Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
181.378.904 wizyty
Ponad 1064 autorów napisało dla nas 7340 tekstów. Zajęłyby one 28964 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Zamierzasz się zaszczepić na SARS-CoV-2?
Tak
Raczej tak
Raczej nie
Nie
Poczekam jeszcze z decyzją
  

Oddano 2857 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
"Wybitne umysły są zawsze gwałtownie atakowane przez miernoty, którym trudno pojąć, że ktoś może odmówić ślepego hołdowania panującym przesądom, decydując się w zamian na odważne i uczciwe głoszenie własnych poglądów."
 Nauka » Historia nauki

Rozum i przemoc [4]
Autor tekstu:

Na regres w dziedzinie badań teoretycznych miała niewątpliwie wpływ krzykliwa kampania, prowadzona przeciwko teorii względności i mechanice kwantowej przez twórców i propagatorów „aryjskiej fizyki". Ci ostatni pomimo taktycznych porażek, jakich w latach 1936-1939 doznał Johannes Stark, nie od razu przestali być groźni. Próbą sił między poplecznikami Starka a „centrum" — wygraną jeszcze przez „aryjskich fizyków" — stała się sprawa obsadzenia zwolnionego w 1935 r. przez Arnolda Sommerfelda stanowiska kierownika katedry fizyki teoretycznej na Uniwersytecie Monachijskim. Środowisko naukowe popierało kandydaturę Wernera Heisenberga, jednak frakcja narodowosocjalistyczna zdołała przeszkodzić jego nominacji i przeforsować w 1939 r. własnego kandydata, Wilhelma Müllera, który w dziedzinie fizyki nie miał żadnego twórczego dorobku.

Nominacja Müllera oznaczała praktycznie likwidację jeszcze jednego ośrodka badawczego. Groźniejsze jednak mogły okazać się pośrednie konsekwencje prowadzonej przeciwko Heisenbergowi kampanii oszczerstw. Artykuł, który ukazał się w organie SS „Das Schwarze Korps", zawierał zakamuflowaną groźbę uwięzienia uczonego w obozie koncentracyjnym jako ideologicznego wroga narodowego socjalizmu. Sytuacja była na tyle alarmująca, że Heisenberg w odruchu samoobrony zdecydował się na krok rozpaczliwy — próbę uzyskania protekcji samego Himmlera. Było to o tyle ułatwione, że obaj pochodzili z Monachium i rodziny ich znały się. W połowie 1937 r. matka Heisenberga złożyła wizytę starszej pani Himmler, od której uzyskała zapewnienie, że „jak tylko mój Heinrich dowie się o tym (atakach na Heisenberga), na pewno natychmiast coś w tej sprawie zrobi". Dzięki tej interwencji niebezpieczeństwo zostało zażegnane.

Fizycy, pragnący bez zakłóceń kontynuować w Niemczech hitlerowskich swą naukową i dydaktyczną działalność, nie mieli więc, jak widać, łatwego życia. W kraju pozostało jednak wielu wybitnych uczonych i nie można powiedzieć, aby w okresie Trzeciej Rzeszy nie dokonali oni niczego na polu nauki. W odróżnieniu od socjologii i filozofii w dziedzinie fizyki w Niemczech hitlerowskich prowadzone były nadal rzetelne i często odkrywcze badania. W berlińskim laboratorium Otto Hahna odkryte zostało w 1939 r. zjawisko rozszczepienia jąder uranu; prace Walthera Bothe na uniwersytecie w Heidelbergu doprowadzić miały w przyszłości do zbudowania pierwszego europejskiego cyklotronu; Heisenberg prowadził w Lipsku badania nad promieniowaniem kosmicznym, Carlvon Weizsäcker zaś nad ewolucją gwiazd. Badania te nie budziły większego zainteresowania władz, jednocześnie jednak fizykom — szczególnie po zneutralizowaniu w 1940 r. wpływów Starka, Lenarda i ich zwolenników — pozostawiono znaczną swobodę działania. Ale została ona okupiona kompromisem. Należący do „centrum" fizycy, podobnie jak cały odłam środowiska naukowego nie utożsamiający się z celami czy metodami narodowego socjalizmu, zrezygnowali z wywierania jakiegokolwiek wpływu na politykę państwa. Dla wielu z nich był to niewątpliwie kompromis bolesny.

W tym miejscu czas powrócić do pierwszej części listu Goudsmita, zawierającej moralną ocenę poczynań niemieckich fizyków w okresie hitlerowskim. Goudsmit, zarzucając im godny potępienia konformizm wobec reżimu, nie był w swej opinii odosobniony. Jest rzeczą nieco paradoksalną, że właśnie fakt, iż ci niemieccy fizycy, którzy pozostali w Rzeszy, nie padli ofiarą masowych prześladowań, a nawet zdołali uchronić coś niecoś ze swych zawodowych wartości, stał się podstawą do oskarżenia ich o współudział w zbrodniach dokonanych przez hitlerowską dyktaturę. Ich „poświęcenie" w imię ratowania nauki okazało się w gruncie rzeczy daremne.

Czy rzeczywiście zasłużyli na potępienie? Jest to problem zbyt poważny i kontrowersyjny, aby rozstrzygnąć go jednym kategorycznym słowem. Mam oczywiście na myśli nie postawę Starka, Lenarda i innych narodowych socjalistów z grona fizyków. Światowa opinia publiczna oceniła ich jednoznacznie. Chodzi mi jednak o tę „milczącą większość", która nie opowiedziała się zdecydowanie po stronie Hitlera i która pomimo rozmaitych szykan i trudności nadawała jednak ton fizyce w Trzeciej Rzeszy.

Aby zrozumieć zachowanie się tego „centrum" w czasach hitlerowskiej dyktatury, trzeba cofnąć się nieco wstecz, przynajmniej do lat Republiki Weimarskiej. Był to w Niemczech okres upadku autorytetu władzy, czas społecznych niepokojów. Tradycyjnie konserwatywne środowisko akademickie nie darzyło republiki zbytnią sympatią i wielu uczonych obciążało ją odpowiedzialnością za upadek nauki. Wspominając wczesne lata trzydzieste Werner Heisenberg pisał o radykalizacji politycznej zarówno prawicy, jak lewicy, o przybierającej na sile walce, wobec której pragnął jedynie zachować wyniosłą bezstronność. Była to postawa dość typowa. Kiedy hitlerowcy doszli do władzy — pozorna legalność reżimu narodowosocjalistycznego dostarczała uczonym dodatkowego moralnego alibi — znaczna część środowiska naukowego przyjęła ten fakt z ulgą. Max Planck na przykład obserwując sukcesy nowych władców Niemiec łudził się, że ciężar spoczywającej teraz na nich odpowiedzialności przyniesie im otrzeźwienie i umiarkowanie.

Kiedy stało się oczywiste, że rachuby te zawiodły i że w życiu społeczno-politycznym Niemiec nastąpiło coś nieodwracalnego, okazało się, że środowisko naukowe jest zbyt słabe, aby stawić czoło władzy nawet w kwestiach żywotnych dla samej nauki. Kilka nieśmiałych akcji protestu, takich jak „list 28" w obronie zdymisjonowanego Couranta czy obchody rocznicy śmierci Fritza Habera, miało jedynie symboliczne znaczenie. Wkrótce początkowo dość powszechna postawa „cichego przyzwolenia" ustąpiła miejsca wyobcowaniu. Przyjmowało ono oczywiście rozmaite formy u różnych uczonych. Planck i Heisenberg uważali, że obowiązkiem ich jest ratowanie tego, co jeszcze można uratować — przechowanie tradycyjnych wartości naukowych i kształcenie przyszłego pokolenia niemieckich fizyków. Wymagało to unikania otwartej konfrontacji z władzą, ustępstw i elastyczności. Obaj ci uczeni — i nie tylko oni — uważali emigrację raczej za formę dezercji niż skutecznego protestu. Heisenberg wspominał później z pewną może przesadą, że „niemal zazdrościł swym przyjaciołom, których siłą pozbawiono podstaw do dalszego pozostawania w Niemczech, tak że wiedzieli, iż muszą opuścić kraj".

Również Walther Gerlach, Wilhelm Wien i Carl Bosch mogą być uważani za krytyków systemu. Była to jednak krytyka ograniczona wyłącznie do ich zawodowej dziedziny. W swych listach i raportach wskazywali na fatalne skutki militaryzacji życia akademickiego, spadek autorytetu pochodzących z politycznej nominacji dyrektorów instytutów itd. Mówiąc krótko, występowali oni w obronie autonomii nauki, domagając się uniezależnienia jej od polityki krytykowali pośrednio cały totalitarystyczny system władzy.

Radykalnymi przeciwnikami narodowego socjalizmu byli Otto Hahn i Max von Laue. Ten pierwszy zdecydował się na „wewnętrzną emigrację", nie próbując nawet stwarzać pozorów lojalnej współpracy z reżimem. Był to jednak protest bierny. Max von Laue w swej opozycji wobec hitleryzmu posunął się dalej. Otwarcie krytykował władze, utrzymywał bliskie stosunki z żydowskimi przyjaciółmi, którzy pozostali w Niemczech, pomagał uchodźcom urządzić się za granicą. Dlaczego pozostał w Niemczech? Max von Laue jako jeden z nielicznych w swym środowisku był przekonany o nieuchronnym upadku Trzeciej Rzeszy i chciał być na miejscu, by móc uczestniczyć w kulturalnej rekonstrukcji kraju, jaka po tym upadku nastąpi. W 1937 r. wysłał swego syna do Ameryki, a gdy sam odwiedził ją na krótko przed wybuchem wojny, żegnając się z Einsteinem powiedział: „Nienawidzę ich tak bardzo, że muszę być blisko nich".

Margines swobody, jaki państwo hitlerowskie pozostawiło uczonym uprawiającym fizykę, był więc znacznie szerszy od tego, w którym zmieścić się musieli socjolodzy i filozofowie. Nieprawomyślni fizycy nie byli zmuszeni — tak jak nie godzący się z systemem przedstawiciele „nauk duchowych" — do „pozostawienia w zawieszeniu wszystkich możliwości myślenia i poznawania, stanowiących narzędzie ich egzystencji". W rezultacie wszystkie ich poczynania nosiły szczególnie głębokie piętno moralnej dwuznaczności.

Po wojnie Max von Laue pisał w liście do syna, że boleśnie dotknęły go oskarżenia pod adresem tzw. „uczciwych Niemców", jakoby nie spełnili swego moralnego obowiązku przeciwstawienia się Hitlerowi — czego dowodem jest fakt, że przeżyli. Rozumowanie takie — twierdził von Laue — jest bezsensowne. Otwarty protest byłby równoznaczny z samobójstwem, a zatem bezcelowy. Jedyną nadzieję narodu niemieckiego w okresie hitlerowskiej dyktatury — twierdził von Laue — stanowić mogli ci, którzy działali pragmatycznie zgodnie z zasadą: „ucz się siedzieć cicho i nie eksplodować". Ta filozofia przetrwania miała co najmniej dwa słabe punkty. Po pierwsze, oznaczała ciche przyzwolenie na zbrodnię, a w razie globalnego zwycięstwa hitleryzmu nie powstrzymałaby, rzecz jasną, „opozycyjnych" uczonych od pełnego skorzystania z owoców tego zwycięstwa. Co więcej, gdyby wyniki prowadzonych przez nich badań naukowych miały okazać się użyteczne dla celów militarnych, nie zawahaliby się przekazać swych dokonań do dyspozycji władzy. Po drugie, von Laue dyskretnie przemilcza fakt, że reżim hitlerowski nie spadł na Niemcy z nieba, nie był dopustem bożym, tylko narodził się i dojrzał na oczach niemieckich intelektualistów, którzy przyglądali się rozwojowi wydarzeń w najlepszym razie ze zgrozą i obrzydzeniem, lecz nie zrobili nic, by ich bieg odwrócić.

Można przyjąć argument, że po umocnieniu się hitlerowców u władzy otwarci krytycy systemu narażali się na śmiertelne niebezpieczeństwo, i nie należy się dziwić, że wśród uczonych zabrakło bohaterów i męczenników. Nie można ich jednak całkowicie rozgrzeszyć z tego, że dopuścili do przejęcia przez narodowych socjalistów steru rządów. Jest to — w moim przekonaniu — sprawa o kapitalnym znaczeniu, gdyż tej winy nie można rozpatrywać w kategoriach jednostkowych postaw — była to zbiorowa wina całego środowiska.

Stanowisko niemieckich uczonych, w klasyczny sposób reprezentowane przez Plancka i Heisenberga, znajdowało swe moralne uzasadnienie w przekonaniu, że służba dla państwa nie jest tożsama ze służbą dla jego aktualnego rządu. Programowa „apolityczność" stanowiła fundamentalny wręcz element etosu niemieckiego uczonego z początków XX w. Jego tradycyjny system wartości — jak zwrócił mi uwagę Stefan Amsterdamski — ukształtowany był w znacznej mierze pod wpływem dziewiętnastowiecznego scjentyzmu, głoszącego, że .poznanie naukowe jest dobrem samym w sobie i kodeks etyczny uczonego sprowadza się w gruncie rzeczy do wierności wobec przyjętej metodologii. Scjentyzm nie był zjawiskiem specyficznie niemieckim, lecz filozofią o uniwersalnym zasięgu. Szczególne okoliczności sprawiły jednak, że „apolityczność" niemieckiego środowiska akademickiego miała dość swoisty charakter. Po pierwsze, była to apolityczność silnie zabarwiona nacjonalizmem. Niemiecki model nauki miał pruską proweniencję. Przeprowadzona w tym kraju na początku XIX w. reforma akademicka, która z czasem doprowadziła do światowej dominacji niemieckiej nauki, była reakcją na wojny napoleońskie i dostarczyć miała swego rodzaju rekompensaty za polityczną i militarną klęskę Prus. Sukcesy tej nauki stały się z kolei w okresie kształtowania się państwowości niemieckiej jednym z elementów budujących dumę i poczucie narodowej tożsamości. W rezultacie nacjonalizm nie był sprzeczny z kodeksem etycznym niemieckiego uczonego, ale wręcz stanowił cnotę.


1 2 3 4 5 Dalej..

 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Sekret na wagę śmierci
Korzenie nauki


« Historia nauki   (Publikacja: 03-12-2004 )

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Krzysztof Szymborski
Historyk i popularyzator nauki. Urodzony we Lwowie, ukończył fizykę na Uniwersytecie Warszawskim. Posiada doktorat z historii fizyki. Do Stanów wyemigrował w 1981 r. Obecnie jest wykładowcą w Skidmore College w Saratoga Springs, w stanie Nowy Jork.
Jest autorem kilku książek popularnonaukowych (m.in. "Na początku był ocean", 1982, "Oblicza nauki", 1986, "Poprawka z natury. Biologia, kultura, seks", 1999). Współpracuje z "Wiedzą i Życie", miesięcznikiem "Charaktery", "Gazetą Wyborczą", "Polityką" i in.
Dziedziną jego najnowszych zainteresowań jest psychologia ewolucyjna, nauka i religia. Częstym wątkiem przewijającym się przez jego rozważania jest pytanie o wpływ kształtowanych przez ewolucję czynników biologicznych i psychologicznych na całą sferę ludzkiej kultury, a więc na nasze zachowania, inteligencję, życie uczuciowe i seksualne, a nawet oceny moralne.

 Liczba tekstów na portalu: 31  Pokaż inne teksty autora
 Najnowszy tekst autora: Mężczyzna niepotrzebny
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 3799 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365