Racjonalista - Strona głównaDo treści
F. Nietzsche "O cnocie darzącej" - wrażenia

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Filozofia i światopogląd
NapisanoAutorTytuł
28-11-2004 20:15TeresaF. Nietzsche "O cnocie darzącej" - wrażenia
Żeby zrobić przyjemność Lou Salome i przypomnieć Nietzschego (jak i zadośćuczynić jej za cenzury) pragnę się ustosunkować do pytania:
dlaczego chrześcijanie nie potrafią naprawdę kochać?
w odniesieniu do "O cnocie darzącej".
O ile dobrze zrozumiałam Nietzschego, jest tak, dlatego, że chrześcijanie uciekają od siebie w miłość bliźniego, przez co stają się "chorzy" i "zwyrodnieni". Dlaczego? Bo zdolność do miłości jest wyrazem własnej produktywności, więc trzeba rozwijać swoje "ja" a nie skupiać się na cudzym "ja" albo na innych "absolutach".
A wszyscy są chyba zgodni, że miłość jest czynnym dążeniem do rozwoju i szczęścia osoby, którą się kocha, co nie jest możliwe bez wspomnianej zdolności do miłości.
Chcę to wyjaśnić.
Chrześcijanin musi wystrzegać się egoizmu, ale to nie jest to samo, co miłość własna. Jeśli jest cnotą kochać sąsiada jako istotę ludzką -musi być cnotą - kochać samego siebie, jako że i ja jestem istotą ludzką. Własne "ja" musi być w równym stopniu obiektem miłości ( dążenie do osobistego rozwoju i szczęścia) jak cudze "ja".(podpieram się trochę E. Fromm-em)
W moim przypadku samo życie zweryfikowało, że bez osobistego rozwoju nie ma nawet mowy żeby dążyć do absolutu. Niedobór własnej miłości (brak produktywności) powoduje tak silne poczucie pustki, że doprowadza ona do tego, że zaczynam szukać czegoś, co wypełni tę pustkę. "Branie" pochłania. Dalej takie niezaspokojone "branie" od innych prowadzi wprost do egoizmu, czyli do grzechu.
Egoizm, bowiem jest już postawą, która wyklucza jakąkolwiek prawdziwe zainteresowanie bliźnim jako istotą ludzką jak i samym sobą jako istotą ludzką!
Jeżeli dążąc do absolutu (tzn. do miłości) zmierzam ku egoizmowi, (czyli do przeciwieństwa miłości) to znaczy, że popełniłam błąd. W takim wypadku należy się skruszyć i zacząć wszystko od nowa. Im większa skrucha tym większa miłość.
Nieporozumienie bierze się stąd, że powołaniem chrześcijanina nie jest służenie ludziom tylko przynależność do Chrystusa (w autentycznej przynależności jest miejsce na wszystko).
Co jeszcze przeszkadza w dążeniu do szczęścia?
My kochamy często to, co nas w rzeczywistości niszczy. O tym, co tak naprawdę kochamy świadczą nasze uczynki (przejawy).
Gdybyśmy jednak wiedzieli o tym, co przez to tracimy, (jaki potencjał się marnuje) to nasza miłość bardzo szybko by wywietrzała. Zapewniam, wiem to z własnego doświadczenia.
"Istnieją winy, których nie dostrzegamy, ale które mimo to nie przestają nimi być, ponieważ to my nie chcieliśmy dotrzeć do światła (por. J 9,39-41). "
A co Wy o tym sądzicie?
To, że widzę sens w możliwości dążenia do absolutu opiera się na:
- wierze w to, że absolut jako wszechmogący może uczynić wszystko, a wszystko, czego chce to dobro, bo jest miłością. Potrafi, zatem też ze zła wyprowadzić dobro,
- jako miłość chce nam pomóc,
- oraz na nieustannej prośbie o pomoc we właściwym ukierunkowaniu.
Można też przyjąć, że to absolut zawsze się sam daruje jako miłość . A każdy, kto odkrywa tę miłosć (otwiera się chociaż trochę na absolut) sam się nią napełnia jak i może darować ją innym, dodatkowo "oddaje się poznaniu" tego, czym jest (został) obdarzony.
Czy tak nie może być?
Muszę kończyć, bo potrzebuję ochłonąć z nadmiaru wrazeń nt cnoty darzącej.
Pozdrawiam- szczególnie Lou Salome .
P.S. Lou czy jesteś przekonana przynajmniej do tego, że dążenie do absolutu nie jest posiadaniem martwego punktu?

jeyes (2281 punktów)
(zablokowany)
Widzę, że masz już sporo czasu, więc może znajdziesz go trochę na odpisanie mi tutaj: www.racjonalista.pl/forum.php/s,9212#w9497
www.racjonalista.pl/forum.php/s,9212#w9530
jeyes (2281 punktów)
(zablokowany)
>Niedobór własnej miłości (brak produktywności) powoduje tak silne poczucie pustki, że doprowadza ona do tego, że zaczynam szukać czegoś, co wypełni tę pustkę.
W twoim przypadku tę pustkę wypełniła wiara.

>Egoizm, bowiem jest już postawą, która wyklucza jakąkolwiek prawdziwe zainteresowanie bliźnim jako istotą ludzką jak i samym sobą jako istotą ludzką!
Jest dokładnie odwrotnie. Bez egoizmu, a więc bez zrozumienia, a potem dążenia do zaspokojenia własnych potrzeb i pragnień nie ma mowy o zrozumieniu drugiego człowieka. Kto nie kocha siebie, ten nie umie kochać innych - zapytaj psychologów jak nie wierzysz. A chrześcijanin ma przede wszystkim kochać Boga, Jezusa (w Polsce dodatkowo Matkę Boską i papieża). Chrześcijanin jest uczony, że "życie doczesne" jest niczym wobec "życia wiecznego", jest uczony, że ma zaspokajać wymagania Boga, jest uczony, że dobre jest to, co się owemu Bogu podoba. Uczy się go, że moralne jest to, co się Bogu podoba, a nie to, co niebędący chrześcijaninem określiłby jako moralne. Sama dalej o tym piszesz:
"[...]powołaniem chrześcijanina nie jest służenie ludziom tylko przynależność do Chrystusa"

>Jeżeli dążąc do absolutu[...]
Tu się nie wypowiadam, bo jeszcze ciągle czekam (www.racjonalista.pl/forum.php/s,9212#w9497
www.racjonalista.pl/forum.php/s,9212#w9530) na twoje wyjaśnienia co to jest ów "absolut".

>My kochamy często to, co nas w rzeczywistości niszczy.
Np. kochacie kochać Boga

>Gdybyśmy jednak wiedzieli o tym, co przez to tracimy, (jaki potencjał się marnuje) to nasza miłość bardzo szybko by wywietrzała.
Nic nie stoi na przeszkodzie, aby się dowiedzieć co tracisz ze swego człowieczeństwa "kochając Boga". Jest sporo materiałów analizujących socjologiczne i etyczne skutki bycia wierzącym, szczególnie chrześcijaninem. Tylko co z tego - osoby takie jak ty już nie mają szans na zobaczenie tego, co obiektywnie prawdziwe, tacy jak ty już pozostają zablokowani na argumenty, bo kierują się jedynie uczuciami. A że uczucia silne, to - jak pisał N. - bierzecie je za dowód prawdziwości przekonań, którym towarzyszą.
Teresa
Nie zrozumiałeś chyba sensu mojej wypowiedzi.

Miłość własna jest dobra i produktywna, bo opiera się na zdolności do miłości, jaką jest "czynne dążenie do rozwoju i szczęścia osoby, którą się kocha" czyli na własnej produktywności.

Egoizm - nie, bo wynika z braku tej zdolności. Egoista patrzy na innych ludzi wyłącznie przez pryzmat ich przydatności a nie z chęci dania im czegoś z siebie, ponieważ nie ma w sobie niczego, co mógłby komuś dać. Zamiast "dawania" tylko "bierze".

>Jest sporo materiałów analizujących socjologiczne i etyczne skutki bycia wierzącym, szczególnie chrześcijaninem.

Poproszę o szczegóły.
jeyes (2281 punktów)
(zablokowany)
>Nie zrozumiałeś chyba sensu mojej wypowiedzi.
No jasne. Jedna z najbardziej "klasycznych" odzywek, gdy się unika zastanowienia nad słowami adwersarza i ucieka od oczywistych wniosków niezgodnych z głoszonymi przez siebie poglądami.

>>Jest sporo materiałów analizujących socjologiczne i etyczne skutki bycia wierzącym, szczególnie chrześcijaninem.
>Poproszę o szczegóły.
Poszukaj choćby w serwisie Racjonalista.
leo_z (935 punktów)
>Egoizm - nie, bo wynika z braku tej zdolności. Egoista patrzy na innych ludzi wyłącznie przez pryzmat ich przydatności a nie z chęci dania im czegoś z siebie, ponieważ nie ma w sobie niczego, co mógłby komuś dać. Zamiast "dawania" tylko "bierze".
Mam pytanie... czy Twój altruizm nie jest jednak formą egoizmu. To, że chcesz czynić dobro - bo tak należy i jest wymagane w kontekście wyznawanej przez Ciebie "wiary", nie ma wiele wspólnego z empatią jako taką. Do niej wcale "wiara" jest potrzebna.

Ps. W stwierdzeniu jeyes'a, o unikaniu przez Ciebie udzielania odpowiedzi na niewygodną Tobie tematykę jest sporo racji
Teresa
>Mam pytanie... czy Twój altruizm nie jest jednak formą egoizmu. To, że chcesz czynić dobro - bo tak należy i jest wymagane w kontekście wyznawanej przez Ciebie "wiary", nie ma wiele wspólnego z empatią jako taką. Do niej wcale "wiara" jest potrzebna.

Jak to? Żeby czynić dobro muszę:
1) wierzyć w to, że mogę czynić dobro,
2) wierzyć w to, że jest sens czynić dobro.
3) wierzyć, że to, co czynię jest istotnie dobrem, itd.
Nie wiedziałeś o tym?
Wiara ma największe znaczenie w sytuacji, w której np. chcę czynić dobro wobec osoby, wobec której nie odczuwam żadnej empatii. Wtedy muszę mieć silną wiarę, żeby podołać temu ciężkiemu zadaniu ...

>Ps. W stwierdzeniu jeyes'a, o unikaniu przez Ciebie udzielania odpowiedzi na niewygodną Tobie tematykę jest sporo racji

Obiecuję, że się poprawię.
leo_z (935 punktów)
>>Mam pytanie... czy Twój altruizm nie jest jednak formą egoizmu. To, że chcesz czynić dobro - bo tak należy i jest wymagane w kontekście wyznawanej przez Ciebie "wiary", nie ma wiele wspólnego z empatią jako taką. Do niej wcale "wiara" jest potrzebna.
>Jak to? Żeby czynić dobro muszę:
>1) wierzyć w to, że mogę czynić dobro,
>2) wierzyć w to, że jest sens czynić dobro.
>3) wierzyć, że to, co czynię jest istotnie dobrem, itd.
>Nie wiedziałeś o tym? Wiara ma największe znaczenie w sytuacji, w której np. chcę czynić dobro wobec osoby, wobec której nie odczuwam żadnej empatii. Wtedy muszę mieć silną wiarę, żeby podołać temu ciężkiemu zadaniu ...
Tereso, proszę... miej do siebie chociaż troszeczkę dystansu i autocenzury ... to co przytaczasz jako uwiarygodnienie swojej postawy jest czystym przyznaniem się do egoizmu. Zgodnie z tym co piszesz to wiara zdaje się być Twoim kręgosłupem moralnym i zastępuje Twoje EGO. Można wnioskować, ze o ile tylko "uwierzysz" to jesteś gotowa zostać "czarną wdową"... zaczynam się już bać %-O...
Teresa
Przy okazji a jak tam Twoja forma, Jeyes?
Jeśli chodzi o ociąganie się z odpowiedzią dla Ciebie to mi trudno jest odpowiadać osobie, która głównie (być może się mylę) szuka winnego za całe zło, które ją spotkało (spotyka)...
My w chrześcijaństwie praktykujemy taki stary "zabobon" jak "przebaczanie". Może skorzystasz?
jeyes (2281 punktów)
(zablokowany)
>Jeśli chodzi o ociąganie się z odpowiedzią dla Ciebie to mi trudno jest odpowiadać osobie, która głównie (być może się mylę) szuka winnego za całe zło, które ją spotkało (spotyka)...
Obraz niewierzącego banalny aż do bólu... Czy wy przechodzicie jakieś szkolenia, podczas których nauczają, że każdy deklarujący ateizm, to w istocie jedynie zagubiony, skrzywdzony przez los (ludzi), poszukujący Boga wierzący?! ;-P
mesala
Witaj!
Chyba nie do końca mnie zrozumiałeś. Ja ustosunkowałam się do Twojej wypowiedzi:

Ja po prostu wyznaję wolność myśli, wiary i poglądów, zgodnie z zasadą "żyj i pozwól żyć innym". Może właśnie dlatego ruszył mnie Twój post w słowach "Czy wy przechodzicie jakieś (...)". Ale przyznaję, że moja reakcja na Twoje słowa mogła być nieproporcjonalna do wyrażonego przez Ciebie poglądu. Pozdrowiam raz jeszcze. 8)
Teresa
Jeyes,
Gotowe. Już odpisałam na zaległe posty.
mesala
Szanowna Tereso
W odpowiedzi na list z 28-11-204 g. 20.15, nie mogę się zgodzić z Twoim twierdzeniem, iż dążenie do Absolutu - poprzez własny rozwój oczywiście - zmierza ku egoizmowi, a tym samym oddala od miłości do bliźniego. Wyjaśnię.
Jeśli przyjmiemy (jak ja to robię), iż Absolut to synonim miłości doskonałej (bezgranicznej, bezwarunkowej i ponadczasowej), wszechwiedzy i wszystkiego tego co jest i czego nie ma, oczywiste wydaje się, że dążenie do tak rozumianej doskonałości nie może wiązać się z egoizmem. Moim zdaniem dążenie do Absolutu (Boga) i choć po części rozumienie Jego istoty, wymaga własnego rozwoju, a co za tym idzie koncentracji myśli, uczuć, emocji na sobie. W drodze do Boga człowiek kierując się ku swojemu "jestestwu" nie może obyć się bez miłości własnej, która z kolei jest najlepszą drogą do miłości bliźniego, w myśl powiedzenia "aby umieć kochać innych naucz się kochać siebie". Kochanie siebie to nic innego jak poznawanie siebie, bliźniego a także Boga. Wydaje mi się, iż "racjonalista" dążący do Absolutu nie ma szans na stanie się egoistą. Osobiście znam osobę, która (będąc głęboko wierzącą, związaną z Kościołem Katolickim) uchodzi za altruistę: zawsze gotowa do pomocy, obdarowuje wszystkich dobrym słowem, prezentami. Czasami nawet jej bytność zdaje się być nachalna. Wydaje się pięknym chrześcijaninem ("po uczynkach ich poznacie"). Zachowanie tej osoby - bardzo dalekie od egoizmu - jest jednak podyktowane (niestety) egoistyczną potrzebą bycia chwalonym (za tzw. dobre serce) i podziwu przez innych, co w moim mniemaniu wypływa z nieuświadomionego egoizmu. I jeszcze jedno: reakcją owej osoby na próbę obdarowania jej choćby najmniejszym drobiazgiem jest złość przechodząca nawet w agresję (szok!). Powyższe moim zdaniem wskazuje, iż altruizm jest także egoizmem, ponieważ wiąże się z niekochaniem siebie. Myślę, że mówiąc o egoizmie/altruizmie chodzi o odróżnienie dwóch sytuacji: w przypadku egoizmu - nadmierna koncentracja na własnej powierzchowności (bo na pewno nie nadmierna miłość do siebie obejmującą przede wszystkim wnętrze człowieka), natomiast w przypadku altruizmu - koncentracja na uszczęśliwianiu innych, poza sobą i czerpanie z tego płytkiej satysfakcji.
Troszkę się rozpisałam, ale według mnie w miłości własnej, która niezbędna jest w dążeniu do doskonałości (Absolutu=Boga), nie ma mowy o egoizmie. Sądzę, że Chrystus dając uczniom dwa przykazania: po pierwsze: będziesz miłował Boga swego, po drugie: a bliźniego swego jak siebie samego (nie cytuję), zawarł esencję własnego rozwoju człowieka i dążenie do Boga:
- żeby kochać bliźniego musisz wpierw pokochać siebie, a z kolei miłość do siebie będzie Cię zbliżać do kochanego Boga. Jak by nie patrzeć musisz nauczyć kochać się siebie.
Jeszcze jedno zdanie: skąd twierdzenie w Twoim liście, że powołaniem chrześcijaństwa nie jest służenie ludziom? Chrześcijaństwo naucza, by w każdym człowieku widzieć Chrystusa, czyli służąc ludziom, służysz Bogu, do którego przynależysz.
Pozdrowienia.

P.S. Hej Jeyes! Troszkę wolniej! To, że są teorie, według których jedynym Bogiem jest chęć w człowieku, by taki Bóg istniał, wcale nie znaczy, że celem istnienia "oświeconego" wierzącego będzie nawracanie "zagubionego" ateisty. Każdy ma prawo do własnej wiary i opinii. Żal mi i wierzących i niewierzących myślących inaczej i narzucających swoje poglądy.
Pozdrawiam również.
jeyes (2281 punktów)
(zablokowany)
>Hej Jeyes! Troszkę wolniej!
D...o...b...r...z...e

>To, że są teorie, według których jedynym Bogiem jest chęć w człowieku, by taki Bóg istniał, wcale nie znaczy, że celem istnienia "oświeconego" wierzącego będzie nawracanie "zagubionego" ateisty.
Nic podobnego do powyższego nie pisałem. Odniosłem się do słów Teresy: "[...]trudno jest odpowiadać osobie, która głównie (być może się mylę) szuka winnego za całe zło, które ją spotkało (spotyka)..."
mesala
Witaj!
Chyba nie do końca mnie zrozumiałeś. Ja ustosunkowałam się do Twojej wypowiedzi:

Ja po prostu wyznaję wolność myśli, wiary i poglądów, zgodnie z zasadą "żyj i pozwól żyć innym". Może właśnie dlatego ruszył mnie Twój post w słowach "Czy wy przechodzicie jakieś (...)". Ale przyznaję, że moja reakcja na Twoje słowa mogła być nieproporcjonalna do wyrażonego przez Ciebie poglądu. Pozdrowiam raz jeszcze. 8)
jeyes (2281 punktów)
(zablokowany)
Dla mnie istotne jest to, że podzielamy pogląd na temat konieczności egoizmu będącego rozumieniem siebie, akceptowaniem siebie jako warunku koniecznego rozumienia innych ludzi. Ważne jest to co łączy, a nie to co dzieli. To budujące, że aczkolwiek wspominasz "absolut", to nie zatraciłaś zdolności akceptowania rzeczywistej wiedzy, że nie "bujasz w obłokach" jak Teresa. Wydaje mi się (o czym pisałem w innym wątku), że Teresa potrzebowała na pewnym etapie swego życia fachowej, psychologicznej pomocy, ale niestety jej nie otrzymała. W konsekwencji wyparła swe prawdziwe potrzeby, zastąpiła swe najbardziej ludzkie namiętności, cele i pojmowanie świata religijnymi fantasmagoriami, które być może (bo jej milczenie w niektórych "tematach" wydaje się znamienne) minimalizują niedobre skutki, ale nie znoszą przyczyn. Szkoda.
mesala
Ja rozumiem Absolut jako pełnię. Pełnię istnienia, napęd w dążeniu do doskonałości jak i samą doskonałość, niezależnie jak to się objawia (w drobiazgach codziennego dnia jak i wielkich rzeczach, które dane są nielicznym bohaterom). Chrześcijanin powidział by o Bogu, miłosierdziu, zbawieniu, dobrych uczynkach i tzw. Palcu Bożym.
Wracając o egoizmu. Ja wyznaję pojęcie "dobrego (budującego) egoizmu" i "rozsądnego altruizmu".

>Dla mnie istotne jest to, że podzielamy pogląd na temat konieczności egoizmu będącego rozumieniem siebie, akceptowaniem siebie jako warunku koniecznego rozumienia innych ludzi. Ważne jest to co łączy, a nie to co dzieli. >
Ująłeś mnie powyższym stwierdzeniem.
Gorące pozdrowienia z szarego Gdańska.

jeyes (2281 punktów)
(zablokowany)
Czyli "absolut" jest po prostu słowem pozbawionym znaczenia, które uzyskuje dopiero po "rozwinięciu", czyli wyjaśnieniu co nazywasz "absolutem". Zatem każdy może stworzyć sobie własną definicję "absolutu" i żadna z takich definicji nie będzie gorsza czy lepsza pod żadnym względem od innych. Jest to zatem zbędny zabieg, bo prowadzący do używania słowa pozbawionego znaczenia zrozumiałego jednakowo dla każdego - takie sobie językowe "mnożenie bytów bez potrzeby"
Co do koncentrowania się na tym co łączy, a nie co dzieli: czasem bywa tak, że nic nie łączy oprócz przynależności do tego samego gatunku Na tym forum znam kilka takich stworzeń
Pozdrówka z miasta równie szarego o tej porze roku.
mesala
>Czyli "absolut" jest po prostu słowem pozbawionym znaczenia, które uzyskuje dopiero po "rozwinięciu", czyli wyjaśnieniu co nazywasz "absolutem".

Oczywiście, że słowo "absolut" nie jest pozbawione znaczenia, a co do jego "rozwinięcia" dotyczy to wielu słów np."świder", albo "formatoglebowgryzarka". Jeśli nie "rozwinę" powyższych słów nie będziesz wiedział jakie mają znaczenie (choć wcale nie musi to wynikać z Twojej niewiedzy).

>Zatem każdy może stworzyć sobie własną definicję "absolutu" i żadna z takich definicji nie będzie gorsza czy lepsza pod żadnym względem od innych.

Ależ oczywiście, że tak. Tyle, że każdy może sobie stworzyć definicję słów określających cokolwiek niematerialnego np. cierpienie, miłość, furia, Bóg itp.

Na marginesie: u nas zaświeciło blade słoneczko
jeyes (2281 punktów)
(zablokowany)
>>Zatem każdy może stworzyć sobie własną definicję "absolutu" i żadna z takich definicji nie będzie gorsza czy lepsza pod żadnym względem od innych.
>Ależ oczywiście, że tak. Tyle, że każdy może sobie stworzyć definicję słów określających cokolwiek niematerialnego np. cierpienie, miłość, furia, Bóg itp.
Chcę podkreślić jedną rzecz, o której napisałem, ale jakoś to pominęłaś. Przypomnę - chodzi o niebotrzebne "tworzenie bytów". Jeśli się zamiast "samorozwój", "doskonalenie" itd. używa wyrażenia "dążenie do absolutu", to nie widzę sensu takiego rozmydlania znanych i zrozumiałych pojęć. Ale oczywiście rozumiem, że ktoś wierzący w twory "nie z tego świata" potrzebuje takich sztuczek językowych. Nie czyniąc nic innego niż ktokolwiek może czynić "uwzniośla się" takimi zabiegami swoje postępowanie, swoje motywy i - co chyba najważniejsze - samego siebie.
A brak jednej definicji takiego choćby "absolutu" powoduje, że choć obie z Teresą używacie tego słowa, to nie możecie dojść do porozumienia właśnie ze względu na brak jednoznacznej czy też ogólnie przyjetej definicji. Ale to już nie moje zmartwienie

>Na marginesie: u nas zaświeciło blade słoneczko
Tu też
mesala
>Jeśli się zamiast "samorozwój", "doskonalenie" itd. używa wyrażenia "dążenie do absolutu", to nie widzę sensu takiego rozmydlania znanych i zrozumiałych pojęć.

Chyba się nie zrozumieliśmy. Pisząc "dążenie do absolutu" mam na myśli samorozwój, ale jesnocześnie mówię o jego celu (osiągnięcie absolutu). Jeśli określałabym "dążenie do absolutu" jedynie "smorozwojem", czy "doskonaleniem", to nie odda to w pełni mojego rozumienia słów: "dążenie do absolutu".

>Ale oczywiście rozumiem, że ktoś wierzący w twory "nie z tego świata" potrzebuje takich sztuczek językowych.

Nie wierzę w twory "nie z tego świata" chociaż teorie o kosmitach są całkiem fajne ..... do poczytania do poduchy

>Nie czyniąc nic innego niż ktokolwiek może czynić "uwzniośla się" takimi zabiegami swoje postępowanie, swoje motywy i - co chyba najważniejsze - samego siebie.

Pudło! ;-P
Biorąc pod uwagę małość naszego języka, staram się jak tylko mogę tym co dostępne opisać moje wrażenia i przemyślenia, choć zdaję sobie sprawę, że może wychodzić to grafomańsko ;-P

>A brak jednej definicji takiego choćby "absolutu" powoduje, że choć obie z Teresą używacie tego słowa, to nie możecie dojść do porozumienia właśnie ze względu na brak jednoznacznej czy też ogólnie przyjetej definicji.

Pewnie dlatego, że obie piszemy o rzeczach niematerialnych, które z reguły nie mają definicji, a jeśli już mają to bardzo ogólne i "rozmyte".
A tak na marginesie, jak się dobrze nachleję, to może uda mi się coś napisać celowo (nie przypadkiem) w stylu p. Teresy.

Pozdrowienia.

jeyes (2281 punktów)
(zablokowany)
>Chyba się nie zrozumieliśmy. Pisząc "dążenie do absolutu" mam na myśli samorozwój, ale jesnocześnie mówię o jego celu (osiągnięcie absolutu). Jeśli określałabym "dążenie do absolutu" jedynie "smorozwojem", czy "doskonaleniem", to nie odda to w pełni mojego rozumienia słów: "dążenie do absolutu".
Oczywiście, że się nie zrozumieliśmy i nie zrozumiemy, bo ja nie rozumiem co to jest "absolut". Prosiłem o wyjaśnienie "u żródła", czyli Teresę, ale nie chce mi odpowiedzieć - woli pisać dalej o absolucie niż wyjaśnić co czym pisze. :*)

>>Nie czyniąc nic innego niż ktokolwiek może czynić "uwzniośla się" takimi zabiegami swoje postępowanie, swoje motywy i - co chyba najważniejsze - samego siebie.
>Pudło! ;-P
>Biorąc pod uwagę małość naszego języka, staram się jak tylko mogę tym co dostępne opisać moje wrażenia i przemyślenia, choć zdaję sobie sprawę, że może wychodzić to grafomańsko ;-P
Nie wydaje mi się, abym się mylił co do wszystkich "dążących do absolutu".

>A tak na marginesie, jak się dobrze nachleję, to może uda mi się coś napisać celowo (nie przypadkiem) w stylu p. Teresy.
To może lepiej nie chlej...
Teresa
>A tak na marginesie, jak się dobrze nachleję, to może uda mi się coś napisać celowo (nie przypadkiem) w stylu p. Teresy.

Mesalo
Ja jestem katoliczką i tego nawet nie ukrywam, wprost przeciwnie - jak widzisz - oddaję się szaleństwom ... na punkcie swojej wiary. Nawet w połączeniu Nietzsche-m ...
Trzymaj się! I pisz więcej, bo naprawdę b. miło się czyta o dążeniu do absolutu
mesala
Tereso

Fakt, że nie odpowiedziałam na Twoje pytanie o moje wyznanie, nie świadczy, iż się go wstydzę. Uważam jednak wiarę, za rzecz intymną i nie jestem w stanie dzielić się nią w sposób tak otwarty jak Ty to robisz.
Cieszy mnie to, że spodobało Ci się moje ujęcie "absolutu'. Musisz jednak wiedzieć, że mimo, że (wydaje mi się) rozumiem Twój tok rozumowania i Twoje zapatrywania na niektóre kwestie, wcale nie znaczy, że się z nimi zgadzam i masz we mnie sojusznika "w wierze". Ja po prostu akceptuje Twoją argumentację.
Pozdrawiam.
Teresa
Przyjęłam to do wiadomości
Miłej nocy!
Teresa
Mesalo
miałam zamiar przestawić problem "miłości chrześcijan" od strony bardziej "filozoficznej" a nie od strony wiary.

Jeżeli "absolut" jest postrzegany jako "martwy punkt", za którym dalej już nic ma, to faktycznie dążenie do niego prowadzi donikąd (do egoizmu).
Rozumowanie moje było takie:
- z posiadania tzw. "martwego punktu" wynika "brak produktywności"
- z "braku produktywności" wynika "egoizm".

Natomiast jeśli absolut jest upragnionym żywym celem, to dążenie do niego prowadzi do osobistego rozwoju i dobrze pojętej miłości własnej.

Ja w swoim "dążeniu do absolutu" popełniałam różne błedy i dlatego potrafię (chyba) zrozumieć argumenty przeciwników.
Na marginesie nie chcę juz więcej popełniać takich błędów...

Pozdrawiam

P.S. Czy można zapytać, czy i jakiego Pani jest wyznania????
mesala
Tereso
Co w Pani rozumieniu oznacza "martwy punkt"? Czy jest to pustka miejsca i zmysłowych wrażeń?
Tak na marginesie: jeśli "martwy punkt" oznaczałby niebyt, to biorąc pod uwagę dogmaty chrześcijaństwa i nauki wyznań wschodnich, wydaje się, iż nie może on istnieć, ponieważ podstawowym założeniem religii (znanych mi) jest wieczność życia, które nie ma początku ani końca. Jeśli natomiast "martwy punkt" to pustka miejsca, to także moim zdaniem nie może on istnieć. Do świata niematerialnego (tak mi sie przynajmniej wydaje) nie możemy przenosić zasad z życia materialnego takich jak przestrzeń, czy czas. Nasze umysły i ciała są po prosu przyzwyczajone do "fizyczności".
Czy jest notomiast możliwy "brak produktywności"? (który Pani zdaniem prowadzi do egoizmu). Ciężko mi sobie to wyobraźić, skoro myśli a nawet bierna obserwacja - w moim rozumeniu ma cechy "produktywności". Odmennym aspektem jest to, czy czynności takie są destruktywne czy budujące.
Odnosząc się do Pani pytania o moje wyznanie - proszę wybaczyć - lecz uważam je za niestosowne. W Naszych rozmowach staram nie ograniczać się preferowaną przeze mnie religią (choć na pewno nie jestem od niej wolna), ale także poruszać aspekty odmiennych mojemu wyznań i poglądów filozoficznych.
Serdecznie pozdrawiam.

Teresa
Moi kochani! Mesalo!

Pierwsza o "martwym punkcie" napisała wyznawczyni Nietzschego (Lou). Ja po zastanowieniu również doszłam do wniosku, ze nie jest (nie był) mi on obcy.

Wg mnie "Martwy punkt" to taki stan ducha, w którym "wiem już wszystko", - "na wszystko mam gotową odpowiedź". "Wiem zawsze jak się zachować", itd. "Martwy punkt" zabija twórczość. To, co daje radość to tworzenie. A miłość to przecież również sztuka.

Ja początkowo też myślałam o sobie "że wiem już wszystko" i chcę właśnie powiedzieć, że takie błędne myślenie o "dążeniu do absolutu" o mało nie doprowadziło mnie do upadku (przez upadek rozumiem utratę wolności!), a w konsekwencji do oderwania od absolutu (utrata wiary)!

Po prostu "martwy punkt" nie wytrzymał konkurencji z "czymś ziemskim darzącym się jak złoto" ( tak to ujmę). Ale to "coś, co mi się darzyło" nie dało mi szczęścia tylko mnie zniewoliło. Dla wolnomyśliciela (płci męskiej) utrata wolnego myślenia to prawie kastracja, czyż nie? Więc, o czym my tu mówimy?? Chyba nikt nie ma wątpliwości, że to nie mogłobyć dla mnie dobre, prawda?
Nie martwicie się jednak o mnie - nic złego mi się nie stało i powróciłam do domu ojca niczym syn marnotrawny.

Do wyznawców Nietzschego:
Nie wiem tylko, dlaczego "nie potrafię naprawdę kochać"???, bo ponoć chrześcijanie nie potrafią?
Bo nie chcę się dać zniewolić? Dlatego???
A może faktycznie jestem beznadziejnym przypadkiem skoro sama na to nie potrafię wpaść...

Pozdrawiam! Miłej nocy.
less
Bo miłość chrześcijańska jest narzucanym sobie celem, wymuszanym na sobie imperatywem, jest również najczęściej skrywanym przed samym sobą, interesem własnym. Czytaj zbawieniem własnego tyłka. Czyli nie jest czymś wyrastającym z człowieka naturalnie. Prawdziwa miłość nie jest ani celem ani imperatywem, ani interesem. Jest naturalnym efektem mocy i siły własnego istnienia wynikającego z określonego pojmowania życia, świata, człowieka. A więc nie obdarowywanie by siebie wynieść w oczach swoich, bliźnich czy swego boga, ale bycie miłością siłą rzeczy, siłą swego istnienia. Siłą swej afirmatywnej percepcji bytu - Nietzsche. A nie dążenia do "cudownych" wyimaginowanych zaświatów, które byt prawdziwy, byt TUTAJ deprecjonują, bo odbierają mu treść zasadniczną, sprowadzają go do roli podrzędnej. Tylko do roli rundy kwalifikacyjnej przed bytem "właściwym".
Teresa
Co mam Ci na to odpisać? ...

Nie chce się usprawiedliwiać. Może po prostu napiszę jak to wygląda od mojej strony. "Robienie czegokolwiek dla Boga" tak naprawdę oznacza pokorę wobec PRAWDY. Tylko i wyłącznie PRAWDY. Już wyjaśniam.
Owszem czasem zmuszam się do miłości, ale robię to ze względu na bliźniego (dla jego dobra i jego zbawienia). A to "zmuszanie się" polega na pokonywaniu własnego lęku czy wygodnictwa. Robię to ze względu na "Boga" w tym sensie, ze wiem, ze mój bliźni, (kim by nie był) jest kochany w oczach Boga tak samo jak ja. A nawet ten bliźni może być kimś "wyższym" ode mnie. TAKA JEST PRAWDA. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego ani wynoszącego się - to jest szczyt pokory. Oczywiście o wiele, o wiele przyjemniej jest kochać "miłego" i pociągającego bliźniego.

Może nie znasz "Boga" w którego my wierzymy. "Bóg" w którego my wierzymy, zna serca i wszystkie myśli ludzi i nie da się oszukać. Jeśli ktoś tylko "zmusza" się do miłości a tak naprawdę ma "gdzieś" bliźniego, to w oczach Bożych tak naprawdę "nie kocha" bliźniego. Wiara to nie tylko zmuszanie się, ale dobrowolność i poszukiwanie prawdy. Wymagania płynące z wiary są tym większe, że "Bóg" pragnie oddania mu chwały w "duchu i w prawdzie" a nie z przymusu.

Co o tym sądzisz?
less
Po pierwsze nadużywasz na swój użytek słowo prawda. Wiara w coś nieudowodnionego jest domniemaniem i to często bardzo ryzykownym. Tylko tym. Po drugie przesuwasz sedno istnienia człowieka z życia prawdziwego w zaświatową iluzję. Podmiotem życia człowieka ustanawiasz zbawienie, a środkiem do tego miłość. Wyższość nietzscheańskiego nadczłowieka zaczyna się już w momencie określenia podmiotu. Dla tegoż będzie to TO, i tylko TO istnienie. Ty jako chrześcijanka siłą rzeczy musisz zanegować tegoż wartość najwyższą. Bo życie po śmierci jest celem ostatecznym. Twoja miłość dlatego jest czymś nazwijmy to mniejszym, bo służy irracjonalnemu celowi, nie wypływa z dostojeństwa, z piękna, z bogactwa miłości wobec siebie, świata, życia. Twoja miłość wypływa ze słabości wobec istnienia i chęci ewakuowania się z takiej formy bytu. Ty po prostu zaprzeczasz swojemu człowieczeństwu, umniejszasz jego wartość, nadczłowiek je afirmuje i wynosi na piedestał. Jakiekolwiek zaświatowe pomysły uznaje za słabość i zdradę.
Nie jest sednem w całej sprawie Twoja życzliwość, którą na pewno posiadasz, ale to co za tym idzie. To czy w swojej ostatniej godzinie czekać będziesz na nowe, czy jak nadczłowiek zapytasz: "Byłoż to li życie? Dalejże! Jeszcze raz!".
Prawdziwa miłość utkwiona jest w TYM istnieniu, królestwo niebieskie jest tutaj. Pomimo nieszczęść, bólu, cierpienia. To potrafi nadczłowiek. Chrześcijanin tego nie umie. Nadczłowiek nigdy nie powie temu życiu NIE. Chrześcijanin musi to robić zawsze, inaczej nie będzie chrześcijaninem.
Teresa
Less
>Po pierwsze nadużywasz na swój użytek słowo prawda. Wiara w coś nieudowodnionego jest domniemaniem i to często bardzo ryzykownym. Tylko tym. Po drugie przesuwasz sedno istnienia człowieka z życia prawdziwego w zaświatową iluzję. Podmiotem życia człowieka ustanawiasz zbawienie, a środkiem do tego miłość. Wyższość nietzscheańskiego nadczłowieka zaczyna się już w momencie określenia podmiotu. Dla tegoż będzie to TO, i tylko TO istnienie. Ty jako chrześcijanka siłą rzeczy musisz zanegować tegoż wartość najwyższą. Bo życie po śmierci jest celem ostatecznym.

Nie, nie dlatego życie nie jest wartością najwyższą, że życie po śmierci jest celem ostatecznym!
Przemyśl sobie to, że są ludzie, który wolą umrzeć niż zrobić coś, co uwłacza ich ludzkiej godności!

>Twoja miłość dlatego jest czymś nazwijmy to mniejszym, bo służy irracjonalnemu celowi, nie wypływa z dostojeństwa, z piękna, z bogactwa miłości wobec siebie, świata, życia. Twoja miłość wypływa ze słabości wobec istnienia i chęci ewakuowania się z takiej formy bytu. Ty po prostu zaprzeczasz swojemu człowieczeństwu, umniejszasz jego wartość, nadczłowiek je afirmuje i wynosi na piedestał. Jakiekolwiek zaświatowe pomysły uznaje za słabość i zdradę.

Nie! Nie! I jeszcze raz nie! Stoi jak byk w Biblii, ze nie można kochać Boga, który jest niewidzialny, jeśli nie kocha się swojego brata, który jest widzialny.

> Nie jest sednem w całej sprawie Twoja życzliwość, którą na pewno posiadasz, ale to co za tym idzie. To czy w swojej ostatniej godzinie czekać będziesz na nowe, czy jak nadczłowiek zapytasz: "Byłoż to li życie? Dalejże! Jeszcze raz!".

Hmmm, nie wiem ... znając końcówkę życia Nietsche-go, którą spędził podobno w totalnej apatii...
Czym się wyróżnia ow nadczłowiek, który nie może nawet uczynić swojego jednego włosa białym albo czarnym (chyba że się przefarbuje )...?

> Prawdziwa miłość utkwiona jest w TYM istnieniu, królestwo niebieskie jest tutaj. Pomimo nieszczęść, bólu, cierpienia. To potrafi nadczłowiek. Chrześcijanin tego nie umie. Nadczłowiek nigdy nie powie temu życiu NIE. Chrześcijanin musi to robić zawsze, inaczej nie będzie chrześcijaninem.

Nie! Chodzi o to, aby już w tym życiu "powtórnie się narodzić" i żyć w wolności i właśnie ... w prawdzie ...

Pozdrawiam . Dobrej nocy!
jeyes (2281 punktów)
(zablokowany)
Przypomnę, iż nadal czekam na odpowiedzi na moje posty.
Albo może w końcu napisz wprost, że nie wiesz co mi odpisać, bo nie masz pojęcia o czym tak chętnie pisujesz na forum w przeróżnych wątkach, a co jest pomieszaniem dogmatów twej religii z domorosłą filozofią egzaltowanej kobiety pijącej hektolitry wody (święconej) "zamiast".
Teresa
Próbowałam jeszcze zyskać na czasie żeby móc obmyśleć linię obrony przed Tobą , ale już się zabieram za odpisywanie ...

Wróć do listy wątków działu Filozofia i światopogląd

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365