Jednym z mitów rosyjskiej (w przeszłości radzieckiej) armii było to, że niezależnie od strat władze mają ogromne rezerwy ludzkie, by uzupełniać bataliony i armie. W myśl zasady "ljudiej u nas mnoga". Jeszcze w latach II wojny światowej była to prawda, bo w 1941 r. imperium liczyło niewiele ponad 195 mln mieszkańców. Wśród 94 mln mężczyzn tylko niewiele ponad 5 mln miało 59 lub więcej lat, czyli stosunkowo młodych i bardzo młodych ludzi było ogromnie dużo Jeszcze w końcówce ZSRR w 1989 r. to wciąż była prawda - w imperium żyło blisko 287 mln ludzi, aż o blisko 30 mln więcej niż w USA. I wciąż wielu z nich było młodych lub bardzo młodych - 55 lub więcej lat miało 55 mln radzieckich obywateli .
Jak zauważa Galiejew, od upadku Związku Radzieckiego w 1991 r. następuje depopulacja Rosji, która dziś liczy oficjalnie niewiele ponad 145 mln.
Co więcej, następuje znaczący przechył odsetkowy na rzecz kobiet, co jest związane m.in. z tym, że tylko 61 proc. mężczyzn dożywa 65. roku życia (dla porównania w Polsce jest to ponad 77 proc.). Ma to związek m.in. z alkoholizmem społeczeństwa.
I tu dochodzimy do kolejnego paradoksu. O ile etniczni Rosjanie raczej nie przejmują się depopulacją i mimo wielu zachęt ze strony władz, także finansowych, odsetek urodzeń wśród nich jest bardzo niski, o tyle wśród mniejszości jest wprost przeciwnie. Skokowy przyrost dotyczy nie tylko muzułmanów z Kaukazu Północnego czy Tatarstanu, ale też wielu etnicznych grup żyjących za Uralem.
I podkreślił, że dziś armia rosyjska coraz bardziej staje się armią mniejszości, bo choć w całym kraju Rosjanie stanowią ok. 80 proc. obywateli, to w wojsku te proporcje są zaburzone. To wpływa bardzo poważnie - zdaniem historyka z Tatarstanu - na morale żołnierzy.
Teoretycznie obowiązek odbycia zasadniczej służby dotyczy wszystkich mężczyzn w wieku 18-27 lat. Jednak młodzież z dużych i bogatszych miast robi wszystko, by się od poboru wymigać. Najwięcej poborowych i tych, którzy później decydują się na podpisanie kontraktów z armią, pochodzi z małych miast lub wsi. Dla nich jest to bowiem możliwość stałej pracy z nie najgorszą pensją i zakwaterowaniem . Jak podkreśla Galiejew, "w wymiarze społecznym armia rosyjska to armia biedaków z małych miasteczek. Ich rekrutacja odbywała się albo czystą siłą (poborowi), albo przez pewną kombinację siły i perswazji (żołnierze z kontraktami po odbyciu lub w trakcie służby zasadniczej). Czasami po prostu zmuszają poborowych do podpisania umowy". Trzeba bowiem rozliczyć się z przełożonymi co do liczby poborowych i kontraktowych, by na papierze armia rosyjska cały czas liczyła 850 tys. aktywnych żołnierzy.
Wystarczy zresztą przejrzeć dziś rosyjski internet pod kątem zabitych w Ukrainie od rozpoczęcia agresji 24 lutego. Bardzo wielu z nich to osoby o nierosyjskich nazwiskach. Galiejew załączył na Twitterze spis rannych żołnierzy ze szpitala w Nowoczerkasku niedaleko Rostowa nad Donem.
Na tym nie koniec. Wobec wielu oddziałów złożonych z mniejszości można mieć uzasadnione podejrzenia co do ich lojalności. Najjaskrawszym przykładem są kadyrowcy, jednostki pochodzące z Czeczenii. Jest ona brutalnie rządzona przez Ramzana Kadyrowa i tamtejsze siły wojskowe są raczej prywatną armią kaukaskiego watażki niż silną odnogą federalnej armii.
To wszystko składa się w efekcie na obrazki, które codziennie widzimy z wojny w Ukrainie - rosyjscy żołnierze porzucają swój sprzęt, wielu z nich dezerteruje. Jak sarkastycznie zauważa Galiejew, to nie nowość. Podobnie było w trakcie kampanii napoleońskiej, gdy rosyjscy żołnierze bohatersko walczyli pod Borodino w obronie ojczyzny przed antychrystem z Paryża (tak przedstawiała Napoleona imperialna propaganda), ale już po wejściu carskich wojsk na teren Francji dezercje były powszechne.
Wraz z Napoleonem dochodzimy do drugiego wielkiego mitu - niezwyciężonej rosyjskiej (radzieckiej) armii. Oparta jest ona właśnie na wojnie z cesarzem Francji sprzed 200 lat i II wojnie światowej, w Rosji nazywanej Wielką Wojną Ojczyźnianą. Otóż Galiejew zauważa, że Rosja w pojedynkę nie wygrała od czasów napoleońskich żadnej wielkiej wojny, przegrała za to m.in. wojnę krymską w połowie XIX w. i wojnę z Japonią na początku XX w. A zwycięstwa z lat 1812-15 i 1941-45 były możliwe tylko i wyłącznie dlatego, że Moskwa sprzymierzyła się z największymi ówczesnymi potęgami gospodarczymi i militarnymi. W kampanii napoleońskiej to była Wielka Brytania, która m.in. panowała na morzach i oceanach oraz prowadziła bardzo skuteczną blokadę napoleońskiej Europy. W trakcie II wojny był to zaś sojusz z USA, które zaczęły dostarczać pomoc ZSRR jeszcze przed wybuchem wojny z hitlerowskimi Niemcami (początkowo w zamian za złoto).
To nie koniec problemów rosyjskich sił zbrojnych. Bo jest ona emanacją całego państwa i mimo wielkich wydatków na armię, sięgających nominalnie 145 mld dol. rocznie (dla porównania budżet Pentagonu to prawie 800 mld dol.), ogromna większość tych pieniędzy jest rozkradana.
Rosja wg Transparency International jest dziś na 136. miejscu na 180 krajów świata pod względem korupcji (im niższe miejsce, tym gorzej). Wg badania opublikowanego przez rosyjski ekonomiczny serwis RBK z grudnia 2021 r. aż 71 proc. firm w Rosji spotkało się z korupcją w przypadku zamówień rządowych. A to zaniżony odsetek, bo aż 28 proc. badanych odmówiło odpowiedzi.
Zdaniem niektórych ekonomistów korupcja sięga rocznie 90 mld dol., czyli jednej trzeciej wpływów budżetowych rosyjskiego państwa i blisko 7 proc. PKB. Przykładem jest kariera pochodzącego z Petersburga Jewgienija Prigożyna, "ulubionego kucharza" Władimira Putina, który dorobił się miliardów na wielkich zamówieniach od państwa. Chodziło m.in. o prowiant dla wojska, który był i często jest fatalnej jakości. Podobnie zresztą jak jedzenie dostarczane do stołówek moskiewskich szkół - też przez Prigożyna.
wyborcza.p(*)b913f5b08211eca88f6869634e3e86