Święta Helena - Flavia Iulia Helena (ok. 248–330) należy do tych postaci historycznych, które osiągnęły sukces nie tyle dzięki temu, co zrobiły, ile dzięki temu, co później o nich opowiadano. Była matką cesarza Konstantyna Wielkiego, a jak wiadomo, posiadanie sławnego syna jest jedną z najstarszych dróg do nieśmiertelności. Urodziła się jako córka właściciela oberży, została konkubiną przyszłego cesarza Konstancjusza Chlorusa, a następnie została przez niego porzucona, gdy polityka zażądała bardziej reprezentacyjnej małżonki. Już ten epizod pokazuje, że nawet w starożytności marketing polityczny miał się znakomicie.
Prawdziwa kariera Heleny rozpoczęła się jednak dopiero po sześćdziesiątce, kiedy w roku 326 udała się do Jerozolimy. Współcześnie emeryci kupują działki albo karmią gołębie, ona natomiast postanowiła odnaleźć narzędzia Męki Pańskiej. Trzeba przyznać, że był to projekt ambitniejszy od zbierania znaczków.
Według średniowiecznych przekazów wskazała ona odpowiednie miejsce na Golgocie i rozpoczęła wykopaliska. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania archeologów wszystkich epok: znaleziono trzy krzyże oraz gwoździe z ukrzyżowania Chrystusa. Już sam ten sukces budzi pewien podziw. W końcu współczesny archeolog potrafi miesiącami odkopywać fragment garnka, a tutaj po trzech stuleciach odnaleziono komplet najważniejszych rekwizytów chrześcijaństwa.
Pozostał jednak drobiazg. Jak ustalić, który z trzech krzyży był właściwy? Dziś powołano by komisję ekspertów, sporządzono ekspertyzy, pobrano próbki drewna i wystąpiono o grant badawczy. W IV wieku procedura była prostsza. Biskup Makary przykładał kolejno krzyże do ciała zmarłego człowieka. Dwa pierwsze zachowały się jak zwykłe kawałki drewna, trzeci natomiast przywrócił zmarłego do życia. Sprawa została rozstrzygnięta.
Trudno odmówić tej metodzie elegancji. Nie wymagała ani laboratoriów, ani formularzy, ani nawet recenzji naukowej. Wynik był natychmiastowy i jednoznaczny. Gdyby podobne procedury stosowano dzisiaj, znacznie skrócono by czas badań klinicznych. Pojawia się jednak pytanie nieco przyziemne: jak właściwie działał ten mechanizm? Co sprawiło, że martwe drewno uzyskało zdolność uzdrawiania i wskrzeszania?
Autorzy dawnych żywotów świętych nie zaprzątali sobie tym głowy. Najwyraźniej uznawali, że skoro cud działa, to nie należy zaglądać do jego instrukcji obsługi. Współczesny człowiek jest pod tym względem bardziej kłopotliwy. Chciałby wiedzieć, czy moc była magazynowana w strukturze drewna, czy może przenikała włókna niczym prąd elektryczny. Innymi słowy: czy Krzyż Święty był pierwszym w historii akumulatorem duchowym? Tutaj jednak zaczynają się dalsze komplikacje. W następnych wiekach odnaleziono bowiem tyle fragmentów Krzyża Świętego, że niektórzy złośliwcy twierdzili, iż można by z nich odtworzyć całkiem pokaźny las. Relikwie rozeszły się po Europie z szybkością godną nowoczesnej franczyzy.
Jeżeli każdy fragment zachowywał cudowną moc, należałoby oczekiwać pewnych skutków statystycznych. W miejscowościach posiadających relikwie powinno być mniej chorób, dłuższe życie i wyraźnie podwyższona średnia wieku duchowieństwa. Tymczasem kroniki nie wspominają o proboszczach, którzy przeżywali wszystkich swoich parafian, ani o klasztorach specjalizujących się w masowym wskrzeszaniu zmarłych.
Rzeczywistość okazała się pod tym względem rozczarowująco zwyczajna. A jednak opowieść o Świętej Helenie przetrwała półtora tysiąca lat. I może właśnie w tym tkwi jej najciekawszy aspekt. Nie w cudownym drewnie, nie w ożywianiu nieboszczyków i nie w nadprzyrodzonej energetyce relikwii. Prawdziwy cud polega na czymś znacznie bardziej niezwykłym: na zdolności do życia własnym życiem przekazów wiary. Fakty starzeją się szybko, argumenty jeszcze szybciej, natomiast dobra opowieść potrafi przeżyć całe imperia. A drewno? Cóż, drewno pozostaje drewnem. Chyba że akurat potrzebuje go przekaz wiernych. |