 |
Czy istnieje Grzech Pierworodny Działy Forum » ABC Racjonalisty
| Napisano | Autor | Tytuł | | 19-06-2026 06:20 | Mendrek (49 punktów) | Czy istnieje Grzech Pierworodny
4 na 4 | W Starym Testamencie sprawa jest stosunkowo prosta. Bóg wydał zakaz, człowiek zakaz złamał, a potem ze zdumieniem odkrył, że świat nie jest demokracją, lecz monarchią absolutną. Żydzi odczytywali tę historię raczej praktycznie: nie rób tego, czego ci zabroniono, bo konsekwencje bywają przykre. Koniec opowiadania.
Chrześcijaństwo natomiast, jak to chrześcijaństwo, nie mogło pozostawić sprawy w stanie tak oszczędnym. Tam, gdzie istniał epizod, powstał traktat; tam, gdzie była przestroga, wyrosła cała katedra teologii. W rezultacie niefortunny spacer dwojga ludzi po rajskim sadzie urósł do rangi wydarzenia kosmicznego, którego skutki miały obciążyć całą ludzkość aż po koniec dziejów.
Teologowie przez stulecia z godnym podziwu zapałem wyjaśniali, jak to się dzieje, że podczas stosunku seksualnego pierwszy grzech, tzw. Pierworodny przenosi się jak kiła na partnera a potem na każdego noworodka który przychodzi na świat wyposażony w spadek po Adamie. Powstały tomy komentarzy, tysiące sporów i niezliczone subtelności. Człowiek prosty mógłby odnieść wrażenie, że między zerwaniem jednego owocu a losem całego gatunku zachodzi związek bardziej skomplikowany niż między budżetem państwa a zdrowym rozsądkiem.
I tak oto z krótkiej opowieści o nieposłuszeństwie powstała jedna z największych konstrukcji intelektualnych cywilizacji Zachodu. Jedni widzą w niej głęboką prawdę o ludzkiej naturze, inni przykład teologicznej skłonności do rozbudowywania przypisów. Ale trudno odmówić jej rozmachu: niewiele jest idei, które z jednego jabłka potrafiły zrobić problem na dwa tysiące lat.
Kościół, jak każda stara i doświadczona instytucja, nie zostawił człowieka sam na sam z kłopotem, którego sam człowiek nie zdążył jeszcze nawet popełnić. Skoro bowiem każdy przychodzi na świat obciążony Grzechem Pierworodnym — odziedziczonym z zadziwiającą konsekwencją po prarodzicach — należało znaleźć jakieś rozwiązanie organizacyjne. Wymyślono więc chrzest, który usuwa samą winę, choć pozostawia człowiekowi wszystkie te niedoskonałości, dzięki którym życie nie zamienia się w nudny spacer po raju. Można by powiedzieć, że dług skreślono, ale skłonność do zaciągania nowych pozostała.
Na tym jednak nie koniec. Kościół, wykazując godną podziwu znajomość ludzkiej natury, przewidział również ciąg dalszy. Skoro człowiek, mimo chrztu, nadal grzeszy z energią i pomysłowością, ustanowiono spowiedź. Jest to instytucja o tyle niezwykła, że pozwala regularnie porządkować moralne rachunki bez konieczności wymiany całego personelu. Kapłan wysłuchuje, rozgrzesza i człowiek może wrócić do życia z poczuciem, że jego konto zostało wyczyszczone.
Wszystko to ma jednak swoją cenę teologiczną. Wedle nauki chrześcijańskiej odkupienie nie nastąpiło za darmo, lecz przez ofiarę Chrystusa na krzyżu. W ten sposób, jak głosi doktryna, rachunek za ludzkie winy został opłacony z góry, z dołu i na wszystkie strony czasu jednocześnie — za przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Jest w tym rozmach, którego nie powstydziłby się żaden wielki planista, a zarazem paradoks, bez którego chrześcijaństwo nie byłoby sobą.
W tym słoiku miodu ktoś jednak zostawił łyżkę dziegciu. Bo oto okazuje się, że w królestwie powszechnej równości jedni są równiejsi od drugich. Grzech Pierworodny, ten uniwersalny podatek nakładany na całą ludzkość od czasów Adama i Ewy, jakimś osobliwym zrządzeniem ominął zarówno Matkę Jezusa, jak i Jego samego. Kiedy zaś człowiek naiwnie pyta o uzasadnienie tego wyjątku, natrafia na starą, dobrze znaną instytucję: dogmat. Dogmat zaś jest rozwiązaniem niezwykle praktycznym - nie wymaga dowodów, nie podlega dyskusji, nie znosi sprzeciwu. To coś w rodzaju tabliczki z napisem: „Nie deptać trawnika, bo nie”. I na tym kończy się zarówno śledztwo, jak i polemika. Wygoda godna administracji doskonałej: zamiast argumentu - pieczęć, zamiast wyjaśnienia dekret, zamiast rozmowy „bo tak” i dalej odnośnik do Świętej Tajemnicy Wiary.
Niewierzący lubią od czasu do czasu przypomnieć chrześcijanom pewien kłopotliwy epizod z Ewangelii. Oto Jezus, którego wierni przedstawiają jako wzór łagodności, cierpliwości i bezgrzeszności, wpada do Świątyni i urządza tam coś, co współczesny kronikarz policyjny opisałby zapewne jako połączenie demolki z akcją eksmisyjną. Stoły bankierów lecą w powietrze, handlarze zwierząt ofiarnych ratują dobytek, ukręcony bicz Jezusa pracuje pełną parą chłoszcząc bogu ducha winnych, ludzi a cały interes zostaje brutalnie przerwany.
Co więcej, rzecz dzieje się nie gdzieś na przedmieściach Jerozolimy, lecz na Dziedzińcu Pogan, należącym do świątynnego kompleksu i pozostającym pod zarządem kapłanów. Trudno więc mówić o wtargnięciu do prywatnego lombardu czy szemranego kantoru. Według dzisiejszych kryteriów byłby to nie tylko wybryk chuligański, ale także zakłócenie porządku publicznego i zniszczenie mienia na terenie obiektu sakralnego.
I tu pojawia się pytanie, które niewierzący stawiają z pewną satysfakcją: skoro zwykłemu śmiertelnikowi podobny wyczyn zapisano by po stronie grzechów, to dlaczego w przypadku Jezusa ma on uchodzić za przejaw świętego oburzenia? Innymi słowy, czy gniew przestaje być gniewem tylko dlatego, że ogarnia człowieka uznanego za świętego? To już nie jest problem archeologii ani historii starożytnej, lecz stary jak świat spór o podwójne standardy w ocenie ludzkich czynów. | (Aby odpowiedzieć, musisz się zalogować)Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
2 na 2 | Andrzej.51 (15863 punktów) | >W Starym Testamencie sprawa jest stosunkowo prosta. Bóg wydał zakaz, człowiek zakaz złamał, a potem ze zdumieniem odkrył, że świat nie jest demokracją, lecz monarchią absolutną. Żydzi odczytywali tę historię raczej praktycznie: nie rób tego, czego ci zabroniono, bo konsekwencje bywają przykre. Koniec opowiadania.
Bóg, jak na Boga przystało, arbitralnie przejął całą władzę nad rajem, z nikim tego nie uzgadniał, nikogo ani o zgodę, ani o aprobatę nie pytał. Są tacy, co twierdzą, że nie miał z kim uzgadniać, bo Adama i Ewy poważnie nie traktował, a nikogo innego na tym łez padole ani w niebiosach ponoć jeszcze nie było. Inni ripostują, że stwarzając świat nie był bynajmniej sam, bo z kimś się komunikował, ale obie strony sporu jakoś porozumieć się dotąd nie potrafią. Samo zaś przejęcie przez Boga władzy absolutnej nad ziemią, niebem ι dwójką ludzi ledwo co narodzonymi nie pozostało bez echa, bo już pierwsi filozofowie nazwali go Absolutem i tak do dzisiaj pozostało.
>Chrześcijaństwo natomiast, jak to chrześcijaństwo, nie mogło pozostawić sprawy w stanie tak oszczędnym. Tam, gdzie istniał epizod, powstał traktat; tam, gdzie była przestroga, wyrosła cała katedra teologii. W rezultacie niefortunny spacer dwojga ludzi po rajskim sadzie urósł do rangi wydarzenia kosmicznego, którego skutki miały obciążyć całą ludzkość aż po koniec dziejów.
Chrześcijaństwo szybko zwąchało, że na tym pożal się Boże incydencie może zbić niezły kapitał - nie tylko finansowy - i swoje zachłanne ręce na nim położyło. Przez kilka setek lat nic jednak w sprawie grzechu pierwotnego nie drgnęło, nawet jeszcze nazwy nie ułożono, bo wszyscy czekali, kiedy wreszcie urodzi się nie byle jaki mędrzec dwojga imion Augustyn Aureliusz, wyjątkowo tęga głowa, i zrobi z tym porządek. Wierzyli bowiem niezbicie, że od ciągłego zastoju i nudy lepszy jest ciągły ruch w interesie, a że sami pomysłu nie mieli, co z tym fantem począć, przeto cierpliwie czekali, aż narodzi się ów Augustyn, którego potomni Augustynem z Hippony zwać będą.
>Teologowie przez stulecia z godnym podziwu zapałem wyjaśniali, jak to się dzieje, że podczas stosunku seksualnego pierwszy grzech, tzw. Pierworodny przenosi się jak kiła na partnera a potem na każdego noworodka który przychodzi na świat wyposażony w spadek po Adamie. Powstały tomy komentarzy, tysiące sporów i niezliczone subtelności. Człowiek prosty mógłby odnieść wrażenie, że między zerwaniem jednego owocu a losem całego gatunku zachodzi związek bardziej skomplikowany niż między budżetem państwa a zdrowym rozsądkiem.
W końcu przyszedł rok 354 i narodził się wreszcie Augustyn dwojga imion Aureliusz w mieście Tagasta w Algierii, a stało się to dokładnie dnia 13 listopada. Wprawdzie rodzice Augustyna nie wiedzieli, że ten rok, w którym narodził się ich syn, taki akurat numer nosi, ale zbytnio im to nie przeszkadzało i owego dnia radośnie przywitali na świecie maleńkiego Augustynka.
Zanim Augustyn dwojga imion Aureliusz wymyślił grzech pierworodny, wdał się w spór z niejakim Pelagiuszem, mnichem, i jego uczniem Celestiuszem, a tematem tego sporu była krótka ale jakże wspaniała chwila, w której Adam i Ewa z wielkim pożądaniem na siebie spojrzeli i na tę krótką chwilę zapomnieli o konwenansach panujących w raju, które Pan Absolut arbitralnie narzucił nie spodziewając się, że Adam i Ewa, których nie tak dawno z gliny ulepił i tchnął w ich nozdrza dech życia, odważą się złamać jego bezwzględny bo boski nakaz.
Faktem jest, że Adam dzielnie się trzymał i nie dał się skusić pożądliwej pokusie, ale Ewa, jak na pierwszą damę raju przystało, dała się zwieść diabłowi chwilowo przebranemu za węża. A że wąż prezentował się nad wyraz fallicznie i kusić potrafił, przeto Ewa z nim zaszalała, a nawet przyrzekła kusicielowi, że uwiedzie Adama i do grzechu zmusi, wręczając mu podstępnie jedno jabłko na zachętę. Jak przyrzekła tak też się stało, a że gorąca krew w żyłach Adama płynęła, a gdy tylko na Ewę spojrzał, to się wszystka zagotowała, przeto dał się skusić pierwszej damie raju, o rękę ją poprosił, pożądliwie na nią spojrzał i stało się to, co niektórzy narzeczeni też robią.
Rzecz nie jest taka błaha i brzemienna w skutki. Otóż jeden z pra-pra-pra-prawnuków Adama w jednym z komentarzy do Tory wyjawił dość licznej już ludzkości całą prawdę o Ewie i jej wyjątkowej pobudliwości cielesnej (słowo "seksualnej" nie było podówczas znane). Napisał mianowicie, że Kain był synem Ewy i węża i odziedziczył po swym ojcu wyjątkowo agresywny i destrukcyjny charakter, zaś Abel był dzieckiem Adama i Ewy i był po ojcu nadzwyczaj łagodny, choć gorąca krew też w nim płynęła.
Kościół istnieje dzięki temu, że wyniki naukowych badań życia Jezusa nie są w nim ogłaszane. H. Conzelmann, teolog
|
|
1 na 1 | Andrzej.51 (15863 punktów) | >I tak oto z krótkiej opowieści o nieposłuszeństwie powstała jedna z największych konstrukcji intelektualnych cywilizacji Zachodu. Jedni widzą w niej głęboką prawdę o ludzkiej naturze, inni przykład teologicznej skłonności do rozbudowywania przypisów. Ale trudno odmówić jej rozmachu: niewiele jest idei, które z jednego jabłka potrafiły zrobić problem na dwa tysiące lat.
Pelagiusz głosił, że grzech Adama i Ewy był li tylko niewielką wpadką obciążającą wyłącznie ich i nikogo więcej. Twierdził, że człowiek w zupełności potrafi się sam zbawić poprzez nienaganne zachowanie i nieuleganie łatwej pokusie.
Usłyszał to Augustyn, chwilę pomyślał, w głowie wszystko starannie poukładał i już wiedział, że właśnie od tej chwili będzie po wsze czasy właścicielem wielkiego intelektualnego osiągnięcia, doktryny zwanej "grzechem pierworodnym", znanej po dziś dzień na całym chrześcijańskim Zachodzie. Najpierw wymyślił, że to, co Pelagiusz opowiada, to jest prawdziwa i wielka teologiczna katastrofa, a do tego on, wielki umysł na usługach Kościoła dopuścić nie mógł. Myślał spokojnie i logicznie, bo w jego nieprzeciętnym rozumie wszystkie myśli tak właśnie się układają. A myślał tak: "Jeśli człowiek potrafi się sam zbawić, to w jakim celu Jezus cierpiał i umarł na krzyżu? Czyżby ofiara przebłagalna Jezusa była niepotrzebna?" I wtedy zrozumiał, że już bardzo niewiele dzieli go od wielkiego intelektualnego osiągnięcia, o którym wspomniałem wyżej.
Swoją uwagę Augustyn dwojga imion Aureliusz skupił na krótkim wyrażeniu z jednego z listów Pawła, które brzmiało w greckim oryginale "bo wszyscy zgrzeszyli". Ale Augustyn korzystał z łacińskiego tłumaczenia tego listu, bo z greką nie szło mu najlepiej, a w nim w miejscu tych słów było: "w którym [czyli w Adamie] wszyscy zgrzeszyli". I wtedy w jego genialnej głowie wszystko było już logicznie poukładane: "Skoro wszyscy w Adamie zgrzeszyli - myślał sobie Augustyn - to oznacza, że gdy Adam, zauroczony boskim ciałem Ewy zjadł jabłko, to my wszyscy, i Ty, i ja, i nawet Andrzej Bogusławski razem z Aureliuszem dwojga imion Augustynem, będąc w nim, czyli w Adamie, razem z nim zgrzeszyliśmy. A zatem cała ludzkość zgrzeszyła, bo cała ludzkość była w Adamie w chwili, gdy on "pożerał jabłko". Z tego wyciągnął wniosek, że ludzkość jest tak głęboko do samego szpiku uszkodzona, że bez Bożej łaski, bez Bożego miłosierdzia, nie ma dla niej żadnego ratunku. A zatem - podsumował w swej mądrej głowie Augustyn - przyczyną grzechu pierworodnego jest wyjątkowa pożądliwość cielesna i niekontrolowane pożądanie, co nazwał uroczo brzmiącym słowem "konkupiscencja". Augustyn mógł już spokojnie odetchnąć, bo oto wykazał, że ofiara Jezusa nie była niepotrzebna, że Jezus cierpiał i zmarł nienadaremnie. Od tego czasu pięknie brzmiące słowo "konkupiscencja" przylgnęło nie tylko do teologii, ale również do wielu rozpustnych katabasów psujących nadzwyczaj zdrową (?) i niewinną (?) tkankę stanu duchownego.
W ten oto sposób błędne tłumaczenie przyczyniło się do ułożenia dogmatu o grzechu pierworodnym. Przy okazji Augustyn, szczególnie znany jako bawidamek, uwodziciel i rozpustnik, zdobył się na chwilę osobistej refleksji i zrozumiał, jak bardzo w życiu nagrzeszył. Już w młodości słynął z ponad miarę rozbuchanej pożądliwości kierowanej do młodych i szczególnie urokliwych kobiet, które zdarzało mu się zmieniać, a w celibacie bez uciech cielesnych żyć nie potrafił.
Kościół istnieje dzięki temu, że wyniki naukowych badań życia Jezusa nie są w nim ogłaszane. H. Conzelmann, teolog
|
|
1 na 1 | Andrzej.51 (15863 punktów) | >Kościół, jak każda stara i doświadczona instytucja, nie zostawił człowieka sam na sam z kłopotem, którego sam człowiek nie zdążył jeszcze nawet popełnić. Skoro bowiem każdy przychodzi na świat obciążony Grzechem Pierworodnym - odziedziczonym z zadziwiającą konsekwencją po prarodzicach - należało znaleźć jakieś rozwiązanie organizacyjne. Wymyślono więc chrzest, który usuwa samą winę, choć pozostawia człowiekowi wszystkie te niedoskonałości, dzięki którym życie nie zamienia się w nudny spacer po raju. Można by powiedzieć, że dług skreślono, ale skłonność do zaciągania nowych pozostała.
Kościoły zachodnie uznały - w ślad za Augustynem - że dzieci rodzą się obciążone grzechem pierworodnym, więc do nieba prostą drogą pójść nie mogą. Potrzebny był chrzest, najlepiej już w wieku niemowlęcym, co niewątpliwie przypieczętował sam Augustyn. Kościoły wschodnie - zwane później prawosławnymi - nie zgadzały się z Augustynem uznając, że wprawdzie człowiek rodzi się jako istota śmiertelna i skłonna do grzechu, co jest dziedzictwem po Adamie, ale samego grzechu Adama nie dziedziczy. Wyszło na to, że wschodni chrześcijanie znacznie rozsądniej myślą od przyjaciół chrześcijan za zachodnią granicą.
>Na tym jednak nie koniec. Kościół, wykazując godną podziwu znajomość ludzkiej natury, przewidział również ciąg dalszy. Skoro człowiek, mimo chrztu, nadal grzeszy z energią i pomysłowością, ustanowiono spowiedź. Jest to instytucja o tyle niezwykła, że pozwala regularnie porządkować moralne rachunki bez konieczności wymiany całego personelu. Kapłan wysłuchuje, rozgrzesza i człowiek może wrócić do życia z poczuciem, że jego konto zostało wyczyszczone.
Spowiedź okazała się szczególnie przydatna dla Kościoła. Jak się Zośka wikaremu z rozpusty wyspowiadała, to już wiedział, że poszła do stodoły na siano z Maciejem a nie z Józefem, jak ludziska gadali. A taką wiedzę, to już wikary z proboszczem potrafili z pożytkiem dla siebie i kościoła umiejętnie wykorzystać.
>Wszystko to ma jednak swoją cenę teologiczną. Wedle nauki chrześcijańskiej odkupienie nie nastąpiło za darmo, lecz przez ofiarę Chrystusa na krzyżu. W ten sposób, jak głosi doktryna, rachunek za ludzkie winy został opłacony z góry, z dołu i na wszystkie strony czasu jednocześnie - za przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Jest w tym rozmach, którego nie powstydziłby się żaden wielki planista, a zarazem paradoks, bez którego chrześcijaństwo nie byłoby sobą.
Chrześcijaństwo to religia wielu paradoksów. Jednym z nich jest Trójca Święta, czyli Bóg w trzech osobach, a jedną z nich jest Jezus człowiek. Skoro jednak Bóg jest istotą po stokroć doskonalszą od najdoskonalszego Boga jakiego jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, to przecież człowiek nie może być Bogiem, bo do doskonałości bardzo wiele mu brakuje.
Inny paradoks to Maria wieczna dziewica, czyli dziewica przed porodem, w porodzie i po porodzie. Niemożliwe do zrozumienia jest, że kobieta, która urodziła co najmniej siedmioro dzieci - jeśli odejmiemy Jezusa to co najmniej sześcioro, może być dziewicą a na dodatek wieczną.
Kolejny paradoks, którego nawet niektórzy chrześcijanie nie rozumieją. Jak to możliwe, że absolutna porażka życiowa Jezusa, zhańbienie na krzyżu i śmierć w męczarniach uważana jest za największe zwycięstwo i zbawienie dla ludzkości? Bóg, który został ubiczowany, ukrzyżowany aż wreszcie zmarł - czy to w ogóle możliwe?
Inny jeszcze paradoks. Jezus nie wypowiedział wielu słów, które uznawane są za jedne z najważniejszych, za fundament Kościoła: --- nie wypowiedział słów o założeniu Kościoła a zatem nie uczynił Piotra jego opoką i tym samym nie można go uznać za założyciela Kościoła powszechnego; --- nie zapowiedział apostołom swojej śmierci i zmartwychwstania; --- nie wypowiedział w czasie Ostatniej Wieczerzy słów ustanawiających Eucharystię; --- zmartwychwstały Jezus nie wypowiedział słów znanych z ostatnich wierszy ewangelii Marka i Mateusza (polecenia powszechnej misji apostołów). Kościół jednak uporczywie twierdzi, że powiedział.
Kościół istnieje dzięki temu, że wyniki naukowych badań życia Jezusa nie są w nim ogłaszane. H. Conzelmann, teolog
|
|
1 na 1 | Andrzej.51 (15863 punktów) | >W tym słoiku miodu ktoś jednak zostawił łyżkę dziegciu. Bo oto okazuje się, że w królestwie powszechnej równości jedni są równiejsi od drugich. Grzech Pierworodny, ten uniwersalny podatek nakładany na całą ludzkość od czasów Adama i Ewy, jakimś osobliwym zrządzeniem ominął zarówno Matkę Jezusa, jak i Jego samego. Kiedy zaś człowiek naiwnie pyta o uzasadnienie tego wyjątku, natrafia na starą, dobrze znaną instytucję: dogmat. Dogmat zaś jest rozwiązaniem niezwykle praktycznym - nie wymaga dowodów, nie podlega dyskusji, nie znosi sprzeciwu. To coś w rodzaju tabliczki z napisem: "Nie deptać trawnika, bo nie". I na tym kończy się zarówno śledztwo, jak i polemika. Wygoda godna administracji doskonałej: zamiast argumentu - pieczęć, zamiast wyjaśnienia dekret, zamiast rozmowy "bo tak" i dalej odnośnik do Świętej Tajemnicy Wiary.
Dogmaty to rzecz niebywale przydatna dla chrześcijaństwa. Można w formie dogmatu ogłosić niemal wszystko, co do głowy wpadnie, ponieważ nie trzeba szukać w Biblii wsparcia dla treści dogmatu, gdyż wystarczy autorytarnie stwierdzić, że dogmat to prawda uznana przez Kościół za objawioną przez Boga i dana wiernym do bezwzględnego wierzenia bez zadawania zbędnych i kłopotliwych pytań. Komu, gdzie i kiedy Bóg rzekomo objawił tę prawdę nikt nie wie, władze kościelne również, a zresztą te nie garną się do składania niezbędnych wyjaśnień. Bo też co mają powiedzieć oprócz tego, że jest to tajemnica wiary.
>Niewierzący lubią od czasu do czasu przypomnieć chrześcijanom pewien kłopotliwy epizod z Ewangelii. Oto Jezus, którego wierni przedstawiają jako wzór łagodności, cierpliwości i bezgrzeszności, wpada do Świątyni i urządza tam coś, co współczesny kronikarz policyjny opisałby zapewne jako połączenie demolki z akcją eksmisyjną. Stoły bankierów lecą w powietrze, handlarze zwierząt ofiarnych ratują dobytek, ukręcony bicz Jezusa pracuje pełną parą chłoszcząc bogu ducha winnych, ludzi a cały interes zostaje brutalnie przerwany.
Tak czy inaczej, za to co zrobił Jezus w Świątyni, czyli za wywołanie niepotrzebnej awantury, Jezus zapłacił własnym życiem: został pojmany, ubiczowany, aż w końcu w bestialski sposób ukrzyżowany, czyli zamordowany. Gdyby nie ten zbędny czyn najprawdopodobniej uszedłby z życiem. Niestety, stało się: niewinny prorok z Nazaretu, niewielkiej wsi w południowej Galilei, stał się ofiarą pospiesznej procedury niespełniającej warunków prawidłowego procesu ani przed żydowską radą ani przed trybunałem Piłata, rzymskiego namiestnika Judei.
>I tu pojawia się pytanie, które niewierzący stawiają z pewną satysfakcją: skoro zwykłemu śmiertelnikowi podobny wyczyn zapisano by po stronie grzechów, to dlaczego w przypadku Jezusa ma on uchodzić za przejaw świętego oburzenia? Innymi słowy, czy gniew przestaje być gniewem tylko dlatego, że ogarnia człowieka uznanego za świętego? To już nie jest problem archeologii ani historii starożytnej, lecz stary jak świat spór o podwójne standardy w ocenie ludzkich czynów.
A kto powiedział, że ma być sprawiedliwie. Za czasów Jezusa, tak jak za naszych, różnie z tym bywało. Jak Jan Kowalski, zwykły szary obywatel ukradnie w sklepie czekoladę, to niemal nikt o tym nie wie za wyjątkiem pracowników sklepu, policjanta wezwanego do tego incydentun i może jeszcze kogoś jeszcze. Jak czyn ten popełni Jan Nowak, osoba publiczna z pierwszych stron poczytnych gazet, to wie o tym pół Polski. Taka to jest sprawiedliwość.
Kościół istnieje dzięki temu, że wyniki naukowych badań życia Jezusa nie są w nim ogłaszane. H. Conzelmann, teolog
|
|
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|