Rosyjski socjolog Borys Kagarlicki uważa, że rosyjskie społeczeństwo trzyma się z dala od polityki do tego stopnia, że niemal nic nie wie o wojnie, która toczy się w Ukrainie. Nic nie wie, bo nie chce wiedzieć, gdyż Rosjanie skupiają się na sprawach najbliższych - na rodzinie, pracy, przyjemnościach - i nie widzą, w jaki sposób ich wybory mogą cokolwiek w Rosji zmienić.
Putin jest jedynym człowiekiem, który może podejmować istotne dla kraju decyzje, mimo że jest bardzo odizolowany. Otaczający Putina to niewielka grupa, która również jest skrajnie odizolowana, nawet w obrębie szerszej elity władzy. Ta bardzo mała grupa wciąż ma poparcie wojska i policji, ale nie dba o poparcie społeczne. Dba jedynie o to, by społeczeństwo pozostało bierne, bo to gwarantuje utrzymanie władzy i przywilejów. Dlatego, choć sytuacja gospodarcza i międzynarodowa Rosji jest coraz trudniejsza, nikt nie podejmuje decyzji - trafnych lub nie - które byłyby odpowiedzią na te wyzwania. Niektórzy sądzą, że system autokratyczny działa sprawniej niż liberalna demokracja. Skoro jest jeden ośrodek decyzyjny, decyzje mogą być podejmowane szybko bez konsultacji wymaganych w systemie liberalnym. Nie ma przeciągających się posiedzeń parlamentu, krytycznych mediów, organizacji obywatelskich, blokujących decyzje centrum.
Borys Kagarlicki udowadnia, że pogląd o większej sprawności autokracji jest całkowicie błędny. Zasadniczą sprawą jest dostęp do właściwych informacji, który w systemie autokratycznym jest utrudniony. Podwładni manipulują dyktatorem, przekazując mu informacje korzystne dla siebie, pomijając te, które mogą zagrozić ich pozycji. Niektóre informacje zachowują tylko dla siebie, traktując je jako atut w walce z konkurentami.
Tak jak w gospodarce centralnie zarządzanej dyrektorzy poszczególnych jednostek nie przekazywali na szczebel wyższy pełnych i prawdziwych informacji o posiadanych zasobach i możliwościach ich wykorzystania - bo to pogorszyłoby ich pozycję wobec konkurentów i zwierzchników - tak też w systemie autorytarnym urzędnicy na wszystkich szczeblach zatrzymują dla siebie część informacji przekazywanych wyżej.
Ale to tylko część problemu. Trudno jest w systemie autorytarnym zintegrować społeczeństwo i biurokrację wokół wspólnych celów, takich jak podniesienie średniego poziomu życia, poprawa usług publicznych czy choćby wyeliminowanie społecznych patologii. Autokrata czy dyktator może wyznaczać takie cele i egzekwować ich realizację, ale jego podwładni mają cele własne - utrzymanie, a jeszcze lepiej wzmocnienie swej pozycji w hierarchii biurokratycznej. Oczywiście robią wszystko, by nie podpaść szefowi, udają, że z entuzjazmem realizują wyznaczone im zadania, ale w rzeczywistości robią tylko to, co zapewnia im bezpieczeństwo i awans.
Nie ma więc samodzielnych decyzji i działań służących dobru wspólnemu. Co więcej, dobro wspólne jest tylko pustym hasłem, tym dobitniej wygłaszanym, im bardziej poszczególne szczeble biurokracji dbają o partykularny interes. Każde działanie w tym systemie, nawet jeżeli przypadkowo jest pozytywne i korzystne dla społeczeństwa, służy przede wszystkim celom propagandowym, czyli umocnieniu reżymu.
Gdy czytałem wywiad z Borysem Kagarlickim, miałem momentami wrażenie, że mówi o Polsce. Tak, wiem, że to przesada. Wciąż mamy demokrację i choć wymiar sprawiedliwości został zepsuty, a prokuratura i służby specjalne są podporządkowane jednemu ośrodkowi, którym kieruje Jarosław Kaczyński, nie ma krwawych represji wobec opozycji, funkcjonują media niezależne od władz, a niezależni eksperci, przynajmniej niektórzy, nie boją się krytycznie oceniać działań urzędników. Ale szereg patologii, które w Rosji doprowadziły do katastrofalnej decyzji rozpoczęcia wojny przeciwko Ukrainie, występuje także w Polsce.
Jarosław Kaczyński, wbrew faktom i doświadczeniu, jakie zdobył w czasie długoletniej kariery polityka, jest przekonany, że centralizacja zapewnia skuteczność. Donald Tusk opowiadał o rozmowie, którą kiedyś odbył z Kaczyńskim. Na pytanie, dlaczego w swym otoczeniu toleruje ludzi o wątpliwej uczciwości, szef PiS odpowiedział: "Brudną szmatą też można wytrzeć dużo kurzu". To pokazuje jego stosunek do podległych mu działaczy. Nie wierzy w ich uczciwość, w sprawność i kompetencje. Wierzy, że gdy wyda polecenie, wykonają je z obawy przed konsekwencjami odmowy.
Tworzy więc biurokrację, która z założenia jest nieefektywna. Z ujawnionych maili Michała Dworczyka dowiedzieliśmy się, że urzędnicy i działacze, zanim podejmą jakąś inicjatywę, zastanawiają się, jak wpłynie ona na poparcie wyborców dla władzy. Czy przekazana publicznie informacja zaszkodzi rządowi i rządzącej partii, czy pomoże. Jeżeli zaszkodzi, należy ją zatrzymać w tajemnicy. Dlatego też informacje o katastrofie ekologicznej w Odrze były tak długo utajniane.
System zbudowany przez Kaczyńskiego nie ma strategicznego celu. Nie jest nim ani podniesienie poziomu inwestycji do 25 proc. PKB - co obiecywał tzw. plan Morawieckiego - ani wzmocnienie pozycji międzynarodowej Polski, o czym trąbi rządowa propaganda, ale chyba nawet przywódcy PiS w to nie wierzą, ani nawet "zbudowanie nowych elit" - bo Obajtek nigdy nie będzie Kulczykiem, Jakimowicz - Gajosem, Glapiński - Balcerowiczem, a Karnowski - Michnikiem.
Jedynym celem tej władzy jest trwanie i wyrywanie dla siebie tyle pieniędzy i przywilejów, ile się da. Może to być miejsce w zarządzie banku państwowego dla młodego działacza, dla którego jest to pierwsza praca, załatwienie, że nudna, zalegająca w księgarniach "cegła" zaprzyjaźnionego z władzą profesora zostanie zamieniona na podręcznik, za który można otrzymać potężne honorarium, lub też dobre miejsce na listach wyborczych syna znanego działacza PiS - 40-letniego "młodzieńca", który nie nadaje się do żadnej normalnej i uczciwej pracy i wcale takiej nie szuka.
Całość tekstu Witolda Gadomskiego tutaj
wyborcza.p(*)ame.html#S.TD-K.C-B.3-L.1.duzy