Proszę o wybaczenie, że chcę reanimować temat sprzed niemal dwóch lat, z działu Ciekawostki, zatytułowany "Nie było cudu nad Wisłą" -
www.racjonalista.pl/kk.php/s,4326 Trafiłem kiedyś w prasie na ten temat i wzruszyłem ramionami. Usiłowanie sprostowania czegoś w prasie - wolałbym być Syzyfem. Ale coś takiego w Racjonaliście, w dodatku bez komentarzy - to już nie na moje nerwy.
"Sensacyjne odkrycie! - donosi dziennikarz.- Podczas wojny bolszewickiej 1920 roku Piłsudski wiedział o każdym posunięciu wroga. Zwyciężyliśmy, bo polscy kryptolodzy złamali najtajniejsze szyfry Armii Czerwonej. Pod koniec wojny odczytywaliśmy zaszyfrowane depesze szybciej niż sami Rosjanie".
Bardzo uczony doktor, pan Grzegorz Nowik, "autor książki o roli polskich kryptologów w wojnie roku 1920" (całej książki, rety!) odnalazł w Centralnym Archiwum Wojskowym całe worki nierozpakowanych tajnych sowieckich depesz z tego czasu. Dzięki tym depeszom Piłsudski "wiedział, gdzie jest" Armia Konna, "wiedział również, że Budionny zignoruje rozkazy najwyższego dowództwa i nie ruszy na pomoc Tuchaczewskiemu". Czyli wiedział więcej, niż sam Budionny był świadom!
To znaczy, nie było cudu nad Wisłą!
Mój komentarz.
Oczywiście, nie było cudu, bo cuda nie mają miejsca na wojnie. Było chłodne planowanie znających swą sztukę operatorów sztabowych, zorientowanych dostatecznie w zamiarach przeciwnika. Owszem, pochodziła ta wiedza także z deszyfracji rozmów telegraficznych, lecz było to źródło cząstkowe z prostego powodu - nie tylko bolszewicka, żadna wówczas armia na świecie nie dysponowała rozwiniętym systemem telegrafii. Bolszewicka nie dysponowała takim jeszcze po upływie 20 lat, w roku 1941, co wie każdy, kto choćby liznął temat. A nasza armia w 1939 ile miała radiostacji, z których nasłuchu można byłoby dowiedzieć się czegokolwiek? Nikt nie czytał o polskich telefonistkach, tych zwykłych, pocztowo-cywilnych, które przekazywały dowódcom naszych jednostek dane o wrogu? Skądże, u diabła, mieliśmy w 1920 roku odpowiedni sprzęt do nasłuchu? Czy uczony pan doktor i pan dziennikarz w ogóle mają pojęcie o tym, za co się zabrali?
Wiedza polskich sztabowców w 1920 roku pochodziła z normalnych źródeł: rozpoznania, łapania jeńców, żmudnego zestawiania i analizowania danych, w końcu z talentu i odwagi, z umiejętności przewidywania ruchów przeciwnika. Kim byli ci sztabowcy? Oto zagadka historii, konsekwentnie fałszowana przez apologetów nadętego wodza. Ten wódz nie był nawet wojskowym jak to należy rozumieć, mizerne miał doświadczenie, wyniesione nie z bitew, raczej z potyczek na szczeblu batalionu, bo niczym więcej nie dowodził w walce. Twierdzenie, że był autorem operacji znad Wieprza to tak, jakby przypisywać genialną kompozycję komuś, kto zna nuty na poziomie "Wlazł kotek".
Niestety, Piłsudski sam był autorem własnej legendy, odbierając zasługi podwładnym. Ich rolę przesłania mit wspaniałego wodza, czarny cień, w którym poznikali czasami bez śladu (vide gen. Zagórski). Jakoś szybko też znikli z wojska. Czy nie "dzięki" temu poziom naszych sztabowców roku 1939 nie dorównywał nawet taktycznej wiedzy o aktualnej wojnie? Czy nie "dzięki" temu mieliśmy straszliwy odwrót Armii "Pomorze" pod dowództwem cymbała, brak frontu na Podlasiu (vide obrona Wizny), te różne Słomianki i Wólki Węglowe, na koniec hekatombę Powstania Warszawskiego -?
Od dawna się zastanawiam, czy nasi dziennikarze, prócz umiejętności układania zdań (zresztą słabej), nie powinni mieć obowiązku znajomości - sam nie wiem czego. Historii? Życia? Bo odpowiedzialności za słowo żadna siła ich nie nauczy.
Bardzo uczony doktor odkrywca nawet mnie nie śmieszy. Jego to ja rozumiem. Cóż, pisze swoją pracę na temat gry w palanta. Wolno mu. Jeżeli ta praca zostanie przyjęta, doktor będzie wygrany. Uparty człowiek mógłby, owszem, powiedzieć, że takie imprezy nad Wisłą też nie są żadnym cudem.