>
Jeżeli Boga nie ma to i tak lepiej w Niego wierzyć niż nie wierzyć ponieważ wiara daje nam nagrodęJeśli Boga nie ma, to trudno inaczej jak nic to określić. Więc dla świętego spokoju, krakowskim targiem, dla asekuracji polecasz wierzyć w nic. No bo zawsze ta nagroda nęci i zawsze będę w środku, czyli się nie wychylać podstawa. Ty jak ksiądz. Ma żyć w celibacie ale nie jest pewny czy wytrzyma. Więc dlaczego sobie nie amputuje narzędzia grzechu? Na wszelki wypadek zostawia?
>
czyli wierząc zyskujemy i nic nie tracimy kiedy by Boga nie było.Źle powyżej napisałem kreśląc taką Twoją postawę?
Co zyskujemy? Nagrodę? Jaką?
>
Jednak kiedy Bóg jest a my nie>
wierzymy tracimy wszystko.Czyli co ma być tym wszystkim?
>
Wniosek taki zakład jest funkcjonalny tylko kiedy Bóg istnieje. Zatem Bóg istnieje.>
Cnd (co należało dowiesc)A figa z makiem! To co sobie napisałeś nie ma prawa nawet stać obok dowodu. Dowód to pewien przewód myślowy krok po kroku, którym chcemy udowodnić stawianą tezę. Żeby jakąś tezę udowodnić trzeba przed tym dokonać jakichś założeń opartych na już poznanej wiedzy. Twoje założenie jest warunkowe, czyli nie zakłada nieistnienia Boga.
Cytat: Wniosek taki zakład jest funkcjonalny tylko kiedy Bóg istnieje. Zatem Bóg istnieje.
To nie jest wniosek ale założenie. A wniosek to na podstawie tego co napisałeś? Wybacz, ale dobrze się czujesz? Ty zakładasz, że Bóg istnieje. Więc nie możesz wnioskować powtarzając założenie. Całkiem pokręciłeś "tatę z mamą".
Co zrobić z tym, że Bóg nie istnieje? Czyli jest "nic"? Wtedy założenie należy wrzucić do kosza. Co? Tak rozumiem.
Wiesz jak widzę rozmowę ateisty (
A) z wierzącym (
W)? Przedstawię Tobie abstrakcyjną sytuację mającą Tobie wytłumaczyć jak ona wygląda, bo widzę że nie "łapiesz. Wyjaśniam, dlatego abstrakcyjną bo w rzeczywistości religiant nie słucha ateisty i forsuje tylko swoje opinie.
Sytuacja wygląda następująco. Przy stole siadają rozmówcy A i W. Na stole leży jabłko. Co do tego A i W są zgodni. Jabłko widać, można określić miejsce w którym miejscu leży, wyobrazić sobie jego zapach, smak, a nawet udowodnić jego istnienie przez to, iż można nim rzucić w kierunku rozmówcy i pozostawić ślad (siniak) o uderzeniu. To jest nasza rzeczywistość, real. Tak też powiedział
A.
A- To jest nasza rzeczywistość
W- Ale to nie wszystko.
A- A co jeszcze?
W- Nie uwzględniłeś jeszcze ananasa.
A- ?? Jakiego ananasa? Przecież na stole nic innego niema.
W- Nieprawda. Jest.
A- Gdzie? Nie widzę. Gdzie leży?
Z problemu wydawałoby się "zręcznie" wybrnął
W i odparł:
W- Wszędzie.
A podejrzliwie spojrzał na
W i zapytał:
A- Ja nie widzę a Ty widzisz? Udowodnij więc że ten ananas jest na tym stole.
W- Nie bądź śmieszny. Błądzisz. To nie wymaga dowodu, bo on jest.
A podejrzliwie patrzy na
W czy sobie nie robi z niego jaj holenderskich i pyta:
A- Nie wygłupiaj się i podaj dowód. Ja naprawdę nie widzę żadnego ananasa.
W- Właśnie tu leży klucz. Musisz pierw uwierzyć szczerze i głęboko, to wtedy dostąpisz łaski zobaczenia tego ananasa.
A skoro nie wierzysz w ananasa, to udowodnij(!), że ananasa nie ma.
Co sądzisz o takiej rozmowie? Lekko trąci o paranoję? Na tym forum wielokrotnie widziałem sytuacje, że zakładający wątek (religijny) żąda dowodu na nieistnienie. Ty też zakładasz tylko istnienie i stąd moja ciekawość czy nieistnienie trzeba udowadniać. Same określenie nic jest wystarczające. Nie trzeba "nic" udowadniać. To wynika z etymologii językowej.
W takiej sytuacji nie wydaje się Tobie śmiesznym zdanie: "No to udowodnij, że Bóg nie istnieje". Netykieta obliguje religianta forumowicza na udokumentowanie istnienia czegoś czego ateista nie widzi, a więc nie może zrozumieć. Co za przewrotna retoryka.
Na koniec uwaga. Jeżeli (założenie) wierzysz to Twoja sprawa, Jeśli nie chcesz być śmiesznym to nie próbuj udowadniać istnienia nieistniejącego.
Jednak jestem lepszy jak moja reputacja. Cholera! A może gorszy? Najgorsza ta niepewność.