Sodoma i Gomora – temat stary jak świat, a jednak wciąż żywy, bo każdy lubi sobie od czasu do czasu zajrzeć do kroniki katastrof moralnych i geologicznych jednocześnie. Biblia lokuje te słynne miasta gdzieś na żyznej równinie Jordanu, czyli – mówiąc po ludzku – tam, gdzie zawsze było dobrze, aż do momentu, gdy przestało być dobrze. Lot, człowiek praktyczny, rozgląda się, widzi zielono, widzi wodę, widzi Egipt w wersji eksportowej i dochodzi do wniosku, że tu się da żyć. Ale jak wiadomo, w Biblii takie decyzje rzadko kończą się emeryturą w spokoju.
Same miasta zaś otrzymują w literaturze opinię nie najlepszą: „źli i wielcy grzesznicy przed Panem”. Co to dokładnie znaczy – tu zaczyna się filologia, teologia i niekończące się seminarium interpretacyjne. Na scenę wchodzi słowo yada – „poznać”. Hebrajski sprytny jak księgowy: raz znaczy „wiedzieć”, raz „doświadczać”, a czasem – w zależności od nastroju tekstu – „żyć bardzo blisko seksualnie”. I na tym fundamencie buduje się całe wieże interpretacyjne: od moralnej degrengolady po katalog praktyk seksualnych, przy czym każdy komentator wybiera sobie wariant najbardziej pasujący do własnej tezy.
W tle mamy epizod z Lotem, który – mówiąc delikatnie – prowadzi negocjacje o wysoką stawkę moralną. Proponuje tłumowi swoje córki. Gest to tyleż desperacki, co logicznie kłopotliwy, bo jeśli rzeczywiście chodziło o konkretną, homoseksualną orientację żądań tłumu, to oferta mogła nie trafić w preferencje rynku. Ale Biblia nie jest podręcznikiem negocjacji kryzysowych, tylko czymś znacznie bardziej ambiwalentnym. Następnie przychodzi finał – klasyka gatunku: siarka i ogień z nieba. Brzmi efektownie, niemal jak raport z katastrofy kosmicznej albo przynajmniej bardzo źle opisanego zjawiska meteorologicznego. Problem w tym, że geologia regionu nie współpracuje z wizją hollywoodzką. Wulkanów brak, więc trudno wcisnąć tu klasyczną erupcję, która miałaby grzecznie spadać płonącymi kawałkami na wybrane miasto. Zostaje chemia i fizyka, które – jak to zwykle bywa – są mniej romantyczne niż tekst biblijny. Siarka, gazy, procesy geotermalne, trochę tego, trochę tamtego. Ale „ogień z nieba” wymaga jednak paliwa i scenariusza, którego natura nie zawsze chce dostarczyć w wersji zgodnej z narracją.
Archeologia zaś od XIX wieku biega po dolinie Jordanu z łopatką i nadzieją, że coś się wreszcie znajdzie. Na razie – poza hipotezami – raczej cisza. Miasta, jeśli były, nie zostawiły wizytówek w stylu „tu byliśmy, spłonęliśmy, pozdrawiamy”. I wreszcie kwestia siarki: jest, owszem, lokalna, naturalna, trochę rozproszona, trochę geochemiczna, jak to w przyrodzie bywa. Ale rozróżnienie między „siarką z nieba” a „siarką z ziemi” to już zadanie dla ludzi o wyjątkowo mocnych nerwach interpretacyjnych i jeszcze mocniejszej wyobraźni. Tak więc pozostaje nam klasyczny przypadek: tekst święty, interpretacje świeckie, geologia sceptyczna, a historia – jak zwykle – nie do końca zainteresowana, żeby się w pełni wytłumaczyć. |