odmiennie od typowych karier muzyków instrumentalistów czy śpiewaków. Za każdym razem, kiedy zbliżał się do jakichś osiedli czy pasterzy pasących owce na arkadyjskich wzgórzach, z nadzieją, że ktoś wreszcie doceni jego kunszt, ludzie i zwierzęta uciekali w popłochu, ogarnięci przemożnym strachem, który potem nazwano "paniką".
Nieszczęśnik, pierwowzór diabła rogatego, wygrywający smętne melodie, skazany był na los wiecznego outsidera.
*
... Posłuchałem jeszcze przez chwilę tej dziwnej melodii. Była chyba jedną z celtyckich, może irlandzkich pieśni. Nagle dźwięk ustał.
Nie odważyłem się podejść bliżej. Spokojnie oddaliłem się na południowe stoki wzgórza.
Dzisiaj fletnia Pana nie jest zbyt popularnym instrumentem; od czasów mody na muzykę peruwiańską czy George'a Zamfira minęło już niemal 40 lat, również i Vladimira Cosmę, wspaniałego francuskiego kompozytora też jakby nieco przykrył kurz.
A niesłusznie. Oto krótka (7') suita
Le grand blond avec une chaussure noire z roku 1972.
Proszę tylko nie panikować, bo posłuchać warto.
www.youtube.com/watch?v=35fDMq2x_eE