Ludzkość od wieków marzyła o wynalezieniu czegoś, czego nie można sprawdzić. Wynaleziono koło, parę, elektryczność, silnik odrzutowy, komputer, ale wszystko to miało tę wadę, że działało albo nie działało. Można było sprawdzić. Dopiero metafizyka osiągnęła prawdziwą doskonałość.
Weźmy chleb. Człowiek prosty patrzy na chleb i mówi: — Chleb. Chemik bada go i mówi: — Skrobia, białka, woda. Dietetyk mówi: — Sporo węglowodanów. Tylko teolog potrafi spojrzeć na ten sam przedmiot i oznajmić: — W rzeczywistości nie jest tym, czym jest. To osiągnięcie intelektualne porównywalne z wynalezieniem kreatywnej rachunkowości. Bilans się nie zgadza, ale za to metafizycznie wszystko jest w najlepszym porządku.
Przeistoczenie jest zresztą konstrukcją genialną. Zmienione zostaje dokładnie to, czego nie można zbadać, zważyć, sfotografować ani wykryć. Wszystko pozostałe zostaje nietknięte. To trochę tak, jakby właściciel samochodu twierdził: — Mój Fiat stał się Ferrari. — Wygląda jak Fiat. — Tak. — Jeździ jak Fiat. — Tak. — Silnik ma od Fiata. — Tak. — Dokumenty też. — Oczywiście. — To w jakim sensie jest Ferrari? — W sensie najgłębszej istoty.
I właśnie tutaj kończy się rozmowa mechanika, a zaczyna kariera metafizyka. Najbardziej fascynujące jest jednak to, że ten sposób myślenia nie zatrzymał się na Eucharystii. Rozrósł się do rozmiarów duchowej administracji.
Ochrzczono niemowlę. Przed chrztem ważyło trzy i pół kilograma. Po chrzcie waży trzy i pół kilograma. Płacze tak samo. Śpi tak samo. Produkuje identyczne ilości problemów rodzicom. Ale według teologii zaszła ogromna zmiana ontologiczna. Przypomina to trochę sytuację urzędową. Obywatel wygląda tak samo jak wczoraj, mówi tym samym głosem i ma ten sam numer buta, ale decyzją odpowiedniego organu przestał być zwykłym Kowalskim, a stał się starszym referentem do spraw archiwizacji dokumentów niejawnych. Ontologicznie awansował. Nie widać tego, oczywiście. Gdyby było widać, byłoby zbyt prosto.
Wyobraźmy sobie teraz Japończyka, Inuitę, Hindusa i ateistę. Każdy z nich słyszy, że człowiek po chrzcie otrzymuje łaskę uświęcającą, niezatarte znamię sakramentalne i nową relację z Bogiem. Pytają więc: — Jak to sprawdzić? Odpowiedź brzmi: — Nie można. — To skąd wiadomo? — Z Objawienia. — A skąd wiadomo, że Objawienie jest prawdziwe? — Z wiary.
To dialog o wyjątkowej elegancji logicznej. Przypomina rozmowę człowieka, który twierdzi, że posiada niewidzialnego centaura. — Gdzie jest ten centaur? — W garażu. — Nie widzę go. — Bo jest niewidzialny. — Może zostawia ślady? — Nie. — Czy tupie, mówi? — Nie. — Da się go wykryć? — Nie. — To skąd wiadomo, że istnieje? — Ponieważ wiem, że istnieje.
W tym miejscu sceptyk zaczyna mieć poczucie, że uczestniczy nie w dyskusji filozoficznej, lecz w przedstawieniu teatralnym, w którym wszystkie wyjścia ewakuacyjne zostały wcześniej zamurowane. Oczywiście teolog odpowie, że rzeczywistość nie ogranicza się do tego, co mierzalne. Ma rację. Wielkości miłości nie określa się się suwmiarką, sprawiedliwości nie waży na wadze. Nauka nie potrafi zmierzyć piękna sonaty, wartości przyjaźni ani sensu życia. Ale istnieje drobna różnica. Matematyk potrafi pokazać dowód, logik potrafi pokazać argument a fizyk potrafi udowodnić eksperyment. I od tej chwili trwa odwieczny spór. Jedni pytają: „Po czym poznać, że coś jest prawdą?”. Drudzy odpowiadają: „Po tym, że jest prawdą”. Jedni pytają: „Jak odróżnić zmianę od jej braku?”. Drudzy odpowiadają: „Na tym polega tajemnica”. I tak od dwóch tysięcy lat spotykają się przy jednym stole fizyk, filozof i teolog. Fizyk przynosi mikroskop, filozof przynosi „Metafizykę” Arystotelesa, teolog przynosi katechizm. Po czym wszyscy trzej przez kilka godzin spierają się o naturę chleba. A piekarz, który ten chleb upiekł, patrzy na nich z rosnącym zdumieniem. |