Pytanie o cel stworzenia człowieka należy do tej kategorii zagadnień, które człowiek zadaje z uporem godnym lepszej sprawy, mimo że odpowiedzi – jeśli w ogóle istnieją – nie dają się zweryfikować żadnym narzędziem poza wiarą, interpretacją i temperamentem. A temperament, jak wiadomo, w teologii bywa czynnikiem niedocenianym, choć decydującym.
W klasycznej teologii chrześcijańskiej Bóg nie tylko stworzył człowieka, ale uczynił to w pełnej świadomości jego przyszłych wyborów. Psalmista zapewnia, że Stwórca zna słowa zanim zostaną wypowiedziane, a Izajasz dodaje bez ogródek, że Bóg „od początku zapowiada rzeczy ostateczne”. Innymi słowy: scenariusz był znany, zanim rozpoczęto przedstawienie. Co więcej – nie był to dramat improwizowany, lecz raczej spektakl o z góry znanym zakończeniu, z aktorami, którzy nie czytali własnych ról. I tu zaczyna się problem, który od wieków zajmuje teologów, filozofów i ludzi, którzy po prostu lubią logiczne tarcia: jeśli Bóg wiedział wszystko, to czy naprawdę „działo się” cokolwiek nieprzewidzianego? A jeśli nie – to co właściwie oznacza wolność?
Oficjalna odpowiedź brzmi elegancko: Bóg chciał wolności, nie automatu. Wolność zaś z definicji musi zawierać możliwość zła. Brzmi to jak aksjomat moralnej geometrii: jeśli istnieje kąt prosty dobra, musi istnieć też kąt rozwarty grzechu. Problem polega na tym, że w praktyce ten „margines wolności” szybko zamienia się w historię pełną katastrof, które – według narracji – nie były zaskoczeniem dla Autora. I tu pojawia się zasadnicza niejasność: czy wolność, która nieuchronnie prowadzi do potopu, bratobójstwa i całej reszty znanych epizodów, jest jeszcze wolnością, czy już tylko konstrukcją dramatyczną o wysokim stopniu tragizmu?
Biblia sama zdaje się sugerować, że człowiek od początku nie radzi sobie najlepiej z instrukcją obsługi. Adam i Ewa, mimo „edukacyjnego zakazu”, dokonują wyboru, który ustawia całą historię w trybie awaryjnym. Kain następnie pokazuje, że problem nie był jednorazowy. A potop – jak się wydaje – miał być resetem systemu, który jednak nie rozwiązał problemu, lecz jedynie zmienił jego skalę.
Z tego punktu widzenia Bóg jawi się jako ktoś, kto nie tyle „nie przewidział”, ile przewidział wszystko i mimo to kontynuował projekt. Co rodzi pytanie nie tyle o wszechwiedzę, ile o motywację. Dlaczego tworzyć system, którego wynik końcowy jest znany i – mówiąc oględnie – niezbyt optymistyczny?
Teologia odpowiada tu zwykle dwoma kluczami: wolnością i planem zbawienia. Pierwszy tłumaczy dramat, drugi nadaje mu sens. Ale dla obserwatora z zewnątrz wygląda to czasem jak próba pogodzenia rachunku ekonomicznego z poezją: liczby się nie zgadzają, ale narracja jest wzniosła.
Jeszcze bardziej kłopotliwe staje się porównanie z hipotezami naturalistycznymi. Jeśli bowiem świat ewoluuje w sposób autonomiczny, a jego rezultat przypomina świat „stworzony”, to różnica – przynajmniej na poziomie obserwacji – staje się trudna do uchwycenia. Ostatecznie zarówno w jednym, jak i drugim przypadku otrzymujemy człowieka zdolnego do dobra, zła i wszystkiego pomiędzy, przy czym w żadnym wariancie nie wygląda on na istotę szczególnie dobrze „zaprojektowaną do posłuszeństwa”.
W tym miejscu rodzi się pokusa wniosku radykalnego: że może nie chodziło o brak przewidywania, lecz o zamiar, w którym ryzyko było elementem konstrukcyjnym. Tyle że taki wniosek otwiera kolejne pytanie – czy moralna odpowiedzialność może być w pełni przypisana istocie, która nie zna jeszcze dobra i zła w sposób dojrzały? A jeśli nie – to gdzie dokładnie zaczyna się odpowiedzialność, a kończy eksperyment? I co tu robi twierdzenie, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo? Bo jeśli to prawda, to dlaczego już na początku historii biblijnej występuje on jako istota niedojrzała moralnie?
W ten sposób wracamy do punktu wyjścia, tyle że bardziej zmęczeni. Teologia proponuje tu rozwiązanie ostateczne: „Boże myśli nie są myślami waszymi”. I rzeczywiście – trudno odmówić temu zdaniu pewnej elegancji. Jest to jednak elegancja, która kończy dyskusję nie dlatego, że ją rozwiązuje, ale dlatego, że wyłącza dalsze pytania. A człowiek, jak wiadomo, pytania wyłączać nie lubi. I być może właśnie w tym tkwi cały problem – albo cały sens. |