Niestety żyjemy w czasach gdy chodzi się obejrzeć koncert, a nie wysłuchać muzyki. Wszelkie aspekty zdarzenia jak wyżej związane z doznaniami wizualnymi są tak samo ważne - a często odnosi się wrażenie, iż ważniejsze - niż cała audiosfera. Lokalizacja sali w której odbywa się koncert, jej wystrój, zaproszeni goście, toaleta kobiet, kto gdzie siedzi i z kim, aparycja wykonawców, ich strój, wreszcie, last but not least - ich mimika twarzy, gesty, ich "body language". Skoncentruję się na tym ostatnim wątku. Rzecz jasna nie chodzi o to aby wykonawca, np. pianista, siedział sztywno przy instrumencie i z kamienną twarzą wykonywał każdy utwór. Jednakże przesada w drugą stronę jest także absolutnie niewskazana. W niczym bowiem nie należy przesadzać. Także tutaj obowiązuje zasad aurea mediocritas. Pianista przekraczający ową cienką czerwoną linię i zaczynający........nadmiernie grać ciałem - łamie bowiem podstawową zasadę, która mówi, iż gesty i mimika twarzy winne zawsze być podporządkowane wykonywanej muzyce. Jeżeli tak nie jest, to primo, istnieje poważne ryzyko, iż jego występ przeistoczy się w rodzaj groteski - tragifarsy, secundo, iż jego gra ciałem stanowić będzie poważną przeszkodę w należytej percepcji muzyki - jego gry na instrumencie. Albowiem trudno jest się rozsmakowywać i kontemplować słodycz muzyki - w sytuacji gdy pianistą wstrząsają drgawki jakby chory był na pląsawicę bądź też konwulsyjnie zawisa co chwila nad klawiaturą - jakby wstrząsały nim dreszcze czy skurcze trzewi. Podobny problem pojawia się - gdy pianista przesadza w swym rozmarzeniu, uduchowieniu i medytacyjnym kontemplowaniu wykonywanego przez siebie utworu. należy pamiętać, iż od wzniosłości do śmieszności - tylko jeden krok. Aby zobrazować patologiczny fenomen jak wyżej - podrzucam link do koncertu fortepianowego Griega w wykonaniu Kati Buniatishvili www.youtube.com/watch?v=e1CMsIXBSss |