Poniżej zamieszczam artykuł, który ukazał się dzisiaj na Wyborcza.biz
Z piewcami propagandy jest jak z denialistami klimatycznymi - zobaczą pojedyncze dobre dane i już ogłaszają koniec kryzysu.
Denialista klimatyczny zobaczy obfite opady śniegu w lutym i z satysfakcją tokuje: "Proszę bardzo, i gdzie to wasze ocieplenie?". W gospodarce ich odpowiedników też mamy na pęczki, a łączą ich dwie cechy: obojętność na wiedzę ekspercką i ekscytacja jednorazowymi zdarzeniami, ważne, że pasującymi do tezy, jaką ze straceńczym oddaniem głoszą.
Nie zapominajmy, jak długo politycy i ich wysłannicy na decyzyjnych posadach opowiadali nam bajki, że inflacjanam nie grozi, że problemem może być deflacja. Gdy zderzyliśmy się z nią jak z górą lodową (przypominam: w szczytowym momencie było to ponad 18 proc.), propagandziści mówili, że to przejściowa choroba i już za chwileczkę, już za momencik zacznie spadać. Celował w tym szef banku centralnego Adam Glapiński, który ma (lub mógłby mieć, gdyby nie kneblował pracujących dla NBP analityków) dostęp do najlepszej wiedzy na temat cen.
Zamiast merytorycznej analizy mieliśmy kakofonię standuperskich występów - od cytatów z nich puchnie internet. Najsłynniejsze to tzw. sześć, dziewięć, dwanaście, opowieść, z której ciężko było wyciągnąć wnioski, co dokładnie prezes chciał powiedzieć ("Raport, jak państwo zobaczą, zawiera główną taką prognozę: inflacja zejdzie gdzieś tam do poziomu sześć, dziewięć, powiedzmy, a wzrost będzie dwa, ponad dwa. Może półtora. Tam jest półtora, jest dziewięć. Zależy, czy tarcza będzie, czy nie będzie tarczy. Jak nie będzie tarczy, to będzie 12 w przyszłym roku, jak będzie tarcza, będzie dziewięć, a na koniec roku będzie sześć").
Dziś, w ogniu kampanii wyborczej, mamy kolejną falę zakłamywania rzeczywistości. Gospodarka wpadła w poważny dołek i coraz więcej jest wątpliwości na temat tego, czy uda nam się z niego sprawnie wydostać. PKB spada kolejny kwartał, ale z mediów rządowych nie usłyszysz o recesji.
Zamiast tego mamy kolejny festiwal obietnic, że już za chwileczkę, już za momencik...
Wiceminister finansów Artur Soboń lekceważy to, co tu i teraz, woli roztaczać wizje takiego wzrostu gospodarczego, że ekonomiści niezależni dzielą to przez dwa (1 proc. wzrostu PKB w tym roku, podczas gdy rynkowe prognozy to 0,5 proc.).
Koszty życia dławią coraz mocniej? To podniesiemy 14. emeryturę. Ludzie się ucieszą, zanim policzą, że to, co dostają z dodatkowych wypłat, wcześniej zeżarła im inflacja. Rząd liczy, że w tym otumanieniu jakoś dociągniemy do wyborów. Albo że po prostu jakoś to będzie, bo inercja gospodarki jest spora i zazwyczaj udawało się sporo pomajstrować, zanim trzeba było ściągnąć lejce populizmu. Dziś ta wyporność jest mocno nadwyrężona. A dodatkowo na horyzoncie pojawiają się czarne chmury, o których nie mieliśmy pojęcia kilkanaście tygodni temu.
Chińska gospodarka mocno się chwieje, tak mocno, że partia zaczęła już ukrywać niekorzystne dane gospodarcze. W Niemczech miny też raczej marsowe. Dla nas to już powinno oznaczać zapalenie się czerwonej lampki.
Jedyne, co trzyma naszą gospodarkę, to produkcja przemysłowa i eksport. A w lipcu złapała ona zadyszkę. Budownictwo? Siedzimy na tykającej bombie. Inwestycje? Nie ma pieniędzy z KPO. Nasze dochody znów realnie są na minusie, choć tylko co rządowi ekonomiści ogłaszali, że rosną i będą rosły (co już samo w sobie jest nadużyciem, bo o wzrostach mogą mówić tylko ci, którzy pracują dla większych firm; w budżetówce sytuacja jest dramatyczna, małe firmy od dawna skąpo podnoszą płace).
Mamy więc głębokie spowolnienie gospodarki, a jednocześnie uciążliwą, ciągle dwucyfrową inflację. A władza obiecała nam do tego obniżkę stóp procentowych. Pamiętajcie, że w panteonie katastrof możemy mieć jeszcze wyprzedaż złotego.
wyborcza.b(*)ucha-pustymi-obietnicami.html?
Igrzyska, za Gierka, trwaly 10 lat, później dostaliśmy słony rachunek za jego eksperymenty. A jaki wystawią nam rachunek za pisowskie harce następne ekipy?