Powiadają, iż było trzech wielkich Mojżeszów. Pierwszy przeprowadził Żydów przez M. Czerwone, drugi Majmonides próbował dokonać przeszczepienia dorobku Arystotelesa na grunt judaizmu, trzeci Mendelssohn - jako czołowy przedstawiciel Haskali - wyprowadził Żydów z talmudycznych mroków i przesądów do krainy rozumu i oświecenia. Bo Haskala była właśnie żydowskim oświeceniem i jako taka opowiadała się za adopcją ideałów europejskiego oświecenia, za racjonalizmem, edukacją, integracją z otoczeniem, wyjściem Żydów z mentalnego, kulturowego i geograficznego getta. Haskala to temat rzeka. Dla potrzeb niniejszego wątku wystarczy tylko nadmienić, iż jedną z jej konsekwencji było wykształcenie się grupy żydowskich malarzy - rzecz do niedawna niepojęta, ze względu na zakaz wynikający z drugiego przykazania Dekalogu. Artyści żydowscy pojawili się także na gruncie polskim. Do najwybitniejszych należeli bracia Gottliebowie z Drohobycza (Leopold był malarzem Legionów Piłsudskiego), a poczesne miejsce wśród nich zajmuje także Samuel Hirszenberg. Urodzony w Łodzi w 1865 r. kształcił się w krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych, między innymi pod okiem Matejki. Następnie kunszt swój doskonalił w monachijskiej Akademii Sztuk Pięknych oraz w Paryżu. Zakończywszy edukację osiadł w Łodzi a następnie w Krakowie. W 1906 r. wyjechał do Jerozolimy i tam zmarł w 1908 r. Malarstwo Hirszenberga - o konwencji realistycznej z dużą dozą symbolizmu - koncentrowało się na tematyce żydowskiej. Lubował się w prezentowaniu żydowskiej tradycji, zwyczajów, świąt, historycznych zdarzeń. Jeden z jego ostatnich obrazów - zatytułowany "Spinoza wyklęty" - poświęcony został postaci, która swoimi poglądami i postawą antycypowała Haskalę z wyprzedzeniem półtorawiecznym.
Na pierwszym planie rzeczonego obrazu, po amsterdamskim bruku - zapewne już po akcie kahalnej anathemy - kroczy Baruch Spinoza, studiując wnikliwie gruby traktat, zapewne filozoficzny. Filozof jest samotny, dostojny, skupiony, godny, wolny. Jest cały w czerni, z białą hiszpańska krezą, akcentującą jego szlachetną aparycję. Prezentuje się jak klasyczny "Dutchman", żywcem wyjęty z "Lekcji anatomii doktora Tulpa" Rembrandta. Na drugim, nieodległym jednak, planie kłębi się gromadka Żydów - być może rabinów - którzy go ekskomunikowali. Jeden z nich schyla się po kamień - najpewniej w celu ciśnięcia nim w myśliciela. Pozostali, swoim "body language", emitują strach, nienawiść, przerażenie, odrazę. Instynktownie zbijają się w ciasny kłąb - jak stado zwierząt w obawie przed drapieżnikiem. Ich gesty i konwulsyjna dynamika ciał wyrażają zarówno strach jak i agresję. Dychotomia postaw filozofa i rabinów którzy go wyklęli jest zaprezentowana wyraziście i nie pozostawia żadnych wątpliwości. Jednakże bardziej intryguje scena, której interpretacja owych wątpliwości niewątpliwie nastręcza. Otóż nieopodal ciżby rabinów - ale wyraźnie od niej odseparowany - stoi przy ścianie domostwa młody mężczyzna. Obraz jest tak skomponowany, iż perypatetyczny Spinoza swoim ciałem oddziela go od reszty Żydów. Postać młodzieńca jest wielce symptomatyczna. Stoi przyczajony przy ścianie, jego twarz ma ściągnięte, ptasie rysy, charakterystyczne dla osobników złoczyniących, na głowie czarny kapelusz, zasunięty głęboko na oczy, z których - możemy domniemywać - piorunuje swym bazyliszkowym wzrokiem perypatetyka. Jego lewa ręka sięga za pazuchę - i już nam nasza wyobraźnia podpowiada, iż za moment wychnie stamtąd uzbrojona w jakąś krócicę czy inny kordelas, dokonując zamachu na życie głównego bohatera. Widząc go po raz pierwszy ("first impression matters) miałem instynktowne skojarzenie ze szpiegiem Don Pedro z Krainy Deszczowców oraz - przede wszystkim - z bohaterami westernów "klasycznego" Clinta Eastwooda. Ale nie możemy wykluczyć, iż ów młodzieniec nie tylko nie ma żadnych złych zamiarów wobec mistrza, więcej jest jego skrytym adherentem. Bo jego język ciała, aparycję, a nawet ubiór, można przy odrobinie fantazji, interpretować nie w kategoriach cech negatywno - agresywnych lecz, na odwrót, bojaźliwo - pozytywnych. Młodzieniec w takim ujęciu, stara się być nie zauważonym przez niepożądane oko ale zarazem pragnie zamanifestować swoją obecność podczas spaceru Spinozy. Jest przy tym wyraźnie odseparowany od ciżby rabinów, nie ma z nią żadnego junctim. Intryguje szczególnie jego gest sięgania/trzymania ręki za "pazuchą". Bo to przecież gest napoleońsko - stalinowsko - churchillowski. Taki gest to nie jest byle co! Zadałem sobie trochę trudu i zgłębiłem problem. I cóż się okazuje. Otóż jest hipoteza, według której, gest jak ów debatowany, miał swoje ukryte znaczenie i przesłanie wśród masonów!!! Nie udało mi się ustalić jakie dokładnie. Ale - znów - popuszczając trochę wodze fantazji, można sobie wykoncypować, iż ów eastwoodowski, posępny młodzian jest wielbicielem filozofa, który pomimo ryzyka, pojawił się na trasie jego spaceru i zakodowanym gestem przesyła mu określoną wiadomość albo przynajmniej wyrazy otuchy i sympatii dla jego poglądów.
commons.wi(*)zenberg,_Spinoza_wyklęty_(Excommunicated_Spinoza),_1907.jpg