Racjonalista - Strona głównaDo treści
Nadczłowiek z Tymoszówki?

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Kultura
NapisanoAutorTytuł
21-08-2015 20:26Arminius (25555 punktów)Nadczłowiek z Tymoszówki?
Karol Szymanowski-genialny kompozytor-poczyniał sobie wcale udanie na niwie literatury.Jego szczytowym osiągnięciem na tym polu była powieść "Efebos",z drugiej poł.lat 30-tych XX w.,której rękopis spłonął w warszawskim domu Iwaszkiewicza,w 1939 r. Okazało się jednak,iż jego fragment ocalał od zapomnienia.W 1982r. muzykolog T. Chylińska,odnalazła jeden rozdział powieści w paryskim domu B.Kochno,kochanka kompozytora z lat jego młodości. Treści zawarte w "Efebosie" stanowią wielką i starannie ukrywaną sensację. Cóż więc w nim jest takiego kontrowersyjnego?
Kompozytor definiuje w "Efebosie" kluczowy dla jego światopoglądu element dionizyjski, wpasowując go-zapewne za T. Zielińskim,wielkim znawcą kultury antycznej-w nurt chrystianizmu i dokonując śmiałej syntezy tych dwóch pierwiastków."Efebos" to także apologia homoseksualizmu. Mistrz aprobuje każdą miłość,jednakże uważa,iż pełna emancypacja spod władzy pierwotnych instynktów występuje tylko w miłości homoseksualnej,co stanowi o jej duchowej supremacji.Tworząc swoje credo Szymanowski sięga po autorytet Platona i Nietzschego.W religii moment estetyczny stawia nad etycznym, chwaląc indywidualną energię,cielesne piękno,fizyczną sprawność. Utożsamia się więc zupełnie z ideami helleńskimi. Chrześcijaństwo z rygorystyczną moralnością, rugujące fizyczność i indywidualizm,jest dla niego odpychające. Za jego zwyrodnienie obwinia Żydów,wyznawców okrutnego Jehowy,będącego w swym sadyzmie antytezą miłosiernego Chrystusa. Apologii homoerotyzmu-miłości wyzwolonej z niewoli prokreacyjnych popędów-Szymanowski dokonuje w opozycji do heteroseksualizmu, rozprawiając się mizoginistycznie z kobiecością-jako jego conditio sine qua non.O kobietach pisze:"Zewnętrznie kobieta zmuszona jest w pewnej mierze uczestniczyć w życiu kulturalnym ludzkości i pozornie nie traci powierzchownego kontaktu z duchowymi osiągnięciami mężczyzn. Jednak w głębi swej istoty pozostaje tym,czym była odkąd świat światem,tj.kochanką i matką,przywdziewa tylko rozmaite maski w zależności od danej epoki historycznej,mając jeden cel: możliwie jak najbardziej spotęgować swoją siłę przyciągania mężczyzn.A jeżeli zapragnie zamanifestować siebie samodzielnie-wówczas po prostu małpuje mężczyznę, jego ruchy,czasami bardzo komicznie...".Kobiety przy efebach są brzydkie. Ich ciała są zdeformowane "macierzyńskim utylitaryzmem".Ich piersi "odstają jak ośle uszy", biodra są "zbyt rozwinięte",do tego "za grube łydki" i "za szerokie brzuchy",a wszystko to dla "tych nieprzyjemnych miesięcy, gdy kobieta przemienia się w jucznego wielbłąda". Żydom, prócz barbaryzacji chrześcijaństwa zarzuca,iż,"nie stworzyli niczego! Nie stworzyli metafizyki,nie stworzyli sztuki i filozofii. Nie stworzyli niczego także i w miłości. Zawsze byli mężami i żonami, czasem nałożnicami-ale nigdy kochankami.Bali się "grzechów sodomskich" i "przeciw naturze",nie przynoszących bezpośredniej korzyści, tj. potomstwa. Oni to po wsze czasy coitus nazwali miłością i na tej elementarnej formule zbudowali całą etykę seksualną...".Stary Testament to źródło nieszczęść:"Jakiej diabelskiej doprawdy presji zawdzięczamy fakt, że ta okropna,zasadniczo wroga nam, aryjczykom,księga już ponad 2000 lat truje nasz organizm".Dla mistrza nawet subtelniejsze fragmenty starotestamentowe są mało warte."Pieśń nad pieśniami"to "piękna pornografia,idealnie wyrażająca bestialski seksualizm tej rasy".Boleje nad tym,iż "dwie wyłączające się wzajemnie księgi:Stary i Nowy Testament,tak wyjątkowo splotły się ze sobą w naszej religijnej tradycji,nasza aryjska psychologia w najbardziej intymnej sferze życia zaczęła nasiąkać obcymi,wrogimi pojęciami..."
Jest prawdopodobnym,iż kompozytor,pisząc "Efebosa" pozostawał pod silnym wpływem T. Zielińskiego, wybitnego filologa klasycznego, zwolennika syntezy hellenizmu i chrystianizmu kosztem judaizmu, autora-znamiennego w swym tytule-dzieła "Hellenizm a Judaizm".Jest też możliwym,iż duży wpływ na jego poglądy wywarło dzieło O. Weiningera "Płeć i charakter",w którym postawił on tezę o niższości pierwiastka kobiecego względem pierwiastka męskiego,przyrównując przy tym-będąc Żydem-kobiecość do judaizmu. Weininger był szalenie popularny i miał przemożny wpływ na poglądy luminiarzy epoki.O popycie na poglądy Weiningera świadczy fakt, iż od 1903 r. do 1923 r. jego pracę wydano 25 razy.
Po lekturze "Efebosa" trudno uciekać w eufemizmy. Ale,o dziwo,wielu tak czyni. A przecież każdy-intelektualnie uczciwy-człowiek musi przyznać,iż poglądy Szymanowskiego wpisują się akuratnie w niemiecką doktrynę narodowosocjalistyczną i to w jej najbardziej wyrafinowanym nurcie.Powiało grozą-ale to jedyna możliwa konkluzja.A prowadzi do niej:primo,fascynacja mistrza aryjskością;secundo,jego homoerotyzm-tu należy wspomnieć o znaczącej roli jaką homoseksualizm odegrał w rozwoju nazizmu. SA była do cna homoseksualna("Zmierzch Bogów" Viscontiego, ze sceną orgii homoerotycznej, tuż przed "Nocą długich noży" czy też wielkie dzieło paradokumentalne J. Littella "Łaskawe");tertio, dążenie do odżydzenia chrystianizmu przez resekcję Starego Testamentu-identyczny ruch miał miejsce w III Rzeszy, gdzie w ramach kosciołów protestanckich zainicjowano ruch dejudeizacji chrystianizmu;quatro,zafascynowanie Nietzschem;quinto,niechęć do Żydów (psucie chrześcijaństwa,twórcza jałowość)-analogiczna do opinii Wagnera zawartej w "Żydostwo w muzyce";sexto,podziw dla antycznego wzorca pięknego ciała i fizyczności-zbieżny z poglądami czołowych ideologów nazistowskich i z nawrotem do kanonu klasycznego w dziełach A.Brokera-czołowego rzeźbiarza III Rzeszy;septimo,sąd o kobiecości-sytuujący mistrza w głównym(były wyjątki)nurcie nazizmu, wyrażającym się w sentencji:"kinder,kuche, kirche".
Wiemy już kim był K. Szymanowski. Wybierając się więc na "Króla Rogera" pamiętajmy o jego prawdziwej tożsamości, bo w dziele tym, to wszystko co zostało przez niego zawarte w "Efebosie" jest także obecne, jednakże na płaszczyźnie znacznie bardziej abstrakcyjnej i wysublimowanej.
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

klaio (1068 punktów)
Odnośnie "skażenia" chrześcijaństwa przez judaistyczny Stary Testament, Szymanowski nie rozumiał (tak jak Nietsche, co ujmy im nie przynosi, bo nie rozumie tego wielu wierzących), że Pismo Święte jest historią przedzierania się światła Prawdy przez zwierzęce ciemności człowieka. Dlatego nie musi w nim być pełnego odzwierciedlenia Prawdy, wiele jest tam opisów dobrych w intencjach, ale nieetycznych w skutkach czynów człowieka (np. w Księdze Królewskiej dowódca wojska Jehu zrozumiał Boga tak, że Ten każe mu wymordować rodzinę królewską wprowadzającą obce kulty, a w księdze proroka Ozeasza Bóg rzuca przekleństwo za tę jakoby zaordynowaną przez siebie zbrodnię).

Notabene wielu chrześcijan, w szczególności protestantów począwszy od Lutra oskarża hellenizm o skażenie chrześcijaństwa. Obie strony nie mają racji. Ja kieruję się katolicką perspektywą na te sprawy, która wygląda tak. Bóg prowadzi historię zbawienia przez nieprzypadkowe kultury począwszy od prymitywnych plemion pustynnych czerpiących wiele z sąsiednich wysokich kultur aż po ukształtowanie oryginalnej wiary i kultury Izraela, potem spotyka ich z Grekami, Rzymianami, Oświeceniem, modernizmem i postmodernizmem by wymienić tylko najważniejsze "spotkania". Z każdego z tych spotkań człowiek idący ku Prawdzie czerpie nowe rzeczy kierując się jedną zasadą - można wszystko dodawać, ale nie wymieniać.

I tak prawdopodobnie będzie spotkanie chrześcijaństwa z buddyzmem (już to się zaczyna) i Kościół być może coś zaczerpnie z tamtej kultury/religii, ale nie porzucając niczego z tego, co już odnalazł (np. tzw. "wysokiej chrystologii", czyli wiary w Jezusa Chrystusa jako Boga-Człowieka). Tak właśnie odpowiedział, jeśli dobrze zrozumiałem, Jan Paweł II na pytanie biskupów z Indii o relacje katolicyzmu i buddyzmu (proszę jednak nie czepiać się szczegółów, strasznie tę odpowiedź uprościłem).

A od siebie dodam, że być może Kościół spotka się tak kiedyś z ateizmem, co nam się wydaje dziś niemożliwe bez upokarzającego naszą dumę wyrzeczenia się przez jedną lub obie strony swoich przekonań. I stąd te napięcia (bo kłótnie o wchodzenie sobie na odciski są błahe), ale przy poszerzeniu horyzontów i zwiększeniu perspektywy kto wie, czy to będzie takie niemożliwe. Próby już są podejmowane np. przez teologów inspirowanych pastorem Bonhoeferem (tzw. "teologia śmierci Boga"), wiele jeszcze im brakuje, ale przecież nie ma potrzeby się spieszyć, niech to dojrzewa.

A co do afirmacji miłości homoseksualnej przez Szymanowskiego, to jest tak samo egocentryczna jak afirmacja miłości heteroseksualnej. Racjonalista powinien odnosić się seksu nieufnie (ale nie wrogo), bo wiemy, jakie głupoty potrafimy nawiwijać gdy nie panujemy nad sobą. Seks potrafi oderwać od rozumu. By ktoś mnie nie podejrzewał o augustiański manicheizm w tym względzie, powołam się na Kanta, który miał realistyczną ocenę tego obszaru życia człowieka.
22-08-2015 23:52 
 Ocena 2 na 2
Hodża (11172 punktów)
>A od siebie dodam, że być może Kościół spotka się tak kiedyś z ateizmem

Ależ już się spotkał. Większość kurialistów to 100% ateiści, ateizm watykańskiej kopuły daje się poznać pośrednio poprzez wielowiekową perspektywę cynizmu, obłudy i najbardziej ohydnych bezeceństw, których dopuszczali się rzymscy purpuraci.

Ale zasadnicza cecha, która sprawia, że ateizm z jednych czyni kanalie a z innych ludzi szlachetnych i dobrych, polega na uczciwości i wstręcie do kłamstwa. Tej cnoty brak temu środowisku, dla którego duszny swąd oszustwa i pozoru jest równie miły jak sępom smród padliny.

> (...) co nam się wydaje dziś niemożliwe bez upokarzającego naszą dumę wyrzeczenia się przez jedną lub obie strony swoich przekonań. I stąd te napięcia (bo kłótnie o wchodzenie sobie na odciski są błahe),

Och, taki Savonarola czy Giordano Bruno też nadepnął na odciski biskupom, że nie wspomnę o Lutrze. Nie ma błahych kłótni z Kościołem - ten zabija zawsze, kiedy tylko ma dość siły, by zgładzić oponentów. Macierz zabójców i krzywoprzysiężców - taka jest prawdziwa twarz tego stwora.

>A co do afirmacji miłości homoseksualnej przez Szymanowskiego, to jest tak samo egocentryczna jak afirmacja miłości heteroseksualnej. Racjonalista powinien odnosić się seksu nieufnie (ale nie wrogo), bo wiemy, jakie głupoty potrafimy nawiwijać gdy nie panujemy nad sobą. Seks potrafi oderwać od rozumu. By ktoś mnie nie podejrzewał o augustiański manicheizm w tym względzie, powołam się na Kanta, który miał realistyczną ocenę tego obszaru życia człowieka.

A ja bym nieufnie podchodził do poglądów filozofów na temat seksu. Wiadomo, wielu z nich łapało za pióro w akcie kompensacji, więc może nie powinni uchodzić za autorytety w dziedzinie seksuologii. Dużo bardziej ufam prof. Lew-Starowiczowi.


Dixi et salvavi animam meam
23-08-2015 01:00 
 Ocena 1 na 1
klaio (1068 punktów)
>>A od siebie dodam, że być może Kościół spotka się tak kiedyś z ateizmem
>Ależ już się spotkał. Większość kurialistów to 100% ateiści,
Nawet jeżeli tak, to nie za ich przyczyną Kościół trwa i trwa.

>> (...) co nam się wydaje dziś niemożliwe bez upokarzającego naszą dumę wyrzeczenia się przez jedną lub obie strony swoich przekonań. I stąd te napięcia (bo kłótnie o wchodzenie sobie na odciski są błahe),
>Och, taki Savonarola czy Giordano Bruno też nadepnął na odciski biskupom, że nie wspomnę o Lutrze. Nie ma błahych kłótni z Kościołem - ten zabija zawsze, kiedy tylko ma dość siły, by zgładzić oponentów. Macierz zabójców i krzywoprzysiężców - taka jest prawdziwa twarz tego stwora.
To jest twarz człowieka. Najbardziej pokorna i zahukana mniejszość gdy wpada w jej ręce władza robi z niej użytek przeciw drugim, czy to katolik, czy ateista.

>>A co do afirmacji miłości homoseksualnej przez Szymanowskiego, to jest tak samo egocentryczna jak afirmacja miłości heteroseksualnej. Racjonalista powinien odnosić się seksu nieufnie (ale nie wrogo), bo wiemy, jakie głupoty potrafimy nawiwijać gdy nie panujemy nad sobą. Seks potrafi oderwać od rozumu. By ktoś mnie nie podejrzewał o augustiański manicheizm w tym względzie, powołam się na Kanta, który miał realistyczną ocenę tego obszaru życia człowieka.
>A ja bym nieufnie podchodził do poglądów filozofów na temat seksu. Wiadomo, wielu z nich łapało za pióro w akcie kompensacji, więc może nie powinni uchodzić za autorytety w dziedzinie seksuologii. Dużo bardziej ufam prof. Lew-Starowiczowi.
Aaa, gdy Kant stawia znaki zapytania wierze, to dobry Kant, gdy stawia znaki zapytania zwierzęcości człowieka, to dziwak i samotnik, który nigdy nie wychylił nosa z prowincjonalnego Królewca. Tak właśnie przedstawia go Oxfordzki Słownik Filozoficzny.
Arminius (25555 punktów)Pan od kopania prądem
"Dużo bardziej ufam prof. Lew-Starowiczowi".
Poważny błąd, chyba że ma Pan szczególną predylekcję do bycia kopanym prądem. Szymanowski - wyrafinowany homoseksualista - z całą pewnością nie podzielałby pańskiej opinii gdyby wiedział o metodach leczenia homoseksualizmu stosowanych onegdaj z entuzjazmem przez profesora - celebrytę. Przypadek nieniejszy - nota bene - jakże udatnie potwierdza prawdę o względności prawdy, wyrażoną w sentencji: "prawda w nauce - to ostatnie odkrycie"

"O tym, że Lew-Starowicz jeszcze w czasie PRL-u próbował leczyć homoseksualistów prądem, wiadomo od roku. Seksuolog przyznał to w swojej biografii "Pan od seksu". Jak tłumaczył, działał w dobrej wierze, a pacjenci sami prosili o leczenie, bo byli przekonani, że są chorzy.
Seksuolog stosował wówczas tzw. terapię awersyjną wykorzystywaną także w "leczeniu" konwersyjnym. Polega na wywołaniu awersji, czyli uczucia wstrętu czy strachu, w tym przypadku do pociągu seksualnego do osoby tej samej płci.
- Leczenie wyglądało tak: jeśli homoseksualista oglądał męską pornografię i widać było, że na nią reaguje, dostawał uderzenie prądem. Nie chodziło o to, by ci ludzie tracili przytomność, ale aby odbierali ten bodziec jako przykry - opowiadał przed rokiem Lew-Starowicz".

wyborcza.p(*)eczenie-elektrowstrzasami.html
23-08-2015 02:15 
 Ocena 2 na 2
Quetzalcoatl (2779 punktów)
(zablokowany)
Odp: Nadczłowiek z Tymoszówki?
>Szymanowski nie rozumiał (tak jak Nietsche, co ujmy im nie przynosi, bo nie rozumie tego wielu wierzących), że Pismo Święte jest historią przedzierania się światła Prawdy przez zwierzęce ciemności człowieka.

Tzw. święte księgi zwykle są uznawane przez wyznawców danej religii za źródło prawdy. Nie ma przy tym żadnych weryfikowalnych przesłanek, aby założyć, że wszystkie święte księgi wszystkich religii są prawdziwe (zawarte w nich treści częstokroć by się wykluczały), ani nawet, że choć jedna z nich jest prawdziwa. Z tego chociażby powodu niedorzecznością jest utrzymywanie, że "Pismo Święte jest historią przedzierania się światła Prawdy", bo to oznaczałoby, że tylko ono jest źródłem prawdy, a to czysta uzurpacja.

>Bóg prowadzi historię zbawienia przez nieprzypadkowe kultury...

Po pierwsze - co to są "nieprzypadkowe kultury"?
Po drugie - historia zbawienia to koncepcja powszechnie wykorzystywana przez dziejopisów średniowiecznych, gdzie z uwagi na ówczesny poziom wiedzy o świecie całkiem dobrze pasowała. My jednak żyjemy o kilkaset lat później i mamy niczym nieskrępowany dostęp do idei znacznie bardziej pogłębiających i wzbogacających naszą refleksję na temat historii, tak więc warto z tych możliwości korzystać. Rozprawianie dziś o historii zbawienia jest jak ocenianie szans powodzenia z lotu ptaków.

>Z każdego z tych spotkań człowiek idący ku Prawdzie czerpie nowe rzeczy kierując się jedną zasadą - można wszystko dodawać, ale nie wymieniać.

Gdybyś troszkę lepiej znał historię, wiedziałbyś, że ten "człowiek idący ku Prawdzie" zwykle wzbrania się wszelkimi dostępnymi mu sposobami przed czerpaniem nowych rzeczy, które najczęściej traktuje jako zagrożenie dla wiary i tradycji. Uwaga ta dotyczy z grubsza wszystkich systemów religijnych.
A co do zasady "można wszystko dodawać, ale nie wymieniać", to trudno się z nią zgodzić. Systemy religijne nie dodają wszystkiego, lecz jedynie to, czemu nie potrafią się już dłużej oprzeć.

>A od siebie dodam, że być może Kościół spotka się tak kiedyś z ateizmem...

Już dawno się z nim spotkał. Przetrwał wprawdzie konfrontację z komunizmem (który notabene sam był tworem quasi-religijnym), ale nie idzie mu zbyt dobrze w zlaicyzowanych społeczeństwach Zachodu. I nie zanosi się na zmianę w tym względzie.
klaio (1068 punktów)
>Tzw. święte księgi zwykle są uznawane przez wyznawców danej religii za źródło prawdy. Nie ma przy tym żadnych weryfikowalnych przesłanek, aby założyć, że wszystkie święte księgi wszystkich religii są prawdziwe (zawarte w nich treści częstokroć by się wykluczały),
Na jeden szczyt może być kilka różnych podejść.

>>Bóg prowadzi historię zbawienia przez nieprzypadkowe kultury...
>historia zbawienia to koncepcja powszechnie wykorzystywana przez dziejopisów średniowiecznych, gdzie z uwagi na ówczesny poziom wiedzy o świecie całkiem dobrze pasowała. My jednak żyjemy o kilkaset lat później i mamy niczym nieskrępowany dostęp do idei znacznie bardziej pogłębiających i wzbogacających naszą refleksję na temat historii, tak więc warto z tych możliwości korzystać. Rozprawianie dziś o historii zbawienia jest jak ocenianie szans powodzenia z lotu ptaków.
Historia zbawienia to nie jest koncept średniowieczny, tylko jeszcze judaistyczny. W kolejnych epokach coraz to inaczej rozumiany lub doprecyzowywany. Współczesna wiedza jest dla mnie ważna, ale nie przesądzająca.

>>Z każdego z tych spotkań człowiek idący ku Prawdzie czerpie nowe rzeczy kierując się jedną zasadą - można wszystko dodawać, ale nie wymieniać.
>Gdybyś troszkę lepiej znał historię, wiedziałbyś, że ten "człowiek idący ku Prawdzie" zwykle wzbrania się wszelkimi dostępnymi mu sposobami przed czerpaniem nowych rzeczy, które najczęściej traktuje jako zagrożenie dla wiary i tradycji. Uwaga ta dotyczy z grubsza wszystkich systemów religijnych.
Zgadzam się, nie wiem, dlaczego miałby to być argument w naszej dyskusji. Są ludzie, którzy jednak łamią samych siebie i stawiają wbrew sobie kolejny krok, a inni idą za nim.

>A co do zasady "można wszystko dodawać, ale nie wymieniać", to trudno się z nią zgodzić. Systemy religijne nie dodają wszystkiego, lecz jedynie to, czemu nie potrafią się już dłużej oprzeć.
Też zgoda, jak coś jest prawdziwe, to czemu się temu opierać? Ale zasada, by nie wymieniać to co ugruntowane jest OK. Fizyka Newtona to przypadek szczególny fizyki Einsteina, tyle, że poznany nam wcześniej. Takich przypadków szczególnych fizyka einsteinowska może mieć więcej, nam jeszcze nieznanych. Sama też może być przypadkiem szczególnym jeszcze szerszej fizyki. Dlatego podtrzymuję tę zasadę, by dobierać nowe nie wyrzucając starego w chrześcijaństwie.

>>A od siebie dodam, że być może Kościół spotka się tak kiedyś z ateizmem...
>Już dawno się z nim spotkał. Przetrwał wprawdzie konfrontację z komunizmem (który notabene sam był tworem quasi-religijnym), ale nie idzie mu zbyt dobrze w zlaicyzowanych społeczeństwach Zachodu. I nie zanosi się na zmianę w tym względzie.
Poczekajmy jeszcze 100 lat i zobaczymy. Wiara przechodziła już niejeden kryzys związany z postępem materialnym i intelektualnym (np. hellenizacja judaizmu opisana w księgach machabejskich lub renesans i oświecenie) i zawsze jakoś z tego wychodziła. Owszem, w trochę innej postaci. Piszę to bez intencji postawienia na swoim, czerpania satysfakcji z nadziei, że jeszcze Kościół swoim wrogom "pokaże" swoją potęgę, bo mi na niej nie zależy. Z każdego takiego spotkania religia wychodzi zupełnie inna do tego stopnia, że jej tradycjonaliści z nową postacią zawsze się nie zgadzają uważają to za "zdradę". Ale wiara tli się dalej.
23-08-2015 14:27 
 Ocena 2 na 2
Quetzalcoatl (2779 punktów)
(zablokowany)
>>Tzw. święte księgi zwykle są uznawane przez wyznawców danej religii za źródło prawdy. Nie ma przy tym żadnych weryfikowalnych przesłanek, aby założyć, że wszystkie święte księgi wszystkich religii są prawdziwe (zawarte w nich treści częstokroć by się wykluczały),
>Na jeden szczyt może być kilka różnych podejść.

Może też nie być żadnego, a może być i takie podejście, którego się nie dostrzeże, bo nie przewidziała go dotychczasowa "mapa". Warto też w drodze na szczyt posuwać się coraz wyżej, zamiast drążyć tunele w głąb ziemi.

>Historia zbawienia to nie jest koncept średniowieczny, tylko jeszcze judaistyczny. W kolejnych epokach coraz to inaczej rozumiany lub doprecyzowywany.

Proszę nie przekręcać sensu moich słów! Nie napisałem, że "historia zbawienia" jest konceptem średniowiecznym, lecz że idea ta była powszechnie wykorzystywana w historiografii średniowiecznej, znacznie nam bliższej czasowo niż utwory bezpośrednio łączone ze starą tradycją judaistyczną.

>>>Z każdego z tych spotkań człowiek idący ku Prawdzie czerpie nowe rzeczy kierując się jedną zasadą - można wszystko dodawać, ale nie wymieniać.
>>Gdybyś troszkę lepiej znał historię, wiedziałbyś, że ten "człowiek idący ku Prawdzie" zwykle wzbrania się wszelkimi dostępnymi mu sposobami przed czerpaniem nowych rzeczy, które najczęściej traktuje jako zagrożenie dla wiary i tradycji. Uwaga ta dotyczy z grubsza wszystkich systemów religijnych.
>Zgadzam się, nie wiem, dlaczego miałby to być argument w naszej dyskusji.

Dlatego że obala Twoją wypowiedź o dodawaniu wszystkiego. Przeczytaj uważnie to, co napisałeś, oraz moją odpowiedź, a być może zrozumiesz, jaką ten argument pełni funkcję w naszej dyskusji.

>>A co do zasady "można wszystko dodawać, ale nie wymieniać", to trudno się z nią zgodzić. Systemy religijne nie dodają wszystkiego, lecz jedynie to, czemu nie potrafią się już dłużej oprzeć.
>Też zgoda, jak coś jest prawdziwe, to czemu się temu opierać?

Szkopuł tkwi w tym, żeby umieć ocenić, co jest prawdziwe. A o to ludzie potrafią toczyć wojny, nierzadko religijne.

>Ale zasada, by nie wymieniać to co ugruntowane jest OK.

Bzdura!!! Historia postępu zasadza się właśnie na rugowaniu ugruntowanych idiotyzmów, bo te są zwykle pętami ograniczającymi ludzkie możliwości działania. Takie ugruntowane idiotyzmy to choćby opór wobec rozwodów, ocenianie ludzi przez prymat wyznania lub szeroko rozumianej postawy religijnej, że nie wspomnę już o aktach rytualnego okaleczania itp.

>Fizyka Newtona to przypadek szczególny fizyki Einsteina

A co ma fizyka do religii? Fizyka przynależy do sfery nauki, co oznacza, że jest weryfikowalna, religia zaś zakłada pozarozumowe przyjęcie głoszonych przez nią dogmatów i jest nieweryfikowalna. Te dwie dziedziny ludzkiej działalności są nieprzystawalne (mimo niekiedy podejmowanych prób w tym względzie).

>>>A od siebie dodam, że być może Kościół spotka się tak kiedyś z ateizmem...
>>Już dawno się z nim spotkał. Przetrwał wprawdzie konfrontację z komunizmem (który notabene sam był tworem quasi-religijnym), ale nie idzie mu zbyt dobrze w zlaicyzowanych społeczeństwach Zachodu. I nie zanosi się na zmianę w tym względzie.
>Poczekajmy jeszcze 100 lat i zobaczymy.

Obawiam się, że nikt na tym forum nie zobaczy tego, co będzie za 100 lat. Nie zmienia to jednak faktu, że obecne procesy społeczne w obrębie cywilizacji Zachodu zdecydowanie nie upoważniają do optymistycznego patrzenia na demograficzną przyszłość Kościoła.

>Wiara przechodziła już niejeden kryzys związany z postępem materialnym i intelektualnym (np. hellenizacja judaizmu opisana w księgach machabejskich lub renesans i oświecenie) i zawsze jakoś z tego wychodziła. Owszem, w trochę innej postaci...

To że wiara chrześcijańska jak dotąd "jakoś" wychodziła z kryzysów, nie oznacza, że będzie tak zawsze. Warto w tym miejscu wspomnieć o niektórych innych religiach, które w następstwie spadających na nie kryzysów ginęły. Ciekawym przykładem może tu być choćby manicheizm (wymarła religia misyjna), który w czasach Cesarstwa Rzymskiego był nawet dość poważnym przeciwnikiem chrześcijaństwa.
Wypada też podkreślić, że z poważniejszych kryzysów Kościół często wychodził osłabiony (kurcząca się ekumena, utrata autorytetu, wzmocnienie się prądów przeciwstawnych), a jak wiadomo choćby z "Ambasadora" Mrożka, nie można się osłabiać w nieskończoność.

>Ale wiara tli się dalej.

Tak, ale tylko do czasu, aż wygaśnie (a historia zna takie przypadki).
diogenes (42753 punktów)
> ... poglądy Szymanowskiego wpisują się akuratnie w niemiecką doktrynę narodowosocjalistyczną...

Obawiam się, że post ten wpisuje się akuratnie w stronę www pt. Things That Look Like Hitler/ der führer is everywhere:

thingsthatlooklikehitler.com/page/2

(podstrona ta zawiera portret Szymanowskiego stylizowany na Hitlera).


Proszę zerknąć na Słopiewnie do słów Juliana Tuwima na głos i fortepian op. 46 bis (1921)...

www.youtube.com/watch?v=s2t8M2Q2f_A

Brzmi antysemicko, nieprawdaż?

Okres ważności moich postów kończy się z chwilą ich opublikowania.
Arminius (25555 punktów)Nie tylko fizjonomia
"(podstrona ta zawiera portret Szymanowskiego stylizowany na Hitlera)".

Nie przepadam za tego rodzaju stylizacjami, wolę debatę na poziomie merytorycznym. W przypadku Szymanowskiego tych zbieżności z ideologia narodowosocjalistyczną jest multum - więc trudno jest tak ot sobie przejść nad tym do porządku dziennego. Warto tu jeszcze zasygnalizować inny intrygujący problem, zazębiający się mocno z poprzednim
Otóż Szymanowski - podobnie jak wielu ówczesnych intelektualistów polskich - będąc produktem styku kilku kultur (Kresy ukrainnne), - miał jednakże ogromny respekt dla kultury niemieckiej. Ów fenomen - trwający u polskiej inteligencji do czasów II wojny światowej - widać przejrzyście u Iwaszkiewicza, ucznia i adoratora mistrza, który - na przykład - w "Czerwonych tarczach" ukazuje fascynację rozmachem cywilizacji niemieckiej, dostrzegając miałkosć, zacofanie i prowincjonalność piastowskiej Polski i postulując zarazem rodzaj jakiegoś polityczno - cywilizacyjnego przymierza z zachodnim sąsiadem.
24-08-2015 13:15 
 Ocena 1 na 1
diogenes (42753 punktów)Odp: Nie tylko fizjonomia
>wolę debatę na poziomie merytorycznym.

Obraz jest jak najbardziej na poziomie merytorycznym. Merytoryczność w końcu odwołać musi się do spostrzeżeń wzrokowych.

>W przypadku Szymanowskiego tych zbieżności z ideologia narodowosocjalistyczną...

Zbieżność nie ma nic wspólnego z utożsamieniem. Systemy mogą być niezależne, chociaż głoszą podobne lub identycznie brzmiące tezy. Strona, do której nawiązałem, w sposób obrazowy zwraca uwagę na zbyt pochopne uogólnienia.

>... ogromny respekt dla kultury niemieckiej.

Respekt dla kultury nie znaczy podporządkowania się, zniewolenia, zaprzeczenia własnego dziedzictwa. Ten respekt zakłada również negację: weźmy chociażby filozofię Augusta Cieszkowskiego, który, będąc uczniem Hegla, odrzucił heglizm jako zwieńczenie filozofii w ogóle (proponując kontynuację w postaci filozofii czynu). Respekt dla kultury niemieckiej jest o tyle paradoksalny, że nawet ofiary nazizmu skazane były na kreację w jej przestrzeni (w tej chwili myślę o Celanie). Ponadto sami Niemcy bywają na tyle krytyczni, że potrafią wyśmiać jej słabe strony: Nietzsche np. nie zostawił suchej nitki na niemieckiej Gemütlichkeit, a czuł się, jak pisze, na tyle Polakiem, żeby za Szopena oddać resztę muzyki.

>... miałkosć, zacofanie i prowincjonalność piastowskiej Polski i postulując zarazem rodzaj jakiegoś polityczno - cywilizacyjnego przymierza z zachodnim sąsiadem.

Takie postawienie sprawy wskazuje na zakamuflowany brak symetrii w ewentualnym "przymierzu". Mowa o prowincjonalnym charakterze Polski sugeruje, że centrum jest gdzieś poza Polską (Berlin?), i że ową miałkość ktoś inny uczynić ma czymś bardziej cennym. Niby kto? Czy sami Niemcy nie mają swoich regionów cywilizacyjnej miałkości? Wielokulturowość nie może mieć żadnych podtekstów imperialnych.

Okres ważności moich postów kończy się z chwilą ich opublikowania.

Wróć do listy wątków działu Kultura
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365