Zaczęło się klasycznie, jak to w historii Kościoła bywa: chłop, wóz, koło, gangrena. Miguel Juan Pellicer z Calandy w 1637 roku traci nogę w wyniku wypadku i – jak podają relacje – zostaje jej pozbawiony powyżej kolana w szpitalu w Saragossie. Noga zostaje pochowana, chłop wraca do rodzinnej wsi i przez ponad dwa lata funkcjonuje jako inwalida, żyjąc z jałmużny i drobnych prac. Historia ciężka, realistyczna, pozbawiona poetyki – aż do momentu, gdy przestaje być realistyczna.
W nocy z 29 na 30 marca 1640 roku wydarza się bowiem rzecz, która nie lubi się z fizjologią: noga wraca. Na miejsce. Bez świeżych śladów operacji, z bliznami „zgodnymi ze stanem sprzed amputacji”. Pellicer tłumaczył to modlitwą do Matki Bożej z Saragossy (Nuestra Señora del Pilar). Śledztwo kościelne i cywilne – jak głosi tradycja – nie znalazło naturalnego wyjaśnienia. I tak oto Europa dostała kolejny certyfikat: „cud potwierdzony proceduralnie”.
Ktoś mógłby powiedzieć: skoro wtedy noga wróciła, to czemu nie dziś? Czemu nie w przypadku współczesnego nieszczęśnika, 17-to letniego Dominika, który niedawno w wyniku wypadku kolejowego stracił obie nogi i część dłoni? Przecież – jak się zdaje – linia telefoniczna do Nieba działa, a przynajmniej działała w XVII wieku. Wystarczyłoby może tylko ponowić połączenie, najlepiej z przekierowaniem przez Watykan, który mógłby, w ramach procedury przyspieszonej, wysłać „prośbę o wstawiennictwo” Nuestra Señora del Pilar.
I tu zaczyna się problem, który nazwałbym „logistyką metafizyki”. Bo jeśli cuda są możliwe, to dlaczego mają taki dziwny zwyczaj zdarzać się głównie wtedy, gdy nikt nie prowadzi dokumentacji medycznej w standardzie współczesnej chirurgii, rezonansu magnetycznego i procedur etycznych? I dlaczego równie gorliwa dokumentacja hagiograficzna nie wspomina o równie spektakularnych „zwrotach kończyn” u takich postaci jak Jakub Intercisus, któremu nie odrosły odcięte części ciała, albo Hipolit Rzymski, którego los – mimo dramatycznego zakończenia – nie przewidział rekonstrukcji anatomicznej? Nie odrastają też obcięty język Świętego Jana Nepomucena, ani wydłubane oczy Świętej Łucji, ani wycięte piersi Świętej Agaty. Święty Erazm z Formii, mimo imponującej scenografii własnego męczeństwa, również nie doczekał się biologicznego resetu organizmu. A więc albo cudowność ma selektywny charakter geograficzno-historyczny, albo jej dystrybucja podlega zasadom, których żaden urząd patentowy jeszcze nie zatwierdził. I wtedy pojawia się pokusa, by powiedzieć: „boska sprawiedliwość chodzi tajemnymi ścieżkami”. Tyle że to zdanie, choć brzmi dostojnie, bywa czasem tylko eleganckim sposobem na zamknięcie dyskusji, której nie umiemy rozwiązać inaczej. Bo jeśli wszystko jest możliwe – to nic nie jest przewidywalne. A jeśli nic nie jest przewidywalne – to trudno odróżnić cud od legendy, legendę od narracji, a narrację od potrzeby sensu. I tak zostajemy, jak zwykle, w miejscu dość niewygodnym: między historią Pellicera, która „była”, bo ktoś ją spisał i uznał, a współczesnym cierpieniem, które nie domaga się metafizyki, tylko bardzo przyziemnych rzeczy – opieki, leczenia i tego, żeby świat czasem działał bez nadprzyrodzonych interwencji. |