Piotr Zychowicz, historyk rewizjonistyczny, autor "Obłędu 44" rozrachunkowej książki o Powstaniu Warszawskim, napisał kolejną pozycję, w której potargał na strzępy narodowe mity. Tym razem chodzi o książkę pt."Wołyń zdradzony". Zdradzony - zdaniem autora - przez polskie elity polityczne i wojskowe (zwłaszcza te ostatnie), które mogąc czynnie i skutecznie przeciwstawić się działaniom UPA na Wołyniu wiosną i latem 1943 roku nie zrobiły tego, gdyż kłóciło się to z ich priorytetową polityką walki z Niemcami oraz politycznego przejmowania władzy na wschodzie II RP idącego w parze z militarnym wspieraniem Sowietów. Skutki tej polityki były opłakane, jeszcze bardziej zaś tragiczne było zarzucenie aktywnej i należytej pomocy polskiej społeczności zamieszkującej wieś wołyńską.
Książka Zychowicza jest dobrze udokumentowana, czyta się ją z przejęciem i rosnącym zainteresowaniem/zaangażowaniem - polecam więc wyborna lekturę na jesienne wieczory, podrzucając tymczasem krótki wywiad z autorem rzeczonej pozycji i pozwalając sobie na dwie krótkie uwagi.
Otóż z książki Zychowicza wynika, iż decyzja władz AK o niezaangażowanie się w szeroką pomoc Polakom na wołyńskiej wsi mogła także mieć podtekst klasowy. Bowiem polska inteligencja i ziemiaństwo przebywało w swej masie w miastach i miasteczkach wołyńskich - w których stacjonowały niemieckie garnizony chroniące je przez atakami ze strony ukraińskiej, na wsi zaś mieszkali "tylko" chłopi. I to oni stali się obiektem głównego uderzenia ze strony Ukraińców. Po drugie - o czym autor w kilku miejscach pisze wprost - czynnikiem który w dużym stopniu przyczynił się do ocalenia wielu tysięcy wołyńskich Polaków byli....Niemcy, którzy primo strzegli miast jak wyżej, secundo, zaopatrywali polską, tworzoną doraźnie samoobronę w broń.
"Polskie władze tylko wtedy interesują się mordowaniem Polaków, jeśli mordercami są Niemcy" - to fragment raportu podziemia z ziem wschodnich RP, który cytujesz na samym początku książki. Naszych władz naprawdę nie interesował los Wołyniaków?
Nasze władze uważały, że koszmar, który rozgrywa się na Wołyniu, ma drugorzędne czy wręcz trzeciorzędne znaczenie. Dla Armii Krajowej priorytetem była akcja "Burza" i powstanie. Czyli walka przeciwko Niemcom. Większość wysiłków organizacyjnych była skupiona na szykowaniu się do tych działań. Władze Polskiego Państwa Podziemnego nie chciały dzielić swoich sił, nie chciały "marnować" broni potrzebnej im do przyszłej walki z Niemcami. Zamiast wystąpić zdecydowanie przeciwko ukraińskim nacjonalistom, toczyły z nimi pozbawione sensu negocjacje, wierząc naiwnie, że z banderowcami uda się jakoś dogadać. To były oczywiście mrzonki.W efekcie wojskowe struktury AK powstały na Wołyniu zbyt późno. Mimo licznych ostrzeżeń podziemie zbagatelizowało zagrożenie banderowskie. Nie stworzyło na Wołyniu oddziałów partyzanckich, które mogłyby bronić Polaków. Nie przysłało odsieczy z centrum kraju. Nie przysłało broni. A było przecież mnóstwo czasu na reakcję. Do pierwszej masowej zbrodni UPA na Polakach doszło w Parośli 9 lutego 1943 r., a do apogeum mordów w krwawą niedzielę - 11 lipca 1943 r. Co AK zrobiła przez ten czas? Niemal nic. Uzbrojone w noże i siekiery watahy banderowców i zwykłych chłopów bezkarnie wyżynały polskie wsie, nie napotykając nigdzie na opór AK. Walkę podjęły tylko stworzone spontanicznie ośrodki polskiej samoobrony i utworzone przez Niemców posterunki polskiej policji. Tak zwani "zieloni"."
dorzeczy.p(*)u-To-wstrzasajaca-ksiazka.html