Kilkakrotnie w moich wątkach poruszałem kwestie bezczeszczenia - w różnorakich okolicznościach przyrody i przez różnorakich osobników - błogosławionej ciszy. Wczoraj doświadczyłem kolejnej odmiany owego jakże niepożądanego stanu rzeczy. Byłem w mieście powiatowym, na sporym osiedlu, w mieszkaniu, którego okna były z lekka uchylone. I słyszałem wyraźnie każde słowo nabożeństwa, które odprawiano na podwórcu kościoła odległego od budynku w którym przebywałem jakieś 200 metrów. Okoliczność jak wyżej - wysoce patologiczna - zasługuje na ostra krytykę z dwóch względów. Primo, zakłócano na zbyt dużą skalę prawo do ciszy mieszkańców osiedla, secundo, dźwięk, który gwałcił ową ciszę miał walor przekazu ideologiczno - religijnego, co czyniło całą sytuację tym bardziej toksyczną. Z info uzyskanych od domowników wynika, iż tego typu zdarzenia mają tam miejsce stosunkowo często. Wysłuchując chcąc nie chcąc litanii do matki bożej naszło mnie skojarzenie z czasami stalinowskimi, kiedy to w wielu miejscowościach zainstalowane były tzw. "kołchoźniki", z których sączyła się obligatoryjnie propaganda wiadomego sortu. Czasy nie te, co prawda i skala patologii oczywiście też nie ta - tym niemniej jednak wyczuwa się pewną niepokojącą analogie między tymi dwoma sytuacjami. |